sobota, 27 kwietnia 2019

Oj, buchnęło!

 W Bóbrce jesteśmy od środy, a w zasadzie od czwartku, bo w środę przyjechaliśmy jak zwykle, wieczorem. Po drodze w Sanoku zrobiliśmy szybkie zakupy. Dotarliśmy do chat , gdy niebo nad Berdem zdążyło wypłowieć. W bladoróżowej poświacie usypiającego dnia dostrzegliśmy, że wiosna dopiero rozsiadała się na stoku Kozińca. Drzewa pokrywał bladozielony meszek delikatnych listków, ostatnie zawilce  stuliły główki i zapadały w sen. Zaczynały kwitnąć mniszki, kurdybanki, gwiazdnice.
Łąka obok naszej posiadłości przypomina piękny dywan z wymyślnym błękitno - żółto-białym wzorem, wplecionym w zieloną osnowę...
Wczoraj patrzyłam na wczesnowiosenny bieszczadzki pejzaż i wydawało się, że jeszcze strasznie daleko do zielonych kaskad wiosennych liści na drzewach otulających chaty, a dziś? Spojrzałam w okno i zaskoczyła mnie zielona kotara, która zasłoniła wody zalewu.
Poniżej głównej półki, na której stoją chaty, śliwka przypięła gęsty welon i dumnie powiewa kremowym woalem pod szpalerem iglaków. Wiśnia ozdobna rosnąca powyżej chat , zalotnie wyciągnęła  różowe kwiatostany w stronę dachówek...
I tak można by w nieskończoność  opisać to, co zadziało się na stoku Kozińca , bo "wiosna, panie sierżancie! " zagościła u nas  na dobre.  A ja jestem w bardzo wiosennym i słonecznym nastroju, choć wiem, że to ostatnie podrygi ciepełka. Słoneczko obraziło się i jak zwykle w okolicy długiego  majowego weekendu czeka nas załamanie pogody, deszcze i słupek rtęci w termometrze pójdzie w dół. Nic to, gdy patrzę na ten wiosenny raj, w który znowu rezydujemy. I jak to w raju musi być komplet. Zaczęły kwitnąć młode jabłonki, aby w przyszłości zabłysnąć czerwienią jabłek. I jeszcze... 
Żmije ospałe, rozleniwione wypełzają spod kamieni, a Jędrek wygania je aby opuściły nasz azyl. Chcemy mieć miejsce w miarę bezpieczne, aby nie narażać dzieci, wnuków. Niech żmije  sobie żyją w chaszczach, dzikich ostępach ale nie u nas w ogrodzie.
Rankiem piję kawę na tarasie, ciesząc się, że jest wiosna. Rozpiera mnie radość, bo tak zawsze mam o tej porze roku, szczególnie że niespodziewanie przyjechaliśmy tu aby skończyć zaczętą robotę. Siostra została z tatą. W maju wyjeżdża na jedną z greckich wysp, więc na mnie na jakiś czas spadnie obowiązek opieki nad ojcem. Ale i tu w Bóbrce trzeba skończyć to, co zostało przerwane z powodu braku materiałów, bo teraz wreszcie możemy dokupić klińca. Pojawił się w składzie materiałów budowlanych. Niestety jest dosyć gruby,a mniejszego w jasnym kolorze brakuje. Wypożyczyliśmy w Sanoku ubijarkę i od rana mój małżonek ubija ścieżki. Ja wietrzę chatę siostry, bo jej syn z kolegami od poniedziałku zamierza spędzić w nim weekendowy tydzień.
Odkąd przyjechałam, telefonicznie dowiaduję się o zdrowie taty. Jest z nim coraz trudniej. Są dnie, że nikogo i niczego nie poznaje; siostry, mnie, Jędrka, opiekunki, swojej sypialni, domu. Jest  ospały, niechętny do wstawania. Pampersowany przestał odczuwać potrzebę korzystania z toalety. Kłóci się i ma dzień na " NIE !". Nie chce jedzenia  leków, nie mówiąc o chodzeniu, czy werandowaniu. A chodzi coraz gorzej. Chwieje się, oparty o chodzik powoli szurając  przesuwa stopy.   Innym razem jest nadpobudliwy i wtedy zapomina o kompletnym braku kondycji. Z zamiarem koszenia(?) za górką wyrywa się bez chodzika,byle do przodu. Staje się dla siebie zagrożeniem. W nocy śpi na swoim łóżku z podniesionymi barierkami, bo jest obawa, że spadnie i zrobi sobie krzywdę...
Zwykle rozmowa z siostrą jest dla mnie bardzo trudna. Doskonale potrafię  zrozumieć jej rozdrażnienie, zniechęcenie. Ale "zrozumieć "nie oznacza "zabrać", a tylko "wspomóc". Z chwilą przejścia na emeryturę głównie na jej barkach spoczął ciężar opieki nad ojcem, bo z nim od dwudziestu lat mieszka. Do emerytury praca izolowała ją i dawała odskocznię, gdy ja zmagałam się z ojca rakiem, wożąc go, pilnując leczenia, towarzysząc mu w walce , opiekując się nieprzytomnym.
Pewnie siostra nie tak sobie wyobrażała życie emeryta. A jest coraz trudniej.
Ale ja nie o tym chciałabym napisać. W zasadzie nasza sytuacje spowodowała u mnie konieczność zastanowienia się nad paroma sprawami. Przede wszystkim nad  emocjami, które nami targają w takich sytuacjach, o wartościach, wychowaniu, relacjach rodzinnych, sensie życia, wegetacji, stronie moralnej obciążania innych, zdrowym egoizmie, egocentryzmie, poświęceniu i jego sensie...
Bóbrka jest dla mnie odpowiednim miejscem na przemyślenia, bo z daleka lepiej widzę całość.
Przede wszystkim doszłam do wniosku, że z całą pewnością nie chciałbym tak wegetować jak tata. Czy słowo " wegetacja"  jest tu właściwe ? Trudno życie taty nazwać inaczej. Nie jest niczym zainteresowany. Niczego nie pamięta. Czasem ma przebłyski i nasze twarze coś dla niego znaczą , jednak nie wiem co.  Najczęściej są tłem, elementem umeblowania . I nic się nie liczy. Niczego nie chce. Nie chce toalety, łazienki, jedzenia, picia, leków. Śpi. W nocy i w dzień.
Czy to jest życie? Leki utrzymują go przy życiu. W związku z ich zażywaniem wyniki analiz chemicznych krwi i moczu ma dobre. Tarczyca nie działa, ale lek zastępuje jej hormon. Tata jest teraz jak stara  maszyna, taki robot trochę zdezolowany ale częściowo działający. Nie wiemy na ile rozumie swój stan. Czy cokolwiek? Zawsze uważałam, że starzy ludzie powinni dożywać swoich dni w domu wśród bliskich. Jeszcze w ten sposób myślałam gdy walczyliśmy z rakiem, nawet wtedy, gdy leżał nieprzytomny po chemii. Gdy powoli wracał do funkcjonowania. Przez miesiąc był chudy i bezwładny, a jego skóra wiodła swoje odrębne życie, zalegając obok żywego kościotrupa. Przez całe trzy lata opieki nad nim tak myślałam. Teraz obserwując wewnętrzną i zewnętrzną mękę mojej siostry, która też chciałaby wreszcie żyć swoim życiem, mam wątpliwości. Osiemnaście lat pracy w korporacji wyrwało jej osiemnaście lat życia. Chciałaby przynajmniej teraz po prostu cieszyć się wolnością. A tu wychowanie, etyka  nakłada jej nowe kajdany. Czy to jest w porządku? Czy to coś  dziwnego, że się przeciw nim buntuje?
I jest też kolejne pytanie, na które staram się znaleźć w miarę dobrą odpowiedź; czy  człowiek powinien rezygnować całkiem z siebie? Czy jego życie jest mniej warte, niż fizyczna egzystencja jego ojca?  Skoro świadomość ojca zanikła i nie ma żadnych potrzeb, czy nie powinna nim zająć się specjalistyczna placówka, gdzie tylko takimi przypadkami się zajmują. Fachowo i dobrze? Myślę, że nie chciałabym takiego losu zgotować bliskim i zabrać im część życia.
Na dziś tyle roztrząsania, bo zrobiło mi się trochę smutno.
Za oknem zapada zmrok. Zrobiło się pochmurnie. Pewnie w końcu lunie deszcz.
W czwartek miałam bardzo miłe przedpołudnie. Nigdy  wcześniej nie oglądałam Kamienia Leskiego w Glinnym. Wracaliśmy z zakupów. Słoneczko świeciło, a Jędrek zabrał mnie na małą wyprawę. Weszłam na kamień, bo wejście było w miarę lightowe. Pięknie tam było posiedzieć pod szczytem, a później zejść wąską ścieżką w dół i wrócić na parking. Przez chwilę poczułam się, jak na wspinaczce górskiej.
Wiatr rozwiewał włosy, zioła i liście rozsiewały zapach wiosny.
Ale w zasadzie takie chwile zdarzają się rzadziej, bo przede wszystkim pracujemy. Jędrek przy ścieżkach, ja w domu.
Nadal piekę chleb, sprzątam pucuję, piorę i gotuję. Poza tym piszę. I obserwuję zmiany wokoło. Oraz jestem tzw. pomocnikiem. W przyszłym tygodniu kupię sadzonki kwiatów i będę miała inne zajęcia.





