wtorek, 2 marca 2021

Niedziela spod niedzieli

 


Powinnam ten post nazwać " ta ostatnia niedziela", ale po pierwsze jakoś na samą myśl o takiej nazwie dreszcz przeszedł mi po plecach, a poza tym  po co " zaziapać", jak mówiła moja mama. Po drugie taki tytuł nie byłby adekwatny do treści, bo chciałam w nim opisać  nasze  dwie ostatnie niedzielne wycieczki. Jedna z nich odbyła się przedostatnią niedzielę, kiedy zrobiliśmy mały objazd Parkiem Krajobrazowym Gór Słonnych. Prócz nacieszenia oczu pięknymi krajobrazami na celu mieliśmy sprawdzenie przejezdności części trasy w kierunku Przemyśla. Chyba jednak się starzeję, bo zaczynam się trochę robić " akuratna". I od razu wyjaśniam dlaczego, otóż, gdyby się okazało, że trasa kiepska, musielibyśmy dużo wcześniej wyjechać, bo jak tu spóźnić się na raz już odwoływane spotkanie z lekarzem? Jędrek śmieje się, że przecież i tak za nie płacimy i  lekkie potknięcie w czasie nic nie zmieniłoby, ja jednak uważam, że skoro mieliśmy być na piętnasta, to powinniśmy być na tę godzinę, a nie później. Staram się szanować czas innych ludzi i wg. przysłowia  " punktualność jest grzecznością królów" stosować się do wyznaczonej pory. Może to w dzisiejszych czasach staromodne, ale cóż poradzić na to, że jestem chyba w tej kwestii trochę staromodna. Mimo iż daleko mi do króla, to twierdzę, że" korona mi z głowy nie spadnie", gdy będę na czas. Wracając do owej niedzieli, pogoda była słoneczna. Wyruszyliśmy z chaty w południe i skierowaliśmy samochód w stronę Ustrzyków Dolnych, a później przejścia granicznego w Krościenku. Tam na rondzie skręciliśmy w stronę Liskowatego, Jureczkowej, gdzie zazwyczaj zaopatrywaliśmy się w miód, Wojtkówki i Wojtkowej. Z Wojtkowej pojechaliśmy w kierunku Trzciańca i Kuźminy.Tam wjechaliśmy na drogę główną relacji Przemyśl- Sanok.  Gdy wjechaliśmy do Jureczkowej, zobaczyliśmy  na mocno zaśnieżonym wzgórzu małą uroczą cerkiewkę. Wiodła do niej oblodzona dróżka, wspinająca się na szczyt wzgórza. Zaparkowaliśmy samochód.Poszliśmy w stronę mostka . Po drugiej stronie rzeczki uwiesiliśmy się poręczy, która zainstalowana była obok ścieżki i ślizgając się, wdrapaliśmy aż pod samą cerkiewkę, która obecnie pełni rolę  kościółka. Obok  budowli sakralnej przycupnął mały cmentarzyk. Gdy oglądaliśmy go, pokryty był grubą warstwą śniegu. Jedynie do poszczególnych grobów biegły cieniutkie niteczki ścieżynek. O kościółek oparta była szufla do odśnieżania, przypuszczalnie dla tych , którzy potrzebują utorować sobie drogę do grobu. Widać, że mimo śniegu i trudnych warunków mieszkańcy odwiedzają swoich zmarłych. Na wielu grobach świeciły się znicze. Obeszliśmy cerkiewkę, wzgórze i rozejrzeliśmy się po terenie. Widoki były bajkowe. Zerwał się lodowaty wiatr i mimo słoneczka , zrobiło się chłodno, więc zeszliśmy w dół do samochodu i pojechaliśmy dalej. Po drodze zajechaliśmy do Tyrawy Wołowskiej.











