niedziela, 7 lutego 2021

Idzie luty, podkuj buty

        



Parę dni temu, czyli w czwartek napisałam koleżance, która mieszka w Diseldorfie i z niepokojem śledzi wzrastający poziom wody w Renie, że u nas też mokro i  na górnym parkingu Wyluzowanej, na stoku i drodze zjazdowej pod chaty błoto aż chlupie. W tym dniu w temacie błota byłam ekspertem. Poziom wody gruntowej miałam świeżo zarejestrowany na obuwiu, które przemokło aż do skórzanej wyściółki. Czyli miałam na nogach "corpus delikti"  albo inaczej dowód rzeczowy. Eksperyment wodno-błotny był przypadkowy, raczej niezamierzony. Był on produktem ubocznym wyprawy do Sanoka i nastąpił z powodu podjęcia przeze mnie błędnej decyzji, gdy już wróciliśmy do Wyluzowanej, a Jędrek zaparkował samochód na górnym parkingu. Było około czternastej. Pogoda średnia, czyli szaro-bura, choć sino-granatowe chmury nieuchronnie zbliżały się do Bóbrki. Tego dnia ranek był zdecydowanie bardziej słoneczny i zachęcający do podróży, choć gdy szłam w górę drogą na parking, już wtedy miałam kłopot z błotem. Jednak wyszukiwałam wzrokiem bardziej przymrożone kamyki i małe łachy zmarzniętego śniegu i tam stawiałam stopy. W każdym razie do samochodu dotarłam w czystym obuwiu. W drodze powrotnej na siedzeniu samochodu leżało parę wypakowanych siatek z zakupami. Wysiadając z auta od razu pod podeszwą poczułam miękkie podłoże. Krytycznie popatrzyłam na drogę w dół. Oczami wyobraźni zobaczyłam siebie schodzącą na tym błocie. Nogi mi się rozjechały, bolące kolana uginały , a ja resztę drogi pokonywałam na tzw. czterech literach, gubiąc po drodze dużą część zakupów i topiąc w błocie artykuły spożywcze. Koniec tej przyspieszonej jazdy był tragiczny, bo wyobraźnia podpowiadała, że w końcu wylądowałabym twarzą w wielkiej kupie głazów, która kończy drogę zjazdową. Szybko odgoniłam od siebie te tragiczne obrazy, a że nie jestem  ryzykantką,  postanowiłam zejść  drogą jak mniemałam bezpieczną, czyli wzdłuż parkingu, a później trawiastym  stokiem pod naszą chałupę.  Początek mojej drogi był taki, jak przypuszczałam, czyli w miarę suchy. Śniegu już nie było widać, lekko pożółkła trawa wprawdzie uginała się  pode mną, ale nie  aż tak tragicznie i nie grzęzłam w błocie. Pomyślałam, że będzie dobrze. I tak doszłam pod północną ścianę chałupy. I tu nastąpiła konsternacja. Obie ścieżki wiodące pod drzwi  wejściowe były oblepione błotnistą ziemią. Jedna, ta biegnąca pod drewnianym tarasem  zdecydowanie była dłuższa, a druga, która  wiedzie  pod kamiennym murkiem i stokiem, krótsza. Obie błotniste. Z tej strony nie miałam dojścia do normalnej kamienistej ścieżki biegnącej pomiędzy chatami aż pod drzwi wejściowe. Nie mając specjalnego wyboru i wyjścia z tej sytuacji , bo powrót z siatami na parking był wykluczony, wybrałam drogę krótszą. Przebrnięcie przez nią , łącznie z przepychaniem się pomiędzy kamiennym murkiem, a węgłem chaty, było istnym kabaretem. Sapałam, żonglowałam siatkami i błogosławiłam swój spadek wagi, a co za tym idzie i obwodu. Pięć lat temu na bank bym się z tymi siatami zaklinowała. A tym razem dałam radę, po czym rzuciłam siatki na wejściowe kamienne schody i krytycznie popatrzyłam na buty. Oblepiała je masa błota. Nie było wyjścia, musiałam je  ściągnąć i na bosaka wejść do domu.  Zaniosłam siatki do chałupy, obdrapałam buty z co najmniej kilograma błota i postawiłam w sieni na gazecie. Gdy następnego dnia chciałam je ubrać, okazały się mokre aż do wyściółki. Tym razem musiałam wskoczyć w jesienne obuwie, a biedny " corpus delikti" wybebeszyć i postawić w kotłowni do wysuszenia.