środa, 3 kwietnia 2019

Różne klimaty




     Zmiana czasu z niedzieli na poniedziałek zaburzyła nam trochę funkcjonowanie, bo nagle okazało się, że wprawdzie trzeba wcześniej wstawać ale i dnia zrobiło się nagle dosyć sporo. Zmierzcha dopiero około 19-stej. I do tego od paru dni świeci słoneczko. Poranek wita nas zdecydowanie bardziej optymistycznie. Chce się wcześniej wyskakiwać z łóżka. Jest też coraz cieplej. Nie są to tak wysokie temperatury jak we Wrocławiu, bo tam wiosna całą gębą, ale  nie ma porównania z tym, co było. Wreszcie mogliśmy w Sanoku wypożyczyć glebogryzarkę i ruszyć na podbój nieużytku. Maszyna okazała się cudowna i szybko rozprawiła się z tym, co pozostało z trawnika po  inwazji dzików. Po spulchnieniu, rozgrabieniu ziemi, mogłam posiać trawę. Córka wieczorem zapytała mnie, czy siałam tak , jak "za pierwych", czyli szłam z płachtą zawieszoną u szyi, sięgałam po ziarno i zamaszystym ruchem rozsiewałam wokół ziarna. Bardzo rozczarowała się, że nie użyłam płachty, tylko plastykowego wiaderka .Reszta mojej opowieści zadowoliła ją, bo rzeczywiście sięgałam garścią po podłużne ziarenka i rozsiewałam, jak staromodni siewcy. Robiłam to po raz pierwszy. Później posłużyłam się współczesną techniką łatania dziur w jezdniach, czyli jak już masa asfaltowa ląduje w dziurze, przychodzi robotnik drogowy w wysokich gumowych butach i depcze. Ja deptałam nierówności terenu z zasianym ziarnem. Później wywalcowaliśmy całość  metalowym walcem i mam nadzieję, że trawnik będzie tak ładny, jak przed rokiem. Rankiem następnego dnia zauważyłam, że potencjalny przyszły trawnik bardzo spodobał się ptakom. Spożywały na nim niedzielne śniadanko.
Mam nadzieję, że starczy i dla ptactwa. Może nie będzie łysych polanek?

