wtorek, 12 lutego 2019

Wichry czasu na emeryturze.


 Pisane w połowie stycznia. 

      Od wakacji minęło ponad cztery miesiące. Ze zgrozą spojrzałam na datę ostatnich moich zapisków. I  gdyby ktoś kazał mi powiedzieć, dlaczego nie pisałam, nie potrafiłabym logicznie i przekonująco usprawiedliwić się. Chodzi mi o poważny powód mojego milczenia. Niby nic specjalnego się nie wydarzyło, ale  najwyraźniej jednak życie porwało mnie w inną stronę. Czyżbym wpasowała się w ogólnie panujące przekonanie, że na emeryturze człowiek w ogóle na nic nie ma czasu? No bo niby dlaczego ma mieć czas? Wszak wszyscy wiedzą, że nie wykonuje pracy zawodowej, nie jest uwiązany w swoim zakładzie, więc może bliźnim pomóc dużo więcej . W tym miejscu myślę o swojej przyjaciółce, którą zagarnęła rodzina, czyli wstępny i zstępni.Tak jest obarczona pomaganiem, że swojego  życia ma tyle co brudu za paznokciami. A, że mimo wszystko znajduje czas na zadbanie o siebie, bo chodzi do fryzjera i manikiurzystki, to brudu u niej nikt nie uświadczył. I czasu ma jak na lekarstwo. Inna "starsza dziewczynka", która zaznała emerytury dopiero od stosunkowo niedawna, od pierwszego dnia urwania się z korporacyjnej smyczy roni za nią krokodyle łzy i skarży się na uwiązanie w domowych pieleszach. Twierdzi, że mimo uwiązania nie ma ze sobą co robić i ma nadmiar wolnego czasu, który chętnie zajęłaby czymś innym, jednak ten areszt domowy ją wstrzymuje i doprowadza do depresji. Mimo tego aktywnie uczestniczy w zajęciach sportowych i lektoracie językowym. Inna znajoma w szalonym tempie zwiedza świat i nadrabia zaległości podróżnicze. Wracając z jednej wycieczki, już szuka następnej. Najwyraźniej chce się " nachapać", zanim wysiądą jej  różne narządy. Każdy orze, jak może, jak mówi przysłowie. Ja się delektuję, choć w ograniczonym zakresie. Wyraźnie zwolniłam. Przestałam pędzić i z godnością matrony, którą w końcu jestem, wolno płynę w przyszłość, a wichry czasu starają się poderwać mnie i rzucić w bok. I chyba miniony okres do tego  zjawiska należy.

          Dziś jest już całkiem nowy rok. Mam za sobą święta i sylwestra. Przez miesiąc byliśmy w chacie. Jak było? Cudnie, jak zwykle w chacie. Przyjechaliśmy dwa tygodnie przed wigilią. Dwa dni grzaliśmy chatę. Przeraźliwe zimno nie chciało wyjść z szaf, szuflad, łóżek. W kominku aż huczało, a  mimo wszystko słupek rtęci minimalnie podnosił się do góry.  Po przyjeździe zauważyliśmy, że podczas naszej nieobecności dziki zdemolowały nasz ogród. Powyrywały granitowe stopnie i odrzuciły na bok. Przeorały trawnik. Wygląda teraz jak rozorany ugór, jakby ktoś ukradkiem zakradł się z pługiem i zafundował nam orne pole.W każdym razie trawnik poległ w nierównej walce z dzikami. Całe szczęście, że zaczął padać śnieg i przykrył dowody zbrodni. Jędrek obszedł posiadłość i zauważył, że wataha przyszła od strony zalewu. Dziki podniosły dół siatki i przecisnęły się pod nią. Wyryły sobie wejście. Zwyczajnie zrobiły podkop. Ochoczo pognały w górę, ryjąc gdzie popadnie. Później dotarły pod dąb. ...Hasały, ryły, a gdy wyżarły co im smacznego pod ryj podeszło, wycofały się, pozostawiając po sobie księżycowy krajobraz zastygły w zamarzniętym zboczu Kozińca.
Święta, jak to święta były rodzinne, radosne i leniwe. Tym razem spędziliśmy je całą rodzinką.Na koniec uwieczniliśmy siebie pod kolorową choineczką. I wyszło piękne, rodzinne zdjęcie.
Zajadaliśmy się domowym chlebem na zakwasie, bo od 8 miesięcy nie kupiłam chleba, tylko wytrwale piekę. Jędrek uwędził szynki, polędwiczki i schaby. Zrobiliśmy cała michę  kutii, zakisiliśmy barszcz, polepiliśmy masę uszek z własnoręcznie zebranych grzybów... Były i ryby , drób i własne tradycyjne  wypieki. Chciałabym aby w pamięci moich wnuków pozostały właśnie takie święta; zdrowe, tradycyjne, pełne radości i wzajemnej życzliwości. Oczywiście po świętach powoli wszyscy rozjechali się do własnych domów. Otoczyła nas cisza, do której trudno się przyzwyczaić.
Ale taka jest kolej rzeczy. Babcia i dziadek są od święta. Są do kochania, rozpieszczania... Życie moich wnuczek i wnuków jest przy ich rodzicach. I tak być powinno.
Minęło parę dni, przyzwyczailiśmy się do starego rytmu dnia, innej melodii życia. Odbyłam kontrolną wizytę u okulisty. Musiałam wrócić do miasta.

