sobota, 8 maja 2021

Wiosna o zapachu czekolady.



        Przyjechaliśmy do chaty czwartkowego wieczoru. Właśnie zachodziło słońce. Moje obawy co do arktycznej temperatury wnętrza chaty prawie się sprawdziły, bo na zewnątrz było co najmniej dziesięć stopni więcej, niż w chacie. Pootwierałam wszystkie drzwi i okna, aby przewietrzyć chatę i przy okazji ogrzać temperaturę wewnątrz pomieszczeń. Powoli zaczęliśmy wnosić bagaże. Gdy Jędrek zaczął wyładowywać i przenosić do chaty przywiezione rozsady, ja chwyciłam za aparat fotograficzny i zaczęłam obchodzić Wyluzowaną. Samotnie chciałam przywitać się z naszym ukochanym miejscem. Dawno tu nie byliśmy. Wiosna zawitała i tutaj, choć w porównaniu z Koźlem, była w powijakach. Trawa jeszcze niziutka i słabo rozrośnięta, za to na stoku zakwitły wiosenne kwiaty. Pod sosną  pyszniła się w zielni biała kolonia  zawilców. Między drzewami w rzadkiej trawie rozlały się cytrynową żółcią pierwiosnki lekarskie, które Jędrek przeniósł tu spod siatkowego ogrodzenia. Gdzieniegdzie pojawiły się niebiesko różowe miodunki. Nie wiem skąd nagle na stoku pojawiła się kwitnąca pojedyncza gałązka forsycji. Już rozżarzyła się bielą gwiaździsta magnolia. W tym roku kwitnie dużo bardziej obficie, niż w roku ubiegłym. Może dlatego, że wiosna jest mocno opóźniona i dużo chłodniejsza, niż w latach ubiegłych.





 






Przeszłam stokiem powyżej chat. Spojrzałam na staruszki, zielony trawnik, na którym w najlepsze kwitły ostatnie żonkile. Zeszłam w dół, aby obejść leśny zakątek Wyluzowanej i spojrzeć na chatki z dołu od strony zalewu.













Słońce dawno schowało się za Berdem. Wyluzowana przygotowywała się do nocy. Chwilę jeszcze biegałam po Wyluzowanej, jak rozradowany psiak. Odkrywałam coraz to nowe niespodzianki; a to błękitne cebulice, a to kwitnące krzewy, a to  ,o rety, liczne kopce kreta, który korzystając z naszej nieobecności szarogęsił się poniżej stoku, na którym stoją chaty. W  końcu zmęczona weszłam do lekko już ocieplonej chaty, bo Jędrek zdążył zapalić w kominku. Mimo wszystko z każdej szafki, od każdego mebla wiało chłodem. Trochę czasu zajęły nam czynności porządkowe, przetarcie blatów, rozlokowanie rozsad pomidorów i pojemników z zasianymi ziołami, które zajęły jeden z parapetów łazienki.



 

Później zaczęłam rozpakowywać bagaże. Lubię od razu ułożyć wszystko na swoje miejsce, abym mogła poczuć się tak, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. I tak było również tym razem. Zmęczeni poszliśmy spać około północy, gdy chata była ciepła i przyjazna, jakby udobruchana po długiej tęsknocie. 

Piątek był dniem wyjazdu do Sanoka. Musieliśmy uzupełnić zakupy, a Jędrek miał zamówioną wizytę u podologa. Czekając na niego siedziałam na parkingu i obserwowałam ptaki. Pan kos zalecał się do panienki kosównej, zawzięcie rozsypując kupki zwiędłych liści i zeschłych badyli, zalegających pod płotem. Panienka niby nie zwracała uwagi, ale za moment zaczęła wyszukiwać suche patyczki i co chwilę podnosiła głowę, demonstrując powiększający się pęczek zeschłych gałązek, jakby chciała pokazać, że potrafi wybrać materiały na sporządzenie gniazdka. Niestety nie miałam przy sobie aparatu fotograficznego aby uwiecznić te parkingowe zaloty. Wyciągnęłam telefon i pstryknęłam, więc jakość zdjęć jest niezbyt dobra.










