czwartek, 7 lipca 2011

Do zakochania jeden krok...

 I jak tu nie zakochać się w tak cudnym widoczku?... Przez takie cuda prowadzi dróżka na plażę, na cyplu w Polańczyku. Zakochałam się w tym miejscu od pierwszego spojrzenia i czy w takiej sytuacji ktoś może mieć wątpliwości , że takie uczucie nie istnieje?...
Wspomnienia letnich, wiosennych i jesiennych wędrówek w tak urocze miejsca pomagają w złym nastroju, zniechęceniu problemami dnia codziennego i przemęczeniu pracą. Polecam!

A te oto widoczki są już bliżej moich chat. Zaledwie parę kroczków. No, może przesadzam. Gdy do Polańczyka jadę 20 min., to tutaj może połowę z tego. Mogę i przejść piechotą. Wcale nie tak strasznie daleko. I na moje możliwości.

A teraz wracam do poprzedniego postu. Otóż, jak już niektórzy wiedzą,a inni dowiedzą się w tej chwili niestety, rozpruł się jakiś wór z kłopotami. Może ręce w tym maczał jakiś chochlik, a może bieszczadzkie biesy, w każdym razie; popsuł się nam samochód. Laguna Mojego Męża . Najpierw kamień wpadł pod maskę i coś trzasnęło. Potem okazało się, że uszkodzony jest pas od czegoś , a później, że pod samochodem jest kałuża z oleju, gdy już pas został założony. Okazało się, że pas uszkodził się od koła pasowego i rozszczelnił coś z olejem. Chyba miskę. Z podróży nici! Moim nie można daleko, bo żre jak smok, a poza tym ledwie zipie. jak go wykończę gnaniem w 800 km. trasę, to jak będę zarabiała na chlebek i masełko?..
Zaczęło się więc poszukiwanie części. Internet, telefon i kolejne wydatki. "Suma - sumarum" jutro powinna być część, a my ponoć w niedzielę lub poniedziałek pojedziemy do chatki  na dwa dni.
A teraz wiadomość dla wszystkich, którzy chcieli wygrać Candy, a nie udało się. Otóż postanowiłam utworzyć nowy blog  i emitować " Pejzaż retro" w odcinkach. Blog wabi się " moje pejzaże słów" i jest w blogach, które obserwuję.  Zapraszam serdecznie. Będę publikowała  w nim również stare zdjęcia rodzinne. Niektóre aż z XIX wieku!

wtorek, 5 lipca 2011

Lato, lato, lato czeka... i chatka

 Już taras i w Boratyniu gotowy! Hura!!! Będzie mogła Lucynka przyjechać i posiedzieć na swoim tarasiku, bo w środku musi trochę się napracować, aby nie mieszkać w bałaganie zrobionym przez wszystkich po kolei; pana kominkowego, panów budowniczych, pana stolarza, bo i schody ma gotowe.Myślę, że będę mogła jej w tym pomóc, bo w tym samym czasie będę w swojej chacie. Szykują mi się wielkie wakacje. W pierwszej połowie sierpnia przyjeżdża moja koleżanka- Beata ze swoją znajomą, a poza tym Stella z mężem i dziećmi. W Boratyniu mają być; Ciocia Gosia, Lucyna i jej koleżanka- Hania. A tarasik jest bliźniaczy. Jak w Kosinie. Zresztą i chatki są bliźniacze . Trochę różnią się wnętrzem.
 Starą francuska wazę dostałam w prezencie od Jean Marc'a i Brygitte. Marzę o misce i dzbanku, który moja Ciotka Wanda ma St. Leger. Szukałam po brocantach, ale tak cudnego nie znalazłam , a inne nie są na moją kieszeń. Waza wygląda dość dobrze w kuchni w Kosinie .
Lato czeka i chatka czeka... Wiem , że dziś w Bóbrce zimno, trochę pada, ale to nic! Dostałam dwa dni urlopu i jutro bladym świtem jadę. Hura, Hura, Hura!!!! W południe powinnam już być w Bóbrce. Mamy sporo do załatwienia. Między innymi muszę cudeńkom podarowanym przez  Elę, znaleźć właściwe miejsce.
Nie mogą być bezdomne. Będę więc robić to, co najbardziej lubię; dekorować dom.
Czasu mam nie tak wiele, więc muszę go maksymalnie wykorzystać. W sumie pobytu będzie jedynie cała pełna doba.
Na dzisiaj tyle. Niestety u mnie w pracy zaczął się czas sprawozdawczy! Brrrrr! Nie znoszę tego. Zabiera czas i energię.  Miałam tylko dwa dni na liczenie. Pod tym warunkiem dostałam dwa dni urlopu. Dziś już został jeden dzień, a trochę liczenia zostało.Więc nie mogę więcej czasu poświęcić na pisanie posta. Pozdrawiam serdecznie wszystkich gości. Do ponownego spotkania na blogu wieczorkiem, w czwartek!

