sobota, 12 maja 2018

Majowe czary, mary.

" I znów księżniczka Anna spadła z konia
To znak, że przybył nasz kolega maj
Pozieleniały włosy drzew
I wieczorami słychać śpiew
I w zimnych draniach już cieplejsza krąży krew..."

        Patrzę na ogród z wysokości tarasu taty, a w głowie momentalnie słyszę śpiew Ewy Bem. Zawsze lubiłam tę piosenkę, ale niespecjalnie wsłuchiwałam się w jej treść. Wystarczył mi niesamowity głos piosenkarki i za oknem majowe szaleństwo . Gdy byłam nastolatką maj kojarzył   mi się z magnoliami, które około 1-go maja zakwitały pod naszym Liceum im. Henryka Sienkiewicza  i pod urokliwym budynkiem Pogotowia Ratunkowego. Wielkie stare drzewa tego dnia przechodziły metamorfozę i zachwycały. Pełne, grube liliowo -różowe kielichy, które pokrywały koronę, kojarzyły mi się bardziej z pastelowymi burżuazyjnymi krynolinami, niż z robotniczym, siermiężnym świętem. Jednak pierwszomajowe pochody miały dla mnie , małej dziewczynki, swój urok. Urok biało-czerwonych flag trzepoczących na wietrze na tle młodej soczystej zieleni i obiadu w restauracji, na który szliśmy z rodzicami. Wszyscy zajadaliśmy się flaczkami z  obowiązkowo  pszenną lekko czerstwą bułką, którą popijałam czerwoną landrynkową lemoniadą. Na deser były lody. Za naszymi krzesłami dyndały kolorowe baloniki, które  przynosiliśmy z pochodu, jak wyjątkowe trofeum. Rodzice bardziej gustowali w kiełbasie śląskiej, sprzedawanej z wysokiego ciężarowego samochodu, która tego dnia była w zasięgu ludu pracującego miast i wsi. W moim nastolatkowym świecie nieraz wymarzłam się, kiedy to musiałam maszerować w gimnastycznym stroju składającym się z białej podkoszulki i granatowych szortów. Sam marsz nie był tak uciążliwy, jak wielogodzinne stanie w miejscu zbiórki w oczekiwaniu na swoją kolejkę wymarszu. Czasem padało, czasem nawet prószyło drobnym śniegiem. A my fioletowi na odkrytych częściach ciała  maszerowaliśmy, trzęsąc się z zimna. Ale święto było ważne.  Mimo wszystko ten dzień zaczynał okres łąk rozświetlonych złotymi słoneczkami mleczy, bzów o tęsknym zapachu pierwszych zauroczeń i koncerty słowików....
A do wakacji było jakby bliżej.


Odbiegłam myślami od tego, co skojarzyło mi się z piosenką. Maj to kwiaty, feeria barw i zapachów. Maj to emocjonalne uniesienia, wspomnienia dobre i złe minionych przeżyć związanych z majem.
Kiedyś myślałam, że zawsze będę odczuwała maj tak samo. Teraz wiem, że to niemożliwe. Z każdym naszym uczuciem jest dokładnie tak samo. Nic nie stoi w miejscu. Zmienia się, transformuje.  Po prostu ewoluuje. Ja się zmieniłam , więc niemożliwe jest abym myślała i czuła tak samo, jak miałam naście lat. Zastanawiam się, jak teraz czuję maj. Myślę, że dla mnie maj to radość którą daje słońce, ciepło, kolory, śpiew ptaków. To nadzieja, że znowu jest dobrze, zielono, wesoło... Jednak są chwile, które sprowadzają mnie na ziemię, abym nie fruwała zbyt wysoko jak ten balonik urwany ze sznurka. I zawsze maj kojarzyć mi się będzie z huśtawką. Raz jestem w chmurach, a za chwilę lecę na łeb na szyję w dół i jest tak jak w piosence " .. znów księżniczka Anna spadła z konia.."








czwartek, 10 maja 2018

Jak się zapuściłam...?