Obecny tydzień jest bardzo pracowity. Przyspieszyła przyroda. Na stoku kwiaty prześcigają się w kwitnieniu. Jakby chciały dopędzić przyrodę z cieplejszych regionów naszego kraju. Nam też czas ucieka, bo trzeba będzie wracać do miasta. Tata fatalnie funkcjonuje i siostra ma z nim pełne ręce roboty. Niewiele teraz jej pomogę ale przynajmniej będzie miała psychiczne wsparcie i świadomość, że jesteśmy pod bokiem i w razie czego możemy pomóc. Teraz jesteśmy daleko.
Na dodatek NFZ nie pomaga ludziom, którzy opiekują się osobami starszymi. O zapaści służby zdrowia nie będę pisała, bo wszyscy doskonale wiemy, jak wygląda sytuacja w szpitalach, na SORach, w kolejkach do specjalistów. Tata ma zaklepany termin do  specjalisty endokrynologa na 9 kwietnia. Zapewniano nas, że zostanie tam zawieziony karetką pogotowia. Niestety wczoraj okazało się, że nie ma wolnych karetek i nie wiadomo, czy w dniu 9-go będą. Tata nie chodzi, nie ma mowy aby bez pomocy ratowników można było go zabrać do specjalisty.  A badanie jest konieczne. Inaczej jest , gdy czytamy o zapaści służby zdrowia, a inaczej gdy to nas lub naszych bliskich bezpośrednio dotyka.
        Na razie gnamy z pracą , byle zrobić więcej, bo nie wiadomo kiedy będziemy mogli znowu tu przyjechać.

wtorek, 26 marca 2019

Śniło mi się...

       


        Już od wielu dni jesteśmy w chacie. Za oknem typowo marcowa pogoda. Wprawdzie ptaszki rozćwierkały się wokół naszych chat, zbierają źdźbła, piórka i inne skarby potrzebne do budowy gniazd, ale temperatura nas nie rozpieszcza. Robota wokół chat wre na tyle , na ile nam pozwala aura. A jest ona bardzo kapryśna i nie szczędzi deszczu, czy też nawet śniegu. Jedynie w okolicach weekendu ociepla się i wychodzi słoneczko. A w serca wstępuje nadzieja, że pobyt będzie owocny.
Przyjechaliśmy na krótko, ale okazało się, że musimy pozostać dłużej, bo nie da rady popchnąć w tym czasie prac naprawczych na tyle, aby przywrócić teren do stanu sprzed inwazji dzików.
Okazało się też, że wokół zdewastowanego trawnika zmurszały deski, odgradzające zieloną murawę od ścieżek. Teren częściowo zapadł się. Kamienie, którymi były wysypana dróżka prowadząca do naszej chaty utopiły się w gruncie. Jakby w czasie zimy i naszej nieobecności stok Kozińca pożarł część drogi.Więc zadecydowaliśmy, że trzeba wszystko odbudować. I zaczęło się; planowanie, sprawdzanie cen, zakup, załatwienie transportu ... Przyjechał pan Piotr z małą koparką i zerwał nierówności.Wyrównał podłoże i przygotował podłoże pod chodnik. Pod chatą mojej siostry wylądował stos krawężników do obramówek.

I zaczęła się mozolna praca tworzenia nowych chodników, trawnika, poszerzania skarpy pod naszą chatą, bo jesienne i wiosenne deszcze zmyły ścieżkę. Teraz jest ukośna i porwana. Trudno było nią chodzić. Zdjęta z nierówności terenu ziemia zasiliła stok pod chatą. Aby się nie obsuwała Jędrek zaczął budować murek, który zakotwiczył w stoku. Może to utwardzi chodniczek, który ma prowadzić pod tarasikiem aż do brzózki, rosnącej przy zejściu do dolnej, leśnej części parceli.
Kłopoty, rozdarcie pomiędzy miastem, gdzie zostawiłam siostrę opiekującą się chorym i niedołężnym ojcem, powodują trudne noce. Może to wynik latek, które jak wielki plecak władowały mi się na plecy, a może już nie ten system nerwowy ? Nie wiem.Wiem jednak, że i przesilenie wiosenne robi swoje.  Zmęczona zasypiam przed północą ale około czwartej wybudzam się, a różne myśli powodują bezsenność. Aby tak w kółko nie przewracać się na łóżku, wychodzę z sypialni. Zaparzam herbatę. Przez dwie godziny czytam i zmęczona wracam do łóżka. Zasypiam. Pojawiają się dziwne sny. Ciągle gdzieś jeżdżę, zwiedzam , podróżuję. Szczególnie jeden zapadł mi w pamięci.
Śniłam, że jestem w Belgii, a może i we Francji. Zwiedzam jakieś miasto i nagle zobaczyłam ciotkę Wandę w jej błękitnym sweterku, uśmiechniętą, ze starannie ufryzowaną, siwą  głową. Wanda to ulubiona ciotka mojego męża, która w czasie wojny została wywieziona z Wilna na roboty do Niemiec, a  po wojnie wyjechała z młodym Belgiem. Był on " niewolnikiem", jak o sobie mówił. Przebywał w obozie jenieckim na terenie Niemiec. Po powrocie do Belgii pobrali się.  Wanda urodziła mu trójkę dzieci. Do śmierci Marcela byli kochającą się, wpatrzoną w siebie parą. Takimi ich pamiętam.
Ostatnio widzieliśmy się z ciotką Wandą 3 lata temu. Już wtedy miała demencję. Czasem myślałam o niej, ale nie tego dnia, nie tego nawet tygodnia. A tu nagle przyśniła mi się roześmiana, serdeczna, jak kiedyś, gdy spędzałyśmy wspólnie wieczory na długich rozmowach o życiu.
Rankiem w nawale obowiązków zapomniałam o śnie. Po południu sprawdziłam w  telefonie pocztę. Beatrice, synowa Wandy poinformowała mnie, że jej teściowa upadła i złamała kość udową. Przeprowadzono operację, jest bardzo słaba. Nie ma z nią kontaktu. Nie byłam zdziwiona, gdy następnego dnia poinformowano nas, że Wanda zmarła...To był piątek.
W poniedziałek zaplanowano pogrzeb. Chcieliśmy wysłać żałobny bukiet, ale poczytaliśmy w internecie, jak wyglądają belgijskie zwyczaje związane z pogrzebami i pożegnaniem zwłok. Nie ma w nich miejsca na kwiaty, wieńce itp. Za to tworzone są tzw. księgi pamięci. Napisałam parę słów po polsku.

