wtorek, 21 stycznia 2020

Spacer po śladach wilka





         Korzystając z pięknej pogody, jak zwykle w niedzielę udaliśmy się na długi spacer. Było około południa. Szukając wolontariuszy, aby wzbogacić koszyczek serduszek, udaliśmy się w stronę Leska. I tam odnaleźliśmy parę grupek młodych ludzi, zbierających na sprzęt szpitalny dla chorych dzieci. Od samego początku jestem zwolenniczką tej akcji. Pobyt mojego taty w szpitalu jeszcze bardziej utwierdził mnie  w tym, że jest to akcja bardzo potrzebna. Większość mebli i sprzętu, który pomagał ojcu, oklejony był serduszkami. Już wtedy pomyślałam sobie, że bez tych corocznych zbiórek nasze szpitale wyglądałyby tragicznie i Jurek Owsiak robi niesamowitą robotę.  Ale wracam do niedzieli 13 stycznia. Gdy już byliśmy koło " Słodkiego domku", który od chwili naszego pierwszego przyjazdu w Bieszczady, trzyma swój poziom, to wstąpiliśmy  do niego  na kawę i ciacho.  Bo jak tu  nie wstąpić, gdy kusi zapach świetnej lawazzy, a za szklaną witryną pyszni się tyle słodkości. Był też mój ukochany dobosz, a więc hulaj dusza! Ale później trzeba było ten nadmiar kalorii strenować! Już święta dołożyły się do moich boczków, po co jeszcze  dokładać ma moje łakomstwo. Postanowiliśmy pospacerować.  Pojechaliśmy więc w stronę Olszanicy. Tam mąż chciał mi pokazać, gdzie był ostatnio na rowerze i  jak tam pięknie. Rudenka rzeczywiście jest malownicza. Zasypana była śniegiem, ale na taki spacer, na jaki miałam ochotę, nie nadawała się. Postanowiliśmy więc pojechać w stronę Ustrzyków Dolnych. Po drodze zjechaliśmy z głównej trasy i serpentynami pojechaliśmy w stronę Łobozewa. Tam skręciliśmy w stronę parkingu leśnego na górze Żuków. Na sporym , pustym parkingu zostawiliśmy samochód, a następnie naszą ulubioną trasą poszliśmy w górę na długi spacer. Na parkingu grzało słoneczko. Jednak im wyżej, tym bardziej  dało się odczuć lodowate podmuchy wiatru. O dziwo, śnieg pod naszymi stopami był twardy, zmrożony. Było ślisko. Szłam pochylona , uważnie patrząc pod stopy. Ścieżka biegła w górę.  Było pusto. Byliśmy jedynymi spacerowiczami. Po drodze widzieliśmy zamrożone ślady jakiegoś pojazdu, ślady pługa, który odgarnął śnieg , aby droga była w miarę przejezdna i ślady zwierząt oraz ludzi. Były tropy saren, dzików,  okrągłe ślady po kijkach narciarskich , ślady łap psów, aż nagle pojawił się ślad wilka. Jest on bardziej wydłużony, z wyraźnie wystającymi dwoma palcami i pazurami skierowanymi do siebie. Zrobiłam zdjęcie, aby w domu sprawdzić w komputerze, czy to aby na pewno to zwierzę. Trop wilka biegł  trasą śladów saren.  W pewnym momencie sarny musiały zejść ze ścieżki na stok,  wilk poszedł ich śladem. 



 Jędrek, jak to on, zawsze ciekawy przyrody,  poszedł za tymi śladami. Ja nie zmieniłam trasy i szłam dalej ścieżką, prosto przed siebie. Ostatnio bardzo uważam na swoje kolana i staram się zanadto ich nie obciążać. Zresztą zgodnie z zaleceniem mojego ortopedy, gdy tylko mogę, idę po równej drodze. I tak muszę wokół chat chodzić po stoku. Unikam schodów, ostrych podejść. Staram się oddalić operację kolan, na tak długo, jak to będzie możliwe. To na marginesie, a wracając do spaceru, to zwolniłam kroku ale nadal szłam przed siebie. Wiał ostry, lodowaty wiatr. Naciągnęłam kaptur kożucha. Po kwadransie spojrzałam za siebie, daleko w tyle dostrzegłam sylwetkę Jędrka. Szedł za mną. Niedługo później mnie dogonił i powiedział, że zszedł do pewnego miejsca, ale dalej ścieżka ze śladami zwierząt weszła pomiędzy drzewa i nie było sensu schodzić niżej. Jednak wyraźnie widać było, że wilk szedł śladami saren.