niedziela, 3 lipca 2011

co w trawie piszczy


Przyjechał Jędrek. Nie zdążył wczoraj podjechać do domu i pognał prosto do pracy, aby zdążyć na drugą zmianę. Dopiero dziś rano obejrzałam zdjęcia. Rzeczywiście trawniczek przedstawia się imponująco.
Adam podstrzyga go, aby rozkrzewił się, zakorzenił. Obecne opady dobrze mu robią, więc może lepiej, że pada? Na zdjęciach widać, że trawka rośnie nawet nad murkiem oporowym. Będzie wokoło bardzo zielono.
Niestety Jędrek musi we wtorek lub środę z powrotem jechać do Bóbrki. Nie zrobił wszystkiego. Nie zamontował na chacie lamp. Nie zainstalował lamp solarnych wzdłuż ścieżki od Kosiny do Boratynia i do bramy. Poza tym, musi wyczaić, co się dzieje z prądem, bo znowu wybijają korki, a płyta grzewcza jest dobra. Co to za licho? ... Najgorzej, że aby coś zrobić, trzeba pokonać w jedną stronę 400 km.
A teraz z innej beczki; moja koleżanka- Ela przeprowadza się do innej dzielnicy i na dużo mniejsze mieszkanie, niż do tej pory miała. Robi to z wielu zasadniczych powodów. Po pierwsze nigdy nie chciała mieszkać w Kędzierzynie, bo całym sercem jest Koźlanką. Chce wrócić tu, gdzie wychowała się i gdzie ma większość przyjaciół, a między innymi mnie. Nie będzie musiała remontować swojego mieszkania, które obecnie nadaje się tylko do tzw. "kapitalki". Stare mieszkanie jest w dziesięciopiętrowcu, a nowe w jednopiętrowym domu z kawałkiem ogródka w zielonej strefie i w pobliżu parku. Idzie na wyremontowane mieszkanie.Jeszcze jednym, zasadniczym powodem są gołębie, które na dobre zadomowiły się na jej balkonie i doprowadzają ją do szału, przebierając drobnymi pazurkami po blaszanym parapecie, urządząjąc sobie koncerty gruchania, gulgania, lub innych;  gul, gruch, gruch...na wiele głosów. Nie pomagają wymyślne metody odstraszania. Stwierdziła więc, że jej system nerwowy dłużej tego nie zniesie. Pragnie dla swych uszu atmosfery wolnej od wątpliwej jakości prezentowanych koncertów. Poza tym gołębie zamieniły jej balkon w ptasią latrynę. Straciła część swoich metrów mieszkalnych.W nowym mieszkaniu nie ma balkonu, a poza tym wreszcie będzie mogła urządzić sobie mieszkanie tak, jak zawsze chciała. Jaki to ma związek ze mną i "ChatoManią", że tak się rozpisuję? - Bardzo duży, bo Ela pozbywa się wielu rzeczy. Między innymi mnóstwa drobiazgów z tzw. rysem ludowości. Otrzymałam więc w prezencie mnóstwo przedmiotów do Kosiny. Między innymi całą stertę cudnych nicianych, koronkowych serwetek, bo Ela jest osobą szydełkującą. Poza tym porcelanę, fajans, szkło, sztućce itd. Jest tego cała masa i gdy już poustawiam tam, gdzie powinny osiąść na stałe, to zaprezentuję w kolejnej odsłonie ChatoManii.

sobota, 2 lipca 2011

do raju bram...

