piątek, 18 października 2019

Zaszalałam i co z tego





        Przywitałam ranek 17-go października  potężnym ziewaniem. Gdyby nie potrzeba fizjologiczna , to nic nie wygoniłoby mnie z łóżka przed dziewiątą. Poranek był jakiś szary. Zaspana poszłam do dziennego pokoju i zastanawiałam się, czy wracać pod ciepłą kołderkę, czy dogorywać na sofie. Szare komórki jakoś słabo kręciły się ale po paru łykach wody nabrały tempa. Mata stojąca w kącie łazienki przypominała o codziennym pillatesie. W pierwszej chwili pomyślałam, że odpuszczę i zrobię sobie dzień wolnego, bo w końcu w swoje urodziny mogę sobie zrobić taki prezent, ale po namyśle zrezygnowałam z obijania się, wskoczyłam w leginsy i bluzeczkę . Przecież to dla zdrowia!  Zaczęłam swoje fikimiki, jak to mówi Jędrek, ale po pierwszych ruchach usłyszałam dźwięk telefonu. I mrugającą kamerkę. Spojrzałam na wyświetlacz. To dzwoniły moje pracowe koleżanki. Zarejestrowałam tylko, że jestem rozczochrana i odebrałam połączenie. Usłyszałam " sto lat" odśpiewane kilkugłosowym sopranem. Na ekranie zobaczyłam uśmiechnięte buźki,a  poniżej siebie rozczochraną, jakby piorun strzelił w rabarbar. Ale niespodzianka! Miła, sympatyczna, a ja "taka nieubrana"! I tak z przytupem zaczęłam dzień, bo zaraz były kolejne telefony, sms-y. Ach, jak przyjemnie! Po pierwszej fali nastała cisza. Jędrek jeszcze pochrapywał w sypialni, więc ponownie zaczęłam pillates i udało mi się odbębnić 50 minut w jednym ciągu, zanim  nadeszła fala wtórna. Przy ostatniej rozmowie, widać głośniejszej, mojego ślubnego wywlekło z sypialni, a słoneczko wyłoniło się zza drzew i rozzłociło naszą Wyluzowaną.
Świat rozjaśnił się od gorących życzeń i promieni październikowego słońca. Zaraz robi się milej na sercu, gdy wiesz, że mimo odległości gościsz w cudzych myślach, pamięci. Moja córcia zadzwoniła wraz z najmłodszą latoroślą, gdy tylko odebrała delikwenta z przedszkola.
        -- Babciu, a dlaczego nie jesteś w mieście i nie mogę przyjechać do ciebie na urodziny? -- zapytał czterolatek. -- Mama nie chciała teraz jechać do Bułki. Ty musisz na urodziny przyjeżdżać do miasta, bo ja nie mam komu składać życzeń.
W głosie malucha usłyszałam prawdziwy żal.
        --  To umówmy się, że jak dziadek będzie obchodził swoje imieniny, to przyjedziemy do miasta . Wtedy podłączę się ze swoimi urodzinami do jego imienin, a wy do nas przyjedziecie i będziemy  wspólnie świętować. Zgoda? -- wymyśliłam rozwiązanie.
        -- Mogę się zgodzić. -- z ociąganiem powiedział maluch -- Ale zaśpiewam sto lat najpierw tobie, a dopiero później dziadkowi. I będę bawił się w pokoju, gdzie najpierw mieszkał wujek, gdy był mały, a teraz ja się tam mogę bawić jego klockami i zabawkami dziewczyn. A wczoraj po południu  to powiedziałem ci ;dobranoc, pchły na noc, ale mama mi wytłumaczyła, że nie chodzisz tak szybko spać. Ja też nie chodzę. Dopiero  śpię wieczorem. Ja się pomyliłem i zapomniałem , że to nie wieczór.
No to babciu BU! -- krzyknął do słuchawki. Córka roześmiała się.
        -- Już pobiegł! Audiencja skończona! Dzieci są proste w obsłudze. Załatwiają swoje pilne sprawy, a później tracą całe zainteresowanie rozmówcą, nie marnują czasu na zbędne słowa.
Z dorosłymi jest różnie. Acha, oswoiłaś się już z myślą, gdzie wyjeżdżasz?
        -- Oswoiłam się, ale nadal jestem przerażona, że to tak daleko. -- roześmiałam się na samo wspomnienie uczucia paniki i  swojego zaskoczenia, gdy na mapie umiejscowiłam miejsce gdzie powinniśmy od 21-go spędzać nasz rocznicowy wyjazd.
        -- To nie patrzyłaś przed zapłatą za wycieczkę ? -- zapytała moja rozsądna córka.
        -- Myślałam, że wiesz, gdzie leżą Kanary. -- dodała.
        -- Ja też myślałam, że wiem. No i jakoś nie sprawdziłam. -- odpowiedziałam cicho , zawstydzona swoją głupotą.
Przez chwilę zastanawiałam się i próbowałam odtworzyć , jak to było...
              