Nikt nie odchodzi do końca.
Pozostaje w uśmiechu wnuka,
w spojrzeniu syna,
głęboko przemierzającym
czas przeszły
spoza tafli okularów.
Nikt nie odchodzi bez reszty!
Pozostawia uczucia
grające z nami w chowanego.
Głęboko ukryte pojawią się
znienacka,
w pierogach z ziemniakami,
 w zapomnianej fotografii...
Wyjdą z cienia
gdy ktoś tak samo skrzywi nos,
zaparzy poobiednią kawę z cykorią,
rozwiesi mokre ścierki
nad starym piecem,
powie "aleoop!" do psa o imieniu Szuki.
I pójdą z nami na sobotnią mszę
do starego kościoła, bo tak trzeba,
bo  polska dusza ma skrzydła malowane
przez Matkę Boską Częstochowską.
I "zaklepią się" do drogi,
bo są od nas szybsze.
Wanda od paru lat zbierała się
do podróży
dobra gospodyni
już wcześniej odesłała swój bagaż
pamięci.
Bo tak łatwiej
dla niej ...
A dla nas myśl, że nikt nie odchodzi
do końca!
                                                   
 Bóbrka 16.03.2019r.

W tak zwanym międzyczasie zaliczyliśmy dwa piękne niedzielne spacery śladem wiosny.. Jeden z nich skonfrontował nas z informacją, że jakiś niedźwiedź obudził się z zimowego snu.A było to tak;  Szliśmy ścieżką w górę w okolicy Dołżycy. Ścieżka powoli drapała się w górę. Idealne miejsce na dłuższy leśny spacer. Ani żywej duszy. Słoneczko grzało, ale w rowach, na północnych stokach leżał sobie śnieg i ani myślał topnieć. W rowach, na południowych stokach nieśmiało wychodziły i zakwitały pierwsze kwiaty. Gdy po godzinie schodziliśmy z góry, na ścieżce znaleźliśmy świeże odchody niedźwiedzia. Kupa była sporych rozmiarów. Jędrek sprawdził, że były w niej resztki bukowych orzeszków. Nie było jej, gdy szliśmy w górę. Jakiś misiek może nas obserwował, a może szedł naszymi śladami. Schodziliśmy do samochodu z duszą na ramieniu.
Nie zostaliśmy zjedzeni, ani napadnięci przez miska, ale za to zimny wiatr załatwił mi na cacy korzonki nerwowe. Połamało mnie i choroba trzyma już drugi tydzień. Smaruję się, łykam witaminkę B compositum... Musiałam zrezygnować z kijków, bo chodzę pokrzywiona i nie daję rady wędrować. Po Dołżycy pojechaliśmy w stronę Wetliny. Później na Dwernik, aby pooglądać śnieżyce w rezerwacie. Było ich mnóstwo. Połoniny i okolice jeszcze otulał śnieg.


W ubiegłą niedzielę za to pojechaliśmy na spacer na koronę  zapory w Solinie , a później weszliśmy w Polańczyku na punkt widokowy z cudną panoramą Bieszczadów i zalewu.
Pokrzywiona, połamana niewiele mogę pomóc na zewnątrz. Za to przygotowuję chatę do wiosny i lata.
I czekam na słoneczko, które przyspieszy nadejście wiosny.

poniedziałek, 11 marca 2019

Dzień dobry wiosno!