Zdjęcie powyżej jest robione z okna naszego samochodu. Droga jest moją ulubioną. Oczywiście prowadzi do naszej chaty! Jest urocza o każdej porze roku. Stąd już rzut beretem do Bóbrki. Z prawej strony jest wysoki stok i widać malownicze rozlewiska , zakola rzeki , oraz żeremia bobrów.Gdy zachodzi słońce, jego wieczorna zorza odbija się w szkiełkach rozbitego lustra rzeki. Jest tak, jak napisałam; droga do raju bram!
Tym razem w Kosinie był Jędrek.Sam! Wymienił szklaną płytę w kuchence, podłączył antenę tv. Sprawdził, czy wszystko w porządku i odkrył, że gaz jest źle ustawiony, bo nie zapala się piecyk gazowy. Musi w poniedziałek dzwonić do serwisu, aby przyjechali i ustawili. Sam musiał palić w kominku, aby się wykąpać. Resztę rewelacji przekaże mi po powrocie. Podobno trawnik między chatami jest gęsty jak dywan. Adam dzielnie dba o niego i strzyże, aby wyglądał pięknie.
A propos samochodu. Muszę Wam opowiedzieć o moim małym Remusiu( Reno clio). Biedak ma już swoje na karku. Przeżył, a w zasadzie przejechał już swoje. Odkupiłam go od córki, gdy kupili sobie nowszy samochód. Potrzebny mi do pracy w terenie, bo bez niego ani rusz! Ma swoje lata.
W ubiegłym roku pierwszy raz miałam z nim kłopot, gdy pojechałyśmy z koleżanką do Kazimierza. Był wrzesień, lało jak z cebra i pewnego dnia, gdy wyruszałyśmy sprzed pensjonatu, zaczęło z podsufitki kapać nam na nosy. Próbowałyśmy sztuczki z workami nylonowymi- do kitu! Próbowałyśmy jechać w ten sposób, że Ela trzymała chusteczki higieniczne pod światłem przy podsufitce, a ja kierowałam. To też nie zdało  egzaminu. W końcu wymyśliłyśmy babski sposób. Ela żuła gumę do żucia- sztuk trzy. Potem oblepiłyśmy miejsce, gdzie przymocowana jest antena. Sposób pokazał się skuteczny- wynalazek epokowy!   Wytrzymało i owszem przez całą jesień, zimę, wiosnę, aż  do ubiegłego piątku. Gdy rankiem, po włożeniu wielu wysiłku we fryzurę( wychodzę z założenia, że tylko młoda może trzy razy ruszyć grzebieniem i dobrze wygląda, a taka , jak ja musi się trochę natrudzić, aby efekt był w miarę), siadłam za kierownicę i ruszyłam, nagle znalazłam się pod wodospadem!!! Było późno, więc nie zastanawiając się jechałam dalej. Gdy brałam zakręt w prawo, wodospad kierował się w moją stronę, gdy w lewo, to na prawe siedzenie. Na sądowym parkingu poszukałam wielkiej reklamówki i przykryłam prawe siedzenie. Zrobiłam obwałowania itp. Sama wyglądałam, jak zmokła kura.Około 16-tej wracałam do domu. W reklamówkowej niecce była spora kałuża. Wylałam na drogę, a sama dalej jechałam wśród strug deszczu na zewnątrz i wewnątrz.
Teraz czekam na Jędrka. Może przyjedzie i coś wymyśli, bo podobno ma lać cały przyszły tydzień, a ja muszę jeździć w teren! Biedny Remuś!!!!

czwartek, 30 czerwca 2011

w czasie deszczu...

Przed deszczem często spada mi nastrój. Zbliżająca burza przywołuje z podświadomości sprawy, które uwierają, o których chciałabym zapomnieć. Co tu dużo mówić, po prostu zaczynam mieć tzw. doła. Nie lubię czuć się tak, jakby moje myśli były przysypane szarym popiołem. Zresztą, kto to lubi?
Szukam więc różnych sposobów, aby poczuć się lepiej i nie dołować. Jednym z nich jest tzw. " tęczowa lista" Po prostu siadam sobie i wypisuję rzeczy, którymi obdarował mnie los; np. mam dobrą pracę, którą bardzo lubię, mam hobby, które potrafi mnie wyciszyć i dać mi dużo radości, mam kochane dzieci...itd, itd.Okazuje się , że mam wiele rzeczy, z których powinnam się cieszyć, a ilość dołujących mnie z pewnością jest mniejsza. Zresztą, po co wyszukiwać ... Drugim sposobem są afirmacje, które piszę i odczytuję parę razy dziennie z wenętrzną pewnością, że " uda mi się to zrobić". Z innych, prostych sposobów mogę wymienić malowanie, pisanie, słuchanie wyciszającej muzyki i np. lepienie z dziećmi z ciasta solnego różności, które później malujemy. Pewnego razu, gdy przez cały dzień lało jak z cebra wylepiłam koszyczek z kwiatami. Pomalowałam w jarmarczne barwy. . Powieszę go na ścianie w Chacie. Może nie jest dziełem sztuki, ale ożywi wnętrze.
Jędrek dziś jedzie do chaty. Tam i z powrotem, bo w sobotę po południu wraca. Musi wymienić płytę szklaną na kuchence i zainstalować telewizor. Po co komu telewizor, gdy jest w Bieszczadach?. Ja zupełnie zapominam, że coś takiego istnieje.
Zazdroszczę mu tej jazdy. Chętnie pojechałabym nawet na parę godzin, ale okazało się, że mam pilną, zawodową sprawę . I nijak nie mogę jej nie załatwić. Gdybym sobie odpuściła, z pewnością ucierpiałoby małe dziecko. Niech więc zamiast mnie jedzie kolorowy koszyczek.