Acha, był wieczór, 45 nasza rocznica dawno minęła. Zdążyliśmy przyjechać do chaty, pozałatwiać wiele bardzo pilnych spraw, a prezentu jak nie było, tak nie było. Wcześniej ustaliliśmy, że wspólnie zrobimy sobie prezent. Ma to być wyjazd na piękną wycieczkę. Parę osób namawiało mnie na wyjazd na Majorkę, bo niby jest to świetny okres na tą hiszpańską wyspę. Przyjaciółka nawet opowiadała mi o swoim kuzynie, który co roku o tej porze tam przebywa i chwali sobie te wyjazdy. Już od paru lat myślę o zwiedzeniu Hiszpanii. Bardzo chciałam zobaczyć ten kraj, budynki Gaudiego, parki, muzea, wystawy malarskie np. Pabla Picassa. O wszystkim gdzieś czytałam, ktoś opowiadał mi z zachwytem. Sprawdziłam więc wycieczki do Barcelony, Mardytu, tudzież innych znanych hiszpańskich miejscowości i jakoś nic mi nie podeszło. Część była nie na naszą kieszeń, część nie w tym terminie, poza tym sprawdziłam, że temperatura będzie podobna jak w Polsce. Nie, to nie to co chciałam! Nie wiem dlaczego, ale jakoś głupio zaparłam się na tę Majorkę. Gdzie ona się znajduje , wiedziałam. Ofert Last minute nie było albo nie potrafiłam ich znaleźć. Zostawiłam szukanie, zobowiązując do tego Jędrka.

 Sama zajęłam się pisaniem. A u mnie tak jest, że jak wchodzę w świat swoich bohaterów, to utykam w nim bez reszty. Mało przytomnie reaguję na real. Tak więc Jędrek szukał, a ja pisałam. Trwało to parę dni, a w zasadzie wieczorów. W końcu podawał mi różne oferty, ceny, nazwę hoteli, mankamenty i zalety, a ja wyławiałam te najlepsze i gdzieś w głowie na dodatkowym dysku rejestrowałam na potem. I tak fajnych ofert na ten rok zaczęło być coraz mniej, a pojawiały się na przyszłe wakacje.  Jednak z aktualnych ofert, z terminem wyjazdu po 20 października było parę, a jedna dość kusząca. Opinie klientów były raczej pozytywne. Wprawdzie nie była to Majorka ale hiszpańska wyspa, temperatura około 26 stopni, więc akurat. Nazwę kiedyś słyszałam, a cena nie taka znowu szalona. Pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie, to w tym roku wcale nie wyjedziemy, bo nam wszystko sprzątną sprzed nosa. Nie sprawdzając, powiedziałam aby Jędrek zarezerwował, załatwił rezerwację parkingu na lotnisku, ubezpieczenie zdrowotne i podał mi cenę, to później przeleję pieniądze. Mój mąż to zrobił. W pewnej chwili powiedział, że kliknął i pokazał mu się nasz bank, więc mogę u niego się zalogować i od razu załatwimy wszystko do końca. Podeszłam do jego komputera, myśląc o kolejnym dialogu w mojej nowej książce i machinalnie wykonałam wszystkie czynności związane z przelewem. I tak nabyliśmy wycieczkę. Gdy już oderwałam się od swojej książki i późnym wieczorem sprawdziłam nazwę  wyspy, to okazało się, że i owszem, jest ona terytorium Hiszpanii ale znajduje się nie na morzu śródziemnym, a na oceanie i lecąc do niej po lewej stronie miniemy Maroko. Odległość przeraziła mnie. Pięć i pół godziny lotu!  Ale klamka zapadła. Wycieczka wykupiona na Last minute. Stresuję się tym wyjazdem, jak cholera. W dodatku Bieszczady są teraz takie cudne i kolorowe. Żal  z nich wyjeżdżać. Wiem, że za moment zamiast kolorowych obrazów przed oczami pojawi się naga plątanina gałęzi, zacznie lać, ale teraz jest ciepło, spokojnie i barwnie. Aby podnieść się na duchu z natłoku różnych informacji wyławiam te, które pokazują  szczęśliwych ludzi na końcu świata, poznających naszą cudowną ziemię. Trochę pomagało.
Gdy wczoraj wieczorem zadzwonił mój zięć aby złożyć mi życzenia i przekazał telefon średniemu wnukowi , oprócz życzeń usłyszałam.
        -- Ale jesteś odlotową babcią. Zaszalałaś. Mama niedawno opowiadała mi, jak to wykupiłaś wycieczkę i nie sprawdziłaś, gdzie lecisz.Ale odjazd! Nikt nie ma takiej szalonej babci. Kocham cię.
        -- Ja też cię kocham! -- usłyszałam głos najmłodszego  -- I wszystkiego najlepszego, bo ci nie złożyłem życzeń, tylko zaśpiewałem sto lat!
 Ciepło mi się zrobiło na sercu. I pomyślałam, że co tam. Jak dla wnuków jestem odlotowa, to co z tego, że zaszalałam. Nawet , jakby to  był objaw początku demencji.

poniedziałek, 14 października 2019

Pozłacane chaty.