        Długo nie pisałam , bo w zasadzie w tym roku więcej mieszkamy w mieście. Po świętach  w chatach byliśmy tylko przez tydzień. I to interwencyjnie. Te siedem dni minęło jak jedna chwilka. W szalonym pędzie wracaliśmy do miasta, bo czekał nas bal. Jaka okazja? Moja wieloletnia współpracownica, a zarazem przyjaciółka, do której mam siostrzane uczucia przechodziła na emeryturę. Bal był całą gębą. Przyjaciółka pracowała w jednym miejscu przez całe swoje zawodowe życie, nie licząc jednego roku w stolicy. A wracając do baletów. Mogłabym napisać, że " był raz bal na sto par,pan wodzirej wprost szalał na sali ..." No, może nie było stu par, ale było ich  sporo. A wodzirej był, a jakże i tak prowadził zabawy, że bawiliśmy się bosko! Był również inny bardzo bogaty program rozrywkowy. Młodsze koleżanki nagrały filmik o życiu zawodowym świeżo upieczonej emerytki. Podczas oglądania  filmu lałam i ja łzy rzęsiste, bo okazało się, że film był tak samo o Niej, jak i o mnie, która towarzyszyła na prawie każdym zdjęciu, każdym kadrze.... Zresztą płakali wszyscy, bo jubilatka była ogólnie uwielbiana i ceniona. A później tak samo  intensywnie wszyscy śmiali się i szaleli na parkiecie. I tak do północy!...Była też fotograficzna budka. Polecam ten punkt programu. Kto nie zna, powinien poznać. Gwarantuję, że największy smutas pęknie!


Później nadrabiałam zaniedbania towarzyskie i spotykałam się z " innym kółkiem zainteresowań".
I dostałam zaczyn abym mogła upiec chleb. O pieczeniu domowego ,razowego żytniego chleba myślałam już od dawna, ale jakoś się nie składało. Zawsze miałam wymówkę, że nie mam zaczynu. A tu niespodzianka! Tak więc mam zaczyn i piekę. Wprawdzie dobry chleb wyszedł mi dopiero za trzecim razem, ale jestem uparta.  Teraz od dwóch tygodni zajadamy się pysznym chlebkiem. Testuję mąki, proporcje, czas, temperaturę, ale od ponad tygodnia nie kupiłam chleba!
Teraz jestem na przymusowym pobycie miastowym, bo dyżuruję przy tacie. Staram się go usprawnić, rozruszać...Ale o tym sza!
Teraz parę słów o naszym pobycie w chacie, który skończył się 19 kwietnia.



Był to naprawdę pracowity czas. Plewiłam róże ,na stoku na skarpie okalającej trawnik i chaty, pucowałam parter chaty i oczywiście gotowałam Jędrusiowi. Trochę czasu zajęły nam zakupy, bo trzeba było pojechać do Sanoka. W czasie pobytu Jędruś położył granitowe schody przy wejściu do obu chat. Podziwiam jego umiejętności i pracowitość. Nie mniej dał się namówić na krótką wycieczkę w tzw. teren w celu obserwacji" jak to z wiosną za Górzanką ?" Odkryliśmy stare cerkwisko w Radziejowej. Po cerkwi pozostało zaledwie parę kamieni z fundamentowej ławy i parę grobów pod starymi drzewami.  Miejsce jest przeurocze. Wokoło kwitło mnóstwo żonkili i narcyzów.


      Jak już pisałam, czas gna i zostawia mi niewiele miejsca na prowadzenie bloga. Wróciliśmy do miasta. Zajęłam się tatą. Na długi majowy weekend naszą chatę odwiedził mój syn ze swoją rodziną. Abym zbytnio nie tęskniła, przysłał zdjęcia kwitnących rododendronów, bzów... Mówił, że trawa wyrosła i musiał trochę skosić.  Dobrze im tam było.
Kiedy będziemy w chacie? Nie wiem. Prędzej swoją chatkę odwiedzi moja siostra z koleżanką. Ja ładuję akumulatory, grzejąc się ciepłem uczuć moich przyjaciółek, moich dzieci i wnuków. W chacie najbardziej brakuje mi większej ilości osób bliskich.Oczywiście, że  tęsknię za chatką i Bieszczadami, ale muszą jeszcze trochę poczekać. Tata ważniejszy. Puki co, piekę chleb i myślę tęsknie o chacie.

wtorek, 3 kwietnia 2018

I po świętach !