W Tyrawie Wołowskiej wiele lat temu zwiedzaliśmy galerię rzeźby plenerowej Quo Vadis. im. Jana Pawła II. Mieści się ona nad rzeką Tyrawką na terenie ogrodu, gdzie wystawia swoje rzeźby plenerowe Bogusław Iwanowski, kresowiak, który osiedlił się tutaj po przejściu na emeryturę.  Sam artysta w kapeluszu z szerokim rondem na głowie, odziany jedynie w same kąpielówki siedział w otwartych drzwiach szopki i opalał się. Przypuszczam, że w słońcu, w osłoniętym miejscu temperatura była na tyle wysoka, iż było to możliwe. Niemniej przeszły mnie dreszcze na samą myśl o takim  " morsowaniu". Przyznaję, że i ja parokrotnie tej zimy chodziłam boso po śniegu, ale trwało to krótko i górę ciała miałam solidnie odzianą. Podziwiam ludzi, którzy tak dobrze znoszą chłody. Ja z natury jestem ciepłolubna, a im starsza, tym bardziej.









Przejechaliśmy obok galerii i postanowiliśmy, że nie będziemy zakłócać niedzielnego odpoczynku mistrza. Pojechaliśmy dalej z postanowieniem powrotu w lepszych okolicznościach przyrody. Może uda nam się odnowienie wspomnień w wiosennych warunkach. Trasa pomiędzy Tyrawą Wołowską, a Załużem jest bardzo malownicza i wije się licznymi serpentynami przez pasmo Gór Słonnych. Pięliśmy się serpentynami w górę i zatrzymaliśmy się na bastionie widowiskowym, skąd  mieliśmy widok na całe Bieszczady. Wjazd na parking był zaśnieżony i tylko odgarnięty był jeden pas, który był wjazdowy i zarazem wyjazdowy. Na platformie widokowej nie byliśmy sami. Już stało kilka samochodów. Gdy odjechały, przyjechali nowi wycieczkowicze. Po zaparkowaniu , cieniutką ścieżeczką biegnącą w wysokim śniegu, dotarliśmy na platformę. Przed sobą w oddali mieliśmy pofałdowane szare, błękitne, fioletowe linie , rozmywające się w wyblakłym błękicie i bieli. Bieszczady były zamazane, niewyraźne, pomimo słonecznego dnia. Mapa szczytów pozwalała na umiejscowienie znanych nam gór, pasm, szczytów. Trochę pobawiliśmy się i znaleźliśmy miejsca przez nas odwiedzone. Zadowoleni wróciliśmy do chaty. Następnego dnia czekała nas jazda do Przemyśla, na kontrolne badanie u okulisty. 






W poniedziałek wracaliśmy z wizyty lekarskiej z zakroplonymi oczami. Byliśmy jak para ślepców. Śmiałam się, że z nami jest tak, jakby prowadził ślepy ślepego. Słońce było już dosyć nisko i ostro świeciło nam w oczy, powodując, że momentami czuliśmy się jak ślepe krety. Jechaliśmy wolniutko, ciesząc się, kiedy droga wjeżdżała pomiędzy drzewa, bo łapaliśmy ociupinkę obrazu. I tak droga do domu trwała dwukrotnie dłużej niż w stronę Przemyśla. Jestem dużo niższa od męża i dostałam przeciwsłoneczne okulary, bo osłona nie dawała mi cienia. Jędrek stwierdził, że w okularach jest mu za ciemno i w zasadzie osłony trochę mu pomagają, bo jest wysoki. Miałam nadzieję, że to nie kurtuazja z jego strony, a prawda i nie pogarszam naszej sytuacji. Byłam mu wdzięczna, bo okulary przyniosły mi dużą ulgę. Wymęczeni, ale zadowoleni szczęśliwie dotarliśmy do domu.


 

We wtorek obudził nas dzięcioł, który który najpierw obstukiwał drzewo, a później przegonił z karmnika mniejsze ptaszki i sam zajął się wyjadaniem słoninki.Tego delikwenta nazwałam "krakowiaczek ci ja", bo jego upierzenie do złudzenia przypomina mi strój krakowski z czerwonymi porciętami, białą koszulą i czarną sukmaną. Jednak ptaków w stołówce coraz mniej, a jakaś para sikorek zasiedliła jeden z domków na drzewie. Zaczęła robić wiosenne porządki i znosić do domku różne potrzebne materiały.











