wtorek, 19 listopada 2019

Fuerteventura na życzenie - dłuuuuugi post. cz.1.

        Przed podróżą trudno było mi  z wrażenia zasnąć . O ósmej był wylot z Katowic, a musieliśmy dwie i pół godziny przed wylotem stawić się na lotnisku w Katowicach.  Trudno nam było znaleźć zamówiony parking. Wokoło panowała ciemna noc. Pomimo  samochodowej nawigacji ulica , na której mieścił się strzeżony parking była niewidoczna. Znikała w chwili, gdy potencjalnie się do niej zbliżaliśmy. Przynajmniej tak informowała mnie dodatkowa nawigacja z mojego telefonu. Nie dowierzałam nawigacji samochodowej, bo już nie raz wyprowadzała nas na manowce. W końcu udało się namierzyć parking. Jednak dyżurka obsługi, choć oświetlona była pusta. A czas nam uciekał. Po dziesięciu minutach, które wydawały się wiekiem, przyjechał busik i pan kierowca wskazał nam miejsce parkowania, załadował nasze bagaże do swojego samochodu i podwiózł nas pod lotnisko. A tu ogonek podróżnych wił się, jak leniwy wąż, centymetr po centymetrze w kierunku stanowisk odprawy celnej i paszportowej. Już zaczęto odprawiać turystów wylatujących na Fuerteventurę. Oprócz Polaków stali też obcokrajowcy, a szczególnie słyszałam mnóstwo Czechów, którzy opowiadali o swoich corocznych wyprawach właśnie na tę wyspę, wymieniając hotele i miejscowości gdzie już odpoczywali. W końcu z Katowic do granicy czeskiej jest bliziutko. Odprawa podróżnych i bagaży szła sprawnie. Trochę denerwowałam się z powodu stymulatora serca mojego męża, bo wiedziałam, że nie może przechodzić przez bramkę wyłapującą metal. Miał osobną odprawę. Ale i tu poszło sprawnie i bezboleśnie. 
        --  A więc klamka zapadła. Będziemy lecieć na te dalekie Kanary.-- pomyślałam w popłochu, bojąc się długości lotu i swoich puchnących nóg. Pomna zapewnieniom mojej siostrzenicy, że przeciw-żylakowe podkolanówki pomagają, założyłam " antygwałtki" ( ciekawe, kto wymyślił dla nich taką nazwę), ale i tak w głowie miałam wizję spuchniętych i wyglądających niczym serdelki swoich odnóży dolnych, bo ściągacze pokolanówek piły mnie lekko pod kolanami. I w takim stanie ducha weszłam na pokład samolotu. Podróż dłużyła się. Przez całą drogę towarzyszyły nam liczne turbulencje, tubalny rechot Czecha, który z kolegą w ciągu lotu opróżnił cały pokładowy barek z  zapasu białego wina, płacz maluchów, zmęczonych i unieruchomionych pasami na kolanach matek. Próbowałam usnąć, ale mimo zmęczenia wybudzałam się przy kolejnym ryku tubalnego Czecha. Miał dziwnie donośny i piskliwy głos. Brzmiało to tak, jakby był aktorem i głośno , z przejęciem ćwiczył rolę przed towarzyszem podróży. Myślę, że zarówno mnie jak  i maluchów ten przeraźliwy głos w ten sam sposób wybudzał z kolejnej drzemki.Powodował wewnętrzny lęk i dygot serca. W końcu zrezygnowana zaprzestałam snu. Po jakimś czasie poinformowano nas, że przelatujemy nad Gibraltarem. Okienko samolotu miałam po lewej stronie, dwa fotele dalej, bo usadowiono mnie przy przejściu. Z drugiej strony siedział mój mąż. Wstałam i spojrzałam w jasny otwór okienka. Rzeczywiście  w dole pomiędzy licznymi białymi kłakami chmur prześwitywały rudobrązowe plamy skał, a później ciemne, czasem spienione, bo rozbijające się o brunatne krawędzie falbanki wody .  Wolno opuszczaliśmy niebo nad Europą i kierowaliśmy się nad ciemny bezmiar oceanu. Z utęsknieniem z lewej strony wypatrywałam wybrzeży Afryki. Myślałam, że choć przez chwilę spojrzę na  wybrzeże Maroka, ale chmury zgęstniały, a turbulencje znowu wzrosły i przygwoździły nas do foteli. Podobno od Afryki wiał silny wiatr.  Tak było aż do wybrzeża Fuerteventury, kiedy to samolot zaczął gwałtownie się zniżać, aż opadł na płytę lotniska i ostro wyhamowywał.  Wreszcie poczuliśmy pod kołami twardy grunt.  Lotnisko nas zaskoczyło. Było duże, nowoczesne, a toalety czyściutkie i pachnące. W holu lotniska , w placówce Itaki kazało się, że do Oasis Papagajo jedziemy tylko my. Reszta pasażerów rozpierzchła się w tłumie, gdzieś po peronach dworca autobusowego przylegającego do lotniska.  Odszukaliśmy nr stanowiska i autobusu podany przez pracownika Itaki. W dużym autobusie siedziały dwie osoby. Jakaś ciemnoskóra kobieta i zaniedbany mężczyzna.  Po chwili do autobusu podszedł kierowca. Jędrek próbował nawiązać z nim dialog w języku francuskim, niestety ten władał jedynie hiszpańskim. Szczątkowym angielskim poinformował, że nazywa się Otel, co po francusku oznacza hotel. W końcu na migi i szczątkowym angielskim jakoś dogadaliśmy się. Podjechaliśmy pod sam hotel Oasis Papagayo w miejscowości Carolejro. Droga do Carolejro była monotonna. Po obu stronach terenu przylegającego do jezdni widać było jedynie wielkie kopce brązowych wygasłych wulkanów , a miejscami nadmorskie wąskie paski piaszczystych plaż. Mżyło.