Pisane w dniu 12 lutego 2019r.

        Właśnie jestem po ciężkim zapaleniu oskrzeli. Trzeci tydzień męczę się z jakimś świństwem, które dosłownie zwaliło mnie z nóg. Teraz jestem już na prostej. Myślę, że po jutrzejszej wizycie kontrolnej u lekarza okaże się, że w oskrzelach przestał mi grać septet smyczkowy i wreszcie nastała  w moim wnętrzu cisza. Na 18 lutego miałam wyznaczoną wizytę kontrolną u okulisty w Przemyślu, ale musiałam ją przesunąć o trzy tygodnie, kiedy już całkiem wydobrzeję. Wizyta wiąże się z przyjazdem w Bieszczady, z uruchomieniem chaty, dobą niedogrzanych pomieszczeń, a ja jeszcze nie jestem w stanie podjąć się takiego wyzwania. Oprócz choroby mam za sobą hospitalizację taty, jego gwałtowne pogorszenie się stanu zdrowia. Tata coraz bardziej przypomina uparte, niesforne małe dziecko. Już nas nie poznaje. W nocy zdziera pampersy, zalewa swój pokój. Prawie nie chodzi. Tylko apetyt pozostał mu dobry. Gdy mu coś smakuje, otwiera usta jak pisklę i trudno nadążyć z karmieniem. Coraz mniej chodzi. Na sedes siostra musi go wysadzać. Zaczyna fizycznie nie dawać sobie z tym rady. Trudno tatę ubrać, umyć. Nie rozumie o co chodzi. Nie ma innych potrzeb, jak jedzenie, picie i spanie. Najchętniej nie wychodziłby z łóżka. Ulotniły się gdzieś jego dobre cechy, a pozostał mu upór, który był zawsze cechą dominującą jego charakteru. Trudno radzić sobie z tatą, który nie chce współpracować, który sztywnieje przy ubieraniu, nie chce stawiać kroków, nie chce podnosić się z łóżka.
         Okres jego szpitalnego pobytu spędziłyśmy na codziennych dojazdach do szpitala, aby pomóc go nakarmić, umyć, zadbać. Bez nas tata był agresywny, oporny. Nie chciał połykać leków, myć się, wyrywał sobie wenflony...Najczęściej pielęgniarki witały nas " znowu tacie włączył się agresor", bądź; " wykąpał się w łóżku we własnym moczu". A my nie wiedziałyśmy, czy przepraszać, za tego " agresora", który dał w nocy popalić, czy wyganiać tatę do łazienki...Chyba jeszcze wtedy poznawał nasze głosy, bo twarze chyba już nie. Mieszałyśmy mu się z rzeszą pielęgniarek zmieniających się przy jego łóżku. Teraz obawiam się, że i głosy zapomniał. Coraz bardziej odchodzi w swój świat. Jest to dla mnie bardzo trudne. Myślę, że łatwiej byłoby mi, gdyby pozostała mu świadomość tego, co się dzieje, nawet gdyby strona fizyczna pozostała tak słaba, jak obecnie. Trudno jest patrzeć na bliską osobę, która z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przeobraża się w nieznajomego, obcego.  Kto nie mówi, nie rozumie i jest trochę jak roślinka. Jakby ktoś systematycznie wymiatał ze środka  to, co kiedyś składało się na jego niepowtarzalność i stanowiło sedno osobowości. Niezmienne zostało tylko zewnętrze.  Niby znam dobrze  to styrane życiem opakowanie, ale gdy jego oczy patrzą na mnie jak na przedmiot, jakbym nigdy nie była  jego córką, wydaje mi się, że już w środku nie ma mojego ojca.Wieje pustką... I chyba dla mnie to jest najtrudniejsze. Tracę tatę każdego dnia. Co dzień coraz bardziej.Śmierć mamy była szokiem, była bardzo trudna, ale trwało to krótko. Potem był czas żałoby. Trudny, ale po jego zakończeniu wróciliśmy do normalnego życia. Zamknął się jakiś okres. Wszystko działo się naturalnie. A teraz każdego dnia powtarza się jego odchodzenie. Jakby ktoś cofał film i puszczał jego kawałek ciągle od nowa. ..