 
 
Gdy w sobotę popatrzyłam w okno, zaskoczył mnie stok oprószony śniegiem. Spojrzałam na termometr. Temperatura powietrza znacząco spadła. Zaspana poszłam do kuchni. Przygotowując śniadanie oglądałam przez okno pobielony stok. A tam ruch jak w Koźlu na Piastowskiej przed okresem pandemii,  gdy przed godziną ósmą rano rodzice przywozili dzieci na zajęcia szkolne, dziadkowie i babcie kurcgalopkiem gnali do Biedronki, Lidla, Aldika aby wyhaczyć coś tańszego, a osoby w wieku produkcyjnym szły, czy też  jechały do pracy. Tak oto przed naszym kuchennym oknem ruch w powietrzu zrobił się duży. Do stołówki przyleciało całe stado sikorek.  Jedne zajadały się słonecznikiem, inne wydziobywały smalec spomiędzy oczek siatki zawieszonej na gałęzi. Jeszcze inne grzecznie na gałęziach czekały na swoją kolejkę. Wcześniej z okien łazienki widziałam drozdy stadnie wydziobujące czerwone owoce irgi. Pod świerkami rosnącymi koło ogrodzenia widać było ciemne cienie ptaków, które myszkowały w poszukiwaniu czegoś smacznego na śniadanko. Gdy do karmnika przyleciała para dzwońców, odgoniły sikorki i same pałaszowały co lepsze ziarenka.Wydziobały wszystko i odleciały. Uzupełniliśmy zapasy i sikorki wróciły.  I wtedy pomyślałam, że zachowanie ptaków wskazuje na zmianę pogody. Skończyły się roztopy. Idą opady śniegu i mrozu, bo w końcu dopiero mamy luty. I jak w przysłowiu czekają nas siarczyste mrozy.  Rejestrując się telefonicznie na coroczne badania do okulisty do Przemyśla, nie przewidziałam aż takiej zmiany pogody. Dziś zrobiło się na drogach bardzo ślisko. Sypie zmarzniętym śniegiem. W najbliższych dwóch dniach mają być obfite opady śniegu. Obawiam się, że będziemy musieli wizytę przesunąć. Tylko na kiedy?

 





 

 

poniedziałek, 1 lutego 2021

Zimowe rozmaitości

 

Wczoraj skończył się styczeń. Jedną dwunastą roku mamy za sobą. Jesteśmy w połówce zimy. Za oknem szaro, temperatura -7 stopni Celsjusza.

        Z wielką nadzieją wchodziłam w ten rok i nadal wierzę, że wszystko co złego wydarzyło się w ubiegłym roku, w bieżącym zamieni się na dobre, a zła passa świata odwróci się. I mimo, że jestem osobą dosyć cierpliwą,  nie mogę się tego doczekać. Na dodatek gdy korzystając z zimowego czasu zabrałam się za czytanie pięknych i mądrych książek, okazało się, że niestety są mocno dołujące. Ostatnia, którą przeczytałam to " Historia pszczół". Przepięknie napisana opowieść o udomowieniu tych owadów, rozpropagowaniu pszczelarstwa, a także o zanieczyszczeniach świata pestycydami, które to zapoczątkowały proces wyginięcia pszczół. Nakreśla wizję głodnego świata. Ludzie odkrywają, że przeżyły pojedyncze egzemplarze pszczół i starają się je uratować oraz zasiedlić nimi ziemię . To książka, która stara się pokazać, do czego prowadzi zachłanność i grabieżcza natura człowieka, ale daje nadzieję, że jednak ten proces można odwrócić. Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Po przeczytaniu sięgnęłam po kolejną książkę tej pisarki " Błękit" . Dopiero przeczytałam kilkadziesiąt stron. Na  razie zorientowałam się, że pokazuje nam świat już po znacznym roztopieniu się lodowców. Jest to świat suchych kontynentów i ludzi szukających miejsca do przeżycia. Czyli czytam kolejną piękną, acz dołującą książkę. Patrząc zdroworozsądkowo powinnam ją odłożyć na bok ale czy dobrym rozwiązaniem jest chowanie głowy w piasek? Nie jestem strusiem i chcę przynajmniej  resztę życia przeżywać świadomie. Już samo zrozumienie problemów jest dobrym startem do ich rozwiązywania. Świat bowiem jest taki, jakim go budujemy. I odkryłam, że depresyjne myśli spowodowane są najczęściej przez uczucie bezsilności, czyli efekt po  tzw. kopaniu się z koniem. Nie tędy droga. Nie mamy końskich kopyt ani jego siły.


