niedziela, 30 czerwca 2019

Zapach, kolory i smaki niedzieli w chacie.

Na przekór nieszczęściom, które ciągle utwierdzają nas, że chodzą stadami, udało się przynajmniej na cztery dni przyjechać do chaty
i arniołów. Zastaliśmy raj na ziemi, jakby z kolei życie potwierdzało, że pomimo wszystko toczy się i ma różne kolory, nie tylko szare i czarne. Dlaczego piszę, że nieszczęścia chodzą stadami? Otóż jakby wszystkiego było mało, o czym pisałam w poprzednich postach, Tata osłabł i położyło go na fest. Nie podnosi się z łóżka.Nie ma siły, nie kontaktuje. Przebranie go jest mordęgą. Na domiar złego szwagierka pojechała do Bułgarii na wczasy, tam jej mąż złapał zapalenie płuc. Ledwie udało się go odtransportować do domu, a w zasadzie z lotniska prosto do szpitala, gdzie po trzech dniach na pulmonologii zmarł na  sepsę.  Szok! Od kwietnia był na emeryturze. Jeszcze nie pobrał świadczenia, bo perturbacje z ZUSem trwały...
Żyli razem 26 lat. Byli bardzo dobrym małżeństwem. Oboje z odzysku,po nieudanych związkach odnaleźli siebie w trudnych dla obu stron chwilach. Byli dla siebie wsparciem i wybawieniem. Ze szwagierką nie jesteśmy " z jednej bajki" ale długo z nią wczoraj rozmawiałam. Rozumię jej zagubienie, przerażenie, pustkę.Ciarki chodzą mi po skórze, gdy pomyślę, że każdy z nas może w każdej chwili stracić ukochaną osobę. Na co dzień o tym się nie myśli ale gdy znajomych, czy rodzinę dotyka  nieszczęście, konfrontujemy się z taką możliwością. I wtedy na myśl przychodzą mądre słowa, że trzeba się cieszyć każdą  chwilą, każdym wspólnym momentem, aby nie żałować, że straciliśmy okazję.
       










         Okazało się, że szpital chce potwierdzić, że lekarze wszystko zrobili jak trzeba i chcą przeprowadzić sekcję zwłok. Termin pogrzebu przesunięto więc na czwartek. Zdecydowaliśmy, że to okazja na moment odwiedzić chatę.

Po powrocie pogrzeb i parę dni przygotowań do wyjazdu do Belgii, a od poniedziałku wizyty lekarskie . W środę wyjazd. Mam nadzieję, że stan Taty tego nie uniemożliwi, ale biorę pod uwagę i taką ewentualność. Aby było jeszcze większe stadko kłopotów, dowiedziałam się, że kuzynka, z którą jesteśmy zżyci, źle przeszła radioterapię i po kwartale dobrego samopoczucia straciła władzę w nogach. Wylądowała na wózku inwalidzkim. Jest sparaliżowana od pasa w dół. Całe szczęście, że jej pasierb z żoną zaoferowali pomoc i opiekę.   Zabrali Gosię  do siebie do Gierałtu. Tam mają warunku mieszkaniowe przystosowane dla osoby niepełnosprawnej.
Od wczoraj staram się nie myśleć o tych wszystkich nieszczęściach. Ładuję baterie. Jednak czasem muszę zejść na ziemię, np gdy codziennie dowiaduję się, jak sobie siostra radzi, jaki jest stan Taty.
Tak więc odganiam złe myśli, jak natrętne gzy i delektuję życiem. Dziś ranek był kolorowy i bajkowy. Tonął w kwiatach, w odgłosach lasu, zapachu ziół i smaku kawy, która leniwie wypita na drewnianym tarasie, smakowała wyjątkowo.







 Gdy ćwiczyłam codzienny pillates, Jędrek postanowił przywitać się ze stokiem. Przyniósł świeże grzyby. Ach, jak smakowały do niedzielnego obiadu. Tutaj od wiosny jadamy tylko na tarasie.
Teraz na dworze upał. W chacie panuje przyjemny chłodek. Bajka! Śpiewają ptaki, a ja słucham i patrzę. Czasem wydaje mi się, że słyszę szelest piór arniołów, bo pewnie tańczą na czubkach drzew. I takie chwile to nagroda za wszystkie zmartwienia.  " Chwilo trwaj !".

czwartek, 27 czerwca 2019

Tak to czasem bywa!

