niedziela, 23 sierpnia 2020

Wakacje w Wyluzowanej ; tyrolka , pracownia malarska i obóz artystyczny.

         Dwa dni temu, gdy robiłam zakupy w nowo przebudowanej Biedronce, stojąc na parkingu zauważyłam kołujące ogromne stado bocianów. Przypuszczalnie odlatywały. W pierwszej dekadzie sierpnia sejmikowały na stoku góry  w Orelcu. To znak, że lato nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Westchnęłam i aby rozweselić myśli wróciłam do wspominania minionych dwóch miesięcy.

          Dziś 20 sierpnia. Sezon wakacyjny zbliża się ku końcowi. Ostatniego sierpnia chcielibyśmy pojechać do Koźla. Czekają wizyty w urzędach, u lekarza, fryzjera i kosmetyczki, a także uściski bliskich; dzieci, wnuków i przyjaciół. Mamy za sobą piękne lecz niesamowicie pracowite lato w Wyluzowanej. Najpierw odwiedziły nas wnuczki i przez dwa tygodnie miałam obóz malarsko - cukierniczy. Oczywiście wraz z dziewczynkami świetnie bawiliśmy się. I o tym będzie dzisiejszy post.

Ostatnie pół roku nieźle dało nam popalić, tak jak i reszcie społeczeństwa.W związku z potrzebą zachowania odstępu, bo pandemia coronawirusa nadal ma się dobrze, Jędrek przygotował w Wyluzowanej  " tyrolkę". Jest ona prawie "profesjonalna". Co to znaczy? Otóż pod dębem, naszym Królem Maciusiem Pierwszym zbudował i zainstalował drewniany podest do wsiadania na siodełko zwisające na uprzęży ze stalowej liny. Od dębu przeciągnął wspomnianą linę aż do brzozy Małgosi.  Małgosia rośnie dużo niżej niż dąb i jest od niego oddalona kilkanaście metrów, więc na tyrolce pędzi się w dół. Aby było bezpiecznie, jest przywiązana do brzozy- Jasia tzw. linka hamująca. Julia i Maja były testerkami tyrolki. To ich pierwsze przejazdy były wskazówką przy doskonaleniu funkcjonowania urządzenia. Jędrek dodał parę zabezpieczeń. Teraz świetną zabawę mają nie tylko dzieci ale i dorośli. I przez całe lato była ogromną atrakcją dla rodzinki.
 




 

Wnuczki przyjechały zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Przygotowaliśmy im dwa pokoiki aby miały komfortowy wypoczynek. Pomimo iż na codzień różnie bywa z ich relacjami, to jednak postanowiły, że będą miały wspólną sypialnię.  Drugi pokój zaadaptowały na pokój zabaw.To tam wieczorami odgrywałyśmy na gorąco wymyślane skecze, scenki rodzajowe, opowiadałyśmy sobie kawały, rozmawiałyśmy " o życiu". Na nowo poznawałam wnuczki, a one mnie.W związku z kilometrami, które teraz nas na codzień dzielą, trochę pozapominaliśmy siebie. Dawało się to nam bardzo we znaki na samym początku pobytu dziewczynek. Jesteśmy inni niż ich rodzice. Trochę inaczej wychowywaliśmy nasze dzieci. Myślę, że przed laty, gdy byliśmy młodymi rodzicami, pomimo natłoku zajęć poświęcaliśmy dzieciom sporo czasu. Gdy sama układałam swój dzienny grafik zajęć zawodowych, mogłam poświęcić dużo więcej czasu na długie rozmowy z dziećmi, wyjaśnienie problemów, pokazywanie w jaki sposób radzić sobie z życiem. Mąż, który pracował na trzy zmiany i co czwarty dzień miał wolne, jeszcze więcej czasu był w domu. Nasze dzieci nie chodziły z kluczem na szyi , bo zawsze ktoś był w domu. W dodatku piętro wyżej mieszkali moi emerytowani rodzice.Obecnie świat wygląda zupełnie inaczej. Rodzice dziewczynek dużo pracują i dopiero późnym wieczorem rodzina jest w komplecie. Dużo trudniej im w natłoku zajęć wygospodarować czas dla pociech. Weekendy to odgruzowanie mieszkania, zakupy, spotkania ze znajomymi i mnóstwo innych ważnych spraw. Myślę, że obecnie większość młodych rodziców ma ten sam problem.

