poniedziałek, 15 lutego 2021

Od przybytku głowa nie boli.

 

































        Dopiero niedawno pisałam o błocie, a temat już jest nieaktualny. Och, jak nas w ubiegłym tygodniu przymroziło i dosypało nam śniegu! Zresztą taka sytuacja miała miejsce nie tylko u nas, bo cała Polska utonęła w śniegowych zaspach.  Gazety grubymi czcionkami  obwieszczały, że nastał śnieżny armagedon. Dziennikarze pisali, że zakłady oczyszczające miasta jak co roku zaskoczyła zima i samochody utknęły w śnieżnych zaspach. Na Opolszczyźnie zdarzyło się, że droga pomiędzy paroma miejscowościami była całkowicie niedrożna. Mieszkańcy utknęli w domach, nie mogli dotrzeć do pracy. I tu zdalna praca okazała się bardzo stosowna. Dobę trwało udrożnienie drogi, czyli usunięcie zwałów śniegu. Poza tym  na polskich drogach przydarzyło się mnóstwo stłuczek, karamboli, wypadków, bo nie dostosowano prędkości do panujących warunków atmosferycznych, jakby część narodu miała totalny zanik pamięci i zapomniała, jak powinno się jeździć w bardzo trudnych zimowych warunkach. Z innych nowinek mówiących, że Polak głupi przed i po szkodzie, to zaskoczyła mnie informacja, że od 12 lutego poluzowano obostrzenia pandemiczne, a część ludzi z tego szczęścia powariowała.  Tłumnie, ławą ruszyli do galerii handlowych, na stoki, co w tym drugim przypadku jest dosyć chwalebne, bo ruch na świeżym powietrzu to samo zdrowie. Jednak ponoć na ulicach Zakopanego ludzie tak bratali się, tańczyli, świętowali , że później z tego szczęścia pobili się  i musiała interweniować policja. Stęsknieni turystów, a chyba bardziej ich " dutków" górale żałowali, że jednak podwoje hoteli otworzyły się na na ten żywioł. A ja czytając wiadomości zastanawiałam się, skąd u mnie totalny brak parcia na galerie, bo na jazdę na nartach to wiem, dlaczego nie mam chęci. Moje zdezolowane kolana zdecydowanie wolą rowerek treningowy. Poza tym nie potrafię jeździć na nartach, a już swoją szansę na nauczenie się jazdy straciłam wiele lat temu, gdy ten sport nie był w Polsce tak popularny. Teraz najbardziej lubię zimę w okolicach chaty. Przyznaję, że tęsknię za długimi spacerami, ale grzęźnięcie w głębokim śniegu wyklucza realizację marzeń. Z uwagi na panujące warunki atmosferyczne musiałam także odwołać wizytę kontrolną u okulisty w Przemyślu. Przesunęłam wizytę na 22- go. Teraz patrzę przez okno i zastanawiam się, czy po raz drugi będę musiała przesuwać termin. Za kuchennym oknem mam wielką śnieżną górę. Śnieg dotyka ściany chaty. Przypominają mi się wszystkie filmy katastroficzne o lawinach, pochłaniających domy i pensjonaty... Jesteśmy w okowach śniegu! Taka sytuacja jest na dziś, czyli 14-go lutego 2021 roku, w walentynki. Od rana znajomi przesyłali mi śmieszne lub ckliwe obrazki z serduszkami oraz życzeniami mnóstwa szczęścia i miłości. To bardzo miłe dowody pamięci, choć mogliby to robić po godzinie dziewiątej rano, a nie bladym świtem. Czasem zastanawiam się, czy nie ma w tym aby ociupinki złośliwości, bo robią to zazwyczaj osoby samotne. Te w związkach piszą przeważnie około dziesiątej, czyli jak zdążą ogarnąć rodzinne śniadanie. My jak już nie raz, nie dwa pisałam nie należymy do tzw. skowronków, a raczej sów. Ja i tak jestem na wpół skowronkiem, bo wstaję zazwyczaj około ósmej rano i dzień zaczynam od rozruchu mechanizmu kroczącego i chwytnego. Jędrkowy poranek zaczyna się dwie godziny później, gdy już na stole czeka śniadanie.  Zresztą osobom życzliwym nie jestem dłużna i corocznie obdarowuję ich  wirtualnymi serduszkami, a także całą rodzinę, znajomych i przyjaciół. Jednak zrobiłam to o przyzwoitej porze, bo po godzinie  dziesiątej. Moim zdaniem walentynki są przemiłym świętem. Wprawdzie zaadoptowaliśmy je, jak i inne  zagraniczne święta, ale wychodzę z założenia, że każda okazja do świętowania, okazywania sobie wzajemniej sympatii oraz zainteresowania, jest świetnym powodem do radości. Od przybytku głowa nie boli. Na konto ostatniej soboty karnawału i nadchodzących walentynek już w sobotę upiekłam drożdżowe pączki . Tak, były pieczone w piekarniku, a nie smażone na oleju. Ciasto wymagało trochę pracy i czasu, ale pączki, a w zasadzie bałabuchy jak je nazywała moja babcia, wyszły delikatne, pachnące i przepyszne. Nie to, co kupne pączki. W tym roku pączki ze Słodkiego Domku okazały się zbite i trochę gliniaste. Przy nich bałabuchy, to była poezja lekkości.  Poza tym upichciłam trochę gołąbków z ziemniaczanym wkładem nafaszerowanym podsmażonym boczkiem i kaszą gryczaną. Pychota! Jestem tradycjonalistką i staromodnie wyrażam swój afekt. Hołduję zasadzie " przez żołądek do serca". Staram się gotować i piec zdrowo. Czytam etykiety i kupuję zdrowe produkty. Wracając do Walentynek, to świąteczną poranną kawę wypiliśmy z kubeczków ozdobionych serduszkami. Na stole stały wiosenne kwiaty, które w sobotę Jędrek przyniósł z naszych wiejskich delikatesów, brnąc pod górę w głębokim śniegu. Były nierozwinięte, stulone w ścisłych pączkach, ale w niedzielę rano na stole stały już rozwinięte kielichy. Takie świętowanie było bardzo miłe i jak na facebookowym żarcie rysunkowym życzyłam sobie abyśmy jeszcze wiele lat tak wspólnie spędzali. Kiedyś ostatnią sobotę karnawału spędzaliśmy na zabawie karnawałowej. Oboje lubimy tańczyć. Jako młodzi ludzie lubiliśmy się bawić. Karnawał był okazją aby spotkać się z przyjaciółmi na zabawach lub na bardziej kameralnych spotkaniach koleżeńskich. Oglądaliśmy też koniec karnawału w relacjach z Rio de Janeiro. Z zachwytem śledziliśmy piękną, barwną paradę roztańczonych ludzi, marząc aby choć raz znaleźć się w gronie osób z bliska obserwujących tancerzy. A w tym roku w migawkach wiadomości ze świata  zobaczyłam ludzi szczepionych przeciw wirusowi covid-19, w namiotach ustawionych na stałej trasie parady. Tak bardzo zmienił się nasz świat. Jednak nie ma co poddawać się smutkowi. Tym bardziej trzeba korzystać z każdej okazji wiodącej do radości. I zgodnie z tym cała niedzielę celebrowaliśmy Walentynki. 