Parę dni temu dowiedziałam się, że dużo młodsza ode mnie koleżanka, matka nastoletnich dzieci, której mąż chciał dorobić za granicą do skromnej państwowej pensyjki, została wdową. Wiadomo iż uczące się dzieci potrzebują  dużo więcej, niż maluchy, a studiujące jeszcze więcej. I niestety przy tym dorabianiu mężczyzna zmarł na zawał. Powstała kwestia przytransportowania zwłok do Polski. I tu dzięki szybkiej składce znajomych kobieta mogła zorganizować pogrzeb i pochować męża w Polsce. Nie było mowy aby pomogło jej w tym Państwo, a rzadko kto ubezpiecza się na życie wraz z przywozem zwłok, bo większość ludzi nie przypuszcza, że zemrze, gdy na szybko wyjadą za granicę, by trochę dorobić do budżetu domowego. Jak to dobrze, że w wielu jest sporo empatii i chęci pomocy.  A tak mi się wydaje, że im więcej wokół pazerności , bezduszności i  materializmu, tym bardziej uświadamiamy sobie potrzebę przeciwstawienia złu, poprzez podzielenie się z bliźnimi tym, co mamy. Chcemy ulżyć,pomóc. 

Od kiedy powstała Orkiestra Świątecznej Pomocy kibicuję temu oddolnemu ruchowi. Jeszcze wtedy, gdy była ona mało popularna i niezbyt wierzono, że pojedynczy ludzie coś mogą zdziałać, moja córka, która była wtedy nastolatką, biegała po Koźlu ze skarbonkami WOŚPu. Obserwowałam jak  z roku na rok ilość zbieranych pieniędzy rośnie, jak bardzo rośnie potrzeba tego corocznego szaleństwa szczodrobliwości. Myślę, że oprócz dóbr finansowych, które zamieniane były na specjalistyczne sprzęty medyczne, wyposażenia szpitalne, daje ona ludziom wielką nadzieję, że w grupie nie zginą, że ten nasz świat nie jest całkiem do bani. Człowiek może liczyć na drugiego, zwykłego człowieka i ze swoim nieszczęściem, jakim jest choroba nie pozostaje sam.I tu widzę światełko w tunelu, czyli namacalny potencjał tkwiący  w ludziach. Wystarczy tylko uruchomić drzemiącą w nich empatię, tę najważniejszą cechę człowieczeństwa aby uruchomiła inne prawdziwe wartości. 

W niedzielę pojechaliśmy do Leska aby znaleźć ludzi z puszkami WOŚPu. I nie rozczarowaliśmy się. Stali przed Słodkim Domkiem. W pięknych historycznych strojach zbierali do puszki datki na sprzęt laryngologiczny do szpitali przeznaczonych dla dzieci.

 