Wiosna! Powinnam zacytować wiersz Władysława Broniewskiego.

Jeszcze w polu tyle śniegu,

jeszcze strumyk lodem ścięty,

a pierwiosenek już na brzegu,

wyrósł śliczny, uśmiechnięty!....  

Nie wiem, czy go dobrze pamiętam, ale po małej przeróbce pasuje mi jak ulał. Ledwie na stoku słoneczko miejscami stopiło śnieg, już tam zakwitły pojedyncze kwiatuszki. Na razie widziałam tylko przebiśniegi i przylaszczki, ale zawsze są to pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny, mimo iż część zalewu jeszcze jest skuta lodem. 

Korzystając z kolejnej  przecudnej i słonecznej niedzieli, pojechaliśmy na ostatnią wycieczkę, przed naszym wyjazdem z chaty.Tym razem w stronę przeciwną, bo przez Sanok  w stronę Krosna. Za Beskiem skręciliśmy w stronę Sieniawy, aby pooglądać Jezioro Sieniawskie i zaporę na Wisłoku. W porównaniu z Soliną jest ona maleńka, ale zawsze zapora.






Zaparkowaliśmy obok i przeszliśmy się koroną zapory.  Niesamowicie wiało, bo w tym miejscu jest niemożebny przeciąg. Niedaleko jest przecież Przełęcz Dukielska. A po przyjeździe do domu z Wikipedii dowiedziałam się, że Jezioro Sieniawskie , to" zalew utworzony w 172,8 kilometrze rzeki Wisłok w 1978 roku w pobliżu miejscowości Sieniawa w gminie Rymanów na obszarze Kotliny Jasielsko-Krośnieńskiej. Zbiornik wodny ma powierzchnię prawie 1,3 km², pojemność ok. 14,2 mln m³ i maksymalną głębokość ok. 29 m". Wywiało nas na wszystkie strony i szybko zmykaliśmy do samochodu. Pojechaliśmy dalej, a trasa była niezwykle malownicza i jakże inne widoki niż  z poprzedniej niedzieli. Przede wszystkim doliny nie były ściśnięte pomiędzy górami. To były ogromne , pofałdowane przestrzenie.




















Pojechaliśmy przez miejscowość Pastwiska w stronę Bukowska i miejscowości Szczawne. A później przez miejscowość Kulaszne, gdzie na miejscowym cmentarzu jest grób Jędrka Połoniny z krzyżem zrobionym z podków końskich , Tarnawę górną i Dolną w stronę Leska. Tym razem już nigdzie nie zatrzymywaliśmy się. Wyjeżdżając, zostawiliśmy w piekarniku  kaczkę nadziewaną jabłkami. Wprawdzie piekliśmy ją w niższej temperaturze, ale czas mieliśmy ściśle wyliczony. Obawiałam się, że nasze wyliczenia mogą okazać się błędne, zastaniemy czarny  skwarek i  będziemy musieli obejść się jedynie dodatkami. Zatem nie ryzykowaliśmy. Wróciliśmy na obiadek około piętnastej. Kaczka grzecznie dopiekła się i choć może nawet była trochę za miękka, to nie narzekaliśmy, bo okazała się pyszna. Dorobiłam surówkę z kapusty pekińskiej, dogotowałam ziemniaki i zadowoleni z wycieczki uraczyliśmy się prawdziwie niedzielnym obiadem. Popołudnie było sympatyczne, bo znowu zadzwoniła moja wnuczka. Tym razem z radością opowiadała o swoich skokach do wody na miejscowym basenie. Syn twierdzi, że mogłaby siedzieć w wodzie tak długo, aż wyrosłyby jej skrzela i płetwy. Z wizją Juleczki , której wyrosły skrzela i płetwy zakończyliśmy tę przemiłą niedzielę.