środa, 1 sierpnia 2018

Lato w krainie deszczowców

        -- Tydzień suszarni pałacowej! -- powiedziała moja córka  do Kartonika, gdy z nudów rozrabiał, jak zając w kapuście. Nic dziwnego, że rozrabiał, bo lało już od tygodnia. Kartonik to nasz niesforny wnuczek, który naprawdę nazywa się Kornel. Mój ślubny nazwał go w ten sposób, gdy krótko po jego urodzeniu na pytanie kolegi, jak chłopczyk  ma na imię, nie mógł sobie przypomnieć i powiedział;
        -- Jak on ma na imię,  nie pamiętam, ale ja o nim mówię Kartonik!
 I tak już zostało. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale moja rodzina ma jakąś dziwną manię zamiany imion. Do członków rodziny zwracają się najczęściej obcymi imionami lub nazwami.
Kornel jest również Mańkiem, Koko... Do córki przed laty zwracałam się Kaśka, Pepe..., bo tak zaczął do niej mówić mój mąż. Z kolei ja zazwyczaj w rodzinny domu nazywana byłam Gosią, Bogdą, Dzidzią, tylko nie swoim imieniem. I tak dziwnie przechodzi to z pokolenia na pokolenie, chociaż mój mąż jest "przyżeniony", a więc , jak to mówił mój świętej pamięci teść, jest primakiem, więc w tym wypadku nie poszło po genach.
Nawet zastanawiałam się nad tym, czy takie nadawanie coraz to nowych imion nie może spowodować zaburzenia osobowości, ale szczerze mówiąc u mnie jest ok., bo kojarzy się sympatycznie. Dla najbliższych i tych z piaskownicy jestem Bogdą. Dla dalszych i poznanych w dojrzałym wieku, Bożeną. Ale o tym tylko na marginesie, bo po tak długiej nieobecności w chatoManii chciałam napisać o mojej krainie deszczowców. Spojrzałam na ostatni post i za głowę się złapałam. Byłam tu w połowie maja. Porzuciłam chaty na długo, a wcześniej też tylko na parę dni tu zaglądałam, co związane jest z moim rzadkim pobytem w chacie. No cóż, obowiązki rodzinne robią swoje. Mogę przyjeżdżać tylko wtedy, gdy mam możliwość. A w tym roku jest trudniej niż w ubiegłym, bo tata coraz starszy i słabszy, a my z siostrą również mamy różne okresy, a także wyjazdy, , remonty itp. Zatem nie rozwlekając tematu, przyjechaliśmy do chaty drugiego lipca. Chaty tonęły w wysokiej trawie, ziołach, kwiatach.... Obrazek sielski, anielski...Pstryknęłam parę fotek, bo słoneczko zachodziło, co jeszcze bardziej łechtało moją wrażliwą duszę.



Ze zdziwieniem popatrzyłam na kwaśną minę Jędrka.
        -- Ocho! Widzę, że liczysz godziny pracy przy koszeniu.
        -- Jakbyś zgadła! Oj, nie dam rady na raz. Trzeba będzie robić parę podejść. Byle nie zaczęło padać! -- powiedział.
        -- Odpukaj szybko w niemalowane! Jak będziesz "ziapać, to zaziapiesz"! -- uprzedziłam lojalnie, bo wiem, że tak dziwnie się składa, że gdy tylko czegoś bardzo się obawiam, to tak właśnie jest.
        -- Ja tylko tak ! Z troski! -- wycofał się raczkiem, ale nie odpukał. I myślę, że jednak "zaziapał"!
Córka z chłopakami przyjechała dwa dni później, gdy chata była przygotowana na ich przyjazd, a trawa w połowie działki skoszona. W sumie najważniejszy był trawnik pomiędzy chatami, bo tam głównie miał rezydować Kartonik. Zaopatrzyliśmy się też w wielki dmuchany basen, aby i starsi  mogli schłodzić się w czasie upałów. I chyba to była przysłowiowa kropka nad "i". Chyba przesadziliśmy w optymistycznym nastawieniu do lata, bo po paru dniach pięknej pogody nastała pora deszczowa. W całym kraju wrzątek, słońce jak na Lazurowym Wybrzeżu, a u nas ściana deszczu. W przerwach spod kamieni zaczęły wypełzać żmije, a ścieżka od chaty do dróżki gminnej zaczęła przypominać bagno. Tylko zieleń nabrała soczystej, sałatowej barwy, jakby to dopiero był nieśmiały maj , a nie pełnia lata. Aby wyjechać na zakupy brałam do ręki sandałki, a na nogi wkładałam plastykowe kroksy . Do drugiej ręki parasol i uważnie, aby nie poślizgnąć się i wylądować w błocku, brnęłam do samochodu. Przy bramie zostawiałam zabłocone kroksy, a w samochodzie zakładałam stosowne obuwie. W mieście aż tak bardzo nie odczuwało się skutków pluchy. Chociaż tłumy wczasowiczów plątały się pod nogami i snuły  od sklepu do sklepu. No bo co tu robić, gdy górskie szlaki rozciaprane, w pokojach hotelowych , czy pensjonatowych ciasno i nudno. Ani to na żaglówkę, ani na plażę...
Moi starsi wnukowie też mieli jakieś swoje plany. Chcieli  w góry, a także na hamak, czy do domku na drzewie. Domek wymaga już remontu, ale nie da się remontować w strugach deszczu. Widząc codziennie rano zawód w oczach wnuków, zdecydowałam się na wizytę na basenie. A tu jak nad Gangesem. Tłumy stojące w wodzie , tłumy nad basenem czyhające na miejsce na stanowiskach z bąbelkami, wolne tory. Przebrana w kostium zastanawiałam się, czy wpychać się w ten tłum, czy wycofać do szatni. Zdecydowało za mnie zwalniające się łóżko z bąbelkami. Pobąbelkowałam się około 20 minut, odpędzając od siebie myśli o tym, co w wodzie może się znajdować, bo najwięcej było mam z małymi dziećmi w gumowych kółkach. Później wskoczyłam pod prysznic i długo zmywałam z siebie " basen". Wychodząc z Delfina wszyscy zgodnie krzyknęliśmy.
        -- Nigdy więcej Gangesu!