Porozmawialiśmy z wolontariuszami. Kupiliśmy w Słodkim Domku parę kawałków kostki piernikowej i pojechaliśmy na tradycyjną niedzielną wycieczkę. Skierowaliśmy samochód do Ustrzyków Dolnych. Chcieliśmy zobaczyć, gdzie w Zimowej Stolicy Podkarpacia są wyciągi narciarskie i trasy zjazdowe. W tym roku nasza rodzinka nie będzie mogła zjeżdżać ze stoków, ale może w przyszłym? Dobrze jest znać takie miejsca. Obserwując krajobrazy dojechaliśmy do Ustrzyków Dolnych, minęliśmy je i dojechaliśmy do Brzegów Dolnych. Tam skręciliśmy w pierwszą drogę w lewo w kierunku Dźwiniacza i Wańkowej. Za greckokatolicką cerkiewką z 1844r.  na naszej trasie pojawiła się  droga w lewo. Wiodła ona do stacji narciarskiej Kamienna Laworta. Z samochodu widać było na mocno ośnieżonym  stoku nieczynny wyciąg narciarski. Pojechaliśmy dalej w stronę wsi Łodyna, gdzie minęliśmy drewnianą, zabytkową cerkiewkę greckokatolicką z 1862r. Droga przez Łodynę była biała, zaśnieżona, ledwie rozgarnięto śnieg na dwie strony i była na jeden samochód. Ciężko było minąć się z samochodem ciężarowym, który miał przed sobą podniesiony pług. Musieliśmy zjechać w bok i skorzystać z wjazdu do cudzego obejścia. Jadąc dalej, zajechaliśmy wąską drogą do Dźwiniacza Dolnego. Stamtąd przez Wolę Romanową, Serednicę, gdzie w ubiegłym roku widzieliśmy rezerwat cisów, udaliśmy się do Wańkowej. Na całej trasie wszędzie panowała prawdziwa, śnieżna zima. Dojeżdżając do skrzyżowania w Wańkowej, gdzie skręciliśmy w lewo, aby pojechać w kierunku Olszanicy, zobaczyliśmy na odeskowanej ścianie wielkie biało-czarne malowidło, przedstawiające trójkę ludzi. W drodze do Ustrzyków podobnie namalowaną postać odkryliśmy w miejscowości Ustianowa na drewnianej przydrożnej budce w pobliżu przejazdu kolejowego. Zrobiła się piękna słoneczna pogoda. Wokół nas przesuwały się białe i błękitne krajobrazy, bo niebo miejscami zabarwiało śnieg na niebiesko. Przez Olszanicę Uherce Mineralne wróciliśmy do Bóbrki.






 W ramach tzw. dużych mocy przerobowych i wolnego czasu w ubiegłym tygodniu postanowiliśmy spróbować zrobić podlaski smakołyk, czyli kiszkę. Po ostatniej białej kiełbasie pozostały nam jelita, dokupiliśmy trochę chudego boczku, ziemniaków, cebuli, jajek. Z internetu ściągnęliśmy przepis na kiszkę i zabraliśmy się do roboty. Jędrek pamiętał, że jego rodzice coś takiego parę razy w jego życiu  zrobili. Gdy był chłopcem, zawsze pomagał matce przy pitraszeniu . Tym razem był głównodowodzącym. Ja pełniłam rolę kuchcika. Kiszka wyszła smakowita. Smakowała wybornie na ciepło i na zimno. Czyli znowu pierwsze koty za płoty. Jest z nią trochę roboty ale było warto. Pewnie wejdzie w nasz popisowy jadłospis.

 







I na koniec wątpliwa niespodzianka. Zawitał do naszej sypialni wtyk amerykański.  Czyli owad z rodziny pluskwiaków, który lubi stare drzewo. Zrobiliśmy osobnikowi zdjęcie, internet wyświetlił nam jego nazwę i wiadomość, że zdarza się już na terenie naszego kraju. To owad inwazyjny. Mam nadzieję, że z jego kolegami już się nie spotkam. Jest obrzydliwy!



poniedziałek, 25 stycznia 2021

Przez różówe okulary





       