        I znowu mogę opisywać historię naszej chaty, bo w sobotę wieczorem przyjechaliśmy do naszych arniołów. Jeszcze nie całkiem zapadł zmrok, ale od samochodu brnęliśmy w szarości cienia, na którego tle błyszczały podekscytowane  oczy naszych staruszek. Drzewa szumiały i ciemnymi smukłymi sylwetkami wyraźnie odcinały się od szarości wieczornego nieba. Czubki kołysały się. To pewnie arnioły wypatrzyły z daleka światła naszego samochodu. Korzystając z ogólnie panującej szaro-burości rozpierzchły się po okolicy. Jedne rozbujały czubki drzew, inne przysiadły za zimnym kominem i skryły się w szybko zapadającym zmroku. Gdy mozolnie nosiliśmy bagaże, szarość powoli zamieniła się w grafit.  A było co znosić, bo prócz dwóch walizek przywieźliśmy sadzonki, podręczny ogródek ze szczypiorkiem, piękną azalię, którą właśnie dostałam z okazji 8 marca. Mój men zabrał walec do wyrównania trawnika, który w jesieni rozryła wataha dzików. Ja zabrałam skrzynię z workami mąki, bo od trzech kwartałów piekę chleb na zakwasie. Wzięłam też formę, w której wypiekam chleb, bo nie mogę znaleźć takiej samej, abym miała w każdym domu możliwość zaspokojenia naszych żywieniowych potrzeb.   Próbowałam inne formy, ale do chleba mi nie pasują. Są za krótkie, za płytkie i za ... Każda gospodyni wie, o czym mówię.
Oszczędzę sobie i innym opisywania dalszych szczegółów naszych bagaży, ale przyznaję, że znowu jechaliśmy 400 km zapakowani po dach samochodu.
Pierwszy wieczór w chacie przeważnie jest trudny i pomimo radości, która nas ogarnia, bo znowu jesteśmy w naszym  szczególnym miejscu , cierpimy z powodu zimna. Następnego dnia jest już dobrze. Tak było i tym razem. Wyjątek stanowiły nocne odgłosy burzy, która gdzieś szalała w głębokich Bieszczadach. Jakby grzmiały armaty, jakby Bieszczady witały nas, a może żegnały zimę fanfarami i wystrzałami z dział. Berdo turkotało. To pociąg pancerny z zimowymi atrakcjami opuszczał nadsolińskie szczyty. Obróciłam się na drugi bok i pomyślałam, że zima może sobie wyjeżdżać, nawet z takimi efektami dźwiękowymi. Nie będę tęskniła. Czas na przedwiośnie!
Ranek przywitał nas słoneczkiem.  Zachęcił do spaceru. Kijki czekały, buty treakingowe również.
Nie było na co czekać. Takie słoneczko trzeba wykorzystać. Poszliśmy w teren szukać wiosny. I znaleźliśmy jej pierwsze ślady. A może to ślady przedwiośnia?
Zrobiliśmy 9 i pół kilometra. Zmęczeni wracaliśmy do domu. Wiatr znowu się wzmógł.  Słoneczko schowało się za warstwę napływających z zachodu chmur. Nie potrafię się nie uśmiechać do pierwszych zwiastunów wiosny, do słonka już bardzo wiosennego. Pomyślałam sobie, że pomimo iż już od tylu lat, bo od 2004 roku przyjeżdżamy w Bieszczady, radość jest tak samo świeża. Cieszę się , że możemy wędrować prawie pustą o tej porze drogą. Uśmiech wywołują nasze odkrycia; pierwszy maluteńki pierwiosnek, który zakwitł na brzegu rowu. Ledwie wychylił łepek ze zwiędłej trawy. Ale jest. Jak malutki promyczek światła. Dalej widzimy kobierzec białych przebiśniegów, rozpostarty na stoku pomiędzy drzewami.  Błękitne syberyjskie cebulice, konkurują z  przylaszczkami a z szarości opadłych liści dumnie wyrastają łodygi wawrzynka wilczełyko obsypane różowymi kwiatami. O kwitnącym podbiale, czy innych kwiatach, które można spotkać tylko tutaj, w Bieszczadach nie wspomnę. Większości ich nazw nie znam. A niektóre zapomniałam. Nie muszę nazywać piękna i radości, to mi nie jest w tym momencie do niczego potrzebne. Sprawdzę przy okazji w Wikipedii.  Z  tęsknotą  myślę o zawilcach i czekam na biały, zawilcowy stok obok naszych chat. Ale to później. A może w tym roku go nie zobaczę, bo będę musiała wyjechać do miasta?  Na razie cieszę się tym, co znalazłam.
 Czeka nas ogrom pracy, ale i zadowolenia. A za chwilę przyjdzie tak kalendarzowa wiosna i będzie coraz bardziej zielono i barwnie.

wtorek, 12 lutego 2019

Wichry czasu na emeryturze.


 Pisane w połowie stycznia. 

      Od wakacji minęło ponad cztery miesiące. Ze zgrozą spojrzałam na datę ostatnich moich zapisków. I  gdyby ktoś kazał mi powiedzieć, dlaczego nie pisałam, nie potrafiłabym logicznie i przekonująco usprawiedliwić się. Chodzi mi o poważny powód mojego milczenia. Niby nic specjalnego się nie wydarzyło, ale  najwyraźniej jednak życie porwało mnie w inną stronę. Czyżbym wpasowała się w ogólnie panujące przekonanie, że na emeryturze człowiek w ogóle na nic nie ma czasu? No bo niby dlaczego ma mieć czas? Wszak wszyscy wiedzą, że nie wykonuje pracy zawodowej, nie jest uwiązany w swoim zakładzie, więc może bliźnim pomóc dużo więcej . W tym miejscu myślę o swojej przyjaciółce, którą zagarnęła rodzina, czyli wstępny i zstępni.Tak jest obarczona pomaganiem, że swojego  życia ma tyle co brudu za paznokciami. A, że mimo wszystko znajduje czas na zadbanie o siebie, bo chodzi do fryzjera i manikiurzystki, to brudu u niej nikt nie uświadczył. I czasu ma jak na lekarstwo. Inna "starsza dziewczynka", która zaznała emerytury dopiero od stosunkowo niedawna, od pierwszego dnia urwania się z korporacyjnej smyczy roni za nią krokodyle łzy i skarży się na uwiązanie w domowych pieleszach. Twierdzi, że mimo uwiązania nie ma ze sobą co robić i ma nadmiar wolnego czasu, który chętnie zajęłaby czymś innym, jednak ten areszt domowy ją wstrzymuje i doprowadza do depresji. Mimo tego aktywnie uczestniczy w zajęciach sportowych i lektoracie językowym. Inna znajoma w szalonym tempie zwiedza świat i nadrabia zaległości podróżnicze. Wracając z jednej wycieczki, już szuka następnej. Najwyraźniej chce się " nachapać", zanim wysiądą jej  różne narządy. Każdy orze, jak może, jak mówi przysłowie. Ja się delektuję, choć w ograniczonym zakresie. Wyraźnie zwolniłam. Przestałam pędzić i z godnością matrony, którą w końcu jestem, wolno płynę w przyszłość, a wichry czasu starają się poderwać mnie i rzucić w bok. I chyba miniony okres do tego  zjawiska należy.