Wracając do końcówki czerwca i pierwszej połowy lipca myślę sobie, że pięć pierwszych trudnych dni pokazało obu stronom, że musimy się do siebie przyzwyczaić i dostosować. Trzeba tak ułożyć nasze relacje, aby obie strony były zadowolone. Pogoda nie rozpieszczała. Była w kratkę i często padało. Dziewczynki przyjechały do nas z konkretnym planem, który postanowiły od razu zrealizować. Obydwie są bardzo ekspresyjne, głośne.  Przyzwyczajone są do dużej ilości koleżanek i bardzo aktywnego spędzania z nimi czasu. Zamierzały pojeździć na koniach, malować na płótnie obrazy, malować na szkle, piec ciasta... Julia miała w planie park linowy, basen, kino, wyjścia do galerii. I zderzyła się z zupełnie inną rzeczywistością. W Wyluzowanej jest cicho i spokojnie. Babcia i dziadek są ruchliwi ale niekoniecznie mają ochotę w okresie pandemii na buszowanie po galeriach handlowych. Pobliskie stadniny koni nie były zainteresowane dwoma niedoszłymi dżokejkami bez umiejętności jeździeckich. Park linowy na Solinie był zamknięty, na basenie pławiły się w wodzie grupy kolonijne. Pozostało wesołe miasteczko, wędrówki po mniej zatłoczonych szlakach i Słodki Domek.  Niestety muzea i prawdziwe artystyczne galerie nie interesowały dziewczynek. Kino było zamknięte. Zaczęły się dąsy. Powiem szczerze, że nie było mi do śmiechu, szczególnie, że tyrolka stała się miejscem, o które nasze panny zawzięcie się kłóciły. Zjazdy na niej atrakcyjne były dla Julci w momencie, gdy jeździła na niej Maja. W tym właśnie momencie Julia postanawiała zjechać i wyrzucała z krzesełka Maję. Gdy z kolei Julia jeździła, Maja też chciała zjeżdżać w tej samej chwili. Propozycje ustalenia kolejności nie wchodziły w grę. Zmęczona działaniami rozjemczymi zabrałam dziewczynki do sklepu plastycznego. Kupiliśmy małe podobrazia, dodatkowe farby, antyramy, farby do malowania na szkle. Pół nocy układałam tygodniowy plan zajęć i to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że obydwie bardzo wycisza malowanie. Kryzysowym dniem wnuczek okazał się piąty dzień pobytu. Było to po paru dniach pełnym deszczu i burz, a więc uwięzienia w chacie. Doszła tęsknota za rodzicami. Jednak już wtedy docieraliśmy nasze relacje. Wieczorem bardzo długo rozmawiałam z dziewczynkami, pokazując im, że i mnie w tym momencie nie jest do śmiechu, choć je bardzo kocham i chciałabym aby miały cudne wakacje. Pomogło. Ustaliłyśmy zasady ich wzajemnego funkcjonowania, wybrałyśmy zajęcia . Okazało się, że dnie wypełnione po brzegi różnorodnymi zajęciami są tym, co pomogło nam rozwiązać kryzysową sytuację. I przez kolejne półtora tygodnia miałam w chacie regularny dwuosobowy obóz malarski. Powstało mnóstwo ciekawych i pięknych prac. Uczyłam je warsztatu , czyli w jaki sposób się maluje różnymi technikami. Poza tym piekłyśmy ciasteczka i ciasta. Czasem wspólnie gotowałyśmy. Uczyłam Julcię piec ciasto drożdżowe, pizzę , biszkopt. Ona mnie nauczyła robić ciasto rafaello.  Byłyśmy też na długiej wycieczce w pokazowej zagrodzie żubrów, a także w stadninie koni huculskich , gdzie dziewczynki wreszcie dosiadły koni. Zwiedziłyśmy mini zoo w ogrodzie Caritasu. Jeździłyśmy na lody i do wesołego miasteczka. Chodziłyśmy na piesze wycieczki i szukałyśmy na ścieżkach śladów zwierząt, które Jędrek uczył rozpoznawać. Gdy przyszły upały, wielki dmuchany basen stanął na trawniku i nawet zadowolił tęsknotę za kąpielą i plażowaniem. Poza tym było tak jak na wakacjach, czyli piekłyśmy kiełbaski, przygotowywałyśmy występy artystyczne, śpiewałyśmy w trakcie jazdy samochodem. Wieczorami rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się, od nowa poznawały, oraz rozwiązywały bieżące konflikty . Gdy po ponad dwóch tygodniach po dziewczynki przyjechali rodzice, okazało się, że nasze panny nie mają ochoty wracać do domu.