         Wczoraj mieliśmy Dzień Dziadka, a przedwczoraj Babci. Trochę dziwnie obchodzić święto na odległość i tylko rozmawiać z wnuczętami przez telefon. A w związku z tym, że w czwartek wypadł nasz  cotygodniowy dzień  zakupów, dostałam od Jędrka bukiet róż, aby nie było mi tak smutno, że dzieciaki daleko. Później zadzwoniła Stella i usłyszałam życzenia " stu lat"  oraz pooglądałam Kornelkowe serduszko, które przygotował na zajęciach w przedszkolu. Obiecał je dostarczyć przy najbliższym spotkaniu. Wieczorem miałam okazję pooglądać  i usłyszeć piżamersowy chór w składzie Mai i Julii, wspierany przez Karolinkę, który odśpiewał tradycyjne " Sto lat", wśród chichotów i śmichów-chichów. Około 22 -giej otrzymałam życzenia  w postaci sms-a od studenta Kacperka. Następnego dnia w okolicy południa zadzwonił Kajetan i przeprosił za spóźnienie. Złożył mi zaległe życzenia, poprosił  abym dała do telefonu dziadka , a po złożeniu mu życzeń zapałał chęcią rozmowy ze mną. Dziwna to była rozmowa, bo choć jesteśmy bardzo blisko, to na wszystkie moje pytania odpowiadał "bardzo dobrze babciu". Zastanawiam się czy to przypadłość piętnastolatka rodzaju męskiego, czy też cecha charakterystyczna dla części mężczyzn z naszej rodziny, bo bardzo podobnie wygląda teraz moja rozmowa z synem, który już w zeszłym roku ukończył lat czterdzieści . Każde pytanie np. " co u Was nowego ", zbywa " a nic, wszystko w porządku" . Na kolejne, "a jak dziewczynki ?" odpowiada " jest ok.". Gdy zadaję bardziej szczegółowe pytania , to precyzyjnie, bez zbędnych tematów pobocznych odpowiada na moje pytania. Natomiast z Jędrkiem przez całe pół godziny lub dłużej  potrafią rozprawiać o naprawie silnika, oponach, wyścigach formuły pierwszej. I pomyśleć, że gdy mój syn był nastolatkiem, to na rozmowy o wszystkim  poświęcaliśmy długie wieczory i zdecydowanie nie był to mój monolog ale zawzięta dyskusja. Z ojcem mu się nie chciało. Teraz się pozmieniało. Panowie zaprzyjaźnili się, gdy syn sam został ojcem. Gdy jeszcze żył mój tata, to nasza bliskość również nie była oparta na rozmowach. Tacie wystarczyły krótkie informacje i sam też takich udzielał. Zdecydowanie dłuższą dyskusję mogłam uciąć sobie jedynie z mamą. A wcześniej babcia była moim powiernikiem i towarzyszem dyskusji. Rozmawiałyśmy na wszystkie możliwe tematy. Miała cierpliwość do wysłuchiwania moich dziecięcych historyjek i nastoletnich  opowieści. Cierpliwie odpowiadała na pytania, starała się prostować zagmatwane myśli, nazywała uczucia.  Teraz ja jestem babcią i takie relacje mam z Juleczką. Chłopcy zdecydowanie wolą dziadka. Kornelek jest jeszcze na tyle mały, że potrzebuje dużej bliskości wszystkich dorosłych. I tak się jakoś dziwnie porobiło. A teraz , gdy mieszkamy daleko, zaspokajam swoją potrzebę obecności wnuków za pomocą Whats Appa i kamerki.  

   
                                                