          Dziś jest już całkiem nowy rok. Mam za sobą święta i sylwestra. Przez miesiąc byliśmy w chacie. Jak było? Cudnie, jak zwykle w chacie. Przyjechaliśmy dwa tygodnie przed wigilią. Dwa dni grzaliśmy chatę. Przeraźliwe zimno nie chciało wyjść z szaf, szuflad, łóżek. W kominku aż huczało, a  mimo wszystko słupek rtęci minimalnie podnosił się do góry.  Po przyjeździe zauważyliśmy, że podczas naszej nieobecności dziki zdemolowały nasz ogród. Powyrywały granitowe stopnie i odrzuciły na bok. Przeorały trawnik. Wygląda teraz jak rozorany ugór, jakby ktoś ukradkiem zakradł się z pługiem i zafundował nam orne pole.W każdym razie trawnik poległ w nierównej walce z dzikami. Całe szczęście, że zaczął padać śnieg i przykrył dowody zbrodni. Jędrek obszedł posiadłość i zauważył, że wataha przyszła od strony zalewu. Dziki podniosły dół siatki i przecisnęły się pod nią. Wyryły sobie wejście. Zwyczajnie zrobiły podkop. Ochoczo pognały w górę, ryjąc gdzie popadnie. Później dotarły pod dąb. ...Hasały, ryły, a gdy wyżarły co im smacznego pod ryj podeszło, wycofały się, pozostawiając po sobie księżycowy krajobraz zastygły w zamarzniętym zboczu Kozińca.
Święta, jak to święta były rodzinne, radosne i leniwe. Tym razem spędziliśmy je całą rodzinką.Na koniec uwieczniliśmy siebie pod kolorową choineczką. I wyszło piękne, rodzinne zdjęcie.
Zajadaliśmy się domowym chlebem na zakwasie, bo od 8 miesięcy nie kupiłam chleba, tylko wytrwale piekę. Jędrek uwędził szynki, polędwiczki i schaby. Zrobiliśmy cała michę  kutii, zakisiliśmy barszcz, polepiliśmy masę uszek z własnoręcznie zebranych grzybów... Były i ryby , drób i własne tradycyjne  wypieki. Chciałabym aby w pamięci moich wnuków pozostały właśnie takie święta; zdrowe, tradycyjne, pełne radości i wzajemnej życzliwości. Oczywiście po świętach powoli wszyscy rozjechali się do własnych domów. Otoczyła nas cisza, do której trudno się przyzwyczaić.
Ale taka jest kolej rzeczy. Babcia i dziadek są od święta. Są do kochania, rozpieszczania... Życie moich wnuczek i wnuków jest przy ich rodzicach. I tak być powinno.
Minęło parę dni, przyzwyczailiśmy się do starego rytmu dnia, innej melodii życia. Odbyłam kontrolną wizytę u okulisty. Musiałam wrócić do miasta.

Pisane w dniu 12 lutego 2019r.

        Właśnie jestem po ciężkim zapaleniu oskrzeli. Trzeci tydzień męczę się z jakimś świństwem, które dosłownie zwaliło mnie z nóg. Teraz jestem już na prostej. Myślę, że po jutrzejszej wizycie kontrolnej u lekarza okaże się, że w oskrzelach przestał mi grać septet smyczkowy i wreszcie nastała  w moim wnętrzu cisza. Na 18 lutego miałam wyznaczoną wizytę kontrolną u okulisty w Przemyślu, ale musiałam ją przesunąć o trzy tygodnie, kiedy już całkiem wydobrzeję. Wizyta wiąże się z przyjazdem w Bieszczady, z uruchomieniem chaty, dobą niedogrzanych pomieszczeń, a ja jeszcze nie jestem w stanie podjąć się takiego wyzwania. Oprócz choroby mam za sobą hospitalizację taty, jego gwałtowne pogorszenie się stanu zdrowia. Tata coraz bardziej przypomina uparte, niesforne małe dziecko. Już nas nie poznaje. W nocy zdziera pampersy, zalewa swój pokój. Prawie nie chodzi. Tylko apetyt pozostał mu dobry. Gdy mu coś smakuje, otwiera usta jak pisklę i trudno nadążyć z karmieniem. Coraz mniej chodzi. Na sedes siostra musi go wysadzać. Zaczyna fizycznie nie dawać sobie z tym rady. Trudno tatę ubrać, umyć. Nie rozumie o co chodzi. Nie ma innych potrzeb, jak jedzenie, picie i spanie. Najchętniej nie wychodziłby z łóżka. Ulotniły się gdzieś jego dobre cechy, a pozostał mu upór, który był zawsze cechą dominującą jego charakteru. Trudno radzić sobie z tatą, który nie chce współpracować, który sztywnieje przy ubieraniu, nie chce stawiać kroków, nie chce podnosić się z łóżka.
         Okres jego szpitalnego pobytu spędziłyśmy na codziennych dojazdach do szpitala, aby pomóc go nakarmić, umyć, zadbać. Bez nas tata był agresywny, oporny. Nie chciał połykać leków, myć się, wyrywał sobie wenflony...Najczęściej pielęgniarki witały nas " znowu tacie włączył się agresor", bądź; " wykąpał się w łóżku we własnym moczu". A my nie wiedziałyśmy, czy przepraszać, za tego " agresora", który dał w nocy popalić, czy wyganiać tatę do łazienki...Chyba jeszcze wtedy poznawał nasze głosy, bo twarze chyba już nie. Mieszałyśmy mu się z rzeszą pielęgniarek zmieniających się przy jego łóżku. Teraz obawiam się, że i głosy zapomniał. Coraz bardziej odchodzi w swój świat. Jest to dla mnie bardzo trudne. Myślę, że łatwiej byłoby mi, gdyby pozostała mu świadomość tego, co się dzieje, nawet gdyby strona fizyczna pozostała tak słaba, jak obecnie. Trudno jest patrzeć na bliską osobę, która z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przeobraża się w nieznajomego, obcego.  Kto nie mówi, nie rozumie i jest trochę jak roślinka. Jakby ktoś systematycznie wymiatał ze środka  to, co kiedyś składało się na jego niepowtarzalność i stanowiło sedno osobowości. Niezmienne zostało tylko zewnętrze.  Niby znam dobrze  to styrane życiem opakowanie, ale gdy jego oczy patrzą na mnie jak na przedmiot, jakbym nigdy nie była  jego córką, wydaje mi się, że już w środku nie ma mojego ojca.Wieje pustką... I chyba dla mnie to jest najtrudniejsze. Tracę tatę każdego dnia. Co dzień coraz bardziej.Śmierć mamy była szokiem, była bardzo trudna, ale trwało to krótko. Potem był czas żałoby. Trudny, ale po jego zakończeniu wróciliśmy do normalnego życia. Zamknął się jakiś okres. Wszystko działo się naturalnie. A teraz każdego dnia powtarza się jego odchodzenie. Jakby ktoś cofał film i puszczał jego kawałek ciągle od nowa. ..