Gdy moje kolana miały już dość, zawróciliśmy i poszliśmy z powrotem do samochodu. Wróciliśmy na późny obiad. W Bóbrce przywitała nas wiosenna pogoda. Śniegu niewiele pozostało. Większość białych plam ukryta była głębokim w cieniu, pod  rozłożystymi świerkami.  Na trawniku kwitły stokrotki, trawka zieleniła się. Gdy wyjeżdżaliśmy na spacer, słoneczko przygrzewało, nie zabrałam więc ze sobą czapki ( całe szczęście, że miałam kaptur). A na Żukowie mimo słońca cały grzbiet góry był we władaniu zimy.
Spacer był długi, piękny. Wróciliśmy, gdy cienie zaczęły wydłużać się . Teraz szybko zapada zmrok. Zaledwie słońce schowa się za góry, wszystko wokół szarzeje, ciemnieje.

 Wróciliśmy do naszej doliny. Chaty czekały już na szarość zmierzchu. We wnętrzu  trzeba było zapalić światło. Teraz zimowe dnie są bardzo krótkie, chociaż ociupinkę dłuższe niż przed świętami.. W rozmowie telefonicznej z moją przyjaciółką , która szykuje się do przejścia na emeryturę poruszyłyśmy temat  życia na wsi. Ona twierdzi, że wraz z Jędrkiem żyjemy zgodnie z porami roku. I tego nam zazdrości. W pierwszej chwili się z nią nie zgodziłam  Przecież siedzimy wieczorem do bardzo późna. Chodzimy spać już po północy, tak jak przez cały rok. Po zakończeniu rozmowy przemyślałam sobie ten temat. I doszłam do wniosku, że jednak ona ma rację.  Nasza aktywność jest zimowa. Szczególnie na powietrzu jest teraz bardzo nikła. Dnie są krótkie, jest zimno, często szaro i mokro. Wprawdzie późno się kładziemy, ale też długo śpimy. Wiosną i latem wstaję dużo wcześniej, czasem nawet zaraz po wschodzie słońca i mam dużo więcej czasu " dla siebie". Jesienna i zimowa pogoda bardzo mnie przygnębia. To właśnie zimą brakuje mi towarzystwa ludzi, spotkań, rozmów. Wiosną i latem przyroda, obserwacje ptaków i zwierząt  wypełniają mój wolny czas aż po brzegi.  Mam dużo więcej energii i chęci na twórczość.Teraz  jestem ospała, leniwa, jakby moje wnętrze lekko się rozregulowało. I jeśli w danym dniu w chacie mam dużo zajęć, to zużywają one cały mój zapał. Na nic innego nie starcza energii. No, może poza czytaniem książek, bo na nie mam zawsze ochotę.  Dwa dni temu była kolejna niedziela, ale tym razem szara i smętna. Taka kominkowo-kanapowa. W taki dzień nie chce mi się nosa wystawiać na zewnątrz. Zagłębiłam się w kryminale i do północy przeczytałam go. Wczoraj też był taki zgniły dzień, ale spędzony w Sanoku  na tygodniowych zakupach. Wróciliśmy późno i nie było zbyt wiele czasu na chandrę. Dziś przywitało nas poranne słońce. Po śniadaniu miałam ochotę na kontakt ze światem, wprawdzie tylko internetowo, ale to zawsze coś. Teraz popatrzyłam na zegar. Dochodzi piętnasta. Pomimo dzisiejszej słonecznej aury na dworze wszystko poszarzało. Słońce chowa się za najeżonym nagimi bukami grzbietem Berda. Znad zalewu podnosi się mgła. Na razie jest delikatna, prawie przeźroczysta, jednak zaczyna otulać pobliskie drzewa. Jędrek zwozi z drewutni drewno i okłada pod ścianą chaty.  Na mnie czeka powieszenie prania, przygotowanie obiadu i inne zwykłe codzienne czynności. Mam nadzieje, ze energii starczy mi też na dzisiejszy  pillates. 