        Korzystając z pięknej, zimowej scenografii, którą Bieszczadom zafundowała aura i " bestia ze wschodu", jak media nazwały bardzo mroźny front atmosferyczny, który opanował nasze tereny, poubieraliśmy się ciepło i postanowiliśmy trochę potuptać nad zalewem. Za chmurami świeciło blade, styczniowe słońce. Gdy znalazło przerwę pomiędzy szarymi obłokami  i ukazało się naszym oczom, miało kolor bladego krążka bardziej przypominającego księżyc, niż słońce. Zalew powoli zamarzał. Na wielkich zamarzniętych obsypanych świeżym śniegiem lodowych taflach przysiadały ptaki. Pojedyncze kormorany starały się znaleźć wolną przestrzeń wodną i wypatrywały ryb. Idąc brzegiem zalewu, usłyszeliśmy pojedynczy huk i stado ptaków wzbiło się w powietrze. Pomyślałam ze strachem, że może to jakiś samotny myśliwy poluje na dziki lub sarny. Za moment zagadka rozwiązała się. Wzdłuż zalewu bardzo wolno  jechał terenowy samochód. Kierowca i pasażer z uwagą oglądali brzeg. Minęli nas. Parę metrów dalej uchylili okno i wrzucili na brzeg zalewu jakąś petardę. Jej huk wystraszył ptaki, które wzbiły się w powietrze. Jędrek stwierdził, że to pewnie okoliczne koło wędkarskie dba , aby kormorany nie wytrzebiły ryb w zalewie i w ten sposób wypłasza ptaki. Na drugim brzegu zalewu, pod Berdem jest zainstalowana hodowla ryb. Również zalew jest zarybiany przez lokalne koło wędkarskie. Na brzegu wody często przechadzają się ptaki żywiące się rybami. Czaple , czy żurawie nie są zagrożeniem , natomiast kormorany potrafią być bardzo konkurencyjne w stosunku do ludzi. Populacja tych ptaków żyjących nad zalewem bardzo wzrosła. Kormoran dziennie potrafi zjeść nawet do 800 gramów ryby. Jest uważany za drapieżnika wśród ryb. Od 2008 roku kormoran czarny, który żyje też nad Zalewem Myczkowskim jest objęty częściową ochroną. Drzewa, na których zakłada gniazda są białe od jego odchodów i z czasem usychają. W czasie spacerku widzieliśmy kilka sztuk tych ptaków, jednak petardy wystraszyły również czaple, które żerowały na brzegu zbiornika i przechadzały się wzdłuż brzegu. Pięknie wyglądały wzlatując w powietrze z wielkimi białymi skrzydłami i szyją zgiętą w literę s. Niestety było tak mroźno, że miałam na rękach futrzane rękawice i zanim udało mi się je zdjąć aby pstryknąć zdjęcie, czapli dawno nie było. Za to uwieczniłam niesamowite światło odbite w tafli zbiornika, zanim zesztywniały mi palce. Spacer zajął nam dwie godzinki. Był bardzo przyjemny, mimo mrozu, który szczypał w policzki i obszczypywał czubek nosa. W tym czasie drogą przejechało bardzo mało aut, może ze trzy, bo nawierzchnia była biała. Wprawdzie również przejechał pług i rozgarnąłna boki grubą warstwę śniegu, ale mimo tego nawierzchnia nie zachęcała do jazdy. Oczami wyobraźni zobaczyłam wielkie sanie i konne zaprzęgi. Cudna byłaby taka sanna. Chyba wczoraj rano Jędrek przeczytał mi smutną wiadomość o tragicznej końcówce kuligu, który tata zafundował córce i jej koleżance. Otóż przywiązał sanki do samochodu. Na zakręcie siła odśrodkowa zarzuciła sanki na drzewo. Koleżanka połamała się, a córka kierowcy zginęła. Było mi bardzo smutno mi, że nieodpowiedzialność i brak wyobraźni ojca doprowadziła do tragedii. Wróciliśmy do domu na ciepłą białą kiełbasę, którą zrobiliśmy sposobem domowym. Świeża, bez konserwantów z dużą ilością zół była bardzo smaczna.





        Już dawno znalazłam sposób na utrzymanie stawu kolanowego w jakiej takiej formie. Aby stawy   były sprawne jeżdżę na rowerze. W górach nie mogę na rowerze turystycznym, bo obciążenie stawu jest za duże i mogłabym zrobić sobie jeszcze większą krzywdę. W mieście, po równym terenie mogę jeździć na takim rowerze. Natomiast rower stacjonarny, treningowy jest dla mnie świetny w Wyluzowanej. W okresie zimowym jeżdżę przeważnie w środku  chaty, natomiast, gdy temperatura idzie w górę, wystawiam rower na taras i obserwując Berdo, drzewa i taflę wod, kręcę pedałami. Pod choinkę w tym roku  dostałam bezprzewodowe słuchawki i mogę sobie na rowerku puszczać muzykę oraz słuchać audiobooków. Od paru miesięcy bardzo tęsknię za basenem, który również był świetnym narzędziem do utrzymania kondycji fizycznej. Już od dawna  zaczynam odczuwać brak pływania. Z braku laku od stycznia wróciłam więc do pilatesu. Odszukałam swoje stare nagrania Oli Żelazo i ćwiczę przez trzy kwadranse każdego ranka . Pierwszego dnia, gdy wróciłam do starych ćwiczeń, poczułam, jak chrupią mi kości. Przypomniał mi się facebookowy żart i określenie  rysunkowej babci " jestem         chrupiąca". Patrzę z żalem, jak Jędrek dwa razy dziennie chodzi sobie po osiem kilometrów i to " góra-dół."Moje kolana niestety tego nie wytrzymują.  I tylko raz w tygodniu pozwalam sobie na około 8- 9000 kroków. Od sześciu miesięcy mam skierowanie na operację kolana lewej nogi. Przeciągam termin zarezerwowania sobie terminu operacji. Mój lekarz rodzinny stwierdził, że jeśli radzę sobie z chodzeniem, nocami śpię i nie mam tak dużych bólów abym musiała już, natychmiast iść pod nóż, to powinnam poczekać. Ale w końcu chyba będę musiała zdecydować się na złożenie skierowania w jakimś szpitalu, który zajmuje się operacjami ortopedycznymi. Może w końcu pandemia minie? Na razie ćwiczę i marzę o otwartych basenach.                                                                                                                                                                                          