W sobotę w Bieszczady przyjechało wielu turystów, więc nie było sensu pchać się w te tłumy i  postanowiliśmy ten dzień poświęcić na domowe porządki, bo kurz osiadł tu i ówdzie. Musieliśmy też  wysprzątać sobie przestrzeń wewnątrz i na zewnątrz chaty. Ja czyściłam, prałam, wieszałam. Zmieniłam pościel, poustawiałam na swoje miejsce to, co zostało przez syna i jego gości poprzestawiane.  Nie, żebym była specjalnie drobiazgowa, ale bardzo dużo czasu traciłam na poszukiwanie potrzebnych przedmiotów, bo nie stały tam, gdzie dotychczas. Jednak przyzwyczajamy się do miejsc, w których je kładziemy i nawet w ciemnościach potrafimy odszukać konkretny przedmiot. I tak cały dzień kręciliśmy się przy pracy. Jędrek złożył namiot foliowy i przygotował pojemniki na przywiezione pomidory.



Wieczorkiem poszliśmy na spacer aby choć w ten sposób uczcić 1-go Maja.

W niedzielę postanowiliśmy pojechać do Sanoka i sprawdzić, jaka jest czekolada w nowo otwartej pijalni czekolady, która mieści się na piętrze dworca autobusowego.
Podjechaliśmy na parking przed dworcem kolejowym i przejściem zawieszonym nad torami przeszliśmy do budynku dworca autobusowego. W czekoladziarni , która jest bardzo urokliwym miejscem, zastaliśmy trochę młodych ludzi. Otwarta została ona w sanockim dworcu multimodalnym i jest własnością Mirosława Pelczara. Industrialna aranżacja à la fabryka doskonale wpisała się w architekturę dworca. Sanocka czekoladziarnia jest filią czekoladziarni  w Korczynie.

 

Bardzo ciekawy jest wystrój tego słodkiego zakątka, którego główne pomieszczenie przypomina trochę wnętrze fabryki, z wydzielonym miejscem na stoliki kawiarniane, a przylegające do niej dwa małe pomieszczenia są czymś w rodzaju salki muzeum. Jest też kącik dla małych dzieci z możliwością zapewnienia malcom zajęć rysunkowych. W głównej sali jest też wystawa pralinek i innych słodkości wykonanych ręcznie. Jest klimatycznie i ciekawie. Na razie czekoladę i inne słodkości można tylko kupić na wynos .
Kupiliśmy sobie po kubku czekolady deserowej i mogę powiedzieć, że miałam przysłowiowe niebo w ustach.  Czekając na zamówienie oglądaliśmy zdjęcia i eksponaty umieszczone na półkach i w gablocie, a także poczytałam o historii spożywania czekolady, właściwości czekolady, której spożycie wyzwala produkcję endorfin, a także o czekoladziarni Mirosława Pelczara w Korczynie. Naładowani po brzegi endorfinami poszliśmy w stronę samochodu.



















Gdy wróciliśmy na parking, dostrzegłam na ścianie dworca PKP pamiątkową tablicę, która informuje, o tym, że z dworca kolejowego w Sanoku w 1947 roku wywieziono na ziemie zachodnie 47 562 osoby narodowości ukraińskiej.

Poprzedniego dnia odbyliśmy wieczorny spacerek na plażę zalewu . Pogoda była bardzo nieciekawa. Chmurzyło się i bardzo szybko niebo nabrało sino czarny odcień. Od strony Zagórza zbliżała się ulewa.

 








Ledwie usiedliśmy na ławkę, aby pooddychać świeżym powietrzem, podziwiać budzenie się przyrody, gdy wygonił nas deszcz. Szybko wróciliśmy do chaty. Deszcz pojedynczymi, grubymi kroplami deptał nam po piętach, a w zasadzie poganiał nas, stukając po plecach. Zdążyliśmy zejść ze stoku przed ulewą, która rozpętała się, gdy przekroczyliśmy próg chaty.