    
Z chaty wróciliśmy do miasta  około 11 maja aby zająć się naszym tatą. Siostra wykupiła sobie wycieczkę na jedną z greckich wysp. Pojechała jak co roku ze swoją przyjaciółką Hanią. Moja siostra twierdzi, że zobaczyła Grecję i zakochała się w niej. I że z pewnością i ja się w niej zakocham, taka jest cudna. Rzeczywiście jest piękna, przynajmniej Kefalonia, gdzie byliśmy przed rokiem, ale moje serce oddałam już dawno temu Bretonii. Tak to już z tymi miłościami jest. Każdego urzeka co innego. A że z siostrą jesteśmy jak dzień i noc( nie tylko z wyglądu), to i inne mamy preferencje wypoczynkowe. Ona szuka luksusowych hoteli, a ja niekoniecznie....Ale wracając do tematu, wróciłam do miasta z myślą, że zaraz po powrocie siostry wrócę do chaty, okazało się, że niestety los miał dla nas inne plany. Ale o tym w swoim czasie.  A więc przeniosłam się do ojca, zostawiając męża w domu. Tata systematycznie podupada na zdrowiu. Coraz mniej go interesuje otoczenie. Nikogo nie poznaje. Nawet siostry,z którą jest najwięcej.
Do miasta wróciłam w maju, a więc miałam możliwość zobaczenia wyjątkowo długich w tym roku kiści wisterii. Rozkwitły róże i cały ogród przywitał nas kwietnym dywanem. Oglądałam go z pierwszego piętra mieszkania taty i siostry. Na 12 dni zajęłam miejsce siostry. Tata nie odczuł żadnej różnicy. Chyba nawet nie dostrzegł tego, kto się nim opiekuje.A dnie miał różne. Najczęściej trwał na kanapie w śnie tak głębokim, że obawiałam się, czy jeszcze oddycha i sprawdzałam co chwilę, czy podnosi się jego klatka piersiowa. Najgorsze , że nie zdając sobie sprawy z tego, co wokół się dzieje nie poznawał mieszkania i uparcie chciał, aby go zabrać do jego domu. Może w pamięci było wnętrze chałupy w podkrakowskiej wsi Gruszów, a może pierwsze mieszkanie, w którym zamieszkał po ślubie z naszą mamą?... Kto to wie? Przestał wyrażać swoje myśli. W zasadzie prawie nie mówi. Nie będę opisywała jak wyglądała opieka i stan taty, bo już wielokrotnie o tym pisałam. Wspomnę tylko, że coraz mniej rozumie z tego co wokół i jest całkowicie od nas zależny.Zachował ociupinkę niezależności w uporze. Najczęściej działa na swoją niekorzyść i niestety zagraża swojemu bezpieczeństwu. Więc po co komu taka niezależność? Gdy sadzałam go przy stole, nie wiedział po co. Gdybym go nie nakarmiła, pewnie nic nie wziął by do ust....Ale tyle o pierwszych  dwóch tygodniach pobytu w mieście. W dniu święta matki miałam cudną niespodziankę. Zjawił się doręczyciel kwiatów i dostałam od córci, która mieszka we Wrocławiu cudny bukiet z przemiłym i wzruszającym bilecikiem. Oczywiście syn też o matce pamiętał. Mieszka bliziutko i dotarł na czas z życzeniami. Pomyślałam sobie, że to wielkie szczęście mieć takie kochające dzieci.



Siostra przyjechała wypoczęta , opalona, gotowa stawić czoło problemom dnia codziennego.  A ja w ramach odstresowania trudnej sytuacji zabrałam się za kolejny obraz. Trudno było mi zebrać rozbiegane myśli, więc malowałam. Tu nie muszę się skupiać. Macham pędzlami i jakoś uspokajam się. Nabieram odpowiedniego dystansu do życia. Sprawia mi to przyjemność i pomaga. Kiedyś pomagało pisanie. Teraz pisanie wymaga skupienia i prędzej sięgam po pędzle. Skorzystaliśmy również z okazji, ze nie musimy siedzieć na miejscu i wyjechaliśmy na cudną wycieczkę rowerową.