Wakacje poprawiły nasze relacje , bo znowu o sobie wiemy dużo więcej. Odległość  rozluźnia więzy. Trzeba bardzo starać się aby uczestniczyć w życiu innych ludzi, których kochamy, z którymi się przyjaźnimy, bo życie nas zmienia. Odzwyczajamy się od siebie. Nasze ścieżki się rozchodzą. I może okazać się, że już nie nadajemy na tych samych falach. Tak sobie myślę, że pomimo tylu przeżytych lat znowu życie mnie czegoś nauczyło. Bo nie wystarczy być babcią, aby być w dobrych relacjach z wnukami. Jak w każdą relację, tak i w relację z wnukami trzeba włożyć trochę  wysiłku. Nic samo się nie  zrobi.

 


piątek, 21 sierpnia 2020

Burzliwy czas

     
  Och, jaki nastał burzliwy czas. Odkąd przyjechałam z powrotem do Wyluzowanej , to grzmi i leje. Gdy wychodzi słoneczko, oddychamy z ulgą. Jednak nie na długo. Po paru godzinach znowu niebo zaciąga się . Burza przychodzi z wielką pompą, z iluminacjami i fanfarami , do których dołączają werble i bębny. I tak jest codziennie. Dobrze, że przynajmniej temperatura waha się w okolicach dwudziestu stopni, bo przed naszym wyjazdem do miasta było zimno. Wracając do naszego pobytu w naszym miejskim mieszkaniu, to był to czas bardzo pracowity i wypełniony po brzegi wrażeniami. Pojechaliśmy we wtorek i od razu zaczęliśmy od wizyty u lekarza , na badaniach kontrolnych. Później miałam cykl spotkań z przyjaciółkami, wnuczkami, wnukami i dziećmi. Mieszkanie przez kwartał naszej nieobecności zarosło kurzem i wymagało gruntownego sprzątania. Czyściłam, pucowałam, odświeżałam, prałam i glancowałam. Jeszcze w sobotę urządziliśmy okazałego grilla dla całej naszej rodzinki, poodświeżaliśmy nasze bliskie relacje i zabraliśmy się za załatwianie naszych zaległych spraw.  Fryzjer, kosmetyczka, urodziny Julki, zarośnięty ogród... Od rana do późnego wieczora byliśmy zajęci. I nie wiem jakim sposobem okazało się, że to już Boże Ciało. Zakończyliśmy więc nasz pobyt wyjazdem z Julką i Mają na lody do nowej lodziarni do Raciborza. I w sobotę wyruszyliśmy z powrotem do Wyluzowanej. Od dłuższego czasu zastanawiam się, czy wracam do Wyluzowanej, czy wyjeżdżam do Wyluzowanej . Zaskakuje mnie nowa myśl, że wygodniej i naturalniej żyje mi się tu, na wsi. I z prawdziwą przyjemnością jednak tu wracam. Tu czuję się u siebie.