Jest poświąteczny wtorek. Święta mignęły nam w mgnieniu oka, pozostawiając po sobie trochę niedojedzonych potraw, wielkanocne dekoracje i wspomnienia wspólnych chwil...
Od rana uprzątam bałagan, jaki zrobiliśmy, świetnie bawiąc się w czasie świąt. Pozytywnie naładowana miłością bliskich, uśmiecham się do swoich myśli. Jestem trochę zadumana, wzruszona i stęskniona za tymi, którzy już odeszli. W święta najbardziej ich brakuje. Żyją w naszych myślach wspomnieniach. Wszystko o nich przypomina, bo mazurek orzechowy  robię taki, jaki zawsze robiła mama, a w Wielki Piątek przyrządzam śledzie wg jej przepisu. Jędrek przy  świątecznym śniadaniu urządza walki na jajka, zupełnie jak przy jego rodzinnym stole...
  W sobotę dziewczynki , czyli moje wnuczki biegną z cudnie udekorowanymi koszyczkami do kościoła, a ja piekę, piekę, gotuję, odkurzam, myję i staram się zrobić jak najwięcej, zanim pójdziemy do Mai aby złożyć jej urodzinowe życzenia. Skończyła właśnie siedem lat. W końcu po trzynastej, kiedy już upchnęłam trochę pracy, zostawiam kuchnię w stanie wołającym o pomstę i ogarniam się, aby zobaczyć Maję dmuchającą świeczki na wielkim torcie. Za oknem kropi wiosenny deszcz... Szkoda!

Jednak gdy wychodzimy, ustaje. Krótki spacerek do wnuczki jest miłym przerywnikiem. Gdy wchodzimy do ich domu, już od drzwi słychać głośny gwar rozmów, śmiechy i radość dzieciaków. W dziecinnym pokoju panuje prawdziwe szaleństwo. Cztery dziewczynki w wieku od roku do dziesięciu lat kotłują się pomiędzy zabawkami, balonami wiszącymi w dziecięcym pokoju, a swoimi rodzicami, rozmawiającymi w dziennym pokoju przy kawie, wielkim torcie i talerzu pełnym ciasta. Maja już dawno zdmuchnęła siedem świeczek. Patrzy na nasz z politowaniem.
           -- Nie zdążyliście! Nie trzeba było się tak guzdrać! -- mówi z naganą w głosie i zaraz biegnie do dzieci, aby rozpakować kolejny prezent.
        Siedzę z Jędrkiem przy urodzinowym stole nad talerzykiem, na którym leży  wielki kawał tortu. Rozmawiam z teściami syna i obserwuję wzruszający rodzajowy obrazek. Przypomina mi rodzinny  dom. Przyjeżdżaliśmy do niego na święta ze swoimi dzieciakami. Dzieci kotłowały się w jednym pokoju, a my świętowaliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się w drugim. Królowała mama, która podtykała nam różne przysmaki. Pamiętała, kto co lubi i starała się każdego trochę rozpieszczać. Było cudownie. Było bardzo  rodzinnie i nikomu do głowy nie przyszło, że jest to tylko stan przejściowy. Wydawało się, że zawsze tak będzie. Wkrótce dzieci wyrosły, odeszły z domu, wszystko się zmieniło... Minęło tak wiele lat. Pojawiły się wnuki i znowu tak jak kiedyś, młodzi świętują, dzieci szaleją, a starsi z łezką w oku wspominają, podtykając przysmaki.




Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i wróciliśmy do domu, aby przygotować się na przyjazd córki, zięcia i chłopaków. Pojawili się w niedzielne południe, wnosząc do naszego cichego domu nową porcję energii, uścisków i prezentów. Na zewnątrz trochę kropiło i zając musiał prezenty pozostawiać pod zadaszeniem. Przybiegły również dziewczynki po swoją porcję prezentów. I znowu było tłoczno, pracowicie, czule i tak, jak tylko może być dobrze w otoczeniu ludzi najbliższych.
        -- Tak lubię, jak jesteście obok mnie! -- powiedziałam do najstarszego wnuka. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. On nie lubi nadmiaru osób w swoim otoczeniu. Jest samotnikiem. Tłumy go denerwują.
        -- A, dlaczego właśnie tak, babciu? -- zapytał.
        -- Bo tęsknię za wani. Kocham was. -- Odpowiedziałam najprościej, jak mogłam.
 A w głębi duszy przypomniał mi się obrazek sprzed lat, mama, babcia... I pomyślałam, że wnuk nawet nie wie, jak dobrze jest mieć właśnie takie ciepłe wspomnienia. Pomagają ogrzać serce w różnych trudnych chwilach. Jego też będą grzać. 



