wtorek, 12 lutego 2019

Wichry czasu na emeryturze.


 Pisane w połowie stycznia. 

      Od wakacji minęło ponad cztery miesiące. Ze zgrozą spojrzałam na datę ostatnich moich zapisków. I  gdyby ktoś kazał mi powiedzieć, dlaczego nie pisałam, nie potrafiłabym logicznie i przekonująco usprawiedliwić się. Chodzi mi o poważny powód mojego milczenia. Niby nic specjalnego się nie wydarzyło, ale  najwyraźniej jednak życie porwało mnie w inną stronę. Czyżbym wpasowała się w ogólnie panujące przekonanie, że na emeryturze człowiek w ogóle na nic nie ma czasu? No bo niby dlaczego ma mieć czas? Wszak wszyscy wiedzą, że nie wykonuje pracy zawodowej, nie jest uwiązany w swoim zakładzie, więc może bliźnim pomóc dużo więcej . W tym miejscu myślę o swojej przyjaciółce, którą zagarnęła rodzina, czyli wstępny i zstępni.Tak jest obarczona pomaganiem, że swojego  życia ma tyle co brudu za paznokciami. A, że mimo wszystko znajduje czas na zadbanie o siebie, bo chodzi do fryzjera i manikiurzystki, to brudu u niej nikt nie uświadczył. I czasu ma jak na lekarstwo. Inna "starsza dziewczynka", która zaznała emerytury dopiero od stosunkowo niedawna, od pierwszego dnia urwania się z korporacyjnej smyczy roni za nią krokodyle łzy i skarży się na uwiązanie w domowych pieleszach. Twierdzi, że mimo uwiązania nie ma ze sobą co robić i ma nadmiar wolnego czasu, który chętnie zajęłaby czymś innym, jednak ten areszt domowy ją wstrzymuje i doprowadza do depresji. Mimo tego aktywnie uczestniczy w zajęciach sportowych i lektoracie językowym. Inna znajoma w szalonym tempie zwiedza świat i nadrabia zaległości podróżnicze. Wracając z jednej wycieczki, już szuka następnej. Najwyraźniej chce się " nachapać", zanim wysiądą jej  różne narządy. Każdy orze, jak może, jak mówi przysłowie. Ja się delektuję, choć w ograniczonym zakresie. Wyraźnie zwolniłam. Przestałam pędzić i z godnością matrony, którą w końcu jestem, wolno płynę w przyszłość, a wichry czasu starają się poderwać mnie i rzucić w bok. I chyba miniony okres do tego  zjawiska należy.

          Dziś jest już całkiem nowy rok. Mam za sobą święta i sylwestra. Przez miesiąc byliśmy w chacie. Jak było? Cudnie, jak zwykle w chacie. Przyjechaliśmy dwa tygodnie przed wigilią. Dwa dni grzaliśmy chatę. Przeraźliwe zimno nie chciało wyjść z szaf, szuflad, łóżek. W kominku aż huczało, a  mimo wszystko słupek rtęci minimalnie podnosił się do góry.  Po przyjeździe zauważyliśmy, że podczas naszej nieobecności dziki zdemolowały nasz ogród. Powyrywały granitowe stopnie i odrzuciły na bok. Przeorały trawnik. Wygląda teraz jak rozorany ugór, jakby ktoś ukradkiem zakradł się z pługiem i zafundował nam orne pole.W każdym razie trawnik poległ w nierównej walce z dzikami. Całe szczęście, że zaczął padać śnieg i przykrył dowody zbrodni. Jędrek obszedł posiadłość i zauważył, że wataha przyszła od strony zalewu. Dziki podniosły dół siatki i przecisnęły się pod nią. Wyryły sobie wejście. Zwyczajnie zrobiły podkop. Ochoczo pognały w górę, ryjąc gdzie popadnie. Później dotarły pod dąb. ...Hasały, ryły, a gdy wyżarły co im smacznego pod ryj podeszło, wycofały się, pozostawiając po sobie księżycowy krajobraz zastygły w zamarzniętym zboczu Kozińca.
Święta, jak to święta były rodzinne, radosne i leniwe. Tym razem spędziliśmy je całą rodzinką.Na koniec uwieczniliśmy siebie pod kolorową choineczką. I wyszło piękne, rodzinne zdjęcie.
Zajadaliśmy się domowym chlebem na zakwasie, bo od 8 miesięcy nie kupiłam chleba, tylko wytrwale piekę. Jędrek uwędził szynki, polędwiczki i schaby. Zrobiliśmy cała michę  kutii, zakisiliśmy barszcz, polepiliśmy masę uszek z własnoręcznie zebranych grzybów... Były i ryby , drób i własne tradycyjne  wypieki. Chciałabym aby w pamięci moich wnuków pozostały właśnie takie święta; zdrowe, tradycyjne, pełne radości i wzajemnej życzliwości. Oczywiście po świętach powoli wszyscy rozjechali się do własnych domów. Otoczyła nas cisza, do której trudno się przyzwyczaić.
Ale taka jest kolej rzeczy. Babcia i dziadek są od święta. Są do kochania, rozpieszczania... Życie moich wnuczek i wnuków jest przy ich rodzicach. I tak być powinno.
Minęło parę dni, przyzwyczailiśmy się do starego rytmu dnia, innej melodii życia. Odbyłam kontrolną wizytę u okulisty. Musiałam wrócić do miasta.

Pisane w dniu 12 lutego 2019r.