środa, 1 sierpnia 2018

Lato w krainie deszczowców

        -- Tydzień suszarni pałacowej! -- powiedziała moja córka  do Kartonika, gdy z nudów rozrabiał, jak zając w kapuście. Nic dziwnego, że rozrabiał, bo lało już od tygodnia. Kartonik to nasz niesforny wnuczek, który naprawdę nazywa się Kornel. Mój ślubny nazwał go w ten sposób, gdy krótko po jego urodzeniu na pytanie kolegi, jak chłopczyk  ma na imię, nie mógł sobie przypomnieć i powiedział;
        -- Jak on ma na imię,  nie pamiętam, ale ja o nim mówię Kartonik!
 I tak już zostało. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale moja rodzina ma jakąś dziwną manię zamiany imion. Do członków rodziny zwracają się najczęściej obcymi imionami lub nazwami.
Kornel jest również Mańkiem, Koko... Do córki przed laty zwracałam się Kaśka, Pepe..., bo tak zaczął do niej mówić mój mąż. Z kolei ja zazwyczaj w rodzinny domu nazywana byłam Gosią, Bogdą, Dzidzią, tylko nie swoim imieniem. I tak dziwnie przechodzi to z pokolenia na pokolenie, chociaż mój mąż jest "przyżeniony", a więc , jak to mówił mój świętej pamięci teść, jest primakiem, więc w tym wypadku nie poszło po genach.
Nawet zastanawiałam się nad tym, czy takie nadawanie coraz to nowych imion nie może spowodować zaburzenia osobowości, ale szczerze mówiąc u mnie jest ok., bo kojarzy się sympatycznie. Dla najbliższych i tych z piaskownicy jestem Bogdą. Dla dalszych i poznanych w dojrzałym wieku, Bożeną. Ale o tym tylko na marginesie, bo po tak długiej nieobecności w chatoManii chciałam napisać o mojej krainie deszczowców. Spojrzałam na ostatni post i za głowę się złapałam. Byłam tu w połowie maja. Porzuciłam chaty na długo, a wcześniej też tylko na parę dni tu zaglądałam, co związane jest z moim rzadkim pobytem w chacie. No cóż, obowiązki rodzinne robią swoje. Mogę przyjeżdżać tylko wtedy, gdy mam możliwość. A w tym roku jest trudniej niż w ubiegłym, bo tata coraz starszy i słabszy, a my z siostrą również mamy różne okresy, a także wyjazdy, , remonty itp. Zatem nie rozwlekając tematu, przyjechaliśmy do chaty drugiego lipca. Chaty tonęły w wysokiej trawie, ziołach, kwiatach.... Obrazek sielski, anielski...Pstryknęłam parę fotek, bo słoneczko zachodziło, co jeszcze bardziej łechtało moją wrażliwą duszę.