poniedziałek, 13 stycznia 2020

gdy jeden rok się kończy, a drugi zaczyna


        Zanim przyjechały dzieci, w Bóbrce było jesiennie. Czułam zbliżające się święta jedynie na zakupach. Wyjeżdżaliśmy do Sanoka aby hurtem załatwić wszystkie sprawunki. Nie lubię buszowania po sklepach, a kłębiące się tłumy mnie przytłaczają. Zdecydowanie bardziej lubię samotne spacery wzdłuż zalewu , chociaż wszelkie możliwe odcienie szarości, które w przedświątecznym okresie zasłały pobliskie krajobrazy, nie zachęcały do spacerów. W chacie trwały przygotowania do przyjazdu gości. Córka z rodzinką przyjechała w przedświąteczną niedzielę. Z Wrocławia miała wyjechać rankiem ale jak przewidywałam, zrobiło się z tego południe. Tłok na autostradzie, nienajlepsze warunki drogowe itd...tak więc  byli w chacie grubo po zmroku, a w zasadzie już wieczorem. Poprzedniego dnia Jędrek wędził szynki, boczek i polędwicę. Zrobił też nowy rodzaj wędliny, polędwicę dojrzewającą. Miałam co do niej duże zastrzeżenia, bo mięso robi się bez wędzenia, starym sposobem zasypując solą, potem cukrem( lub na odwrót). Następnie wielką ilością ziół. Polędwica musi wisieć po parę dni w odpowiedniej temperaturze. Na dojrzewającą polędwicę poświęciłam swoje nowe rajstopy. To z nich była siatka na mięso. Nogawka z rajstop potrzebna była aby zioła się nie wysypywały. Muszę przyznać, że wyszedł prawdziwy rarytas, szczególnie dla miłośników  surowej szynki wędzonej i tym podobnych wędlin. Ja jestem średnią miłośniczką mięsa , a ostatnio kiełbas nie tykam się prawie wcale.

Kiedy wędliny były gotowe, pasztet piekł się w piekarniku, buraczki z chrzanem i kminkiem upchane były w słoikach, zakwas barszczu czekał na ugotowanie, grzyby i owocowy susz moczyły się w garach, przyjechała rodzinka. Tym razem tak rozłożyłam sobie pracę aby na ostatnią chwilę nie zostało zbyt dużo czynności. Nie lubię przedświątecznego zdenerwowania, pretensji o byle bzdety, które zakwitają jak wiosenne kwiaty w szale atmosfery " zdążymy przed pierwszą gwiazdką, czy też nie".
Moja strategia okazała się dobra, a i tak pracy, którą można wykonać jedynie w ostatniej chwili zostało dosyć sporo. Oczywiście tego dnia nie było już mowy o żadnej pracy, bo trzeba było się wyściskać, opowiedzieć co nowego i jak tam podróż, a iluż to wariatów pojawiło się na drodze, co chłopcy jedli na obiad itp. , rozlokować się po pokojach. Jak tylko najmłodszy poszedł spać, a starsi chłopcy zniknęli w swoich pokojach, mogłam wreszcie nacieszyć się córką i wspólnie zaplanować pracę na poniedziałek i część wtorku. Około 1-wszej towarzystwo udało się na spoczynek. Usnęłam szczęśliwa , choć otumaniona mnóstwem  gwaru i energii, którą przywieźli ze sobą.

 Kolejne dnie to była wisienka na torcie. Piekłyśmy, nadziewały, kroiły, gotowały, dosmaczały...
A  w Wigilię z rana panowie udali się na obchód  naszej posiadłości, celem wycięcia najbrzydszej, najsłabszej, najpokraczniejszej choineczki, bo taka co roku wita w nasze progi aby stać się królową.
 I tak było tym razem. Pozwalamy Kopciuszkowi tańczyć na balu!

Przystrojona nie jest może tak cudnym drzewkiem, jakie można oglądać w licznych galeriach handlowych. Nie jest tak dostojna, elegancka, ale dla nas jest najpiękniejsza. W dodatku ubierana jest przez samych panów.
W tym roku panowie stanęli na wysokości zadania i cały czas ochoczo nam pomagali. I to od najstarszego do najmłodszego.

 Każdy znalazł dla siebie odpowiednie zajęcie. Szczególne wzięcie miało przystrajanie kruchych, orzechowych babeczek. Udawałam, że nie widzę podkradania bakalii, oblizywania łyżek...