I jak już pisałam, minęły święta. Na drzwiach wejściowych pozostał ślad. Wisi kolorowy wianek, który przywiozła mi córka, informując , że zrobiły go dzieci w szkole młodszego wnuka, a ona kupiła dla mnie na szkolnym kiermaszu. Śliczny jest, wiosenny, jak rozkwitłe kolorowe krokusy
w naszym miejskim ogródku.




Dziś zrobiło się ciepło i bardzo wiosennie. Codziennie rozkwitają nowe kwiaty. Ogródek czeka na nowe roślinki. Na naszym oknie rosną rozsady pomidorów, które Jędrek w maju wysadzi do gruntu.

środa, 21 marca 2018

O wiosnie i przyjaźni.



Pomimo iż w ubiegłą niedzielę wiało i temperatura oscylowała w granicach minus sześciu stopni, udaliśmy się na coniedzielną wycieczkę. Tym razem do Pokrzywnej i Jarnołtówka.  Opatuleni wędrowaliśmy wśród śniegu, od którego niedawno uciekliśmy. I żartowaliśmy, że  niedawno pożegnaliśmy śnieżne zaspy i wyglądamy wiosny, a tu z własnej, nieprzymuszonej woli pognaliśmy na śnieg.














 Nie wiem dlaczego, (pewnie jest to mój brak umiejętności) ale jakoś trudniej mi obecnie korzystać z Blogera. Coś nieuważnie przycisnęłam i mogę jedynie podpisywać zdjęcia. Nie mogę pomiędzy nimi wpisywać normalnego tekstu. Jednak nie o tym chciałam, bo sobie poradziłam inaczej. Po prostu piszę na innym dokumencie, później wycinam treść i wklejam w post na blogerze. Ale do rzeczy, czyli do moich przedwiosennych rozmyślań.