Ze zdziwieniem popatrzyłam na kwaśną minę Jędrka.
        -- Ocho! Widzę, że liczysz godziny pracy przy koszeniu.
        -- Jakbyś zgadła! Oj, nie dam rady na raz. Trzeba będzie robić parę podejść. Byle nie zaczęło padać! -- powiedział.
        -- Odpukaj szybko w niemalowane! Jak będziesz "ziapać, to zaziapiesz"! -- uprzedziłam lojalnie, bo wiem, że tak dziwnie się składa, że gdy tylko czegoś bardzo się obawiam, to tak właśnie jest.
        -- Ja tylko tak ! Z troski! -- wycofał się raczkiem, ale nie odpukał. I myślę, że jednak "zaziapał"!
Córka z chłopakami przyjechała dwa dni później, gdy chata była przygotowana na ich przyjazd, a trawa w połowie działki skoszona. W sumie najważniejszy był trawnik pomiędzy chatami, bo tam głównie miał rezydować Kartonik. Zaopatrzyliśmy się też w wielki dmuchany basen, aby i starsi  mogli schłodzić się w czasie upałów. I chyba to była przysłowiowa kropka nad "i". Chyba przesadziliśmy w optymistycznym nastawieniu do lata, bo po paru dniach pięknej pogody nastała pora deszczowa. W całym kraju wrzątek, słońce jak na Lazurowym Wybrzeżu, a u nas ściana deszczu. W przerwach spod kamieni zaczęły wypełzać żmije, a ścieżka od chaty do dróżki gminnej zaczęła przypominać bagno. Tylko zieleń nabrała soczystej, sałatowej barwy, jakby to dopiero był nieśmiały maj , a nie pełnia lata. Aby wyjechać na zakupy brałam do ręki sandałki, a na nogi wkładałam plastykowe kroksy . Do drugiej ręki parasol i uważnie, aby nie poślizgnąć się i wylądować w błocku, brnęłam do samochodu. Przy bramie zostawiałam zabłocone kroksy, a w samochodzie zakładałam stosowne obuwie. W mieście aż tak bardzo nie odczuwało się skutków pluchy. Chociaż tłumy wczasowiczów plątały się pod nogami i snuły  od sklepu do sklepu. No bo co tu robić, gdy górskie szlaki rozciaprane, w pokojach hotelowych , czy pensjonatowych ciasno i nudno. Ani to na żaglówkę, ani na plażę...
Moi starsi wnukowie też mieli jakieś swoje plany. Chcieli  w góry, a także na hamak, czy do domku na drzewie. Domek wymaga już remontu, ale nie da się remontować w strugach deszczu. Widząc codziennie rano zawód w oczach wnuków, zdecydowałam się na wizytę na basenie. A tu jak nad Gangesem. Tłumy stojące w wodzie , tłumy nad basenem czyhające na miejsce na stanowiskach z bąbelkami, wolne tory. Przebrana w kostium zastanawiałam się, czy wpychać się w ten tłum, czy wycofać do szatni. Zdecydowało za mnie zwalniające się łóżko z bąbelkami. Pobąbelkowałam się około 20 minut, odpędzając od siebie myśli o tym, co w wodzie może się znajdować, bo najwięcej było mam z małymi dziećmi w gumowych kółkach. Później wskoczyłam pod prysznic i długo zmywałam z siebie " basen". Wychodząc z Delfina wszyscy zgodnie krzyknęliśmy.
        -- Nigdy więcej Gangesu!





Co rano budziliśmy się z nadzieją, że a nóż dzisiaj nie będzie padało. Kładąc się spać myśleliśmy o tym, aby rankiem zbudziły nas promyki słońca.
Kornel bawił się mokrym piaskiem pomiędzy ulewami.Gumowce stały się nieodzownym codziennym obuwiem. Bez parasola nie wychodziliśmy z chałupy. Koleżanki, siostra i syn nie wierzyli, że codziennie leje i nie możemy dosuszyć wypranej odzieży.
        -- Wpadłem na genialny pomysł. Wygoń Stellę! -- krzyknął syn do słuchawki, kiedy znowu dowiedział się, że pada lub padało albo zanosi się na deszcz.
        -- Ona jest trefna. Zaczęło padać, jak przyjechała. Skończy, gdy pojedzie!  Zresztą róbcie, jak chcecie, ja wyjeżdżam z dziewczynami do Chorwacji. Tam pogoda murowana. U nas też cały czas grzeje. W końcu mamy lato! -- roześmiał się,  chyba  złośliwie, o co raczej go do tej pory nie podejrzewałam. Pomyślałam sobie , że mi deszcz aż tak bardzo nie przeszkadza. Denerwuję się z uwagi na dzieci. Chciałabym , aby miały piękne wakacje i chciały do nas na wieś przyjeżdżać.
Lubię ich rozpieszczać  domowym chlebem, ciastami, dobrymi obiadkami. Jak to każda babcia.
Czerpię z nich dobrą energię, miłość. Myślę, że nawzajem się od siebie uczymy.
            -- Nie martw się babciu, znowu  przyjadę do Bóbrki. -- powiedział Kacper na odjezdnym. Przypuszczam, że chciał mnie pocieszyć, widząc, że martwię się słotą.
        -- Dobrze, że jest ciepło. Mogłoby być gorzej. -- pocieszałam się patrząc na słupek rtęci.
Trzeba widzieć pozytywy. Dobrze, że mamy taras i taką sporą tą chałupkę. -- mówiłam do córki.
        -- Masz rację mamo. Pani Jadzia mówiła mi, że w 1981 roku w Bieszczadach lało przez miesiąc i góry wprost spływały na drogi, do rzek , do Soliny. U nas jest troszkę lepiej.  I pojawiły się grzyby! -- przytaknęła nasza córeczka.
        -- Tata pognał z koszykiem do lasu. Będą dziś grzybki gęstowane! -- uśmiechnęłam się szeroko, bo wszyscy lubimy grzybki.
        -- Coś za coś. Nie można mieć wszystkiego! -- dodałam, myśląc o teorii pozytywnego myślenia.



W ramach pozytywów w dniu najdłuższego całkowitego zaćmienia księżyca chmury zniknęły, a w nocy oglądałyśmy idealny spektakl. Księżyc zrobił się pomarańczowy i niebo przecinały roje spadających gwiazd. Ciemności pomagały w obserwacji. Trochę nas rozpraszały przelatujące nietoperze. Niemniej przez dwie godziny upajaliśmy się poezją nieba.
Minął lipiec. Chata zrobiła się cicha. Córka i dzieci wyjechali. A aura ciągle jest mokra. To może  my jesteśmy " trefni"?