Gdy już zmęczeni padliśmy na kanapy, okazało się, że już pierwsza gwiazdka wzeszła.  Ale wszystko było gotowe; uszka i pierogi  odcedzone, barszczyk w wazie czekał na rozlanie, kutia schłodzona, kompot w dzbanku czekał na wigilijnym stole  pięknie przystrojonym i odświętnie nakrytym. Tylko Jędrek  zmywał jeszcze patelnię po ostatnim kawałku karpia. Szybko zrobiłyśmy się " na bóstwo", bo jak mogłyśmy siadać do Wigilii takie mało odświętne. Makijaż może nie był zbyt precyzyjny, bo raczej pośpieszny, ale reszta była całkiem elegancka. Dzieciakom oczy się śmiały do potraw na stole, do kolorowej choinki, a może do prezentów, które położyliśmy pod jej gałęziami.  Później było jak co roku. Czyli najstarszy mężczyzna, obecnie mój mąż kontynuował tradycyjne  " kochani, zebraliśmy się , jak co roku przy tym wigilijnym stole...." Pomyślałam o tacie, który prawie przez całe moje życie, przed wieczerzą  wigilijną  brał do ręki  biały opłatek i w ten sposób drżącym  ze wzruszenia głosem zaczynał składać nam  wszystkim życzenia... Pomyślałam o mamie, babci, które też zostały  tylko w naszej pamięci... I pomyślałam sobie, że ten łamany opłatek jest jak  pałeczka sztafetowa, którą podajemy sobie z ręki do ręki  przez całe pokolenia. Jest on łącznikiem z osobami, które kochamy. Z żyjącymi, jak również i z tymi , którzy odeszli.

Przypuszczam, że dalsza część wieczoru była taka, jak w większości polskich domów. Wieczerzę kończyło szukanie prezentów pod naszą kolorową królewną. Tło stanowiły kolędy, które uwielbiam, zarówno stare, tradycyjne, jak i te nowsze, a szczególnie Preisnera. Jego "kolęda dla nieobecnych " jest dla mnie majstersztykiem i szczególnie w tym roku oddawała mój nastrój.
Syn z żoną i córkami dotarli do nas dopiero drugiego dnia świąt, a wraz z nimi do Bóbrki dotarły opady mokrego śniegu. Radości i rejwachu było coraz więcej. Przez dwa dni byliśmy razem. Było trochę tłoczno, ale szczęśliwie. Juleczka pomagała nam w kuchni, pełniąc rolę pomywaczki, bo popsuła się nam zmywarka. Nie wiem dlaczego ale od wielu lat w okresie świątecznym przydarza nam się jakaś przygoda z wodą , urządzeniami wodnymi lub rurami albo szambem. Poprzednio zepsuł się bojler, teraz zmywarka, a w mieście co święta, to było odtykania wejścia do szamba....
Z dwojga złego wolę ręcznie zmywać naczynia, niż walczyć ze sprężyną i gmerać w nieczystościach.


Później  stało się tak, jak to dzieje się  co roku. Czas nagle  przyspieszył i zgodnie z powiedzeniem " święta, święta i po świętach" dzień po wspólnym świętowaniu syn musiał wyjechać, bo w sobotę miał stawić się w pracy. Zabrał swoją rodzinkę i część hałasu ale również część radości. Wprawdzie, gdy są wszyscy, to chata pęka w szwach, za to jest bardzo wesoło. A ja jestem bardzo szczęśliwa. Bo babcie tak mają, że je uszczęśliwiają wnuki. Najmłodszy z nich codziennie przyglądał mi się z uwagą. W końcu usiadł mi na kolanach, przytulił się i powiedział, że nie wie czy ja jestem młoda , czy stara. Jego zdaniem jestem pomarszczona jak stara babcia, ale wszystko inne mam  młode. Jestem taka pomarszczona, młoda babcia. I on mnie bardzo kocha.
Powiedziałam mu, że to nie jest niczym dziwnym, bo babcie przeżyły już wiele lat i  dlatego są pomarszczone. Skóra im się zużyła i naciągnęła od ciągłego używania. Nie mają innej skóry w zapasie i muszą chodzić z tą, którą posiadają. A sposób czesania się, ubierania nie musi być stary, bo można pójść do fryzjera i zrobić sobie nową fryzurę. Można też w sklepie kupić sobie nowe, modne ubrania. Mały popatrzył na mnie ze zrozumieniem i powiedział, że szkoda, bo kupiłby mi w prezencie nową skórę.  I na tym temat został zakończony. Wyściskałam go i zapewniłam, że też bardzo go kocham.