   Mimo śnieżyc i siarczystych mrozów w minionym tygodniu był, tak jak i co roku tłusty czwartek. Trzymam się twardo i staram codziennie zaczynać dzień od pillatesu, a kończyć godzinną jazdą na rowerku, aby utrzymać formę i zbytnio nie obrosnąć w sadełko. Postanowiłam , że tym razem nie będę smażyła pączków, bo jesteśmy jedynie we dwoje . Jednak jak tu nie zjeść ani jednego pączka? A co z tradycją? W czwartkowe  przedpołudnie, czyli w tradycyjny tłusty czwartek Jędrek zatęsknił za tymi pączkami. Poza tym zapasy nam się kończyły. Przyszedł czas na cotygodniowe zakupy. A tu drogi zasypane. Śnieg padał cały czas już od środy. Przez całą godzinę Jędrek odśnieżał samochód, przez kolejne trzydzieści minut przekopywał drogę z górnego parkingu do drogi powiatowej, która również była zasypana, bo od rana nie było widać żadnego pługa. W końcu wykopał w zmarzniętym śniegu dwa pasy i wyjechał po zakupy. Droga do Leska była fatalna, możliwa jedynie dzięki wysoko podniesionemu podwoziu. A i tak sytuacje na drodze wywoływały, jak po powrocie  opowiadał, palpitacje serca. Po czterech godzinach nieobecności, gdy już przygotowany przeze mnie obiad powoli zaczynał stygnąć, a ja zaczynałam się bardzo denerwować, wrócił do domu. Przywiózł pięć pączków ze Słodkiego Domku oraz zaopatrzenie na kolejny tydzień dla nas i dla ptaków, bo w karmnikach wyczerpywał się już zapas ziaren. Powiedział mi, że gdy już wrócił i wjechał na parking, na drodze do Myczkowiec pojawił się pług. Odgarniał pas, aby samochody mogły przejechać od Bóbrki do Myczkowiec. Ostatni pług, który obserwowałam miał podniesiony lemiesz, jakby dawał znak Opatrzności, że się poddaje się, wobec jej potęgi , czyli niezmierzonych opadów śniegu.