Od połowy grudnia nie zaglądałam do Kędzierzyna-Koźla.  Mam tam swoją panią Ilonkę, która jest artystką nożyczek. Nikomu innemu nie odważyłabym się powierzyć swoich włosów. Mam do niej zaufanie i chodzę, odkąd zdecydowałam się ściąć swoją palmę, jak moi znajomi nazywali fryzurę związaną na czubku głowy. Od tego momentu minęło już  wiele lat. Pewnie kilkanaście..
A tu włosy nie chcą czekać i szybko rosną. Zwiększa się długość, a co za tym idzie, szybko widać siwy odrost. Od ubiegłorocznej wiosny mam kłopoty z wypadaniem włosów. Musiałam zacząć używać specjalnych szamponów, odżywek, maseczek, biotebalu. Teraz niby jest troszkę lepiej, chociaż gdy spoglądam w lustro, to widzę, że mój przedziałek troszkę się poszerzył. Kiedyś była to wąziutka ścieżynka, biegnąca wśród gęstej łąki. Obecnie jest już solidna ścieżka, przecinająca porządny trawnik. Mam urodę wiosny, a nie zimy i w siwym mi nie do twarzy. Próbowałam oswoić się z siwymi włosami, bo niby jasny blond zbliżony jest do blondu srebrnego. Okazało się, że niestety, to nie mój odcień. Pogłówkowałam, rozruszałam szare komórki i zaczęłam poszukiwać płukanki, która zmieniłaby mi odcień włosów, a zarazem nie uszkodziła cebulek. Przecież o każdą cebulkę powinnam teraz dbać, jak o najdroższy skarb. Niby zawsze mogę sobie zafundować peruczkę i to w kolorze o jakim tylko sobie zamarzę, ale czy mnie nie odparzy, czy nie będzie w niej za gorąco? I tak rozmyślając i grzebiąc w internecie odkryłam kolor różowy. Trochę odwagi i...
Teraz jestem taka, jakbym patrzyła na siebie przez różowe okulary ale zdecydowanie humor  mi się poprawił.                                                                                                                                                






sobota, 16 stycznia 2021

Jak u Pana Boga w piernatach

        Tytuł postu zapożyczyłam z cyklu polskich komedii celowo, bo od paru dni  czuję się, jakbym zamieszkała na końcu świata , a w dodatku koczowała w białych ogromnych piernatach. Tak! Zasypało! Straszyli meteorolodzy, straszyli i stało się.