         Zapłonęły Bieszczady złotem jesieni. Na kopach gór, na stokach, w dolinach zrobiło się jeszcze bardziej przytulnie i swojsko. A ja znowu zapuściłam korzenie na stoku Kozińca, na Koniadowie . Czyli  od wtorku mieszkamy z powrotem  w naszej chacie.
Wtorkowego wieczora postawiliśmy walizki na posadzce dziennego pokoju , a gdy zapłonął ogień na kominku i wygnaliśmy z chaty największy chłód, znowu poczułam się, jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała. Ostatni okres był u mnie czasem posuchy twórczej, myśli ciężkich jak kamienie. Trudno bowiem wypuścić na świat motyla, gdy zszarzał, a zwinięte, mokre i zmrożone skrzydełka przyciśnięte  są czarnymi myślami. Jednak czas  nie stoi w miejscu, a okoliczności przyrody rozjaśniają spojrzenie, podnoszą do góry kąciki ust.
Jesienne słoneczko wydobywa złoto, brązy, żółcie i czerwienie. Berdo i Koziniec są jak barwne bukiety.  Wszystko ze sobą jest dopasowane, panuje harmonia.  Moje myśli powoli tają , bo jak nie ulec pięknu świata. Znowu słyszę szum arnielskich skrzydeł nad naszymi chatami. Widać wróciły, aby pohuśtać się na czubkach drzew i przysiąść na szczycie dachu.
 Chaty zastaliśmy w doskonałej kondycji. Nawet nie trzeba było wiele pracy włożyć w ogarnięcie wnętrza aby było normalnie, domowo. Pobyt rozpoczęliśmy od wizyty zaprzyjaźnionej znajomej, która przyniosła ze sobą dobrą energię i mnóstwo  regionalnych ploteczek.
I zaczęliśmy znowu oswajać bieszczadzką rzeczywistość. Za sobą zostawiliśmy miasto , przyjaciół, znajomych, różne sprawy , a czasem i nienajlepsze myśli.
Dziś poniedziałek. Wczoraj była cudna pogoda, a więc postanowiliśmy na wybory podreptać drogą opadającą w dolinę. Spacer był piękny. W sumie w obie strony zrobiliśmy ponad 4 kilometry. Słoneczko grzało jak najlepszy kaloryfer, wody zalewu skrzyły się w jego promieniach. Zapach jesiennych liści wprost zniewalał. Pomyślałam sobie, że to kolejny pomysł na niesamowite perfumy. Nic nie jest w stanie tak działać jak zapach przyrody. Szłam poboczem, brodząc w szeleszczącym dywanie i uśmiechałam się. Z górki było lekko, a nogi same niosły. Niestety był i mankament tego spacerku. Pędzące samochody, które na jezdni robiły sobie tor wyścigowy. Kto szybciej, kto kogo wykoleguje, kto więcej wydobędzie ze swojego pojazdu spalin. Nikogo nie interesowały widoki, barwy, przyroda. Przysunięci do stoku Kozińca, na poboczu pozbawionym chodnika nie czuliśmy się bezpieczni. Droga wije się , zakręca, tworzy meandy. Wyskakujące w szalonym pędzie auta, których kierowcy mają bardzo mało czasu aby zauważyć pieszych, zareagować, odbić w bok, szczególnie, gdy mijają się auta pędzące z przeciwnych kierunków. Pomyślałam sobie, że to jakaś paranoja, bo większość  to byli przyjezdni, którzy w jakimś celu odwiedzają Bieszczady. To co? Czy już się naoglądali, nazachwycali? A może im wcale nie potrzeba pięknej przyrody? Traktują Bieszczady jak miejską siłownię, miejsce gdzie spalają


wrzucone w siebie kalorie?  A może to bardziej moda i chęć pokazania się znajomym, że coś robią, gdzieś wyjeżdżają, a Bieszczady są teraz modne. Przyglądam się czasami przyjezdnym , tzw. letnikom koczującym przed ciasno obok siebie usadowionymi domkami letniskowymi. Młodzi ludzie przyjeżdżają na weekend aby odreagować przy alkoholu, w innych okolicznościach przyrody. Tu alkohol smakuje lepiej. Kac nie jest tak dotkliwy. Część z tych ludzi czasem ogarnia się i wychodzi na szlaki ale to bardziej ci, którzy nie tylko przy alkoholu widzą odpoczynek. Jednak są i tacy, których pobyt w Bieszczadach zaczyna się w piątkowy wieczór na foteliku pod domkiem. Integrują się z sąsiadami niejednym kieliszkiem wódki, puszkami piwa, a kończą w niedzielny ranek na leczeniu kaca i trzeźwieniu, bo pod wieczór trzeba w drogę. A wtedy gnają  szybko, jak najszybciej. Pokazują możliwości swoich " mustangów". I nie myślą o tym, że ryczące jak stado diabłów silniki płoszą zwierzęta, zanieczyszczają świeże powietrze.  Bo już opatrzyli się tymi brązami, żółcieniami, spadającymi liśćmi, z którymi tylko kłopot, bo brudzą ich fury. Wiem, że w tym momencie ględzę jak stara baba, którą w końcu jestem. Ale moje marudzenie jest " na temat" i to bardzo ważny temat. Kocham naszą ziemię. Wzrusza mnie jej piękno, którego coraz mniej. Nie mogę pozbyć się żalu, że w końcu zabraknie go dla następnych pokoleń, bo zniszczyliśmy naszą planetę. I tak wyławiając myśli z huku przejeżdżających obok  aut nasuwa mi się jedno. Nie nauczyliśmy młodych dbania o miejsce, gdzie żyjemy. Często ich świat jest tylko smartfonowy, techniczny. To wyścig , ale dokąd? Czyżby wg zasady " po nas to choćby potop"?