środa, 27 maja 2020

Kwestia podejścia

         Wczoraj był Dzień Matki. Już ósmy rok nie mam komu złożyć życzeń. A może inaczej; składam życzenia patrząc w chmury, zapalając znicz, kładąc bukiet kwiatów na nagrobku. Od ośmiu lat tego dnia staram się odgrzebywać z zaułków pamięci chwile spędzone z moją Mamą. W ubiegłym roku świętowałam w Koźlu przy łóżku Taty. To tam przyszedł posłaniec z wielkim bukietem i życzeniami  od Córci, a później przywędrował  drugi bukiet, który wręczył mój bardzo dorosły już synek. Mocno mnie wyściskał, szepcząc do ucha same serdeczne słowa. Wiem dobrze, że dzieciaki bardzo mnie kochają i życzą wszystkiego, co może być najpiękniejsze i najlepsze, aby mi było dobrze i szczęśliwie.  Tego roku jestem w chacie w naszej Wyluzowanej. Nie mogę pojechać na cmentarz i pewnie moja Siostra to zrobiła. Mnie pozostają słowa szeptane w stronę chmur i przeglądanie archiwalnych zdjęć oraz odkurzanie wspomnień. To spoglądanie na niebo, niesamowite zachody słońca zapoczątkowało pomysł namalowania anioła. Pomyślałam, że obraz będzie doskonałym prezentem dla wnuczki mojej serdecznej koleżanki. Parę miesięcy temu obiecałam, że namaluję dla niej obrazek. Mała właśnie skończyła roczek i jest rozkoszną słodką dziewczynką chorą na Zespół Downa. Jest śliczna i nie widać, że natura wyposażyła ją w dodatkowy chromosom. Jest bardzo kochana przez całą rodzinę i w dwójnasób oddaje to uczucie. Zanim przyszła na świat, rodzinie towarzyszył lęk, czy podołają. Lekarze straszyli, że będzie miała szpotawą nogę i ogromną wadę serca. Wszystko okazało się bujdą na resorach. Dziewczynka rozwija się dobrze.
Mój anioł jest tańczący, radosny i jasny. Rozświetla mroki otoczenia. Tańczy z pasją. Namalowałam go akrylem. Pociągnęłam werniksem aby nabrał głębi. Już werniks wysechł. Muszę przygotować ramę i pojedzie z nami do Koźla. A później koleżanka zawiezie go wnuczce.
W ramach odkurzania wspomnień odgrzebałam stare zdjęcia sprzed wielu lat. Na jednym z nich moja córka przytula swoją babcię, na drugim wnuki są ze swoimi pradziadkami. Tacy wtedy byli mali. Teraz to już prawdziwi kawalerowie, szczególnie ten najstarszy, pierworodny. Tylko córcia niewiele się zmieniła, pewnie dlatego, że podobna jest do rodziny męża. Pamiętam brata teścia, który w wieku 80 lat miał cerę gładką i rumianą, jak dwudziestolatek. A ja patrzę w lustro i dostrzegam coraz większe podobieństwo do swojej ukochanej pomarszczonej babci. I mam wrażenie jakby powracała do mnie w spojrzeniu, rysach twarzy, pomarszczonym policzku... Aż łezka się w oku zakręciła. Chyba  dlatego godzę się pokornie z upływem czasu, który zrobił z mojej twarzy swój kalendarz i odmierza zmarszczkami dnie, miesiące i lata. I mam świadomość, że coraz bliżej mi do niej.
Właśnie takie refleksje dopadły mnie w to radosne święto. I nie bronię się przed tymi trudnymi uczuciami, bo wiem że czasem potrzebna jest chwila smutku, by docenić radość i pogodę naszego prostego życia. W końcu  świadomie je wybraliśmy. Początkowo przerażona byłam swoim wyborem i po miesiącu uciekałam do miasta. Brakowało mi przyjaciół, znajomych, miejskiego życia. Kocham swoje miasto. Myślałam, że tu na wsi będziemy tylko na letnisku, a resztę czasu spędzimy w mieście. Minęło 4 lata od chwili mojego przejścia na emeryturę. Obecne przymusowe uwięzienie w Wyluzowanej pokazało mi, że dobrze mi tu. A z przyjaciółmi mogę spotykać się rzadziej. W końcu każdy z nas ma swoje życie i dobre relacje nie są zależne od częstotliwości spotkań. Jesteśmy w kontakcie telefonicznym. Moje dzieci też mają swoje życie i swoje rodziny, a my i tak gościmy w ich życiu od święta. A kontakt telefoniczny mamy codziennie.
Nasze dnie w Wyluzowanej są spokojne i powolne, jak te, które przed laty mnie urzekły. Już przy naszym pierwszym zetknięciu z Bieszczadami dostrzegłam, że tu czas chodzi piechotą. I zatęskniłam za tym. To była iskra, która zainicjowała budowę chaty. Tu mam czas dla siebie; na pisanie, malowanie, wędrówki wśród niesamowitej przyrody, zagłębianie się w myślach. Do pozytywów mogę zaliczyć i to, że od dzieciństwa tyle nie czytałam , co w ostatnim czasie w chacie, a przecież czytać zawsze bardzo lubiłam. Widzę też ile frajdy ma Jędrek w szwendaniu się po lesie, stokach gór, łąkach. Poza tym cały czas własnymi rękami tworzy dzieło swojego życia- Wyluzowaną. I myślę, że nigdy mu pracy nie zabraknie.