Gdy patrzę przez okno to codziennie widzę wielkie, małe, średnie  płatki śniegu spadające na naszą Wyluzowaną. Już nie wiem nawet ile na niej różnych warstw bieli. Pada codziennie. Wraz z pierwszą w ubiegłym tygodniu śnieżycą, przywiało do nas piasek aż znad Sahary. Gdy Jędrek zwoził z drewutni kolejne kawałki drewna, sypało mu tym piaskiem po oczach. Później usłyszałam monotonne stukanie w dachówki i szyby. Gdy wyszłam na taras zorientowałam się, że to nie tańce stada ptaków, tylko z chmur waliło lodowymi kroplami. Do tego Berdo szumiało jak szalone. 



 
        Obserwacja ptaków, to teraz moje ulubione zajęcie. Obserwuję je codziennie, gdy rankiem przylatują do karmnika. Najczęściej karmnik odwiedzają sikorki. Przylatuje również zięba i dzwońce. Dzwońce są wredne. Ładują się do karmnika i wyganiają sikorki, kłócąc z każdą, która podlatuje pod tę stołówkę. Zresztą zaobserwowałam, że  i sikorki bardzo różnie się zachowują. Tak jak i ludzie mają różne charaktery. Jedne są kłótliwe i bojownicze, inne spolegliwe. Jedne egoistyczne, a inne bardzo życzliwe i przyjazne. Dzisiaj, gdy rankiem chciałam zobaczyć, jaka temperatura powietrza na zewnątrz chaty, uchyliłam drzwi na taras. Nagle spod moich nóg zerwała się do lotu cała chmara sikorek. Okazało się, że Jędrek pozostawił nasiona na zewnątrz, na tarasie. Były w zielonej jednorazówce. Sikorki zorientowały się, że w środku są nasiona.Tak długo stukały w folię, aż się dostały do środka. Zrobiły otwory i to w paru miejscach. Ziarna zaczęły się wysypywać na deski tarasu. Zabrałam uszkodzone opakowanie i schowałam pokarm. Zauważyłam, że ptaki czasem tak się bardzo objadają, że mają trudność z wystartowaniem w powietrze. Chyba ptaki nie mają odczucia sytości, tak jak i małe  ludzkie dzieci. Wokół chaty widzimy wiele ptaków. Zdarzają się drozdy, które włażą w każdą dziurę w śniegu, aby tylko wydziobać czerwone nasiona irgi, porastającej stok. Pozostawiają na śniegu czerwone kleksy, jak pieczątki swej bytności. Do Wyluzowanej przylatuje też zielony dzięcioł,. Ostatnio przerwał nam popołudniową drzemkę, obstukując północną ścianę chaty. Zdarza nam się też wizyta kowalika. A wczoraj nad zalewem Jędrek widział błękitnego zimorodka, ale zanim zrobił zdjęcie, ptak spłoszył się i odleciał.