Co rano budziliśmy się z nadzieją, że a nóż dzisiaj nie będzie padało. Kładąc się spać myśleliśmy o tym, aby rankiem zbudziły nas promyki słońca.
Kornel bawił się mokrym piaskiem pomiędzy ulewami.Gumowce stały się nieodzownym codziennym obuwiem. Bez parasola nie wychodziliśmy z chałupy. Koleżanki, siostra i syn nie wierzyli, że codziennie leje i nie możemy dosuszyć wypranej odzieży.
        -- Wpadłem na genialny pomysł. Wygoń Stellę! -- krzyknął syn do słuchawki, kiedy znowu dowiedział się, że pada lub padało albo zanosi się na deszcz.
        -- Ona jest trefna. Zaczęło padać, jak przyjechała. Skończy, gdy pojedzie!  Zresztą róbcie, jak chcecie, ja wyjeżdżam z dziewczynami do Chorwacji. Tam pogoda murowana. U nas też cały czas grzeje. W końcu mamy lato! -- roześmiał się,  chyba  złośliwie, o co raczej go do tej pory nie podejrzewałam. Pomyślałam sobie , że mi deszcz aż tak bardzo nie przeszkadza. Denerwuję się z uwagi na dzieci. Chciałabym , aby miały piękne wakacje i chciały do nas na wieś przyjeżdżać.
Lubię ich rozpieszczać  domowym chlebem, ciastami, dobrymi obiadkami. Jak to każda babcia.
Czerpię z nich dobrą energię, miłość. Myślę, że nawzajem się od siebie uczymy.
            -- Nie martw się babciu, znowu  przyjadę do Bóbrki. -- powiedział Kacper na odjezdnym. Przypuszczam, że chciał mnie pocieszyć, widząc, że martwię się słotą.
        -- Dobrze, że jest ciepło. Mogłoby być gorzej. -- pocieszałam się patrząc na słupek rtęci.
Trzeba widzieć pozytywy. Dobrze, że mamy taras i taką sporą tą chałupkę. -- mówiłam do córki.
        -- Masz rację mamo. Pani Jadzia mówiła mi, że w 1981 roku w Bieszczadach lało przez miesiąc i góry wprost spływały na drogi, do rzek , do Soliny. U nas jest troszkę lepiej.  I pojawiły się grzyby! -- przytaknęła nasza córeczka.
        -- Tata pognał z koszykiem do lasu. Będą dziś grzybki gęstowane! -- uśmiechnęłam się szeroko, bo wszyscy lubimy grzybki.
        -- Coś za coś. Nie można mieć wszystkiego! -- dodałam, myśląc o teorii pozytywnego myślenia.



W ramach pozytywów w dniu najdłuższego całkowitego zaćmienia księżyca chmury zniknęły, a w nocy oglądałyśmy idealny spektakl. Księżyc zrobił się pomarańczowy i niebo przecinały roje spadających gwiazd. Ciemności pomagały w obserwacji. Trochę nas rozpraszały przelatujące nietoperze. Niemniej przez dwie godziny upajaliśmy się poezją nieba.
Minął lipiec. Chata zrobiła się cicha. Córka i dzieci wyjechali. A aura ciągle jest mokra. To może  my jesteśmy " trefni"?


sobota, 12 maja 2018

Majowe czary, mary.

" I znów księżniczka Anna spadła z konia
To znak, że przybył nasz kolega maj
Pozieleniały włosy drzew
I wieczorami słychać śpiew
I w zimnych draniach już cieplejsza krąży krew..."