Im jestem starsza, tym więcej czasu poświęcam śledzeniu ludzkich zachowań, emocjom, ich powodom, relacjom z ludźmi, obserwacji świata i zachowań ludzi. Mój pobyt w zasypanej śniegiem chacie pomagał w tym, bo dał mnóstwo czasu i oprócz możliwości pochłaniania książek, oglądania tv, spacerów, pozwolił na zagłębienie się w rozmyślaniach.
Wróciłam do miasta, żyję zupełnie innym życiem, ale zagłębianie się w myślach trwa i trwa.
Dziś mam przedświąteczny nastrój. W końcu do Wielkanocy pozostało półtora tygodnia. Przygotowujemy się do świąt. Jędrek niedługo będzie wędził mięso, które wcześniej do tego przygotował. Przed Bożym Narodzeniem wszystko świetnie mu wyszło, czemu nie miałby powtórzyć zabawy w masarza i mieć zdrowsze, smaczniejsze wędliny, niż te ze sklepu.
Ja z kolei coś tam myję, coś czyszczę , a że najlepiej przy prostych pracach zająć myśli czym innym, rozdzielam włos na czworo, jak to mówi Jędrek. Jednak tak mam, że muszę ciągle coś przetrawiać, przyglądać się, sprawdzać, rozważać... Po co ? Chyba tak mi w życiu łatwiej. Co przetrawione, dobrze poznane mniej starszy. Najbardziej straszy nieznane! Ale wracając do moich myśli nieuczesanych, które starałam się wygładzać, otóż w chacie oprócz poczucia uwięzienia odczułam dogłębną tęsknotę. I jak to nieprzyjemne uczucie odkryłam, bardzo zdziwiłam się . Skąd to się wzięło? W końcu mam u boku Jędrka, telefoniczny kontakt z dziećmi i wnukami, jestem w miejscu, które kocham, a tu obok mnie zalągł się smutek. Jest dorodny, wypasiony i nic sobie nie robi ze sztuczek, jakimi chciałam go wygonić. Początkowo poczułam się bardzo nieprzyjemnie. Naturę mam raczej pogodną, więc skąd to się wzięło? Muszę się przyznać, że mimo refleksyjnej natury życie nie jawi mi się, jako pasmo zmartwień. Szklankę widzę do połowy pełną... Niby wszystko gra. Nieufnie zagłębiłam się w siebie, próbując zdiagnozować, co też się we mnie tak radykalnie zmieniło . – Pewnie hormony! – logika mojego odkrycia była porażająca, bo co tu dużo mówić, raczej dzierlatką nie jestem. Ale po głębszej analizie doszłam do wniosku, że to za mało, aby mnie tak przydusić do gleby. I wtedy podjęłam działania zaradcze, czyli długie spacery ( brrr, jak było zimno), lekka lektura, dobra muzyka... Ale dopiero po powrocie z chaty i spotkaniu z przyjaciółmi popatrzyłam na świat przez różowe okulary. Gdy usłyszałam wielką radość w głosie przyjaciół, poczułam ich wewnętrzne wsparcie i usłyszałam tekst” – gdzie ty byłaś tak długo? Im dłużej ciebie nie było , tym bardziej nam ciebie brakowało – ” świat pojaśniał. I wtedy pojęłam , że dla mnie życzliwi ludzie są niesamowicie ważni. Życie z nimi nabiera barw i smaku. Człowiek musi czuć, że jest dla innych kimś ważnym, że jego nieobecność jest trudna do zaakceptowania. Nie szastam słowem „ przyjaźń”. O tym, czy ktoś jest moim przyjacielem, czy tylko kolegą, koleżanką, znajomym zadecydowało długoletnie wystawienie naszych relacji na próbę życiowych burz. Przetrwaliśmy je, a relacje słabe od razu zostały wyautowane. I tym bardziej siebie szanujemy, możemy na siebie w każdej chwili liczyć co wielokrotnie sprawdziliśmy. Znamy się jak przysłowiowe „ łyse konie”. Nie pijemy sobie z dzióbków, a nie raz nie dwa ochrzanialiśmy siebie, bo przede wszystkim jesteśmy wobec siebie szczerzy. Przyjaźń pomiędzy ludźmi rodzi się przez długie lata. Zauważyłam, że najdłużej trwają przyjaźnie od czasów naszej wczesnej młodości. Nawet, jeśli jesteśmy daleko, to na spotkaniu po latach jest tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Cieszę się , że wokół mnie są tacy szczerzy i dobrzy ludzie, na których w każdej chwili można liczyć. Jeśli odczuwają moją nieobecność, czyli i ja im jestem niezbędna.  I to jest piękne, że ciągle jeszcze wartości takie jak miłość i przyjaźń nie dewaluują się w naszym zwariowanym świecie.


Wycieczka była cudna. Sentymentalna. Mimo bieli, której zaczynam nie trawić, powietrze było jak kryształ, a okolice prawie tak piękne, jak bieszczadzkie. W końcu to góry Opawskie.
Podczas powrotu pod Prudnikiem odkryliśmy takie stareńkie cudeńka. Szkoda, że umrą śmiercią naturalną, ze starości. Właściciel jest nieosiągalny! Ale miejsce jest urocze, a obiekt może być świetnym tematem  obrazu