 Gdy wysiedliśmy ujrzeliśmy wielką kępę egzotycznej roślinności, a wśród niej otwarte oszklone drzwi jasnego budynku, a nad nimi nazwę hotelu. Otoczenie rzeczywiście było adekwatne do jego nazwy. Wielka  zielona, kwiecista oaza na  piaszczysto- kamiennej powierzchni miasta. Zachwycające rośliny niby kolorowe motywy utkane wraz z zielenią palm, bananowców, daktylowców. Po załatwieniu formalności, rozmowie z Czechem, który w tym dniu miał dyżur w recepcji, dostaliśmy do ręki klucz i mapkę całej oazy z zaznaczonym kółkiem naszego apartamentu i drogą , którą należało dojść do domku. Wyszliśmy na wskazaną ścieżką. Z wysokości pierwszego piętra widzieliśmy zieleń i i jasne wstążki ścieżek. Przed nami była istna dżungla, w którą wkomponowane były piętrowe domki w stylu marokańskim w kolorze ugru. Chodnik wił się w dół i rozdzielał na wiele ścieżek. Odszukaliśmy właściwą drogę. Drogowskazy z numerami apartamentów pomagały w orientacji. Wiał silny ciepły wiatr. Z ciekawością wchodziliśmy do naszego apartamentu składającego się z trzech pomieszczeń; przestronnego salonu z rozkładaną sofą, fotelem, ławą, komódką na której stał telewizor,  dużej, wykafelkowanej łazienki z wielką wanną zasłonką umożliwiającą szybki prysznic, toaletą, ogromnym lustrem, umywalką. Wszystko było nieskazitelnie czyste. Trzecim pomieszczeniem była sypialnia z szafą, ogromnym łóżkiem, biureczkiem, kutym krzesełkiem, dwoma szafkami nocnymi i ławą. Przedpokój mieścił duży aneks kuchenny z lodówką, elektryczną płytą kuchenną, kuchenką mikrofalową , zlewozmywakiem i rzędem wiszących oraz stojących napełnionych naczyniami i garnkami szafek.  Gdyby nie  wchodzące w cenę wycieczki 3 posiłki w restauracji, możliwość dojedzenia w barze nad basenami, czy w barze wieczornym obok recepcji, można byłoby nieźle sobie dać radę na własnym wikcie. W restauracji w porach posiłków czekałam na egzotyczne, marokańskie potrawy, szczególnie tadżin, o którym czytałam, ale go nie jadłam. Niestety jedzenie rozczarowało mnie. Potrawy  były przygotowywane typowo pod Anglików. Szczególnie śniadania, z fasolą, bekonem wysmażonym na tekturę i frytkami przeze mnie były nie do przełknięcia. Jedzenie podawano w formie bufetu. Odszukałam płatki owsiane, daktyle, rodzynki i miód. I jak w domu zalewałam płatki wrzącą wodą i sypałam do niej dodatki. Bardzo słabo było z jarzynami i owocami oraz o dziwo z rybami. Królowały puddingi, ciasta z bitą śmietaną i kremem.  Stwierdziłam, że kuchnia grecka zdecydowanie jest bardziej w moim guście. Zatęskniłam za bardziej urozmaiconymi jarzynami i owocami. Jednak mimo wybrzydzania i stękania, że znowu to samo, wychodziliśmy najedzeni. Po spotkaniu z rezydentką zrozumieliśmy, że nie dla nas zbiorowe wycieczki. Pożyczyliśmy samochód, bo ceny benzyny i wypożyczenia auta były w miarę niskie i zaczęliśmy samodzielnie z mapą zwiedzać wyspę. Aby przejechać ją wzdłuż i wszerz wystarczyły dwa dni. Cała wyspa liczy około 100 tysięcy mieszkańców. Jest tu istna mieszanka ludzi z całego świata, oczywiście oprócz Hiszpanów i autochtonów. Wszyscy, bez względu na kolor skóry, obywatelstwo, narodowość i wyznanie żyją ze sobą w zgodzie.  Tyle samo na wyspie hoduje się kóz. Jędrek wypożyczył na dwa dni rower.  I sprawdziliśmy jak to jest poza ogrodzeniem naszej oazy.