        Patrzę na ogród z wysokości tarasu taty, a w głowie momentalnie słyszę śpiew Ewy Bem. Zawsze lubiłam tę piosenkę, ale niespecjalnie wsłuchiwałam się w jej treść. Wystarczył mi niesamowity głos piosenkarki i za oknem majowe szaleństwo . Gdy byłam nastolatką maj kojarzył   mi się z magnoliami, które około 1-go maja zakwitały pod naszym Liceum im. Henryka Sienkiewicza  i pod urokliwym budynkiem Pogotowia Ratunkowego. Wielkie stare drzewa tego dnia przechodziły metamorfozę i zachwycały. Pełne, grube liliowo -różowe kielichy, które pokrywały koronę, kojarzyły mi się bardziej z pastelowymi burżuazyjnymi krynolinami, niż z robotniczym, siermiężnym świętem. Jednak pierwszomajowe pochody miały dla mnie , małej dziewczynki, swój urok. Urok biało-czerwonych flag trzepoczących na wietrze na tle młodej soczystej zieleni i obiadu w restauracji, na który szliśmy z rodzicami. Wszyscy zajadaliśmy się flaczkami z  obowiązkowo  pszenną lekko czerstwą bułką, którą popijałam czerwoną landrynkową lemoniadą. Na deser były lody. Za naszymi krzesłami dyndały kolorowe baloniki, które  przynosiliśmy z pochodu, jak wyjątkowe trofeum. Rodzice bardziej gustowali w kiełbasie śląskiej, sprzedawanej z wysokiego ciężarowego samochodu, która tego dnia była w zasięgu ludu pracującego miast i wsi. W moim nastolatkowym świecie nieraz wymarzłam się, kiedy to musiałam maszerować w gimnastycznym stroju składającym się z białej podkoszulki i granatowych szortów. Sam marsz nie był tak uciążliwy, jak wielogodzinne stanie w miejscu zbiórki w oczekiwaniu na swoją kolejkę wymarszu. Czasem padało, czasem nawet prószyło drobnym śniegiem. A my fioletowi na odkrytych częściach ciała  maszerowaliśmy, trzęsąc się z zimna. Ale święto było ważne.  Mimo wszystko ten dzień zaczynał okres łąk rozświetlonych złotymi słoneczkami mleczy, bzów o tęsknym zapachu pierwszych zauroczeń i koncerty słowików....
A do wakacji było jakby bliżej.


Odbiegłam myślami od tego, co skojarzyło mi się z piosenką. Maj to kwiaty, feeria barw i zapachów. Maj to emocjonalne uniesienia, wspomnienia dobre i złe minionych przeżyć związanych z majem.
Kiedyś myślałam, że zawsze będę odczuwała maj tak samo. Teraz wiem, że to niemożliwe. Z każdym naszym uczuciem jest dokładnie tak samo. Nic nie stoi w miejscu. Zmienia się, transformuje.  Po prostu ewoluuje. Ja się zmieniłam , więc niemożliwe jest abym myślała i czuła tak samo, jak miałam naście lat. Zastanawiam się, jak teraz czuję maj. Myślę, że dla mnie maj to radość którą daje słońce, ciepło, kolory, śpiew ptaków. To nadzieja, że znowu jest dobrze, zielono, wesoło... Jednak są chwile, które sprowadzają mnie na ziemię, abym nie fruwała zbyt wysoko jak ten balonik urwany ze sznurka. I zawsze maj kojarzyć mi się będzie z huśtawką. Raz jestem w chmurach, a za chwilę lecę na łeb na szyję w dół i jest tak jak w piosence " .. znów księżniczka Anna spadła z konia.."








czwartek, 10 maja 2018

Jak się zapuściłam...?

        Długo nie pisałam , bo w zasadzie w tym roku więcej mieszkamy w mieście. Po świętach  w chatach byliśmy tylko przez tydzień. I to interwencyjnie. Te siedem dni minęło jak jedna chwilka. W szalonym pędzie wracaliśmy do miasta, bo czekał nas bal. Jaka okazja? Moja wieloletnia współpracownica, a zarazem przyjaciółka, do której mam siostrzane uczucia przechodziła na emeryturę. Bal był całą gębą. Przyjaciółka pracowała w jednym miejscu przez całe swoje zawodowe życie, nie licząc jednego roku w stolicy. A wracając do baletów. Mogłabym napisać, że " był raz bal na sto par,pan wodzirej wprost szalał na sali ..." No, może nie było stu par, ale było ich  sporo. A wodzirej był, a jakże i tak prowadził zabawy, że bawiliśmy się bosko! Był również inny bardzo bogaty program rozrywkowy. Młodsze koleżanki nagrały filmik o życiu zawodowym świeżo upieczonej emerytki. Podczas oglądania  filmu lałam i ja łzy rzęsiste, bo okazało się, że film był tak samo o Niej, jak i o mnie, która towarzyszyła na prawie każdym zdjęciu, każdym kadrze.... Zresztą płakali wszyscy, bo jubilatka była ogólnie uwielbiana i ceniona. A później tak samo  intensywnie wszyscy śmiali się i szaleli na parkiecie. I tak do północy!...Była też fotograficzna budka. Polecam ten punkt programu. Kto nie zna, powinien poznać. Gwarantuję, że największy smutas pęknie!