niedziela, 7 lutego 2021

Idzie luty, podkuj buty

        



Parę dni temu, czyli w czwartek napisałam koleżance, która mieszka w Diseldorfie i z niepokojem śledzi wzrastający poziom wody w Renie, że u nas też mokro i  na górnym parkingu Wyluzowanej, na stoku i drodze zjazdowej pod chaty błoto aż chlupie. W tym dniu w temacie błota byłam ekspertem. Poziom wody gruntowej miałam świeżo zarejestrowany na obuwiu, które przemokło aż do skórzanej wyściółki. Czyli miałam na nogach "corpus delikti"  albo inaczej dowód rzeczowy. Eksperyment wodno-błotny był przypadkowy, raczej niezamierzony. Był on produktem ubocznym wyprawy do Sanoka i nastąpił z powodu podjęcia przeze mnie błędnej decyzji, gdy już wróciliśmy do Wyluzowanej, a Jędrek zaparkował samochód na górnym parkingu. Było około czternastej. Pogoda średnia, czyli szaro-bura, choć sino-granatowe chmury nieuchronnie zbliżały się do Bóbrki. Tego dnia ranek był zdecydowanie bardziej słoneczny i zachęcający do podróży, choć gdy szłam w górę drogą na parking, już wtedy miałam kłopot z błotem. Jednak wyszukiwałam wzrokiem bardziej przymrożone kamyki i małe łachy zmarzniętego śniegu i tam stawiałam stopy. W każdym razie do samochodu dotarłam w czystym obuwiu. W drodze powrotnej na siedzeniu samochodu leżało parę wypakowanych siatek z zakupami. Wysiadając z auta od razu pod podeszwą poczułam miękkie podłoże. Krytycznie popatrzyłam na drogę w dół. Oczami wyobraźni zobaczyłam siebie schodzącą na tym błocie. Nogi mi się rozjechały, bolące kolana uginały , a ja resztę drogi pokonywałam na tzw. czterech literach, gubiąc po drodze dużą część zakupów i topiąc w błocie artykuły spożywcze. Koniec tej przyspieszonej jazdy był tragiczny, bo wyobraźnia podpowiadała, że w końcu wylądowałabym twarzą w wielkiej kupie głazów, która kończy drogę zjazdową. Szybko odgoniłam od siebie te tragiczne obrazy, a że nie jestem  ryzykantką,  postanowiłam zejść  drogą jak mniemałam bezpieczną, czyli wzdłuż parkingu, a później trawiastym  stokiem pod naszą chałupę.  Początek mojej drogi był taki, jak przypuszczałam, czyli w miarę suchy. Śniegu już nie było widać, lekko pożółkła trawa wprawdzie uginała się  pode mną, ale nie  aż tak tragicznie i nie grzęzłam w błocie. Pomyślałam, że będzie dobrze. I tak doszłam pod północną ścianę chałupy. I tu nastąpiła konsternacja. Obie ścieżki wiodące pod drzwi  wejściowe były oblepione błotnistą ziemią. Jedna, ta biegnąca pod drewnianym tarasem  zdecydowanie była dłuższa, a druga, która  wiedzie  pod kamiennym murkiem i stokiem, krótsza. Obie błotniste. Z tej strony nie miałam dojścia do normalnej kamienistej ścieżki biegnącej pomiędzy chatami aż pod drzwi wejściowe. Nie mając specjalnego wyboru i wyjścia z tej sytuacji , bo powrót z siatami na parking był wykluczony, wybrałam drogę krótszą. Przebrnięcie przez nią , łącznie z przepychaniem się pomiędzy kamiennym murkiem, a węgłem chaty, było istnym kabaretem. Sapałam, żonglowałam siatkami i błogosławiłam swój spadek wagi, a co za tym idzie i obwodu. Pięć lat temu na bank bym się z tymi siatami zaklinowała. A tym razem dałam radę, po czym rzuciłam siatki na wejściowe kamienne schody i krytycznie popatrzyłam na buty. Oblepiała je masa błota. Nie było wyjścia, musiałam je  ściągnąć i na bosaka wejść do domu.  Zaniosłam siatki do chałupy, obdrapałam buty z co najmniej kilograma błota i postawiłam w sieni na gazecie. Gdy następnego dnia chciałam je ubrać, okazały się mokre aż do wyściółki. Tym razem musiałam wskoczyć w jesienne obuwie, a biedny " corpus delikti" wybebeszyć i postawić w kotłowni do wysuszenia.