czwartek, 8 marca 2018

Myśli śniegiem zasypane

       Hura !  Przedwiośnie przyszło we wtorek. Czekałam na nie, jak na zbawienie. Mimo, iż do tej pory zima w górach mi nie przeszkadzała ( co innego w mieście), a wręcz rozkoszowałam się zasypanymi śniegiem krajobrazami. Jednak w tym roku miałam już wyżej dziurek w nosie wszelkich odcieni bieli. Dostawałam mdłości od bieli błękitnej, różowej, fioletowej, a najbardziej od całej gamy bieli szarej i burej, która pojawia się w pochmurne dnie. Wysysała moją energię życiową i wszelkie przebłyski entuzjazmu. Będąc w chacie, starałam się przebywać w pobliżu kominka i żyłam losem bohaterów kolejno pochłanianych książek. Czekałam na koniec mrozów, starając się odgonić od siebie depresyjne myśli. Niskie temperatury spowodowały uczucie uwięzienia. Czułam się uwięziona w wielkiej, białej klatce. Mroki myśli na moment rozwiewały rozmowy telefoniczne z bliskimi i wizyty na basenie. Chciałam do miasta i taty, który ciągle niedomagał. A tu trzeba było palić w kominku w obu chatach i czekać na koniec mrozów.
Już w sobotę  słoneczko grzało. Kiedy w niedzielę temperatura w ciągu dnia powędrowała w górę, to w górę powędrowały moje emocje, zasypane śniegiem, przymrożone 26 stopniowym mrozem. Otrząsnęłam się z marazmu, spojrzałam przez okno na zasypany śniegiem krajobraz.
        -- Przecież wcześniej jeździliśmy na co niedzielne wypady w plener! -- powiedziałam do Jędrka i olśnieni wspomnieniem pojechaliśmy na wycieczkę.
Zauważyłam, że śnieg jakby delikatnie skurczył się i opadł niżej. Wprawdzie Zalew Soliński nadal tkwił nieruchomo, skuty grubym lodem, ale śpiewał. Pod grubą warstą lodu słychać było jakieś dziwne dźwięki, trzaski, jakby na dnie akwenu grały tantamy i śpiewały delfiny.
        -- Ocho! Ogłaszają koniec zimy, pewnie w końcu nadejdzie wiosna i uwolni nas z tych kajdan! -- powiedziałem wesoło. I uwierzyłam, że tak będzie. Poczułam oddech wolności.
       
        -- Zobacz, nawet najcudowniejsze miejsce może stać się znienawidzonym więzieniem, jeśli musisz tkwić w nim nie ze swojej woli.-- powiedziałam do męża. Tkwiliśmy tutaj od czasu gdy usłyszeliśmy o fali mrozów, które miały spłynąć na Bieszczady. Jednak teraz , gdy spoglądaliśmy na ośnieżone stoki gór okalających zalew, gdy brnęliśmy przez lodowe piękno opustoszałych plaż ozłoconych promieniami południowego słońca,nie czuliśmy się już w potrzasku, a wizja szybkiego końca zimy stała się bardzo realna. Rozochoceni postanowiliśmy wydłużyć wycieczkę i powędrować na Żuków. Podjechaliśmy do zatoczki z zielono-białym szlabanem. Zostawiliśmy samochód i poszliśmy w górę. Uszliśmy może 3,5 kilometra pustą drogą, po bokach której widać było jedynie ślady saren i czasem pojawiał się pojedynczy ślad wilka. Słońce świeciło. Moja puchowa kurteczka okazała się prawdziwie zimowa. Myślę, że spokojnie mogłabym w niej pojechać na wyprawę na biegun. Droga była szeroka, gładka, bo przypuszczalnie udrożniona została przez pług. Po bokach sterczały głębokie zaspy. Pomiędzy wysokimi świerkami rozciągała się cudna panorama Bieszczadzkich dolin. Im wchodziliśmy wyżej, tym piękniejsze widoki radowały nasze oczy. Niestety nie doszliśmy na szczyt. Rozbolało mnie kolano, a konieczność drogi powrotnej oraz rozsądek zawróciły nas do samochodu. Słońce lekko zniżało się. W domu czekało mięso na niedzielny obiad. Spacer przewietrzył nam mózgi i emocje. Wyciszył , a słoneczko dodało optymizmu. Zadowoleni, zmęczeni i przewietrzeni wróciliśmy do chaty. Niestety w jej wnętrzu, przy sztucznym świetle wyszedł na jaw nasz brak doświadczenia. Okazało się, że trochę prześwietliliśmy oczy, bo nie zaopatrzyliśmy się w okulary przeciwsłoneczne. Cały wieczór męczył mnie czerwony, a później różowy odcień wnętrza chaty. Po dwóch dniach objawy naświetlenia zniknęły , a my wróciliśmy do miasta.