Widać nie tylko ja robiłam poświąteczne porządki. W niebiesiech zmęczeni kolędowaniem aniołowie zaprzestali gry na harfie i również zabrali się za uprzątnięcie  całego nieboskłonu, czyli chwycili się za porządki. Na końcu nastało trzepanie pierzyn i poduszek. Białe delikatne kłaczki śniegu poleciały na zmarzniętą ziemię. Zasłały nam bieszczadzkie stoki i doliny pierzynami, poduchami i jaśkami. Pokryły Wyluzowaną  tym piernatowym dobrodziejstwem, aż drzwi ciężko otworzyć i dotrzeć do bramy. W środę, gdy rozpoczęło się śnieżne natarcie, zrobiliśmy cotygodniowe zakupy. Byliśmy w Sanoku, Lesku i gdy około trzynastej przyjechaliśmy do chaty, śniegu już było parę centymetrów. Jędrek zaczął zjeżdżać w dół pod chaty, aby bliżej było z siatami. I tu przeżyłam chwilkę zgrozy, gdy w połowie drogi zaczęliśmy sunąć jak na sankach. Ledwie zmieściliśmy się w światło bramy. Po wyniesieniu siatek samochód musiał zostać odstawiony na górny parking. Historię zaparkowania usłyszałam po dwudziestu minutach, gdy mój mąż wrócił do domu . Sapnął i powiedział, że ciężko było. Zjeżdżając trzykrotnie o mało co nie zarysował lakieru. Dopiero trzecia próba była udana, gdy posypał piaskiem część stoku. Udało mu się trafić w otwór górnej bramy. Nasz samochód stoi zaparkowany, zasypany i czeka na odkopanie. Od środy pada. Raz opady są silniejsze, raz ledwie prószy. Podzieliliśmy się odśnieżaniem ścieżki. Ja odśnieżam część płaską od tarasu chaty aż do bramy. Jędrkowi został stromy  stok, czyli droga dojazdowa do jezdni. Dziś nad ranem temperatura spadła do -14. Około 10.00 nie było tak źle, bo było -10 stopni.  Jutro niedziela. W nocy z niedzieli na poniedziałek ma być -16 stopni i tak samo następnej nocy. Odkąd jest bardzo zimno, nie wychodzę na dłuższe spacery. Za to namiętnie czytam. Czuję się jakbym wylegiwała się w piernatach i jak w dzieciństwie pochłaniam stosy książek. Nie mam potrzeby wychodzenia do sklepu, bo chleb sama piekę. Mamy zapasy jedzenia. Pod ścianą chaty leży porąbane i poskładane drewno. Pod drewutnią stoi alternatywny opał, zbiornik z gazem. Temperatura w sionce, którą dodatkowo używam jako spiżarni spadła do + 1 stopnia. Musiałam więc  zamknąć lodówkę, która tu stoi i pełni rolę podręcznej szafki. Inaczej jarzyny i słoiki  pozamarzałyby. 
Czy czuję się odcięta od świata? Nie, bo zawsze możemy wygramolić się z chaty i zejść na nogach do wsi i sklepu. Poza tym czasem zdarza się, że nas ktoś odwiedza. Najczęściej jest to listonosz, kurier lub nasza przyjaciółka, która sprzedała swój pensjonat i wyprowadziła się do Krosna. Z Leskiem i Ustrzykami Dolnymi związana jest pracą, więc dwa razy w tygodniu bywa w naszym rejonie. 

Od czasu, gdy pierwszy raz zetknęłam się z Bóbrką minęło szesnaście i pół roku. Od tego czasu wieś zmieniła się. Zniknęły piękne rzeźby, które stały wzdłuż plaży, bo zostały zniszczone przez tutejszych i przyjezdnych wandali. Miejscowość z urokliwej wsi zamieszkałej przez artystyczne dusze; malarzy, osób lepiących z gliny, bibułkarzy, rzeźbiarzy zmieniła się w metropolię domków kempingowych, które pokryły stoki, wyrosły w ogrodach. Rozkwitł turystyczny biznes. Byle więcej, byle więcej. Nie zawsze byle ładniej, bo wszystko zależy od estetyki właścicieli i pieniędzy, którymi dysponują. Moim zdaniem artystyczny klimat Bóbrki  powoli rozpływa się w powietrzu .  Piękny Koziniec, na który parę lat temu wchodziłam wraz z wnukami , a który jest rezerwatem, został rozjeżdżony przez kłady , motory i samochody. Koleiny są tak duże, że ciężko od strony kamieniołomu wchodzić na poszczególne półki. Błoto , które koła samochodów przenoszą na jezdnię, stanowi zagrożenie. W tym miejscu gdzie jest wyjazd z Kozińca i byłego kamieniołomu, znajduje się  duży łuk, a po przeciwnej stronie kapliczka, która stanowi atrakcję miejscowości. Często chodzą tu ludzie. Cieszę się, że nasze chaty stoją  prawie za wsią. Na razie w tę stronę nie postępuje zabudowa. Oby jak najdłużej udało się nam uniknąć komercjalizacji, choć już na drugim brzegu, na stoku Berda budowana jest droga. Przypuszczalnie i ono się zmieni. Na razie cieszę się tym, co jest i nie myślę o tym co nieuchronne. Nagle nastała moda na Bieszczady i  jak to z modą bywa, jest ona kosztowna. Ale wracając do obecnej aury, to teraz jesteśmy jak u Pana Boga w piernatach i na razie jest nam z tym dobrze. Moje kontakty międzyludzkie są telefoniczne i staram się je w tej formie pielęgnować. I mam nadzieję, że mocna nić przyjaźni oraz miłości rodzinnej nie nadwyręży się przez czas i odległość.