Później nadrabiałam zaniedbania towarzyskie i spotykałam się z " innym kółkiem zainteresowań".
I dostałam zaczyn abym mogła upiec chleb. O pieczeniu domowego ,razowego żytniego chleba myślałam już od dawna, ale jakoś się nie składało. Zawsze miałam wymówkę, że nie mam zaczynu. A tu niespodzianka! Tak więc mam zaczyn i piekę. Wprawdzie dobry chleb wyszedł mi dopiero za trzecim razem, ale jestem uparta.  Teraz od dwóch tygodni zajadamy się pysznym chlebkiem. Testuję mąki, proporcje, czas, temperaturę, ale od ponad tygodnia nie kupiłam chleba!
Teraz jestem na przymusowym pobycie miastowym, bo dyżuruję przy tacie. Staram się go usprawnić, rozruszać...Ale o tym sza!
Teraz parę słów o naszym pobycie w chacie, który skończył się 19 kwietnia.



Był to naprawdę pracowity czas. Plewiłam róże ,na stoku na skarpie okalającej trawnik i chaty, pucowałam parter chaty i oczywiście gotowałam Jędrusiowi. Trochę czasu zajęły nam zakupy, bo trzeba było pojechać do Sanoka. W czasie pobytu Jędruś położył granitowe schody przy wejściu do obu chat. Podziwiam jego umiejętności i pracowitość. Nie mniej dał się namówić na krótką wycieczkę w tzw. teren w celu obserwacji" jak to z wiosną za Górzanką ?" Odkryliśmy stare cerkwisko w Radziejowej. Po cerkwi pozostało zaledwie parę kamieni z fundamentowej ławy i parę grobów pod starymi drzewami.  Miejsce jest przeurocze. Wokoło kwitło mnóstwo żonkili i narcyzów.


      Jak już pisałam, czas gna i zostawia mi niewiele miejsca na prowadzenie bloga. Wróciliśmy do miasta. Zajęłam się tatą. Na długi majowy weekend naszą chatę odwiedził mój syn ze swoją rodziną. Abym zbytnio nie tęskniła, przysłał zdjęcia kwitnących rododendronów, bzów... Mówił, że trawa wyrosła i musiał trochę skosić.  Dobrze im tam było.
Kiedy będziemy w chacie? Nie wiem. Prędzej swoją chatkę odwiedzi moja siostra z koleżanką. Ja ładuję akumulatory, grzejąc się ciepłem uczuć moich przyjaciółek, moich dzieci i wnuków. W chacie najbardziej brakuje mi większej ilości osób bliskich.Oczywiście, że  tęsknię za chatką i Bieszczadami, ale muszą jeszcze trochę poczekać. Tata ważniejszy. Puki co, piekę chleb i myślę tęsknie o chacie.

wtorek, 3 kwietnia 2018

I po świętach !





Jest poświąteczny wtorek. Święta mignęły nam w mgnieniu oka, pozostawiając po sobie trochę niedojedzonych potraw, wielkanocne dekoracje i wspomnienia wspólnych chwil...
Od rana uprzątam bałagan, jaki zrobiliśmy, świetnie bawiąc się w czasie świąt. Pozytywnie naładowana miłością bliskich, uśmiecham się do swoich myśli. Jestem trochę zadumana, wzruszona i stęskniona za tymi, którzy już odeszli. W święta najbardziej ich brakuje. Żyją w naszych myślach wspomnieniach. Wszystko o nich przypomina, bo mazurek orzechowy  robię taki, jaki zawsze robiła mama, a w Wielki Piątek przyrządzam śledzie wg jej przepisu. Jędrek przy  świątecznym śniadaniu urządza walki na jajka, zupełnie jak przy jego rodzinnym stole...
  W sobotę dziewczynki , czyli moje wnuczki biegną z cudnie udekorowanymi koszyczkami do kościoła, a ja piekę, piekę, gotuję, odkurzam, myję i staram się zrobić jak najwięcej, zanim pójdziemy do Mai aby złożyć jej urodzinowe życzenia. Skończyła właśnie siedem lat. W końcu po trzynastej, kiedy już upchnęłam trochę pracy, zostawiam kuchnię w stanie wołającym o pomstę i ogarniam się, aby zobaczyć Maję dmuchającą świeczki na wielkim torcie. Za oknem kropi wiosenny deszcz... Szkoda!