Takie cztery baseny były na terenie naszej Oasis Papagajo.
W Oasis mieszkały koty. Pewnie należały do obsługi. Mimo takiego samego wyglądu są zupełnie inne niż nasze kotki. Niezależne, pogardliwie odnosiły się do głaskania, prychając i odchodząc w bok.
Pierwszego dnia, gdy jeszcze nie byliśmy zmotoryzowani, postanowiliśmy zobaczyć naturalny park przyrody, wielkie kilkumetrowe wydmy i plażę nad oceanem. Wiało tak, że zwiewało mi okulary i kapelusz.  Musiałam przywiązać go szalem. Wiatr był porywisty, gorący.

                                            



Rezerwat przyrody.

W drodze na plażę.

Po drodze widzieliśmy na chodnikach rozdeptane dojrzałe daktyle. Spadały z daktylowych palm, które rosły obok chodników.

To kawałek plaży z rachityczną , zeschłą roślinnością.

Tablica przed wejściem na teren parku. Park, to częściowo zarośnięte wydmy.

Tak wygląda wybrzeże we  wschodniej stronie wyspy. Pełno tu na dnie skał, jeżowców i meduz.

 
W porcie w Coralejro.












Przez pierwsze dni chodziliśmy i jeździliśmy po okolicy naszego portowego miasteczka. Nasz hotel  mieścił się na obrzeżach . Blisko był ogromny park wodny i wiele hoteli podobnych do naszego .Do samego miasta mieliśmy około 2 kilometrów. A w mieście było tak, jak i u nas w miejskich aglomeracjach.  Długa, parokilometrowa główna ulica ze sklepami, galeriami handlowymi, restauracjami, kawiarniami, na której kłębił się różnorodny tłum turystów i mieszkańców. Były sklepy znanych kosmetycznych i odzieżowych marek, a także małe sklepiki z pamiątkami oraz wszechobecną chińszczyzną. W kawiarenkach można było napić się doskonałej kawy z mleczkiem kokosowym . Była podawana w malutkich szklaneczkach mocna, gorąca, dwuwarstwowa i strasznie słodka. Smak jednak  miała niesamowity; głęboki  i aksamitny jak jedwab. W portowych knajpkach królowały dania na grillu i mieszanki soków z lodem. Ja zasmakowałam  w świeżym soku z ananasa i wszędzie próbowałam go zamawiać. Pod koniec pobytu wiedziałam, gdzie dają nierozcieńczany, świeży i ożywczy. Lubiliśmy schodzić wąskimi uliczkami  w stronę oceany i siadać na ławkach na nabrzeżu. Przyglądać się wyspom i oceanowi. Na wodach królowali serferzy. Plaże były pustawe, nie widziałam w wodzie  innych kąpiących się ludzi, jak tych  na deskach.
Gdy w końcu pożyczonym autem udaliśmy się dalej, na południe od Coralejro, po drodze mijając  stolicę Fuerteventury, widzieliśmy, że  po drodze krajobraz był strasznie monotonny.  Kamienista, spękana nieurodzajna ziemia. Przeważał kolor cynamonowy. Od tego koloru pochodzi nazwa gór, przez które przeprawialiśmy się zwiedzając wyspę. W niewielu miejscowościach były miejsca do zwiedzania. Pusta, prawie nie zarośnięta  kamienista gleba wykarmia przeważnie kozy. Wprawdzie są małe enklawy, gdzie hodowane są jarzyny i pomidory, ale jest ich mało. Tak jak i hodowle kóz przeważnie mieszczą się w głębokich  jamach  rozkopanych wulkanów. Z drogi ich nie widać.












Widzieliśmy kilka starych fasad kościołów z XVI wieku, które są przeważnie na głucho zamknięte. Pozostałość po pierwszych hiszpakolonistach. którzy próbowali chrystianizować wyspę.






                                                                              Cdn.