Po świętach pogoda była w kratkę. Było trochę śniegu, ale zanim Kornel z tatą zdążyli zrobić bałwana, śnieg zaczął topnieć. I przyszedł sylwester. W tym roku mieliśmy go spędzić częściowo na leskim rynku, bo miał być ciekawy koncert. Niestety od Wigilii Jędrek kaszlał, smarkał, chrypiał. Wprawdzie zaraz po świętach poszedł do lekarza, ale na jego polecenie zwlekał z antybiotykoterapią i posiłkował się jedynie słabszymi medykamentami. Zalegał w swoim fotelu, przesypiał część dnia i obserwował, w którą stronę podąża jego organizm. 
Wieczór sylwestrowy spędziliśmy cudownie. Jeszcze nigdy nie spędzałam sylwestra z bliskimi swojemu sercu w podróży. Otóż Średniak dostał pod choinkę grę planszową " wsiąść do pociągu".  Co wieczór do północy graliśmy rodzinnie, przemierzając trasy Europy. I tak było w sylwestra. W grze może uczestniczyć 5 osób. Im więcej, tym ciekawiej. Graliśmy prawie wszyscy. Północ zastała mnie na trasie do Lizbony.
Grę przerwaliśmy o północy aby wypić lampkę szampana i złożyć sobie  noworoczne życzenia. Po czym wróciliśmy do podróżowania. Było cudnie i bardzo wesoło. Poszliśmy spać około 2 -giej w nocy, dopiero po zakończonej partii .



A pierwszego stycznia obchodziliśmy z najstarszym wnukiem jego 19 urodziny. Życzenia składamy Kacprowi dopiero w Nowy Rok po południu. Chcemy aby wiedział, że to jego wyjątkowy dzień. Oddzielamy więc życzenia noworoczne od urodzinowych.  W tym roku były również świeczki i torcik oraz  inne smakołyki. Wprawdzie Kornel parokrotnie zdmuchiwał świeczki, ale w końcu i Kacperek mógł swoje świeczki sam zdmuchnąć, bo wytłumaczyliśmy maluchowi, że to nie jest jego dzień urodzin. Protestował i marudził, że bardzo długo będzie musiał czekać na swoje urodziny, ale dał się przekonać. A drugiego  stycznia chata opustoszała, ucichła, posmutniała. 

Gdy poprałam wszystkie ręczniki i pościel, odkurzyłam , pościerałam podłogi, poszliśmy na długi spacer . Aura była zimowa, bo w międzyczasie nadeszły opady śniegu.  Zimowym spacerem zaczęliśmy nowy rozdział życia w chacie.