 Ale już dosyć tych smętnych refleksji. Słoneczko grzeje, a ja siedzę na tarasie. Jest letnia temperatura. Podnoszę wzrok znad laptopa i widzę stada biedronek kołujących nad trawnikiem, które próbują znaleźć schronienie przed przyszłymi chłodami. Muszę uważnie zamykać drzwi do chałupy, aby nie powciskały się w różne zakamarki.
A teraz chciałam o czymś innym ale związanym z otoczeniem. Rankiem przywitał mnie specyficzny widok z okna dziennego pokoju.
Na pobliskiej łące sześć kruków lub wron pastwiło się nad padliną.
Dorodna sarna wpadła chyba pod koła rozpędzonego samochodu i została przez zwierzęta zawleczona na łąkę.  Drapieżniki rozpłatały jej brzuch, porozwlekały wnętrzności. Widać, że jakiś duży drapieżnik odgryzł nogę i poszedł gdzieś w ustronne miejsce by ją skonsumować, bo brak jednego udźca. Zwierzęta najadają się i robią miejsce innym. Skorzystała lisia rodzinka, którą obserwujemy na łące w czasie polowania na gryzonie, najadły się sroki... Każde ze zwierząt korzysta, najada się i odchodzi. Na koniec przyjdą mrówki i robaki.... Nic się nie zmarnuje. A swoją drogą jestem ciekawa tych większych drapieżników. Jędrek zrobił sobie punkt obserwacyjny na piętrze. Z okien pracowni świetnie widać część łąki.  Może dziś w nocy uda nam się podejrzeć te większe ucztujące zwierzęta. Przyroda jest fascynująca!
Szaleni weekendowicze wczoraj wyjechali z Bieszczadów. Zrobiło się cicho. Wystawiam twarz do słoneczka. Zalew znowu skrzy się , perli. Lekka bryza marszczy jego powierzchnię. Nad Berdem przelatuje jakiś wycieczkowy samolot. Taka mała awionetka. Znad powierzchni wody wystartowały łabędzie, metaliczny szum ich skrzydeł zaburza ciszę, podrywa do lotu dzikie kaczki.
Czuję, jak myśli wygładzają się. Już nie przypominają nastroszonego jeża, który parę dni temu przemknął przez jezdnię.
Moi wnukowie kochają naszą bieszczadzką posiadłość. Lubią tu przyjeżdżać. Szczególnie Kacper docenia przyrodę.  Zaraz po przyjeździe  przebiera się w swój bieszczadzki strój, na nogi wkłada odpowiednie obuwie i schodzi nad zalew. Wędruje jego brzegiem. Zwiedza stok, buszuje po Berdzie, obserwuje i łapie nastrój. W tym podobny jest do Jędrka, który też swoje pierwsze kroki kieruje na stok, nad zalew. Obydwaj są samotnikami, samotnymi obserwatorami przyrody. Kacper stara się propagować ekologię. Kocha zwierzęta i rośliny. Przerażały go pożary tropikalnych lasów , a jeszcze bardziej brak reakcji świata. Kacper jest wrażliwym i mądrym bardzo młodym człowiekiem.  Mam nadzieję, że nie zatraci tej wrażliwości w pogoni za dobrami , w wyścigu szczurów. 
Cieszę się, że wyścigi już nas nie dotyczą. Mogę spokojnie wystawiać twarzy do słońca, nie patrząc na zegarek. Mogę spokojnie trwać w niemocy twórczej i czekać na Wenę, która kiedyś przypomni sobie o mnie.
Znowu nad zalewem przemieszczają się łabędzie obwieszczając to głośnym klekotem. Stada biedronek oblazły belki tarasu.  Na pobliskiej łące sarnie truchło kruszeje w promieniach słońca. W nocy będzie uczta.  A drzewa płoną jesienią.  Iskierki liści pozłacają dachy.  I tak jest mi dobrze.

poniedziałek, 30 września 2019

Szelest zamykanych drzwi...