Przejechaliśmy na rowerach 27 km. Jechaliśmy polnymi i leśnymi drogami aż do przeprawy promowej na Odrze w Zdzieszowicach. Wróciliśmy tą samą drogą zmachani, zziajani ale zadowoleni z życia. Jeszcze nie było na dworze tak gorąco, bo następnej niedzieli nie dalibyśmy rady. Poza tym rozkręciłam się w pillatesie, jodze i rozciąganiu. Nie, nie zapisałam się na żadne grupowe zajęcia. Poszukałam ćwiczeń w internecie. I przypomniałam sobie, jak cudowną rzeczą jest ruch. W zasadzie od ponad roku intensywnie ćwiczyłam na zajęciach grupowych, ale przy wyjeździe do chaty miałam długie przerwy i właśnie tam pomyślałam o indywidualnych ćwiczeniach. Teraz rozszerzyłam ich zakres, bo i sprawność zdecydowanie mi się poprawiła, a co za tym idzie przyjemność z ćwiczeń wzrosła. Staram się rozruszać swoje stawy, wzmocnić mięśnie. Już widzę efekty. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie kochane zdrowie. Tym razem nie moje, a Jędrusia. Wyszedł na chwilę do lekarza, a wylądował w klinice chorób serca. Okazało się, że 26 lipca musi poddać się zabiegowi wszczepienia rozrusznika serca. Półtora tygodnia nerwów, donoszenia żywności, bo szpitalne meni nie jest nawet zadowalające. Teraz wiadomo na czym stoimy. Moglibyśmy wyjechać do chaty już parę dni temu, niestety czekamy na samochód stojący w warsztacie. Gdy zostanie naprawiony, spakujemy manatki i w drogę. Zostanie nam do dyspozycji kilka dni. Później musimy wrócić, bo kolejne wizyty u lekarzy, a później wyjeżdżamy na dziesięć dni do Brygitte . Po powrocie Jędrka czeka zabieg...












 Ostatniej niedzieli pojechaliśmy na wycieczkę na Górę Świętej Anny. Tym razem samochodem. Wędrowaliśmy zacienionymi ścieżkami bukowego, starego lasu aż pod amfiteatr i pod pomnik czynu powstańczego dłuta Ksawerego Dunikowskiego. Żar lał się z nieba, więc tylko spacer w parku lub  lesie był możliwy. Wracając , po drodze wstąpiliśmy do parku, pod  moją starą szkołę średnią. I wyjazd okazał się podróżą sentymentalną, którą uczciliśmy wielką porcją sorbetu.



Dziś czwartek, urodziny córci. A my nadal czekamy na auto. Jest gorąco i od wielu dni w mieszkaniu i ogrodzie czujemy się jak w rozgrzanym piekarniku. Z niepokojem patrzę na Jędrusia. Nie zawsze dobrze znosi upały. Mimo obaw mam też swoje malutkie zachcianki. Chętnie podjechałabym do Wrocławia z wielkim bukietem kwiatów. Niestety nie jest to realne, bo jesteśmy uziemieni. Skończyło się na rozmowie telefonicznej, życzeniach  i serduszkach wysłanych poprzez smsa. Pocieszam się tym, że mam przynajmniej taką możliwość.
Ostatni okres pokazał mi, że wiele planów muszę skorygować. Nie wszystko w obecnej sytuacji jest realne. Chciałam z Jędrkiem w 45 rocznicę naszego ślubu pojechać do Nepalu. Nie jestem pewna, czy to będzie możliwe. Nie wiem, czy to jest rozsądne...A wrzesień już niebawem.
Dziś przypomniałam sobie, jak to 44 lata temu czekaliśmy na urodzenie się córci. Ile dała nam radości ale jak bardzo zmieniła nasze życie. Niestety życie nie stoi w miejscu. Gna do przodu. Zmienia się, czy tego chcemy, czy nie. Koryguje nasze plany. Jak to w życiu często zdarza się.

sobota, 11 maja 2019

Niech się mury pną do góry!

 Jutro wyjeżdżamy do miasta. Szkoda, że to już, ale tak trzeba. Jeszcze dziś czeka nas trochę pracy. Jędrek przygotowuje się do ścięcia paru gałęzi z dębu. Wiszą one nad Lucyny chatą, niszczą dach. Żołędzie, liście i małe gałązki zatykają rynny.
Po południu ma przyjść jakiś fachowiec do tych spraw. Trochę obawiam się, czy we dwójkę dadzą radę i nikt na tym nie ucierpi, prócz dębu. Jednak trudno, gałęzie muszą być usunięte! Po co rozrastał się w stronę chaty, a nie ogrodu?
Niniejszym informuję, że w  ubiegłym tygodniu przyleciała sobie wena i kopnęła mnie w zadek. Skutkiem tego kopa powstało dwa obrazy. Jeden to "wiosna w Bóbrce", a drugi " wiosenna ławeczka". Bardzo dawno nie malowałam akrylem. Jakoś nie nachodziło mnie, miałam też małe zastoje w pisaniu. A tu nagle majowy pobyt w chacie otworzył przymkniętą furtkę do twórczości. Mam potrzebę uzewnętrzniania wszystkiego, co gromadziło się w moim wnętrzu przez dłuższy okres czasu. Piszę i maluję jak szalona. Poza tym robię to co zawsze, czyli pomagam w nasadzaniach, gotuję, piorę sprzątam, porządkuję, jeżdżę na zakupy, ćwiczę... Czyżby odstawienie mięsa zaowocowało mnóstwem dobrej energii?