środa, 29 czerwca 2011


A oto nadszedł czas na przygotowanie lawendy, aby troche wystraszyć niechcianych przybyszy.
Bardzo nie lubię wyciagać z szafy ażurowych rzeczy, gdy ażur ten jest niezamierzony. Pamiętam smieszną historyjkę, kiedy to przyszła do mnie koleżanka w pięknym, czerwonym płaszczyku. Płaszczyk miał odcień starego wina . Aż mi gul skoczył z zazdrości. Już widziałam siebie w tym pięknym płaszczu- ponczu, który idealnie krył niedoskonałosci figury. Po udanej wizycie , gdy koleżanka ubierała się w korytarzu, zobaczyłyśmy, że płaszczyk jest ażurowy. Kupiła go późną jesienią i przez całą zimę wisiał w szafie. Larwy miały czas na artystyczne " występy". Zrobiło mi się głupio i poczułam się winna, jakbym to ja wyżarła dziury.
Dostałam świetną nauczkę, aby niczego nikomu nie zazdrościć.
Samej też przydarzyło mi się zżarcie dolnej falbany w długiej do kostek spódnicy, czy dziurki w nowej turkusowej bluzce. Spódnicę skróciłam i ma teraz do połowy łydki. Straciła fason! A bluzka nadała się na szmatki do kurzu. 
Od tej pory hoduję lawendę. Suszę i umieszczam w szyfonowych woreczkach. Wieszam w szafie, wkładam do szuflad. Jest dla moli transparentem " skrzydła precz od mojej szafy" i żuwaczki też... 

wtorek, 28 czerwca 2011

zakochana w bibelotach - ptaki


        Po wczorajszym szalonym poniedziałku, bo cały dzień tylko gnałam i gnałam , chcę dziś troszkę przystopować. Może w ten sposób zaczaruję czas? Wprawdzie i dziś mam bardzo napięty grafik, ale mam też momencik, zanim wejdę w wir dnia, aby wrzucić parę słów w sieć.
Już bardzo dawno temu wielkim uczuciem miłości obdarzyłam maleńkie cudeńka, którymi  niektórzy się otaczają. Dodają one wnętrzom niepowtarzalny charakter i wiele mówią o osobach, które je posiadają. Jestem tzw. trochę śmieciarą, bo nie przepadam za surowymi, sterylnymi wnętrzami. Lubię w nich trochę tzw."śmieci", czyli bibelotów, dupereli, pamiątek... , czy jak je sobie ktoś nazywa. W naszej "Chacie pod Arniołem" powoli zaczynam zbierać maleństwa, które kiedyś będą stanowiły o charakterze domu, a na razie są" pierwszymi jaskółkami" , niektóre  w dosłownym sensie.
Moje zbieractwo polega na tym, że czasem nie wyrzucam tego, co inni wyrzucają. Np. jaskółki na sznurku były elementem dekoracyjnym opakowania, w którym dostałam od przyjaciół sprzęt kominkowy. A ja powiesiłam je na magnesiku z samowarem, na magnetycznej tablicy.  Porcelitowe ptaszki wypatrzyłam w sklepie ze starociami i przykleiłam na murku w łazience.
Kocham ptaki. Pamiętam, jak dawny sąsiad- niejaki Wujek Antek hodował na strychu gołębie. Miałam wtedy z dziesięć lat. Karmił je przeżutym przez siebie pokarmem, prosto z ust. Teraz powiedziałabym - FUJ! Wtedy byłam zachwycona, jak cudnie zastępuje pisklakom matkę...
O jaskółkach i gołębiach usłyszałam wczoraj od Stelli przezabawną opowieść. Obydwa gatunki mieszkają w poliżu jej mieszkania. Obserwowała ona powietrzną kolizję jaskółki z gołębiem. A było to tak;
Leci sobie taki wielki, wyżarty gołąb, bo tylko takie mieszkają w pobliżu domu Stelli( pobliski park, gdzie ludzie karmią gołębie, robią grille itp.) , a więc leci majestatycznie, ciężko, dostojnie, zgodnie z wyznaczonym planem lotu i nagle jego trajektorię przecina wielkie; brym, brym, brym! Jaskółka z szybkością światła wali w gołębia i znika. Istny odrzutowiec na pokazie lotniczym!
Gołąb prawie staje w powietrzu, oszołomiony, zdezorientowany. Ma bardzo głupią minę! ( czy gołębie mają miny?). Jest ogłuszony i zaburzony. Prawie spada na ziemię, ale po chwili odzyskuje równowagę i obrażony dostojnie, ciężko odlatuje w sobie tylko znanym kierunku. Za sobą, na niebie pozostawia istny pokaz lotniczy; brym, bzim, brum...!!! To szwadron jaskółek wykonuje codzienne ćwiczenia !