czwartek, 14 listopada 2019

Spacer po Krakowie

        Na kominku płonie ogień. Za oknem ciemno, choć dopiero szesnasta. Mży. Na zewnątrz około 9 stopni.  Zwyczajna listopadowa pogoda, chociaż wczoraj o dwudziestej było  w Bóbrce dwadzieścia stopni w plusie. Pośpieszne pranie, które zrobiłam zaraz po wtorkowym przyjeździe z Krakowa, wyschło na tarasie w okamgnieniu, jakby to nie była końcówka jesieni, a letni dzionek. Podobno aura  w ostatnim okresie podzieliła Polskę na dwie części. Przez dwa dni byliśmy na granicy tego podziału i wraz z Krakusami świętowaliśmy 11 listopada. We wtorek przemieściliśmy się w stronę cieplejszej krainy, zostawiając za sobą przygruntowe przymrozki i 6 stopni w ciągu dnia.
 Od dawna umawiałam się z kuzynką, że wreszcie odwiedzimy ją i jej męża na dłużej niż parę godzin i wspólnie powędrujemy po starym Krakowie. Bardzo lubię Kraków, Sukiennice,Wawel, stare uliczki gdzie z każdej kamienicy wyziera polska historia, Kazimierz... Z wiadomych względów nie udało mi się w ostatnim roku  powędrować po krakowskim Rynku, przysiąść w kawiarence i napić się pysznej kawy oraz zagryźć ją sernikiem krakowskim. Teraz, po przyjeździe z Furteventury wykroiłam  czas. W czasie długiego weekendu , w sobotę pojechaliśmy do Nowej Huty. Na autostradzie nie było już tak tragicznie. Widać większość z tych, którzy zamierzali wyjechać, zrobiła to w piątkowe popołudnie lub wieczór. Dojechaliśmy szybko. Krysia czekała na nas z utęsknieniem, garem rosołu, pieczoną gęsiną, wielkim talerzem pysznego ciasta  i nerwowym mężem. Zostaliśmy przez nią przyjęci po królewsku i staropolsku. Z Krysią łączy mnie wiele wspomnień z dzieciństwa. W rodzinnej wsi naszych ojców często spędzałyśmy wakacje. Wraz z kuzynostwem bawiłyśmy się , pracowałyśmy...Wróciły wspomnienia nieudolnych prób palenia  pierwszych papierosów, kręconych ze świeżo suszonych liści tytoniu, które wcześniej obrywałyśmy, potem nabijałyśmy je na druty, a które rozwieszone na stodole suszyły się, niczym brązowe korale. Latem wystrojone nimi były wszystkie drewniane budowle we wsi. W co zasobniejszych gospodarstwach sznury z tytoniem trafiały do specjalnie wybudowanych suszarni. Jednak sam proces obrywania i nabijania liści wszędzie był taki sam. I ja wraz z kuzynkami obrywałam dolne i dodatkowe liście na łodygach kwitnącego tytoniu. Rośliny wydawały z siebie lepki sok, który osiadał na naszych dłoniach,  ubraniach i włosach. Był trudny do usunięcia. Mimo szorowania włosów mydłem, żółtkiem, płukaniu ich wodą z octem, chodziłyśmy w tym czasie z lepkimi, ulizanymi fryzurami. Spałyśmy w stodole na sianie, pasłyśmy krowy i za stodołą w ukryciu paliłyśmy prymitywne  papierosy zawinięte w skrawki codziennych gazet, co dla nas, miastowych było nie lada atrakcją. Patrzyłam teraz na twarz mojej kuzynki, starając się wskrzesić szczęśliwe, beztroskie chwile naszych dziecięcych spotkań. Powspominałyśmy naszych zmarłych rodziców, dziadków, innych krewnych. Pooglądaliśmy zdjęcia, wymienialiśmy się wspomnieniami, poglądami.
Kuzynka, wcześniej zawsze bardzo pogodna, w ostatnim czasie wyraźnie przygasła. Troski dnia codziennego wygięły jej kąciki ust ku dołowi. Dużo starszy mąż, który nie radzi sobie z powolnym zanikiem pamięci, procesem starzenia nie ułatwia jej życia. Na swoje barki dodatkowo zarzuciła sobie ciężar opieki nad starą ciotką, mieszkającą z uzależnionym od alkoholu, bezrobotnym  synem. I nie daje sobie z tym wszystkim rady. Zaczęłam mieć mieszane uczucia co do trafności swojej decyzji dotyczącej wizyty...  Krysia twierdzi, że nasze odwiedziny wniosły w ich dom wiele radości i wybiły ich życie przynajmniej na te dwa i pół dnia z szarości,  nudy i rutyny. Być może psychicznie Krysia poczuła się lepiej, jednakże wyraźnie czułam, że Jej mężowi zaburzyliśmy  codzienne nawyki oraz rytm dnia. Z bliska wyraźniej widać, że czas zaatakował go bezlitośnie. Ze smutkiem pomyślałam, że już nie zdecyduję się na nocleg w ich domu, bo zaczyna być to dla męża Krysi problemem. Spotkania w Krakowie muszę ograniczyć do paru godzin. Za to serdecznie zaprosiłam ich do chaty. Przyroda i duża przestrzeń chaty bardziej sprzyja spotkaniom.
W Święto Niepodległości pospacerowaliśmy po Krakowie.Wszędzie słyszałam cudzoziemców, którzy z polskimi chorągiewkami w rękach, w krakowskich wiankach na głowie  wraz z mieszkańcami Krakowa świętowali , przechadzając się pod Sukiennicami. Zwiedzali i obserwowali pochód Krakowiaków, tłoczyli się w pobliskich restauracjach. Mimo tłoku znaleźliśmy miejsce w jakimś barze piwnym umieszczonym w głębokich podziemiach Krakowa. Zjedliśmy tam pyszny obiad, popiliśmy piwem bezalkoholowym , a na deser poszliśmy na pitną czekoladę i kawę do Noworolskiego. Wystrój baru gdzie jedliśmy obiad był siermiężny, typowo piwniczny. Ściany ze starej , surowej cegły, łuki, piaskowiec, ławy, zydle przypominały dawny, średniowieczny Kraków. A u Noworolskiego siedzieliśmy na białych , delikatnych giętych fotelikach. Meble i kanapki , tapety, obrazy oraz lustra składały się na elegancki wystrój XIX wiecznego salonu. W barze jedliśmy na deskach, szarym papierze , a w kawiarni piliśmy kawę z delikatnych maleńkich białych filiżanek.  W ciągu dwóch godzin wehikuł czasu przewiózł nas przez parę wieków. Łezka się w oku kręci! Tak pięknie w tym roku świętowaliśmy niepodległość.
I był hejnał z Wieży Mariackiej, szpaler ułanów, mnóstwo biało-czerwonych flag. A później było spotkanie u kolejnej kuzynki, a później długi wieczorny spacer ulicami Nowej Huty wśród spadających z drzew złotych liści.
Dziś to już tylko kolejna kartka do  pamiętnika.