 
 
Gdy w sobotę popatrzyłam w okno, zaskoczył mnie stok oprószony śniegiem. Spojrzałam na termometr. Temperatura powietrza znacząco spadła. Zaspana poszłam do kuchni. Przygotowując śniadanie oglądałam przez okno pobielony stok. A tam ruch jak w Koźlu na Piastowskiej przed okresem pandemii,  gdy przed godziną ósmą rano rodzice przywozili dzieci na zajęcia szkolne, dziadkowie i babcie kurcgalopkiem gnali do Biedronki, Lidla, Aldika aby wyhaczyć coś tańszego, a osoby w wieku produkcyjnym szły, czy też  jechały do pracy. Tak oto przed naszym kuchennym oknem ruch w powietrzu zrobił się duży. Do stołówki przyleciało całe stado sikorek.  Jedne zajadały się słonecznikiem, inne wydziobywały smalec spomiędzy oczek siatki zawieszonej na gałęzi. Jeszcze inne grzecznie na gałęziach czekały na swoją kolejkę. Wcześniej z okien łazienki widziałam drozdy stadnie wydziobujące czerwone owoce irgi. Pod świerkami rosnącymi koło ogrodzenia widać było ciemne cienie ptaków, które myszkowały w poszukiwaniu czegoś smacznego na śniadanko. Gdy do karmnika przyleciała para dzwońców, odgoniły sikorki i same pałaszowały co lepsze ziarenka.Wydziobały wszystko i odleciały. Uzupełniliśmy zapasy i sikorki wróciły.  I wtedy pomyślałam, że zachowanie ptaków wskazuje na zmianę pogody. Skończyły się roztopy. Idą opady śniegu i mrozu, bo w końcu dopiero mamy luty. I jak w przysłowiu czekają nas siarczyste mrozy.  Rejestrując się telefonicznie na coroczne badania do okulisty do Przemyśla, nie przewidziałam aż takiej zmiany pogody. Dziś zrobiło się na drogach bardzo ślisko. Sypie zmarzniętym śniegiem. W najbliższych dwóch dniach mają być obfite opady śniegu. Obawiam się, że będziemy musieli wizytę przesunąć. Tylko na kiedy?

 





 

 

poniedziałek, 1 lutego 2021

Zimowe rozmaitości

 

Wczoraj skończył się styczeń. Jedną dwunastą roku mamy za sobą. Jesteśmy w połówce zimy. Za oknem szaro, temperatura -7 stopni Celsjusza.