Od chwili przyjazdu z Koźla odbyliśmy w niedzielę jeszcze jedną dłuższą wycieczkę. Pojechaliśmy do Sanoka, a stamtąd w kierunku Trepczy, którą to przejechaliśmy i dalej jadąc wzdłuż Sanu przez Międzybrodzie,Mrzygłód, Hłomczę, dojechaliśmy aż do Łodziny.Wg. wikipedii  jest to wieś położona na obrzeżu Gór Czarnych wchodzących w skład Pogórza Dynowskiego. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z 1442 r. Nazwa pochodzi prawdopodobnie od rodzaju wierzby nadsańskiej, czyli łoziny. Jej położenie na widokowym grzbiecie górskim świadczyć może o charakterze obronnym dawnej osady. Znajduje się tu cerkiew drewniana  z 1743 r. konstrukcji zrębowej, oszalowana, i kryta gontem. Wewnątrz zachowany jest ikonostas  datowany na ok 1875r. Niestety nie widzieliśmy ikonostasu albowiem drzwi cerkwi były zamknięte.








W Łodzinie byliśmy w okresie wakacyjnym już parę lat temu z małymi wówczas wnukami; Kacprem i Kajetanem. Tym razem byliśmy sami i chcieliśmy sprawdzić, czy są jakiej zmiany, oraz jak wygląda cerkiew w otoczeniu wiosennej przyrody. Następnie pojechaliśmy do Dobrej Szlacheckiej. Jest  to wieś położona w dolinie Sanu u podnóża Gór Sanocko – Turczańskich, kilkanaście kilometrów od Sanoka. Według wikipedii  znajduje się tu zespół cerkiewny, na który  składa się dawna greckokatolicka cerkiew pw. św. Mikołaja (obecnie kościół pw. Podwyższenia Krzyża) z 1879 r. oraz wieża–dzwonnica bramna z XVII w. W środku cerkwi polichromia figuralna oraz klasycystyczny ikonostas czterorzędowy z przełomu XVIII i XIX w. Teren przycerkiewny otoczony jest kamiennym murem, w który wbudowana jest wspomniana dzwonnica bramna. Do dziś zachowała się w wieży ikonostasowa przegroda z carskimi diakońskimi wrotami. Zespół cerkiewny w Dobrej Schlacheckiej leży na podkarpackim Szlaku Architektury Drewnianej. Kiedy król Władysław Jagiełło nadawał te ziemie w 1402 r. braciom Jurowi, Zanowi i Dymitrowi miejsce to nazywano Dobre Pole. Położone na starym szlaku handlowym musiało być zamieszkane dużo wcześniej, w czasach staroruskich. Od XV wieku istniał tu podział wsi na Szlachecką i Rustykalną. Obok cerkwi mieści się teren straży pożarnej z zabytkowym wozem strażackim i tablicą informującą , że z tej miejscowości pochodzili dziadkowie majora Hubala. Niestety tablicę można było pooglądać zza płotu, bo furtka była zamknięta.












Z Dobrej Szlacheckiej pojechaliśmy w stronę Ulucza. Niestety w związku z błotem , nie wdrapywaliśmy się na wzgórze, gdzie stoi cerkiew, a obok niej stary cmentarz. Zostawiliśmy sobie tę wycieczkę na kiedy indziej. Natomiast pojechaliśmy dalej, mijając żwirownię. Jechaliśmy jakiś czas  w stronę Dynowa i zatrzymaliśmy się w miejscowości Lipa. Tam została odrestaurowana cerkiewka , za którą znajduje się stary cmentarz. Groby rozrzucone są na stoku, na brzegu lasu i sąsiadują z dużą leśną pasieką. Obeszliśmy teren obejrzeliśmy pięknie odnowioną starą cerkiew, a później pojechaliśmy dalej. Wyjechaliśmy w Starej Birczy, skąd udaliśmy się  w stronę Kuźminy. W tej miejscowości drogą 890 skierowaliśmy się w kierunku Wojtkówki . W Wojtkówce skręciliśmy w prawo na Ropieńkę i Wojtkową, a później Olszanicę oraz Uherce Mineralne.











Wycieczka zakończyła się późnym popołudniem. Przez ostatni tydzień wiosna zrobiła duże postępy. Zakwitły tulipany, a gałęzie drzew zmieniły woale na zieleńsze.