piątek, 18 października 2019

Zaszalałam i co z tego





        Przywitałam ranek 17-go października  potężnym ziewaniem. Gdyby nie potrzeba fizjologiczna , to nic nie wygoniłoby mnie z łóżka przed dziewiątą. Poranek był jakiś szary. Zaspana poszłam do dziennego pokoju i zastanawiałam się, czy wracać pod ciepłą kołderkę, czy dogorywać na sofie. Szare komórki jakoś słabo kręciły się ale po paru łykach wody nabrały tempa. Mata stojąca w kącie łazienki przypominała o codziennym pillatesie. W pierwszej chwili pomyślałam, że odpuszczę i zrobię sobie dzień wolnego, bo w końcu w swoje urodziny mogę sobie zrobić taki prezent, ale po namyśle zrezygnowałam z obijania się, wskoczyłam w leginsy i bluzeczkę . Przecież to dla zdrowia!  Zaczęłam swoje fikimiki, jak to mówi Jędrek, ale po pierwszych ruchach usłyszałam dźwięk telefonu. I mrugającą kamerkę. Spojrzałam na wyświetlacz. To dzwoniły moje pracowe koleżanki. Zarejestrowałam tylko, że jestem rozczochrana i odebrałam połączenie. Usłyszałam " sto lat" odśpiewane kilkugłosowym sopranem. Na ekranie zobaczyłam uśmiechnięte buźki,a  poniżej siebie rozczochraną, jakby piorun strzelił w rabarbar. Ale niespodzianka! Miła, sympatyczna, a ja "taka nieubrana"! I tak z przytupem zaczęłam dzień, bo zaraz były kolejne telefony, sms-y. Ach, jak przyjemnie! Po pierwszej fali nastała cisza. Jędrek jeszcze pochrapywał w sypialni, więc ponownie zaczęłam pillates i udało mi się odbębnić 50 minut w jednym ciągu, zanim  nadeszła fala wtórna. Przy ostatniej rozmowie, widać głośniejszej, mojego ślubnego wywlekło z sypialni, a słoneczko wyłoniło się zza drzew i rozzłociło naszą Wyluzowaną.
Świat rozjaśnił się od gorących życzeń i promieni październikowego słońca. Zaraz robi się milej na sercu, gdy wiesz, że mimo odległości gościsz w cudzych myślach, pamięci. Moja córcia zadzwoniła wraz z najmłodszą latoroślą, gdy tylko odebrała delikwenta z przedszkola.
        -- Babciu, a dlaczego nie jesteś w mieście i nie mogę przyjechać do ciebie na urodziny? -- zapytał czterolatek. -- Mama nie chciała teraz jechać do Bułki. Ty musisz na urodziny przyjeżdżać do miasta, bo ja nie mam komu składać życzeń.
W głosie malucha usłyszałam prawdziwy żal.
        --  To umówmy się, że jak dziadek będzie obchodził swoje imieniny, to przyjedziemy do miasta . Wtedy podłączę się ze swoimi urodzinami do jego imienin, a wy do nas przyjedziecie i będziemy  wspólnie świętować. Zgoda? -- wymyśliłam rozwiązanie.
        -- Mogę się zgodzić. -- z ociąganiem powiedział maluch -- Ale zaśpiewam sto lat najpierw tobie, a dopiero później dziadkowi. I będę bawił się w pokoju, gdzie najpierw mieszkał wujek, gdy był mały, a teraz ja się tam mogę bawić jego klockami i zabawkami dziewczyn. A wczoraj po południu  to powiedziałem ci ;dobranoc, pchły na noc, ale mama mi wytłumaczyła, że nie chodzisz tak szybko spać. Ja też nie chodzę. Dopiero  śpię wieczorem. Ja się pomyliłem i zapomniałem , że to nie wieczór.
No to babciu BU! -- krzyknął do słuchawki. Córka roześmiała się.
        -- Już pobiegł! Audiencja skończona! Dzieci są proste w obsłudze. Załatwiają swoje pilne sprawy, a później tracą całe zainteresowanie rozmówcą, nie marnują czasu na zbędne słowa.
Z dorosłymi jest różnie. Acha, oswoiłaś się już z myślą, gdzie wyjeżdżasz?
        -- Oswoiłam się, ale nadal jestem przerażona, że to tak daleko. -- roześmiałam się na samo wspomnienie uczucia paniki i  swojego zaskoczenia, gdy na mapie umiejscowiłam miejsce gdzie powinniśmy od 21-go spędzać nasz rocznicowy wyjazd.
        -- To nie patrzyłaś przed zapłatą za wycieczkę ? -- zapytała moja rozsądna córka.
        -- Myślałam, że wiesz, gdzie leżą Kanary. -- dodała.
        -- Ja też myślałam, że wiem. No i jakoś nie sprawdziłam. -- odpowiedziałam cicho , zawstydzona swoją głupotą.
Przez chwilę zastanawiałam się i próbowałam odtworzyć , jak to było...
              