        Z wielką nadzieją wchodziłam w ten rok i nadal wierzę, że wszystko co złego wydarzyło się w ubiegłym roku, w bieżącym zamieni się na dobre, a zła passa świata odwróci się. I mimo, że jestem osobą dosyć cierpliwą,  nie mogę się tego doczekać. Na dodatek gdy korzystając z zimowego czasu zabrałam się za czytanie pięknych i mądrych książek, okazało się, że niestety są mocno dołujące. Ostatnia, którą przeczytałam to " Historia pszczół". Przepięknie napisana opowieść o udomowieniu tych owadów, rozpropagowaniu pszczelarstwa, a także o zanieczyszczeniach świata pestycydami, które to zapoczątkowały proces wyginięcia pszczół. Nakreśla wizję głodnego świata. Ludzie odkrywają, że przeżyły pojedyncze egzemplarze pszczół i starają się je uratować oraz zasiedlić nimi ziemię . To książka, która stara się pokazać, do czego prowadzi zachłanność i grabieżcza natura człowieka, ale daje nadzieję, że jednak ten proces można odwrócić. Książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Po przeczytaniu sięgnęłam po kolejną książkę tej pisarki " Błękit" . Dopiero przeczytałam kilkadziesiąt stron. Na  razie zorientowałam się, że pokazuje nam świat już po znacznym roztopieniu się lodowców. Jest to świat suchych kontynentów i ludzi szukających miejsca do przeżycia. Czyli czytam kolejną piękną, acz dołującą książkę. Patrząc zdroworozsądkowo powinnam ją odłożyć na bok ale czy dobrym rozwiązaniem jest chowanie głowy w piasek? Nie jestem strusiem i chcę przynajmniej  resztę życia przeżywać świadomie. Już samo zrozumienie problemów jest dobrym startem do ich rozwiązywania. Świat bowiem jest taki, jakim go budujemy. I odkryłam, że depresyjne myśli spowodowane są najczęściej przez uczucie bezsilności, czyli efekt po  tzw. kopaniu się z koniem. Nie tędy droga. Nie mamy końskich kopyt ani jego siły.


Parę dni temu dowiedziałam się, że dużo młodsza ode mnie koleżanka, matka nastoletnich dzieci, której mąż chciał dorobić za granicą do skromnej państwowej pensyjki, została wdową. Wiadomo iż uczące się dzieci potrzebują  dużo więcej, niż maluchy, a studiujące jeszcze więcej. I niestety przy tym dorabianiu mężczyzna zmarł na zawał. Powstała kwestia przytransportowania zwłok do Polski. I tu dzięki szybkiej składce znajomych kobieta mogła zorganizować pogrzeb i pochować męża w Polsce. Nie było mowy aby pomogło jej w tym Państwo, a rzadko kto ubezpiecza się na życie wraz z przywozem zwłok, bo większość ludzi nie przypuszcza, że zemrze, gdy na szybko wyjadą za granicę, by trochę dorobić do budżetu domowego. Jak to dobrze, że w wielu jest sporo empatii i chęci pomocy.  A tak mi się wydaje, że im więcej wokół pazerności , bezduszności i  materializmu, tym bardziej uświadamiamy sobie potrzebę przeciwstawienia złu, poprzez podzielenie się z bliźnimi tym, co mamy. Chcemy ulżyć,pomóc. 

Od kiedy powstała Orkiestra Świątecznej Pomocy kibicuję temu oddolnemu ruchowi. Jeszcze wtedy, gdy była ona mało popularna i niezbyt wierzono, że pojedynczy ludzie coś mogą zdziałać, moja córka, która była wtedy nastolatką, biegała po Koźlu ze skarbonkami WOŚPu. Obserwowałam jak  z roku na rok ilość zbieranych pieniędzy rośnie, jak bardzo rośnie potrzeba tego corocznego szaleństwa szczodrobliwości. Myślę, że oprócz dóbr finansowych, które zamieniane były na specjalistyczne sprzęty medyczne, wyposażenia szpitalne, daje ona ludziom wielką nadzieję, że w grupie nie zginą, że ten nasz świat nie jest całkiem do bani. Człowiek może liczyć na drugiego, zwykłego człowieka i ze swoim nieszczęściem, jakim jest choroba nie pozostaje sam.I tu widzę światełko w tunelu, czyli namacalny potencjał tkwiący  w ludziach. Wystarczy tylko uruchomić drzemiącą w nich empatię, tę najważniejszą cechę człowieczeństwa aby uruchomiła inne prawdziwe wartości. 

W niedzielę pojechaliśmy do Leska aby znaleźć ludzi z puszkami WOŚPu. I nie rozczarowaliśmy się. Stali przed Słodkim Domkiem. W pięknych historycznych strojach zbierali do puszki datki na sprzęt laryngologiczny do szpitali przeznaczonych dla dzieci.