    
        Wrzesień zapukał do drzwi naszej chaty. Wraz z nim zniknęło słońce, zaczął padać ulewny deszcz. W ten sposób zaczął się kolejny etap mojego życia.
          Byliśmy w chacie od 8 sierpnia z przerwą na dwa pogrzeby. Tak, zmarł mój tata , a dwa dni wcześniej odeszła Małgosia. Ostatni okres życia Taty był trudny, smutny i bardzo obciążający. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zaczynaliśmy nie dawać sobie rady z dźwiganiem, pielęgnacją.... Jednak do końca tata był zadbany, bez odleżyn, czy odparzeń. Trudno było patrzeć na Jego wegetację. Fizycznie odchodził powoli ale Jego umysł dawno wyłączył się.  Nastąpiła rozbieżność pomiędzy ciałem, a wnętrzem. Jakby mentalnie poszedł dalej, poza swoje cielesne powłoki. Jakby dokonał wewnętrznego falstartu. Jego myśli pomknęły gdzieś hen, hen daleko.
I gdy już przerażeni zastanawialiśmy się, jak sobie dalej poradzimy, okazało się, że znalazło się miejsce w szpitalu. Tam lekarze i pielęgniarki oraz opiekunki przejęły opiekę. Był fachowy sprzęt do podnoszenia, doświadczenie w pielęgnacji, kontrola lekarska. Przez tydzień dojeżdżałyśmy do Taty i sprawdzałyśmy, jak wygląda leczenie, opieka, zainteresowanie Jego stanem. A Tata trwał w takim samym stanie, jak wcześniej w domu. Zawieszony pomiędzy życiem, a niebytem. Lekarze twierdzili, że nie wiedzą jak to długo potrwa. Jego stan zawieszenia może potrwać i pół roku. Zapisano go na grudzień do endokrynologa... Naszych wizyt w szpitalu Tata nawet nie zauważał. Nie reagował na głos, dotyk. Było to bardzo trudne.W końcu zdecydowaliśmy, że na parę dni wyjedziemy z siostrą do chaty, aby zmienić klimat, nabrać nowej energii. I zaledwie wyjechałyśmy, najpierw pojawił się telefon z Warszawy informujący, że Małgosi już nie ma na tym świecie, a dwa dni później informacja dotycząca śmierci Taty. Jakby czekał, aż się od Niego oddalimy. Podobno odszedł niezauważenie. Po prosu nie obudził się ze snu...


        W sierpniu staliśmy nad miejscem, gdzie na wieki spoczęły  prochy naszego Taty. Przyjechali nasi krewni, przyszli znajomi Taty i nasi .Było sporo ludzi, choć to był środek sezonu urlopowego. Był lubiany, szanowany. Wszyscy chcieli go pożegnać. A my, Jego trzy córki chciałyśmy podziękować za życie, którym nas obdarzył. Za to , że wychowywałyśmy się w bardzo spokojnej,szczęśliwej i kochającej się rodzinie. Za poczucie bezpieczeństwa, miłość, naukę pierwszych kroków i objaśnianie świata oraz tolerancję. Wiem, że tych parę zdań nie wyrówna rachunku dobroci, którą dla nas miał, ani wyrozumiałości, z którą patrzył na nieporadne pierwsze kroki w życie oraz nasze błędy. Obecnie, gdy same jesteśmy bardzo dojrzałe, to wiemy, iż rodzicom można podziękować jedynie w jeden sposób. Kochając ich bezgranicznie, szanując i przejmując nad nimi opiekę, gdy sami już sobą nie są w stanie się opiekować. Tak bardzo chciałabym popatrzeć w Jego oczy i powiedzieć ;
Kochany Tato, dobrze pamiętamy ten dzień, gdy prawie pięć lat temu, zaraz po Nowym Roku przyszedłeś do nas i powiedziałeś, że zachorowałeś na raka. Myślałeś, że właśnie kończy się Twoje życie. Początkowo chciałeś poddać się chorobie. Przekonałyśmy Cię, że warto walczyć o każdy kolejny dzień, każdy tydzień, miesiąc, rok. Obiecałam, że będę Cię wspierać i towarzyszyć Ci w wizytach lekarskich, szpitalnych. I podniosłeś tę rękawicę rzuconą Ci pod nogi przez życie. A my zaczęłyśmy spłacać raty długu zaciągniętego z chwilą pojawienia się w Twojej rodzinie. Ugrałeś z losem parę lat. Jesteś najwaleczniejszym znanym mi człowiekiem. Zresztą zawsze nim byłeś. Twój niesamowity organizm mający zdolność regeneracji zadziwiał nas. Już jako dziecko wielokrotnie
wymykałeś się spod kosy śmierci. Nie udało się śmierci zabrać Cię w pewną śnieżną zimową noc, gdy zasypiałeś w wielkiej zaspie śnieżnej, ani wtedy, gdy w czasie obustronnego zapalenia płuc znachorka wsadziła Cię w gorący chlebowy piec, całkiem jak w historii opisywanej przez Prusa. Nie zdołała Cię zabrać gdy topiłeś się w studni, ani na stole operacyjnym, gdy miałeś zapaloną i rozlaną trzustkę. Nie pokonała Cię też po końskiej dawce czerwonej chemii, którą zaaplikowano Ci na początku walki z rakiem. Lekarze wtedy poddali się, ale Ty będąc na pograniczu życia, dzielnie walczyłeś. Ciało Twoje początkowo nie potrafiło sprostać tej walce, dezerterowało. Rozciągnięta skóra nie nadążała za zanikającą masą mięśniową, zwisała z kośćca, samotnie leżąc obok Ciebie, ale Twoja chęć życia zwyciężyła. I zwyciężała jeszcze wielokrotnie w czasie ostatnich paru lat. Za każdym razem podnosiłeś się i wolniutko robiłeś malutki krok w życie. Stawałeś na kolejnym starcie
do walki o siebie. Przeżyłeś swoje rodzeństwo, swoją ukochaną żonę. Jesteś dużo starszy niż byli Twoi rodzice, gdy nadszedł kres ich życia. W kwietniu skończyłeś 89 lat i zacząłeś kroczyć w stronę dziewięćdziesiątki. Wprawdzie były to malutkie, posuwiste kroczki podparte początkowo  laską, a później chodzikiem, ale mimo wszystko wolniutko parłeś do przodu. Jednak z każdym dniem gubiłeś nie tylko resztki pamięci, ale też po troszkę siebie. Od lutego bieżącego roku w ten sposób żegnałeś się z życiem i nami. Wycofywałeś się raczkiem, tracąc zainteresowanie najpierw światem, a później rodziną. Może tak było Ci łatwiej, aby odejście aż tak bardzo nie bolało nas i Ciebie. Bo przez ostatnie pół roku każdego dnia po małej okruszynce żegnałyśmy się z Tobą. Był to dla nas bardzo trudny okres. Bo trudno jest patrzeć w oczy, które przestają poznawać i prześlizgują się po kochanej osobie, jak po kredensie, ścianie… W ostatnim czasie, gdy już przestałeś chodzić, zamknąłeś się w śnie i hermetycznym kokonie swojego wnętrza. Nasze twarze i głosy stały się dla Ciebie już tak obojętne , jak twarze oraz głosy pielęgniarek, opiekunki. Choroba odziera człowieka z godności, więc może Twój szczelny kokon pozwolił zatrzymać godność głęboko we wnętrzu? Może tak było Ci łatwiej. W naszej pamięci i tak pozostaniesz najwaleczniejszym wojownikiem, choć w życiu codziennym byłeś wesołym, uprzejmym, delikatnym mężczyzną, dżentelmenem. Kochałeś taniec i na weselu wnuczki dotrzymałeś pola dużo młodszym tancerzom. Byłeś duszą towarzystwa, koleżeńskim i chętnym do pomocy innym. Byłeś też naszym szalonym Gaudim, czego świadectwo pozostało w murach budowanego przez Ciebie domu i w budowlach ogrodowych. W pamięci każdego z nas pozostawiłeś inny obraz. Jednak z całą pewnością nie byłeś tuzinkowym człowiekiem. Dorastając czułyśmy Twoją miłość, którą też po trochę spłacałyśmy wychowując z miłością i troską nasze dzieci. Pomagałeś nam w tym będąc dla nich cudownym dziadkiem. Twój dom, choć niedoskonały pozostanie dla naszych dzieci tym domem, z którym wiążą swoje najlepsze dziecięce wspomnienia. I taki pozostaniesz w naszej pamięci; dobry, spokojny ciepły człowiek, kochający i troskliwy.