Acha, był wieczór, 45 nasza rocznica dawno minęła. Zdążyliśmy przyjechać do chaty, pozałatwiać wiele bardzo pilnych spraw, a prezentu jak nie było, tak nie było. Wcześniej ustaliliśmy, że wspólnie zrobimy sobie prezent. Ma to być wyjazd na piękną wycieczkę. Parę osób namawiało mnie na wyjazd na Majorkę, bo niby jest to świetny okres na tą hiszpańską wyspę. Przyjaciółka nawet opowiadała mi o swoim kuzynie, który co roku o tej porze tam przebywa i chwali sobie te wyjazdy. Już od paru lat myślę o zwiedzeniu Hiszpanii. Bardzo chciałam zobaczyć ten kraj, budynki Gaudiego, parki, muzea, wystawy malarskie np. Pabla Picassa. O wszystkim gdzieś czytałam, ktoś opowiadał mi z zachwytem. Sprawdziłam więc wycieczki do Barcelony, Mardytu, tudzież innych znanych hiszpańskich miejscowości i jakoś nic mi nie podeszło. Część była nie na naszą kieszeń, część nie w tym terminie, poza tym sprawdziłam, że temperatura będzie podobna jak w Polsce. Nie, to nie to co chciałam! Nie wiem dlaczego, ale jakoś głupio zaparłam się na tę Majorkę. Gdzie ona się znajduje , wiedziałam. Ofert Last minute nie było albo nie potrafiłam ich znaleźć. Zostawiłam szukanie, zobowiązując do tego Jędrka.

 Sama zajęłam się pisaniem. A u mnie tak jest, że jak wchodzę w świat swoich bohaterów, to utykam w nim bez reszty. Mało przytomnie reaguję na real. Tak więc Jędrek szukał, a ja pisałam. Trwało to parę dni, a w zasadzie wieczorów. W końcu podawał mi różne oferty, ceny, nazwę hoteli, mankamenty i zalety, a ja wyławiałam te najlepsze i gdzieś w głowie na dodatkowym dysku rejestrowałam na potem. I tak fajnych ofert na ten rok zaczęło być coraz mniej, a pojawiały się na przyszłe wakacje.  Jednak z aktualnych ofert, z terminem wyjazdu po 20 października było parę, a jedna dość kusząca. Opinie klientów były raczej pozytywne. Wprawdzie nie była to Majorka ale hiszpańska wyspa, temperatura około 26 stopni, więc akurat. Nazwę kiedyś słyszałam, a cena nie taka znowu szalona. Pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie, to w tym roku wcale nie wyjedziemy, bo nam wszystko sprzątną sprzed nosa. Nie sprawdzając, powiedziałam aby Jędrek zarezerwował, załatwił rezerwację parkingu na lotnisku, ubezpieczenie zdrowotne i podał mi cenę, to później przeleję pieniądze. Mój mąż to zrobił. W pewnej chwili powiedział, że kliknął i pokazał mu się nasz bank, więc mogę u niego się zalogować i od razu załatwimy wszystko do końca. Podeszłam do jego komputera, myśląc o kolejnym dialogu w mojej nowej książce i machinalnie wykonałam wszystkie czynności związane z przelewem. I tak nabyliśmy wycieczkę. Gdy już oderwałam się od swojej książki i późnym wieczorem sprawdziłam nazwę  wyspy, to okazało się, że i owszem, jest ona terytorium Hiszpanii ale znajduje się nie na morzu śródziemnym, a na oceanie i lecąc do niej po lewej stronie miniemy Maroko. Odległość przeraziła mnie. Pięć i pół godziny lotu!  Ale klamka zapadła. Wycieczka wykupiona na Last minute. Stresuję się tym wyjazdem, jak cholera. W dodatku Bieszczady są teraz takie cudne i kolorowe. Żal  z nich wyjeżdżać. Wiem, że za moment zamiast kolorowych obrazów przed oczami pojawi się naga plątanina gałęzi, zacznie lać, ale teraz jest ciepło, spokojnie i barwnie. Aby podnieść się na duchu z natłoku różnych informacji wyławiam te, które pokazują  szczęśliwych ludzi na końcu świata, poznających naszą cudowną ziemię. Trochę pomagało.
Gdy wczoraj wieczorem zadzwonił mój zięć aby złożyć mi życzenia i przekazał telefon średniemu wnukowi , oprócz życzeń usłyszałam.
        -- Ale jesteś odlotową babcią. Zaszalałaś. Mama niedawno opowiadała mi, jak to wykupiłaś wycieczkę i nie sprawdziłaś, gdzie lecisz.Ale odjazd! Nikt nie ma takiej szalonej babci. Kocham cię.
        -- Ja też cię kocham! -- usłyszałam głos najmłodszego  -- I wszystkiego najlepszego, bo ci nie złożyłem życzeń, tylko zaśpiewałem sto lat!
 Ciepło mi się zrobiło na sercu. I pomyślałam, że co tam. Jak dla wnuków jestem odlotowa, to co z tego, że zaszalałam. Nawet , jakby to  był objaw początku demencji.