 

Porozmawialiśmy z wolontariuszami. Kupiliśmy w Słodkim Domku parę kawałków kostki piernikowej i pojechaliśmy na tradycyjną niedzielną wycieczkę. Skierowaliśmy samochód do Ustrzyków Dolnych. Chcieliśmy zobaczyć, gdzie w Zimowej Stolicy Podkarpacia są wyciągi narciarskie i trasy zjazdowe. W tym roku nasza rodzinka nie będzie mogła zjeżdżać ze stoków, ale może w przyszłym? Dobrze jest znać takie miejsca. Obserwując krajobrazy dojechaliśmy do Ustrzyków Dolnych, minęliśmy je i dojechaliśmy do Brzegów Dolnych. Tam skręciliśmy w pierwszą drogę w lewo w kierunku Dźwiniacza i Wańkowej. Za greckokatolicką cerkiewką z 1844r.  na naszej trasie pojawiła się  droga w lewo. Wiodła ona do stacji narciarskiej Kamienna Laworta. Z samochodu widać było na mocno ośnieżonym  stoku nieczynny wyciąg narciarski. Pojechaliśmy dalej w stronę wsi Łodyna, gdzie minęliśmy drewnianą, zabytkową cerkiewkę greckokatolicką z 1862r. Droga przez Łodynę była biała, zaśnieżona, ledwie rozgarnięto śnieg na dwie strony i była na jeden samochód. Ciężko było minąć się z samochodem ciężarowym, który miał przed sobą podniesiony pług. Musieliśmy zjechać w bok i skorzystać z wjazdu do cudzego obejścia. Jadąc dalej, zajechaliśmy wąską drogą do Dźwiniacza Dolnego. Stamtąd przez Wolę Romanową, Serednicę, gdzie w ubiegłym roku widzieliśmy rezerwat cisów, udaliśmy się do Wańkowej. Na całej trasie wszędzie panowała prawdziwa, śnieżna zima. Dojeżdżając do skrzyżowania w Wańkowej, gdzie skręciliśmy w lewo, aby pojechać w kierunku Olszanicy, zobaczyliśmy na odeskowanej ścianie wielkie biało-czarne malowidło, przedstawiające trójkę ludzi. W drodze do Ustrzyków podobnie namalowaną postać odkryliśmy w miejscowości Ustianowa na drewnianej przydrożnej budce w pobliżu przejazdu kolejowego. Zrobiła się piękna słoneczna pogoda. Wokół nas przesuwały się białe i błękitne krajobrazy, bo niebo miejscami zabarwiało śnieg na niebiesko. Przez Olszanicę Uherce Mineralne wróciliśmy do Bóbrki.






 W ramach tzw. dużych mocy przerobowych i wolnego czasu w ubiegłym tygodniu postanowiliśmy spróbować zrobić podlaski smakołyk, czyli kiszkę. Po ostatniej białej kiełbasie pozostały nam jelita, dokupiliśmy trochę chudego boczku, ziemniaków, cebuli, jajek. Z internetu ściągnęliśmy przepis na kiszkę i zabraliśmy się do roboty. Jędrek pamiętał, że jego rodzice coś takiego parę razy w jego życiu  zrobili. Gdy był chłopcem, zawsze pomagał matce przy pitraszeniu . Tym razem był głównodowodzącym. Ja pełniłam rolę kuchcika. Kiszka wyszła smakowita. Smakowała wybornie na ciepło i na zimno. Czyli znowu pierwsze koty za płoty. Jest z nią trochę roboty ale było warto. Pewnie wejdzie w nasz popisowy jadłospis.

 







I na koniec wątpliwa niespodzianka. Zawitał do naszej sypialni wtyk amerykański.  Czyli owad z rodziny pluskwiaków, który lubi stare drzewo. Zrobiliśmy osobnikowi zdjęcie, internet wyświetlił nam jego nazwę i wiadomość, że zdarza się już na terenie naszego kraju. To owad inwazyjny. Mam nadzieję, że z jego kolegami już się nie spotkam. Jest obrzydliwy!