    Od tygodnia jestem znowu w mieście. Siostra przebywa w Bóbrce. Poszłam na piętro podlać kwiaty. Weszłam do byłego pokoju Taty. Trochę się tu zmieniło. Zniknęła drewniana  serwantka, chodzik, laska, ubrania Taty. Przybyła stara singerówka i okrągły stoliczek. W kącie stoi zdjęcie Mamy....Zniknęły obrazki, które Tata upychał za ramy obrazów, wspólne małżeńskie zdjęcia Mamy i Taty.  Omiotłam spojrzeniem pokój i zamknęłam drzwi do byłego pokoju Taty . Zaszeleściło . Może to w mojej głowie, zatrzaśnięte wspomnienia, które domagały się uwagi. .. Usiadłam na fotelu, który przez pięć lat okupowałam, gdy pełniłam przy nim dyżur. Wspomnienia wróciły... 

niedziela, 30 czerwca 2019

Zapach, kolory i smaki niedzieli w chacie.

Na przekór nieszczęściom, które ciągle utwierdzają nas, że chodzą stadami, udało się przynajmniej na cztery dni przyjechać do chaty
i arniołów. Zastaliśmy raj na ziemi, jakby z kolei życie potwierdzało, że pomimo wszystko toczy się i ma różne kolory, nie tylko szare i czarne. Dlaczego piszę, że nieszczęścia chodzą stadami? Otóż jakby wszystkiego było mało, o czym pisałam w poprzednich postach, Tata osłabł i położyło go na fest. Nie podnosi się z łóżka.Nie ma siły, nie kontaktuje. Przebranie go jest mordęgą. Na domiar złego szwagierka pojechała do Bułgarii na wczasy, tam jej mąż złapał zapalenie płuc. Ledwie udało się go odtransportować do domu, a w zasadzie z lotniska prosto do szpitala, gdzie po trzech dniach na pulmonologii zmarł na  sepsę.  Szok! Od kwietnia był na emeryturze. Jeszcze nie pobrał świadczenia, bo perturbacje z ZUSem trwały...
Żyli razem 26 lat. Byli bardzo dobrym małżeństwem. Oboje z odzysku,po nieudanych związkach odnaleźli siebie w trudnych dla obu stron chwilach. Byli dla siebie wsparciem i wybawieniem. Ze szwagierką nie jesteśmy " z jednej bajki" ale długo z nią wczoraj rozmawiałam. Rozumię jej zagubienie, przerażenie, pustkę.Ciarki chodzą mi po skórze, gdy pomyślę, że każdy z nas może w każdej chwili stracić ukochaną osobę. Na co dzień o tym się nie myśli ale gdy znajomych, czy rodzinę dotyka  nieszczęście, konfrontujemy się z taką możliwością. I wtedy na myśl przychodzą mądre słowa, że trzeba się cieszyć każdą  chwilą, każdym wspólnym momentem, aby nie żałować, że straciliśmy okazję.
       