        Właśnie jestem po ciężkim zapaleniu oskrzeli. Trzeci tydzień męczę się z jakimś świństwem, które dosłownie zwaliło mnie z nóg. Teraz jestem już na prostej. Myślę, że po jutrzejszej wizycie kontrolnej u lekarza okaże się, że w oskrzelach przestał mi grać septet smyczkowy i wreszcie nastała  w moim wnętrzu cisza. Na 18 lutego miałam wyznaczoną wizytę kontrolną u okulisty w Przemyślu, ale musiałam ją przesunąć o trzy tygodnie, kiedy już całkiem wydobrzeję. Wizyta wiąże się z przyjazdem w Bieszczady, z uruchomieniem chaty, dobą niedogrzanych pomieszczeń, a ja jeszcze nie jestem w stanie podjąć się takiego wyzwania. Oprócz choroby mam za sobą hospitalizację taty, jego gwałtowne pogorszenie się stanu zdrowia. Tata coraz bardziej przypomina uparte, niesforne małe dziecko. Już nas nie poznaje. W nocy zdziera pampersy, zalewa swój pokój. Prawie nie chodzi. Tylko apetyt pozostał mu dobry. Gdy mu coś smakuje, otwiera usta jak pisklę i trudno nadążyć z karmieniem. Coraz mniej chodzi. Na sedes siostra musi go wysadzać. Zaczyna fizycznie nie dawać sobie z tym rady. Trudno tatę ubrać, umyć. Nie rozumie o co chodzi. Nie ma innych potrzeb, jak jedzenie, picie i spanie. Najchętniej nie wychodziłby z łóżka. Ulotniły się gdzieś jego dobre cechy, a pozostał mu upór, który był zawsze cechą dominującą jego charakteru. Trudno radzić sobie z tatą, który nie chce współpracować, który sztywnieje przy ubieraniu, nie chce stawiać kroków, nie chce podnosić się z łóżka.
         Okres jego szpitalnego pobytu spędziłyśmy na codziennych dojazdach do szpitala, aby pomóc go nakarmić, umyć, zadbać. Bez nas tata był agresywny, oporny. Nie chciał połykać leków, myć się, wyrywał sobie wenflony...Najczęściej pielęgniarki witały nas " znowu tacie włączył się agresor", bądź; " wykąpał się w łóżku we własnym moczu". A my nie wiedziałyśmy, czy przepraszać, za tego " agresora", który dał w nocy popalić, czy wyganiać tatę do łazienki...Chyba jeszcze wtedy poznawał nasze głosy, bo twarze chyba już nie. Mieszałyśmy mu się z rzeszą pielęgniarek zmieniających się przy jego łóżku. Teraz obawiam się, że i głosy zapomniał. Coraz bardziej odchodzi w swój świat. Jest to dla mnie bardzo trudne. Myślę, że łatwiej byłoby mi, gdyby pozostała mu świadomość tego, co się dzieje, nawet gdyby strona fizyczna pozostała tak słaba, jak obecnie. Trudno jest patrzeć na bliską osobę, która z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przeobraża się w nieznajomego, obcego.  Kto nie mówi, nie rozumie i jest trochę jak roślinka. Jakby ktoś systematycznie wymiatał ze środka  to, co kiedyś składało się na jego niepowtarzalność i stanowiło sedno osobowości. Niezmienne zostało tylko zewnętrze.  Niby znam dobrze  to styrane życiem opakowanie, ale gdy jego oczy patrzą na mnie jak na przedmiot, jakbym nigdy nie była  jego córką, wydaje mi się, że już w środku nie ma mojego ojca.Wieje pustką... I chyba dla mnie to jest najtrudniejsze. Tracę tatę każdego dnia. Co dzień coraz bardziej.Śmierć mamy była szokiem, była bardzo trudna, ale trwało to krótko. Potem był czas żałoby. Trudny, ale po jego zakończeniu wróciliśmy do normalnego życia. Zamknął się jakiś okres. Wszystko działo się naturalnie. A teraz każdego dnia powtarza się jego odchodzenie. Jakby ktoś cofał film i puszczał jego kawałek ciągle od nowa. ..


2 komentarze:

  1. Też myślałam, odchodząc na emeryturę że będę nieć czas na wszystko, w końcu przybędzie mi ponad 8 godzin na dobę a teraz okna nieumyte, ozdoby świąteczne zdjęte ale nie popakowane, włosy w odrostach ...
    Święta w chacie mieliście cudne, smakowicie i czule, szkoda tylko szkód od dzików.
    Dobrze wiem o czym piszesz. Ja pomagam opiekować się szwagrem i to tez duże małe dziecko, nie współpracujące, nie rozumiejące. Ma jeszcze przebłyski świadomości ale coraz rzadziej. Ja pomagam cztery, pięć dni raz na dwa tygodnie ale moja siostra całodobowo. To bardzo trudna i straszna choroba ten Alzheimer.
    Pozdrawiam Cię Bożenko, dawaj znak co jakiś czas bo już się martwiłam, że was zawiało w tym Bieszczadzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za dobre słowo! Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę zdrowia.Do Bóbrki jadę 7 marca i może uda mi się tam zostać około dwóch tygodni. Jednak zobaczę, czy będę mogła na aż tak długo odpuścić sobie dom w mieście i tatę.Ale będę minimum tydzień, a to już coś. Może załapię się na pierwsze oznaki wiosny? Uściski:)

    OdpowiedzUsuń