 Może to piękno bieszczadzkiej przyrody przywołało wenę? A może jedno i drugie?
Liczne opady deszczu wykluczają ścinanie trawy, bo trawnik jest grząski i wilgotny jak dobrze nasączona gąbka. Nic to!
Udało się nam załatwić osobę, która to zrobi po naszym wyjeździe.
Być może deszcze ustaną i obeschnie na tyle, że możliwe będzie obciążanie trawników wagą sprzętu i dorosłego człowieka. Teraz każdy krok powoduje pozostawienie w gruncie głębokich zagłębień.
A trawka sobie rośnie i trawnik między chatami robi się coraz bardziej szmaragdowy. Za to na stokach szaleństwo mniszka i  to w różnych fazach kwitnienia. Bardzo malowniczo wyglądają delikatne bańki dmuchawców wyglądające znad bujnej trawy. Nasz ogród stał się bajkowy, szczególnie w promieniach wstającego i zachodzącego słońca, które prześwietla zieleń. Dziś w świetle słoneczka widać było roje małych dmuchawcowych śmigiełek, serfujących nad łąką.
Wyglądały jak ogromny desant spadochroniarzy.

Wczoraj była u nas koleżanka i trochę wzięło nas na wspominki. W zasadzie dzięki niej zakochaliśmy się w Bieszczadach. Gdy pierwszy raz tu przyjechaliśmy, zaczarowała nas swoim kolorowym rajem LeGrażu. Wracaliśmy i wracaliśmy aby nasycić się pięknem , atmosferą, przyrodą... i jakoś tak się stało, że nadal wracamy ale już do siebie.
Koleżanka wspominała, jak to wiele lat temu promowała swoją miejscowość. Wyszukiwała ludzi, którzy kultywowali stare rzemiosło; bibułkarstwo, pieczenie chleba, garncarstwo itd. Później pokazywali swoje wyroby na ludowych kiermaszach. Bardzo ciekawa była opowieść o kobiecie, nazwijmy ją Malwiną. Była matką wielodzietnej rodziny. Wraz z mężem z dziada pradziada parali się rolnictwem. Gospodarstwo ich było tradycyjne; koń, krowa, kury, gęsi, kaczki... Pani Malwina piekła chleb, robiła masło, sery.  Gotowała tradycyjne wschodnie potrawy.
Gdy moja koleżanka dowiedziała się o niej, pojechała aby zakupić parę bochenków chleba na kiermasz, który urządzała  w lokalnej szkole. Brakowało tam właśnie jedynie domowego chleba.
Jakie było zdziwienie koleżanki, gdy na prośbę o sprzedaż chleba pani Malwina wybuchnęła histerycznym płaczem i zaczęła ją prosić, aby nie mówiła nikomu, że ona piecze chleb. Podobno jej dzieci były w szkole z tego powodu wyśmiewane. Koledzy mówili im, że są biedakami, bo nie stać ich na kupno w sklepie chleba, masła , czy sera. Pani Malwina bardzo się z tego powodu wstydziła i chciała zaoszczędzić swoim dzieciom stresu. Oczywiście po wielu tłumaczeniach , po licznych  podejściach i próbach przekonania jej, udało się. Ale nie o tym chciałam napisać. Bardziej o tym, że na przestrzeni lat bardzo zmienił się sposób myślenia ludzi. Zaczęto doceniać rękodzieło, domowe wyroby, ekologiczne, smaczne i dużo zdrowsze niż te, które możemy dostać w sklepach.

I nie jest to powód do wyśmiewania, a wręcz odwrotnie, do dumy. Jednak szkoda, że umiejętności te zanikają. Wymagają wiele zachodu, czasu, a świat teraz żyje w pośpiechu. Ludzie posiłkują się tzw. gotowcami, bo wygodniej, szybciej i nie trzeba sobie niczym głowy zaprzątać.
Cieszę się, że nauczyłam się delektować życiem. Smakować każdą chwilę, szczególnie tu, w chacie.
Po południu zrobiło się ciepło. Słoneczko zaczęło grzać intensywniej. Posadziliśmy barwinek pod brzózką- Królową śniegu.
Na górze pod drewutnią wsadziliśmy sadzonki nasturcji. Ustawiliśmy donice z kwiatami i ziołami. Usiedliśmy do popołudniowej kawy.
Żal, że już musimy opuścić nasz raj.