czwartek, 19 grudnia 2019

Jarmark przedświąteczny w stylu retro




   Mimo natłoku przedświątecznych zajęć znalazłam jednak chwilkę aby napisać parę słów na temat naszego ostatniego niedzielnego spaceru po Galicyjskim Rynku w Sanoku, gdzie odbywał się IX jarmark przedświąteczny. Chciałam się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, a zarazem pozostawić ślad mojego obecnego postrzegania świata. Fajnie będzie tak po paru latach wrócić do swoich myśli, obrazów obecnych dni i zobaczyć co się zmieniło, a co pozostało nietknięte.
Zacznę od początku, czyli od tego , że wróciliśmy do chaty , by jak co roku spędzać w niej święta wraz z naszymi dzieciakami i wnukami. Na święta w chacie będzie jak co roku gościło wiele osób, a więc i przygotowań huk. Duża odległość uniemożliwia wcześniejszy przyjazd rodzinki. Jesteśmy  w większości zdani na własne siły. Coś za coś. W mieście blisko wszędzie i do wszystkich, ale ciasno i , jak pokazał andrzejkowy obiad, przestaliśmy się mieścić przy wspólnym stole, a brak miejsca na dostawienie drugiego. Poza tym i przygotowanie większej ilości dań z uwagi na brak miejsca graniczy z cudem. Tu w chacie są większe przestrzenie i jest wygodniej, choć ze spaniem też zaczyna być kłopot. Kornel po woli wyrasta ze swego składanego łóżeczka. Teraz jeszcze można podłożyć mu pod nogi kołdry i koce, ale już niedługo i to nie wystarczy.
Wracając do tematu jarmarku, otóż pojechaliśmy tam w niedzielę, bo w tygodniu nie zdążyliśmy zawitać na sanocki rynek, gdzie do soboty rozłożone były stragany. Zresztą podobno po raz pierwszy. Ucieszyłam się, że mimo wszystko pooglądam tutejszy jarmark, bo znam  jarmark na kozielskim rynku, znam wrocławski, którym zachwyca się większość moich znajomych, znam przedświąteczne kiermasze z małych miasteczek belgijskich oraz z brukselskiego rynku. Tymi ostatnimi byłam zachwycona. Wtedy, gdy je oglądałam, a było to w 1997 roku, w Polsce były nowością. Urzekły mnie niesamowitą atmosferą, lokalnymi rzemieślniczymi wyrobami, grzanym winem i pieczonymi kasztanami. Ludzie cieszyli się tymi przedświątecznymi spotkaniami przy straganach, w halach targowych, gdzie z boku ustawione były stoliki. Biesiadowali, rozmawiali, cieszyli się nadchodzącymi świętami.
W skansenie w Sanoku przywitały nas otwarte bramy  i tłumy ludzi. Już z daleka dobiegała świąteczna muzyka. Przechodząc mostem przez San słyszałam dźwięki orkiestry, śpiew chóru. San niósł na grzbietach ciemnych fal echo pastorałek i kolęd.
 Weszliśmy przez boczne drzwi skansenu. I już prawie od wejścia zobaczyłam skansen, jakiego dotąd nie znałam. Miasteczko ożyło.
Tłumy ludzi kłębiły się na ryneczku.Gdzieś z boku pod chatami zmęczeni staruszkowie przysiedli na ławeczce i prowadzili ożywioną rozmowę. W wielu chatach świeciło się światło. Te, na których wisiały różne szyldy, opowiadające, gdzie można coś kupić , gdzie coś naprawić, miały często uchylone drzwi, bądź też klienci wchodzili do nich lub wychodzili z zakupami.
Przed chatami stały kramy z własnymi wyrobami cukierniczymi, ręcznie robionymi bombkami, stroikami lub innymi wyrobami dekoracyjnymi. wyrobami wędliniarskimi, nabiałem...Na środku rynku w licznych straganach koła gospodyń wiejskich wystawiały własnoręcznie zrobione potrawy, wypieki, prawdziwe smakołyki. Były pierogi z grzybami, z kapustą, barszcz, inne zupy, pasztety, naleśniki, smalec na grubej kilkucentymetrowej kromce chleba, z kiszonym ogórkiem pośrodku, bigos, gołąbki... Przy każdym straganie ustawiona była długa kolejka ludzi stęsknionych za swojskim jedzeniem. 

 W cukierni oprócz ciast i różnego rodzaju ciasteczek, można było napić się kawy zaparzanej w filiżankach. Działała piekarnia, gdzie w starym piecu wypiekały się swojskie chleby. Taki gorący, prosto z pieca można było nabyć do domu. Widziałam wiele osób niosących okrągłe bochny. Handlowano choinkami, wyrobami z wikliny, owocami świeżymi i suszonymi, orzechami, czy też grzybami suszonymi. Dokupiliśmy do naszych zapasów łuskanych orzechów, jak również  dorodne główki czosnku. Żałowałam, że poprzedniego dnia zakupiliśmy wielki bochen chleba na zakwasie, bo miałam chętkę na spróbowanie lokalnego pieczywa.























 Obchodząc stragany i ryneczek wysłuchaliśmy pięknych kolęd w wykonaniu chóru z jednej z sanockich szkół. Obok chóru inni uczniowie przedstawiali  Jasełka, inscenizując kolędy i pastorałki. Małe dzieciaki, które na niedzielny spacer przyszły do skansenu ze swoimi rodzicami, bliziutko podchodziły do aktorów. Z ciekawością przyglądały się a to Maryi , a to Trzem Królom, a to zwierzętom...
Po zakończeniu koncertu podjechała bryczka z Mikołajem. Każde z dzieci coś dostało w prezencie.  Ileż pozytywnych emocji malowało się na ich buziakach. Usta same układały się do uśmiechu.
Wtopiłam się w atmosferę sanockiego galicyjskiego ryneczku i gdyby nie  współczesne stroje, pomyślałabym, że przeniosłam się w czasie.
Tym razem na jarmarku nie widziałam żadnej chińszczyzny, żadnych ciupażek, muszli itp. Było swojsko, smacznie, pachnąco i tak jak być powinno przed świętami. 
 



Zdrowych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim odwiedzającym mojego bloga. Niech przy wigilijnym stole nie zabraknie miłości, życzliwości i pamięci o bliskich, których już z nami nie ma.