 

Mamy też przerywniki , np. w miniony piątek przyjechał do nas syn wraz z naszą wnuczką Juleczką,. Stęsknili się za nami, więc gnali 400 km, aby spotkać się, uściskać, pogadać twarzą w twarz. Wrócili do domu po południu w sobotę. Byli około doby. Bardzo za sobą tęskniliśmy, więc w ciągu tych niecałych 24 godzin tyle wspólnie zrobiliśmy, jakby byli  co najmniej przez cały weekend. Po pierwsze wspólnie z Julą  upiekłyśmy szarlotkę z kruszonką na kruchym spodzie. Specjalnie czekałam z pieczeniem na wnuczkę, bo uwielbia pichcić. Marzy o wzięciu udziału w " Masterchefie" ale wie, że musi się jeszcze wiele nauczyć. Później Jula pomagała przygotować sałatki do mięsa z grilla. Po wczesnej grillowej kolacji zagraliśmy w czwórkę w grę " wsiąść do pociągu". Następnego dnia wnuczka  usmażyła pancakesy na drogę powrotną. Później pomogła Jędrkowi posadzić sadzonki pomidorów, pomogła mi w przygotowaniu obiadu, a ja pomogłam jej w namalowaniu obrazka na Dzień Mamy. Tempo tych 24 godzin było szalone. Wytrąciło nas z trybów emeryckiego czasu, wprowadzając nową kosmiczną strefę czasową. Do starego czasu wróciliśmy po wyjeździe syna.
Bardzo tęsknię za wnukami i cieszę się, że komunikatory i kamerki pozwalają nam na kontakt internetowy. Dzięki nim mogę na bieżąco śledzić zainteresowania Julki i zajęcia Kornelka, rozmawiać z pozostałymi. Przynajmniej w ten sposób jestem obecna w ich życiu. Ech, dziwne czasy!


 A tymczasem przewracam chatę do góry nogami, sadzę kwiatki i śledzę jak się mury pną do góry, a  na stoku pojawiają się schody. To Jędrek szaleje,  wyżywając się  w pracach budowlanych.  Pięknieje nasza Wyluzowana. I w trakcie mieszkania praktyka pokazuje, co jeszcze potrzeba zrobić, co nowego posadzić aby mieć swoje, zdrowe, dobre. W tym roku w mieście pozwolimy ogródkowi trochę odpocząć.  A może zostawimy tam tylko sad? Zobaczymy, gdy do miasta zajrzymy w czerwcu.













W ostatnim tygodniu mocno zazieleniło się nad naszym zalewem. Jest bardzo majowo, choć w tym roku maj zimny i bardzo mokry. Meteorolodzy straszyli suszą, zalecali aby nie kosić łąk i trawników, a tu jest wręcz przeciwnie. W związku z tym  kwiaty dłużej kwitną, drzewa stały dłużej w białych welonach i zieleń na nich  żywsza i świeża. Jakby przyroda chciała nam osłodzić ten trudny czas pandemii. Stan wody w zalewie jest wysoki. Z Kozińca na naszą autobusową zatoczkę spływają szerokie  strugi wody.  Gdy jeździmy na zakupy piękno regionu niezmiennie mnie urzeka i czuję się tak , jakbym nie potrafiła nacieszyć się pięknem przyrody. Czuję się jak na haju i chyba jestem uzależniona od Wyluzowanej.

niedziela, 17 maja 2020

W symbiozie z przyrodą.