Tutaj króluje wiosna.Według prognoz pogody taki stan ma utrzymać się przez następne dwa tygodnie.Myślę, że zima już nie wróci. Teraz planujemy, co nowego posadzić w miejskim ogródku. Z uwagą śledzimy informacje z Bieszczadów, gdzie również znika śnieżna pokrywa. Wokół chat wiosna powinna sama dać sobie radę. Ptaki wydziobują resztki słoninki, zawieszonej na lipce. Mam nadzieję, że tym razem lisek chytrusek, który regularnie odwiedza naszą posiadłość, nie pozrywa tego przysmaku, jak to już kilkukrotnie zrobił. Pożegnaliśmy go na drodze do wioski. Mimo trudnej, mroźnej zimy miał się dobrze. Jego puszyste futro lśniło. I nic sobie nie robił z faktu, że wokół posiadłości widać było slady samotnego wilka, szukającego, jak i on szybkiego, łatwego posiłku.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Dwoistość natury ludzkiej

     Wczoraj w nocy temperatura na dworze spadła do 10 stopni poniżej zera.  Najmilej mi przy kominku z kubkiem kawy w ręce. Wprawdzie przez okno zagląda słoneczko i świat zdaje się weselszy, ale gdy tylko uchylam drzwi, do wnętrza wdziera się  przenikliwy ziąb. Nasza Kizia -Mizia,  kocica po przejściach przechodzi rekonwalescencję i wyleguje się na dywaniku w łazience.  Fascynuje ją umywalka, wanna , a najbardziej kabina prysznicowa.




 Czekamy, aż rana całkowicie się  zagoi, a wygolona na brzuchu  sierść odrośnie. Jak twierdzi przemiła pani weterynarz, brzuszek kotki niedługo pokryje się sierścią i będzie mogła wrócić do swojego domku na tarasie. Teraz tęsknym okiem patrzy na świat przez szybę w  drzwiach tarasowych.  Obserwuje ptaki wiszące na płatach słoninki, czy wydziobujące ziarenka z karmika, który Jędrek powiesił na młodej lipce. Czasem przystaję obok kotki i wspólnie obserwujemy ptaki. Rozśmiesza mnie kowalik, który przylatuje na słoninkę. Czepia się pazurkami gładkiej powierzchni tłuszczu i po paru dziobnięciach zastyga w bezruchu, pilnując słoniny.      
           -- Popatrz -- mówię do Jędrka  --  jaki skąpiec. Sam nie zje, ale drugiemu nie da. Czasami tak bywa z ludźmi. Wolą wyrzucić, niż podzielić się z innymi. Fajne są uruchomione w okresie około świątecznym specjalne numery  telefonów. Mając nadmiar jedzenia można zadzwonić i przyjeżdżają wolontariusze, którzy zabierają takie produkty. Później rozdają żywność pomiędzy tymi, którym jej brakuje. Szkoda, że przez cały rok nie ma takich akcji. -- westchnęłam.
         -- A wiesz, że ostatnio czytałem o akcji, która rozpoczęła się na zachodzie Europy,chyba we Włoszech,  ale i do nas trafiła. Może obejmie nasz kraj. Jest to tak zwana " zawieszona kawa". Zaraz ci wyjaśnię o co chodzi. Przyjeżdżamy na kawę do jakiejś kawiarni, która dołączyła do tej akcji i zamawiamy kawę. Płacimy za nią, ale dodatkowo płacimy za jedną, dwie, trzy " zawieszone kawy". Z takiej kawy później  mogą bezpłatnie skorzystać ci, których nie stać na filiżankę kawy. W internecie piszą, że rozszerza się to na inne posiłki. Ponoć już sieć  Mc Donalda do tego dołączyła, tylko nie pamiętam, czy już na terenie Polski.

        Zamyśliłam się nad tą różnorodnością natury ludzkiej. Tyle się słyszy o cudownych akcjach i zbiórkach pieniędzy na ratowanie ludzkiego życia. Ale też przeraża  bezmyślne ludzkie  okrucieństwo, skakanie sobie do gardła, aby zagarnąć jak najwięcej po zmarłych . Aby sobie wydrzeć każdą jedną złotówkę. Dlaczego przez pieniądze rozpadają się rodziny, ludzie zabijają?... 