Jednak gdy wychodzimy, ustaje. Krótki spacerek do wnuczki jest miłym przerywnikiem. Gdy wchodzimy do ich domu, już od drzwi słychać głośny gwar rozmów, śmiechy i radość dzieciaków. W dziecinnym pokoju panuje prawdziwe szaleństwo. Cztery dziewczynki w wieku od roku do dziesięciu lat kotłują się pomiędzy zabawkami, balonami wiszącymi w dziecięcym pokoju, a swoimi rodzicami, rozmawiającymi w dziennym pokoju przy kawie, wielkim torcie i talerzu pełnym ciasta. Maja już dawno zdmuchnęła siedem świeczek. Patrzy na nasz z politowaniem.
           -- Nie zdążyliście! Nie trzeba było się tak guzdrać! -- mówi z naganą w głosie i zaraz biegnie do dzieci, aby rozpakować kolejny prezent.
        Siedzę z Jędrkiem przy urodzinowym stole nad talerzykiem, na którym leży  wielki kawał tortu. Rozmawiam z teściami syna i obserwuję wzruszający rodzajowy obrazek. Przypomina mi rodzinny  dom. Przyjeżdżaliśmy do niego na święta ze swoimi dzieciakami. Dzieci kotłowały się w jednym pokoju, a my świętowaliśmy, rozmawialiśmy, śmialiśmy się w drugim. Królowała mama, która podtykała nam różne przysmaki. Pamiętała, kto co lubi i starała się każdego trochę rozpieszczać. Było cudownie. Było bardzo  rodzinnie i nikomu do głowy nie przyszło, że jest to tylko stan przejściowy. Wydawało się, że zawsze tak będzie. Wkrótce dzieci wyrosły, odeszły z domu, wszystko się zmieniło... Minęło tak wiele lat. Pojawiły się wnuki i znowu tak jak kiedyś, młodzi świętują, dzieci szaleją, a starsi z łezką w oku wspominają, podtykając przysmaki.




Posiedzieliśmy, pogadaliśmy i wróciliśmy do domu, aby przygotować się na przyjazd córki, zięcia i chłopaków. Pojawili się w niedzielne południe, wnosząc do naszego cichego domu nową porcję energii, uścisków i prezentów. Na zewnątrz trochę kropiło i zając musiał prezenty pozostawiać pod zadaszeniem. Przybiegły również dziewczynki po swoją porcję prezentów. I znowu było tłoczno, pracowicie, czule i tak, jak tylko może być dobrze w otoczeniu ludzi najbliższych.
        -- Tak lubię, jak jesteście obok mnie! -- powiedziałam do najstarszego wnuka. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem. On nie lubi nadmiaru osób w swoim otoczeniu. Jest samotnikiem. Tłumy go denerwują.
        -- A, dlaczego właśnie tak, babciu? -- zapytał.
        -- Bo tęsknię za wani. Kocham was. -- Odpowiedziałam najprościej, jak mogłam.
 A w głębi duszy przypomniał mi się obrazek sprzed lat, mama, babcia... I pomyślałam, że wnuk nawet nie wie, jak dobrze jest mieć właśnie takie ciepłe wspomnienia. Pomagają ogrzać serce w różnych trudnych chwilach. Jego też będą grzać. 



I jak już pisałam, minęły święta. Na drzwiach wejściowych pozostał ślad. Wisi kolorowy wianek, który przywiozła mi córka, informując , że zrobiły go dzieci w szkole młodszego wnuka, a ona kupiła dla mnie na szkolnym kiermaszu. Śliczny jest, wiosenny, jak rozkwitłe kolorowe krokusy
w naszym miejskim ogródku.




Dziś zrobiło się ciepło i bardzo wiosennie. Codziennie rozkwitają nowe kwiaty. Ogródek czeka na nowe roślinki. Na naszym oknie rosną rozsady pomidorów, które Jędrek w maju wysadzi do gruntu.

środa, 21 marca 2018

O wiosnie i przyjaźni.



Pomimo iż w ubiegłą niedzielę wiało i temperatura oscylowała w granicach minus sześciu stopni, udaliśmy się na coniedzielną wycieczkę. Tym razem do Pokrzywnej i Jarnołtówka.  Opatuleni wędrowaliśmy wśród śniegu, od którego niedawno uciekliśmy. I żartowaliśmy, że  niedawno pożegnaliśmy śnieżne zaspy i wyglądamy wiosny, a tu z własnej, nieprzymuszonej woli pognaliśmy na śnieg.














 Nie wiem dlaczego, (pewnie jest to mój brak umiejętności) ale jakoś trudniej mi obecnie korzystać z Blogera. Coś nieuważnie przycisnęłam i mogę jedynie podpisywać zdjęcia. Nie mogę pomiędzy nimi wpisywać normalnego tekstu. Jednak nie o tym chciałam, bo sobie poradziłam inaczej. Po prostu piszę na innym dokumencie, później wycinam treść i wklejam w post na blogerze. Ale do rzeczy, czyli do moich przedwiosennych rozmyślań.