          
Już podczas pierwszego pobytu w Bieszczadach w 2004 roku urzekła mnie uroda ruin wkomponowanych w bieszczadzką roślinność. Jeździliśmy wtedy po bieszczadzkich drogach i bezdrożach, poznając okolice i oswajając się z regionem, o którym do tej pory jedynie czytałam. Robiłam zdjęcia pozostałościom po cerkiewkach, starym dzwonnicom owiniętym  szalami  roślin i za każdym powrotem w Bieszczady obserwowałam zmianę kolorystyki przy zmianie pór roku. A ruiny w każdej z tych odsłon były wyjątkowo urokliwe. Nie ukrywam, że lubię miniony czas zaklęty w starych kamieniach. Ma magię tajemniczości, swoją historię ukrytą w kamieniu, takim swoistym nośniku informacji.  Coś mnie  do nich ciągnie. Może dodatkowo wyblakłe reszki  polichromii, może koloryt starych cegieł, resztek tynku, rozmach budowli...




W Lesku sobota jest dniem targowym. Postanowiliśmy pojechać i pooglądać, czy można kupić sadzonki pomidorów.  Postanowiliśmy, że w tym roku, skoro większość czasu spędzimy na wsi, to i tu zrobimy sobie prowizoryczny ogródek.  Z uwagi na bardzo ubogą ziemię i duże ilości szkodników nie ma sensu przygotowania normalnych grządek. Potrzeba nam grządek wysokich , które od spodu zabezpieczone zostaną siatką, przez którą nie dostaną się nornice, norniki, czy też krety. Potrzeba nietypowych grządek. Już mieliśmy pozytywne doświadczenie z sadzeniem roślin w workach jutowych. Przeglądając w internecie informacje na temat sadzenia roślin w donicach, reklamówkach i różnorakich naczyniach doszliśmy do wniosku, że może w tym roku spróbujemy posadzić pomidory i ogórki  w dużych plastykowych pojemnikach i donicach.Na początek Jędrek posiał ogórki. Ogórki nam wykiełkowały w naszym małym domowym rozsadniku, który stoi na oknie łazienki.  Pomidory postanowiliśmy posadzić większe.

Wybraliśmy się na targ trochę później, niż powinniśmy.  Ludzi już było niewielu ale sadzonek pomidorów nie znaleźliśmy. Pochodziliśmy, pooglądali  i na tym się skończyło. Wprawdzie zainteresowała nas mała jabłonka złota reneta , jednak była ostatnia i bardzo koślawa. Nie nadawała się, choć miałam chętkę na renetę, bo taką mieli moi rodzice i kojarzy mi się ze szczęśliwym dzieciństwem.W naszym małym sadzie w Wyluzowanej uschła jedna jabłonka, której czubek  obgryzły sarny i zamierzaliśmy na jej miejsce posadzić inne drzewko. Niestety nie było również żadnej ciekawej odmiany gruszy.  Zamierzałam też kupić sadzonki kwiatów, jednak było ich niewiele i też mnie nie zainteresowały. W podłużnym pojemniku Jędrek posiał mnóstwo aksamitek, wzeszły wzorowo. W drewnianych beczułkach - kwietnikach mam swoje zeszłoroczne skalne goździki, więc mogę poczekać na bardziej interesujące i odporne kwiatki. Tak pomyślałam i bez żalu wyszliśmy z targu. Kocham różne byliny , które na trwałe królują w naszym ogrodzie. Lubię bzy i rododendrony, zaglądające ze skarpy do naszego kuchennego okna. Kwiatów jednorocznych siejemy niewiele.
 


Nie zrobiliśmy zakupów i po krótkim namyśle, czy wracać, czy jechać dalej, zdecydowaliśmy się  na króciutką wycieczkę. Pojechaliśmy jak zwykle w nieznane, tym razem w stronę Zagórza. Tam na światłach skręciliśmy w lewo, a potem przejechaliśmy tory kolejowe. Jechaliśmy główną drogą aż do kościoła. Za kościołem  był mały parking , na którym zostawiliśmy samochód i dalej poszliśmy pieszo. Droga pięła się w górę wśród pól. Po lewej stronię mieliśmy piękną panoramę Zagórza. Po obu stronach drogi były ustawione stacje drogi krzyżowej. Każda z nich zrobiona przez innego artystę. Każdą opiekuje się inna grupa ludzi. Pomiędzy innymi znaleźliśmy też stację zrobioną przez Bogusława Iwanowskiego, artystę rzeźbiącego figury z drewna, którego poznaliśmy  podczas naszego pierwszego przyjazdu w 2004r. W Tyrawie  Wołowskiej po raz pierwszy oglądaliśmy parometrowe rzeźby wykonane przez człowieka 86 letniego urodzonego na kresach wschodnich. Wtedy z zainteresowaniem chodziliśmy po galerii plenerowej Quo vadis. Rzeźbiarz jest samoukiem, nagrodzonym jeszcze przez Wiktora Zina. Jest gawędziarzem, który potrafi długo i ciekawie opowiadać o swoich trudnych przeżyciach i rzeźbach, którym je poświęca.
