poniedziałek, 14 października 2019

Pozłacane chaty.

         Zapłonęły Bieszczady złotem jesieni. Na kopach gór, na stokach, w dolinach zrobiło się jeszcze bardziej przytulnie i swojsko. A ja znowu zapuściłam korzenie na stoku Kozińca, na Koniadowie . Czyli  od wtorku mieszkamy z powrotem  w naszej chacie.
Wtorkowego wieczora postawiliśmy walizki na posadzce dziennego pokoju , a gdy zapłonął ogień na kominku i wygnaliśmy z chaty największy chłód, znowu poczułam się, jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżała. Ostatni okres był u mnie czasem posuchy twórczej, myśli ciężkich jak kamienie. Trudno bowiem wypuścić na świat motyla, gdy zszarzał, a zwinięte, mokre i zmrożone skrzydełka przyciśnięte  są czarnymi myślami. Jednak czas  nie stoi w miejscu, a okoliczności przyrody rozjaśniają spojrzenie, podnoszą do góry kąciki ust.
Jesienne słoneczko wydobywa złoto, brązy, żółcie i czerwienie. Berdo i Koziniec są jak barwne bukiety.  Wszystko ze sobą jest dopasowane, panuje harmonia.  Moje myśli powoli tają , bo jak nie ulec pięknu świata. Znowu słyszę szum arnielskich skrzydeł nad naszymi chatami. Widać wróciły, aby pohuśtać się na czubkach drzew i przysiąść na szczycie dachu.
 Chaty zastaliśmy w doskonałej kondycji. Nawet nie trzeba było wiele pracy włożyć w ogarnięcie wnętrza aby było normalnie, domowo. Pobyt rozpoczęliśmy od wizyty zaprzyjaźnionej znajomej, która przyniosła ze sobą dobrą energię i mnóstwo  regionalnych ploteczek.
I zaczęliśmy znowu oswajać bieszczadzką rzeczywistość. Za sobą zostawiliśmy miasto , przyjaciół, znajomych, różne sprawy , a czasem i nienajlepsze myśli.
Dziś poniedziałek. Wczoraj była cudna pogoda, a więc postanowiliśmy na wybory podreptać drogą opadającą w dolinę. Spacer był piękny. W sumie w obie strony zrobiliśmy ponad 4 kilometry. Słoneczko grzało jak najlepszy kaloryfer, wody zalewu skrzyły się w jego promieniach. Zapach jesiennych liści wprost zniewalał. Pomyślałam sobie, że to kolejny pomysł na niesamowite perfumy. Nic nie jest w stanie tak działać jak zapach przyrody. Szłam poboczem, brodząc w szeleszczącym dywanie i uśmiechałam się. Z górki było lekko, a nogi same niosły. Niestety był i mankament tego spacerku. Pędzące samochody, które na jezdni robiły sobie tor wyścigowy. Kto szybciej, kto kogo wykoleguje, kto więcej wydobędzie ze swojego pojazdu spalin. Nikogo nie interesowały widoki, barwy, przyroda. Przysunięci do stoku Kozińca, na poboczu pozbawionym chodnika nie czuliśmy się bezpieczni. Droga wije się , zakręca, tworzy meandy. Wyskakujące w szalonym pędzie auta, których kierowcy mają bardzo mało czasu aby zauważyć pieszych, zareagować, odbić w bok, szczególnie, gdy mijają się auta pędzące z przeciwnych kierunków. Pomyślałam sobie, że to jakaś paranoja, bo większość  to byli przyjezdni, którzy w jakimś celu odwiedzają Bieszczady. To co? Czy już się naoglądali, nazachwycali? A może im wcale nie potrzeba pięknej przyrody? Traktują Bieszczady jak miejską siłownię, miejsce gdzie spalają