Im jestem starsza, tym więcej czasu poświęcam śledzeniu ludzkich zachowań, emocjom, ich powodom, relacjom z ludźmi, obserwacji świata i zachowań ludzi. Mój pobyt w zasypanej śniegiem chacie pomagał w tym, bo dał mnóstwo czasu i oprócz możliwości pochłaniania książek, oglądania tv, spacerów, pozwolił na zagłębienie się w rozmyślaniach.
Wróciłam do miasta, żyję zupełnie innym życiem, ale zagłębianie się w myślach trwa i trwa.
Dziś mam przedświąteczny nastrój. W końcu do Wielkanocy pozostało półtora tygodnia. Przygotowujemy się do świąt. Jędrek niedługo będzie wędził mięso, które wcześniej do tego przygotował. Przed Bożym Narodzeniem wszystko świetnie mu wyszło, czemu nie miałby powtórzyć zabawy w masarza i mieć zdrowsze, smaczniejsze wędliny, niż te ze sklepu.
Ja z kolei coś tam myję, coś czyszczę , a że najlepiej przy prostych pracach zająć myśli czym innym, rozdzielam włos na czworo, jak to mówi Jędrek. Jednak tak mam, że muszę ciągle coś przetrawiać, przyglądać się, sprawdzać, rozważać... Po co ? Chyba tak mi w życiu łatwiej. Co przetrawione, dobrze poznane mniej starszy. Najbardziej straszy nieznane! Ale wracając do moich myśli nieuczesanych, które starałam się wygładzać, otóż w chacie oprócz poczucia uwięzienia odczułam dogłębną tęsknotę. I jak to nieprzyjemne uczucie odkryłam, bardzo zdziwiłam się . Skąd to się wzięło? W końcu mam u boku Jędrka, telefoniczny kontakt z dziećmi i wnukami, jestem w miejscu, które kocham, a tu obok mnie zalągł się smutek. Jest dorodny, wypasiony i nic sobie nie robi ze sztuczek, jakimi chciałam go wygonić. Początkowo poczułam się bardzo nieprzyjemnie. Naturę mam raczej pogodną, więc skąd to się wzięło? Muszę się przyznać, że mimo refleksyjnej natury życie nie jawi mi się, jako pasmo zmartwień. Szklankę widzę do połowy pełną... Niby wszystko gra. Nieufnie zagłębiłam się w siebie, próbując zdiagnozować, co też się we mnie tak radykalnie zmieniło . – Pewnie hormony! – logika mojego odkrycia była porażająca, bo co tu dużo mówić, raczej dzierlatką nie jestem. Ale po głębszej analizie doszłam do wniosku, że to za mało, aby mnie tak przydusić do gleby. I wtedy podjęłam działania zaradcze, czyli długie spacery ( brrr, jak było zimno), lekka lektura, dobra muzyka... Ale dopiero po powrocie z chaty i spotkaniu z przyjaciółmi popatrzyłam na świat przez różowe okulary. Gdy usłyszałam wielką radość w głosie przyjaciół, poczułam ich wewnętrzne wsparcie i usłyszałam tekst” – gdzie ty byłaś tak długo? Im dłużej ciebie nie było , tym bardziej nam ciebie brakowało – ” świat pojaśniał. I wtedy pojęłam , że dla mnie życzliwi ludzie są niesamowicie ważni. Życie z nimi nabiera barw i smaku. Człowiek musi czuć, że jest dla innych kimś ważnym, że jego nieobecność jest trudna do zaakceptowania. Nie szastam słowem „ przyjaźń”. O tym, czy ktoś jest moim przyjacielem, czy tylko kolegą, koleżanką, znajomym zadecydowało długoletnie wystawienie naszych relacji na próbę życiowych burz. Przetrwaliśmy je, a relacje słabe od razu zostały wyautowane. I tym bardziej siebie szanujemy, możemy na siebie w każdej chwili liczyć co wielokrotnie sprawdziliśmy. Znamy się jak przysłowiowe „ łyse konie”. Nie pijemy sobie z dzióbków, a nie raz nie dwa ochrzanialiśmy siebie, bo przede wszystkim jesteśmy wobec siebie szczerzy. Przyjaźń pomiędzy ludźmi rodzi się przez długie lata. Zauważyłam, że najdłużej trwają przyjaźnie od czasów naszej wczesnej młodości. Nawet, jeśli jesteśmy daleko, to na spotkaniu po latach jest tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Cieszę się , że wokół mnie są tacy szczerzy i dobrzy ludzie, na których w każdej chwili można liczyć. Jeśli odczuwają moją nieobecność, czyli i ja im jestem niezbędna.  I to jest piękne, że ciągle jeszcze wartości takie jak miłość i przyjaźń nie dewaluują się w naszym zwariowanym świecie.


Wycieczka była cudna. Sentymentalna. Mimo bieli, której zaczynam nie trawić, powietrze było jak kryształ, a okolice prawie tak piękne, jak bieszczadzkie. W końcu to góry Opawskie.
Podczas powrotu pod Prudnikiem odkryliśmy takie stareńkie cudeńka. Szkoda, że umrą śmiercią naturalną, ze starości. Właściciel jest nieosiągalny! Ale miejsce jest urocze, a obiekt może być świetnym tematem  obrazu