 Dochodząc do ostatniej stacji  minęliśmy po drodze szkółkę z roślinami. A za chwilę ukazały się ruiny klasztoru z XVIII wieku. Jest to późnobarokowa budowla klasztoru i warowni ojców karmelitów bosych,  na wzgórzu Mariemont  w zakolu Osławy. Ruiny klasztoru są wpisane do rejestru zabytków. Informacje o historii kościoła można znaleźć na wikipedii. W skład zespołu klasztornego wchodziły: kościół p.w. Wniebowzięcia NMP, klasztor oraz zabudowania gospodarcze. Otaczały go wysokie na pięć metrów mury. Brama wjazdowa i podjazd znajdowały się od strony północnej. Od strony wschodniej, tuż za murami, znajdował się szpital-przytułek dla weteranów wojennych pochodzenia szlacheckiego. Pierwszymi mieszkańcami szpitala byli weterani bitwy pod Wiedniem. Klasztor zbudowany był z piaskowca i cegły.Obecnie pozostały jedynie ruiny klasztoru.
W okresie burzliwej konfederacji barskiej klasztor stał się ostoją dla jej żołnierzy. Zabudowania klasztorne zostały ostrzelane z armat przez wojska rosyjskie; a ich część uległa spaleniu. Obrona klasztoru w Zagórzu była ostatnią bitwą konfederacji barskiej.



















 Klasztor próbowano dwukrotnie odbudować. Pierwsza próba była w 1956 r. Po przejęciu tego obiektu przez władze gminne Zagórza, od 2000 roku trwały systematyczne prace mające na celu zabezpieczenie niszczejącego klasztoru. Oczyszczono mury kościoła i klasztoru z drzew i krzewów, położone prowizoryczne nakrycie na szczytach murów, uporządkowano teren wokoło. Ponownie ustawiono na kamiennym postumencie przed kościołem figurę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Udało się też odbudować dwie, częściowo zrujnowane baszty. Wkrótce jednak prace przerwano. Zagórski zabytek ponownie popadał w ruinę. Obecnie widoczne są prace restauracyjne. Widać też próby odtworzenia ogrodów.
W 1957 roku na trasie swych bieszczadzkich wędrówek ruiny zagórskiego klasztoru odwiedził Karol Wojtyła. Przypomina o tym stosowna tablica w ruinach kościoła odsłonięta 3 maja 2007 roku, ozdobiona charakterystycznym papieskim krzyżem oraz herbem.
Wspięliśmy się na wieżę widokową, skąd jest  bardzo dobrze widoczna dolina Osławy i okoliczne wzgórza. Wracając obok szkółki zajrzeliśmy do niej i kupiliśmy dwuroczne drzewko, gruszę konferencję i krzaczek lawendy. Mijali nas inni turyści spragnieni wiosennych spacerów  i wycieczek. Na bezchmurnym, błękitnym niebie pojawił się bocian, który poszybował w stronę gniazda. A później zobaczyliśmy dwa orliki próbujące upolować gawrona, który robił różne uniki chcąc uniknąć śmierci w szponach drapieżników. Niestety nie wiem czym skończyła się podniebna bitwa, bo ptaki zniknęły za koronami drzew. Wróciliśmy około czternastej. Pogoda nadal dopisywała.


 Dzisiejszy ranek nie był pogodny. Było bardzo chłodno i pochmurnie. Gdy po obiedzie wypogodziło się wyjechaliśmy na wycieczkę objazdową. Trasa biegła przez Małą pętlę bieszczadzką. Pojechaliśmy przez Solinę, Polańczyk, Wołkowyję,  Olchowiec , Polanę , Czarną, Lutowiska, Żłobek, Rabe, Ustrzyki, Ustianową i skręciliśmy w stronę Łobozewa, po czym przez Solinę wróciliśmy do Bóbrki.