         Okazało się, że szpital chce potwierdzić, że lekarze wszystko zrobili jak trzeba i chcą przeprowadzić sekcję zwłok. Termin pogrzebu przesunięto więc na czwartek. Zdecydowaliśmy, że to okazja na moment odwiedzić chatę.

Po powrocie pogrzeb i parę dni przygotowań do wyjazdu do Belgii, a od poniedziałku wizyty lekarskie . W środę wyjazd. Mam nadzieję, że stan Taty tego nie uniemożliwi, ale biorę pod uwagę i taką ewentualność. Aby było jeszcze większe stadko kłopotów, dowiedziałam się, że kuzynka, z którą jesteśmy zżyci, źle przeszła radioterapię i po kwartale dobrego samopoczucia straciła władzę w nogach. Wylądowała na wózku inwalidzkim. Jest sparaliżowana od pasa w dół. Całe szczęście, że jej pasierb z żoną zaoferowali pomoc i opiekę.   Zabrali Gosię  do siebie do Gierałtu. Tam mają warunku mieszkaniowe przystosowane dla osoby niepełnosprawnej.
Od wczoraj staram się nie myśleć o tych wszystkich nieszczęściach. Ładuję baterie. Jednak czasem muszę zejść na ziemię, np gdy codziennie dowiaduję się, jak sobie siostra radzi, jaki jest stan Taty.
Tak więc odganiam złe myśli, jak natrętne gzy i delektuję życiem. Dziś ranek był kolorowy i bajkowy. Tonął w kwiatach, w odgłosach lasu, zapachu ziół i smaku kawy, która leniwie wypita na drewnianym tarasie, smakowała wyjątkowo.







 Gdy ćwiczyłam codzienny pillates, Jędrek postanowił przywitać się ze stokiem. Przyniósł świeże grzyby. Ach, jak smakowały do niedzielnego obiadu. Tutaj od wiosny jadamy tylko na tarasie.
Teraz na dworze upał. W chacie panuje przyjemny chłodek. Bajka! Śpiewają ptaki, a ja słucham i patrzę. Czasem wydaje mi się, że słyszę szelest piór arniołów, bo pewnie tańczą na czubkach drzew. I takie chwile to nagroda za wszystkie zmartwienia.  " Chwilo trwaj !".

czwartek, 27 czerwca 2019

Tak to czasem bywa!

    
Z chaty wróciliśmy do miasta  około 11 maja aby zająć się naszym tatą. Siostra wykupiła sobie wycieczkę na jedną z greckich wysp. Pojechała jak co roku ze swoją przyjaciółką Hanią. Moja siostra twierdzi, że zobaczyła Grecję i zakochała się w niej. I że z pewnością i ja się w niej zakocham, taka jest cudna. Rzeczywiście jest piękna, przynajmniej Kefalonia, gdzie byliśmy przed rokiem, ale moje serce oddałam już dawno temu Bretonii. Tak to już z tymi miłościami jest. Każdego urzeka co innego. A że z siostrą jesteśmy jak dzień i noc( nie tylko z wyglądu), to i inne mamy preferencje wypoczynkowe. Ona szuka luksusowych hoteli, a ja niekoniecznie....Ale wracając do tematu, wróciłam do miasta z myślą, że zaraz po powrocie siostry wrócę do chaty, okazało się, że niestety los miał dla nas inne plany. Ale o tym w swoim czasie.  A więc przeniosłam się do ojca, zostawiając męża w domu. Tata systematycznie podupada na zdrowiu. Coraz mniej go interesuje otoczenie. Nikogo nie poznaje. Nawet siostry,z którą jest najwięcej.
Do miasta wróciłam w maju, a więc miałam możliwość zobaczenia wyjątkowo długich w tym roku kiści wisterii. Rozkwitły róże i cały ogród przywitał nas kwietnym dywanem. Oglądałam go z pierwszego piętra mieszkania taty i siostry. Na 12 dni zajęłam miejsce siostry. Tata nie odczuł żadnej różnicy. Chyba nawet nie dostrzegł tego, kto się nim opiekuje.A dnie miał różne. Najczęściej trwał na kanapie w śnie tak głębokim, że obawiałam się, czy jeszcze oddycha i sprawdzałam co chwilę, czy podnosi się jego klatka piersiowa. Najgorsze , że nie zdając sobie sprawy z tego, co wokół się dzieje nie poznawał mieszkania i uparcie chciał, aby go zabrać do jego domu. Może w pamięci było wnętrze chałupy w podkrakowskiej wsi Gruszów, a może pierwsze mieszkanie, w którym zamieszkał po ślubie z naszą mamą?... Kto to wie? Przestał wyrażać swoje myśli. W zasadzie prawie nie mówi. Nie będę opisywała jak wyglądała opieka i stan taty, bo już wielokrotnie o tym pisałam. Wspomnę tylko, że coraz mniej rozumie z tego co wokół i jest całkowicie od nas zależny.Zachował ociupinkę niezależności w uporze. Najczęściej działa na swoją niekorzyść i niestety zagraża swojemu bezpieczeństwu. Więc po co komu taka niezależność? Gdy sadzałam go przy stole, nie wiedział po co. Gdybym go nie nakarmiła, pewnie nic nie wziął by do ust....Ale tyle o pierwszych  dwóch tygodniach pobytu w mieście. W dniu święta matki miałam cudną niespodziankę. Zjawił się doręczyciel kwiatów i dostałam od córci, która mieszka we Wrocławiu cudny bukiet z przemiłym i wzruszającym bilecikiem. Oczywiście syn też o matce pamiętał. Mieszka bliziutko i dotarł na czas z życzeniami. Pomyślałam sobie, że to wielkie szczęście mieć takie kochające dzieci.