 To trudny temat. Nie jestem w stanie zrozumieć  takich ludzi. Jakimi pokrętnymi drogami muszą chodzić ich myśli. ale też jacy muszą być  nieszczęśliwi, trwoniąc życie na  pogoń za kasą. Tak jak przestępcy nie mają na twarzy wypisanego hasła " jestem oszustem, złodziejem, pedofilem, ...." tak i  człowiek pazerny nie ma tego wypisanego na czole. Czasem nawet poznając takiego typu ludzi, wydaje nam się, że są to ludzie głębocy, wrażliwi, troskliwi, mili. Nawet zaprzyjaźniamy się i nagle po paru latach znajomości okazuje się, że potrafią oszukać, wykorzystać materialnie, okłamać. Z czasem tacy ludzie przestają się kontrolować i zdejmują maskę dobrotliwego, przyjaznego. Wtedy dostrzegamy jak bardzo krzywdzą innych. Często są to ich najbliżsi, mniej chytrzy, bardziej opiekuńczy. Wykorzystują ich dobroć. Jak trudno nadal takim ludziom ufać, szanować ich. Ale teraz o czymś przyjemniejszym.


        Wczoraj byłam na cudnym koncercie w Cisnej. Zaprosiła nas współorganizatorka tego międzynarodowego festiwalu kolęd i pastorałek. W  małym kościółku w Cisnej po raz siódmy pojawiły się amatorskie zespoły ludowe, chóry. Przyjechali z Ukrainy, Słowacji, Polski, by zaśpiewać swoje kolędy, pastorałki. Koncert był niesamowity, ale wszystkich zaszokowała mała siedmioletnia dziewczynka Weronika, która przyjechała z Białej Cerkwi położonej w obwodzie kijowskim.  Dziewczynka rozpoczęła  koncert swojego zespołu. Stanęła przed ludźmi i acapella zaśpiewała pieśń o Ukrainie. Wszyscy oniemieli! Niesamowitym darem obdarzyła ją natura. Wnętrze kościoła napełniło się głosem, który brzmiał jak dzwon. Był tak mocny, że wydawało się, iż wyparł całe powietrze, a za moment powypadają szybki w kościelnych oknach.... Ciarki chodziły po plecach, a do oczu cisnęły się łzy!
Festiwal po raz pierwszy zaistniał siedem lat temu z inicjatywy poprzedniego proboszcza, który podobno był uzdolniony muzycznie. Po jego odejściu zwykła mieszkanka  Cisnej, a może i  niezwykła, bo chętna i bezinteresowna pani  Halinka, przejęła organizację festiwalu. Następny proboszcz nie był zainteresowany jego organizacją.

 Pani Halinka skrzyknęła parę innych osób, poszukała sponsorów i zaprosiła amatorskie zespoły, a te bezpłatnie dały cudowny koncert. Dzieci z Białej Cerkwi jechały do Cisnej 900 km. Ile pracy trzeba włożyć w organizację takiego festiwalu, ile poświęcić czasu wiedzą tylko ci, którym zdarzyła się organizacja jakiegoś wydarzenia. Mnie zachwyca taka bezinteresowność, energia, chęć upiększenia życia sobie i innym, bo nie samym chlebem człowiek żyje.




Każdy, kto raz był w Cisnej orientuje się, że to niewielka miejscowość. W niewielkich miejscowościach przeważnie niewiele się dzieje, ale nie powiedziałabym tego o Cisnej i wielu innych miejscowościach w Bieszczadach.  Zachwycona jestem tym, jak wiele wzruszeń można tu doświadczyć i nie tylko sprzyja ku temu cudna przyroda. (Często w niższych partiach panuje jesień i jesienna aura, a wystarczy podjechać wyżej i zaskakuje nas zima. )



 Jadąc na festiwal obserwowaliśmy cuda natury w świetle  zachodzącego słońca, które barwiło górskie szczyty na różne odcienie różu, rudości i bordowej czerwieni.   Jednocześnie złoty reflektor muskał nurt strumyków, grzebień szarych buków, porastających szczyty po przeciwnej stronie gór. Wydawało się, że cudniej być nie może, a jednak było. I nigdy bym takich wzruszeń nie doświadczyła, gdyby nie inicjatywa mieszkanki Cisnej. Bo ludzie potrafią być wspaniali, dobrzy i mają wielkie serca. I jak tu nie kochać ludzi? Jak nie kochać Bieszczadów?