Siostra przyjechała wypoczęta , opalona, gotowa stawić czoło problemom dnia codziennego.  A ja w ramach odstresowania trudnej sytuacji zabrałam się za kolejny obraz. Trudno było mi zebrać rozbiegane myśli, więc malowałam. Tu nie muszę się skupiać. Macham pędzlami i jakoś uspokajam się. Nabieram odpowiedniego dystansu do życia. Sprawia mi to przyjemność i pomaga. Kiedyś pomagało pisanie. Teraz pisanie wymaga skupienia i prędzej sięgam po pędzle. Skorzystaliśmy również z okazji, ze nie musimy siedzieć na miejscu i wyjechaliśmy na cudną wycieczkę rowerową.



Przejechaliśmy na rowerach 27 km. Jechaliśmy polnymi i leśnymi drogami aż do przeprawy promowej na Odrze w Zdzieszowicach. Wróciliśmy tą samą drogą zmachani, zziajani ale zadowoleni z życia. Jeszcze nie było na dworze tak gorąco, bo następnej niedzieli nie dalibyśmy rady. Poza tym rozkręciłam się w pillatesie, jodze i rozciąganiu. Nie, nie zapisałam się na żadne grupowe zajęcia. Poszukałam ćwiczeń w internecie. I przypomniałam sobie, jak cudowną rzeczą jest ruch. W zasadzie od ponad roku intensywnie ćwiczyłam na zajęciach grupowych, ale przy wyjeździe do chaty miałam długie przerwy i właśnie tam pomyślałam o indywidualnych ćwiczeniach. Teraz rozszerzyłam ich zakres, bo i sprawność zdecydowanie mi się poprawiła, a co za tym idzie przyjemność z ćwiczeń wzrosła. Staram się rozruszać swoje stawy, wzmocnić mięśnie. Już widzę efekty. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie kochane zdrowie. Tym razem nie moje, a Jędrusia. Wyszedł na chwilę do lekarza, a wylądował w klinice chorób serca. Okazało się, że 26 lipca musi poddać się zabiegowi wszczepienia rozrusznika serca. Półtora tygodnia nerwów, donoszenia żywności, bo szpitalne meni nie jest nawet zadowalające. Teraz wiadomo na czym stoimy. Moglibyśmy wyjechać do chaty już parę dni temu, niestety czekamy na samochód stojący w warsztacie. Gdy zostanie naprawiony, spakujemy manatki i w drogę. Zostanie nam do dyspozycji kilka dni. Później musimy wrócić, bo kolejne wizyty u lekarzy, a później wyjeżdżamy na dziesięć dni do Brygitte . Po powrocie Jędrka czeka zabieg...












 Ostatniej niedzieli pojechaliśmy na wycieczkę na Górę Świętej Anny. Tym razem samochodem. Wędrowaliśmy zacienionymi ścieżkami bukowego, starego lasu aż pod amfiteatr i pod pomnik czynu powstańczego dłuta Ksawerego Dunikowskiego. Żar lał się z nieba, więc tylko spacer w parku lub  lesie był możliwy. Wracając , po drodze wstąpiliśmy do parku, pod  moją starą szkołę średnią. I wyjazd okazał się podróżą sentymentalną, którą uczciliśmy wielką porcją sorbetu.



Dziś czwartek, urodziny córci. A my nadal czekamy na auto. Jest gorąco i od wielu dni w mieszkaniu i ogrodzie czujemy się jak w rozgrzanym piekarniku. Z niepokojem patrzę na Jędrusia. Nie zawsze dobrze znosi upały. Mimo obaw mam też swoje malutkie zachcianki. Chętnie podjechałabym do Wrocławia z wielkim bukietem kwiatów. Niestety nie jest to realne, bo jesteśmy uziemieni. Skończyło się na rozmowie telefonicznej, życzeniach  i serduszkach wysłanych poprzez smsa. Pocieszam się tym, że mam przynajmniej taką możliwość.
Ostatni okres pokazał mi, że wiele planów muszę skorygować. Nie wszystko w obecnej sytuacji jest realne. Chciałam z Jędrkiem w 45 rocznicę naszego ślubu pojechać do Nepalu. Nie jestem pewna, czy to będzie możliwe. Nie wiem, czy to jest rozsądne...A wrzesień już niebawem.
Dziś przypomniałam sobie, jak to 44 lata temu czekaliśmy na urodzenie się córci. Ile dała nam radości ale jak bardzo zmieniła nasze życie. Niestety życie nie stoi w miejscu. Gna do przodu. Zmienia się, czy tego chcemy, czy nie. Koryguje nasze plany. Jak to w życiu często zdarza się.