wrzucone w siebie kalorie?  A może to bardziej moda i chęć pokazania się znajomym, że coś robią, gdzieś wyjeżdżają, a Bieszczady są teraz modne. Przyglądam się czasami przyjezdnym , tzw. letnikom koczującym przed ciasno obok siebie usadowionymi domkami letniskowymi. Młodzi ludzie przyjeżdżają na weekend aby odreagować przy alkoholu, w innych okolicznościach przyrody. Tu alkohol smakuje lepiej. Kac nie jest tak dotkliwy. Część z tych ludzi czasem ogarnia się i wychodzi na szlaki ale to bardziej ci, którzy nie tylko przy alkoholu widzą odpoczynek. Jednak są i tacy, których pobyt w Bieszczadach zaczyna się w piątkowy wieczór na foteliku pod domkiem. Integrują się z sąsiadami niejednym kieliszkiem wódki, puszkami piwa, a kończą w niedzielny ranek na leczeniu kaca i trzeźwieniu, bo pod wieczór trzeba w drogę. A wtedy gnają  szybko, jak najszybciej. Pokazują możliwości swoich " mustangów". I nie myślą o tym, że ryczące jak stado diabłów silniki płoszą zwierzęta, zanieczyszczają świeże powietrze.  Bo już opatrzyli się tymi brązami, żółcieniami, spadającymi liśćmi, z którymi tylko kłopot, bo brudzą ich fury. Wiem, że w tym momencie ględzę jak stara baba, którą w końcu jestem. Ale moje marudzenie jest " na temat" i to bardzo ważny temat. Kocham naszą ziemię. Wzrusza mnie jej piękno, którego coraz mniej. Nie mogę pozbyć się żalu, że w końcu zabraknie go dla następnych pokoleń, bo zniszczyliśmy naszą planetę. I tak wyławiając myśli z huku przejeżdżających obok  aut nasuwa mi się jedno. Nie nauczyliśmy młodych dbania o miejsce, gdzie żyjemy. Często ich świat jest tylko smartfonowy, techniczny. To wyścig , ale dokąd? Czyżby wg zasady " po nas to choćby potop"?

 Ale już dosyć tych smętnych refleksji. Słoneczko grzeje, a ja siedzę na tarasie. Jest letnia temperatura. Podnoszę wzrok znad laptopa i widzę stada biedronek kołujących nad trawnikiem, które próbują znaleźć schronienie przed przyszłymi chłodami. Muszę uważnie zamykać drzwi do chałupy, aby nie powciskały się w różne zakamarki.
A teraz chciałam o czymś innym ale związanym z otoczeniem. Rankiem przywitał mnie specyficzny widok z okna dziennego pokoju.
Na pobliskiej łące sześć kruków lub wron pastwiło się nad padliną.
Dorodna sarna wpadła chyba pod koła rozpędzonego samochodu i została przez zwierzęta zawleczona na łąkę.  Drapieżniki rozpłatały jej brzuch, porozwlekały wnętrzności. Widać, że jakiś duży drapieżnik odgryzł nogę i poszedł gdzieś w ustronne miejsce by ją skonsumować, bo brak jednego udźca. Zwierzęta najadają się i robią miejsce innym. Skorzystała lisia rodzinka, którą obserwujemy na łące w czasie polowania na gryzonie, najadły się sroki... Każde ze zwierząt korzysta, najada się i odchodzi. Na koniec przyjdą mrówki i robaki.... Nic się nie zmarnuje. A swoją drogą jestem ciekawa tych większych drapieżników. Jędrek zrobił sobie punkt obserwacyjny na piętrze. Z okien pracowni świetnie widać część łąki.  Może dziś w nocy uda nam się podejrzeć te większe ucztujące zwierzęta. Przyroda jest fascynująca!
Szaleni weekendowicze wczoraj wyjechali z Bieszczadów. Zrobiło się cicho. Wystawiam twarz do słoneczka. Zalew znowu skrzy się , perli. Lekka bryza marszczy jego powierzchnię. Nad Berdem przelatuje jakiś wycieczkowy samolot. Taka mała awionetka. Znad powierzchni wody wystartowały łabędzie, metaliczny szum ich skrzydeł zaburza ciszę, podrywa do lotu dzikie kaczki.
Czuję, jak myśli wygładzają się. Już nie przypominają nastroszonego jeża, który parę dni temu przemknął przez jezdnię.
Moi wnukowie kochają naszą bieszczadzką posiadłość. Lubią tu przyjeżdżać. Szczególnie Kacper docenia przyrodę.  Zaraz po przyjeździe  przebiera się w swój bieszczadzki strój, na nogi wkłada odpowiednie obuwie i schodzi nad zalew. Wędruje jego brzegiem. Zwiedza stok, buszuje po Berdzie, obserwuje i łapie nastrój. W tym podobny jest do Jędrka, który też swoje pierwsze kroki kieruje na stok, nad zalew. Obydwaj są samotnikami, samotnymi obserwatorami przyrody. Kacper stara się propagować ekologię. Kocha zwierzęta i rośliny. Przerażały go pożary tropikalnych lasów , a jeszcze bardziej brak reakcji świata. Kacper jest wrażliwym i mądrym bardzo młodym człowiekiem.  Mam nadzieję, że nie zatraci tej wrażliwości w pogoni za dobrami , w wyścigu szczurów. 
Cieszę się, że wyścigi już nas nie dotyczą. Mogę spokojnie wystawiać twarzy do słońca, nie patrząc na zegarek. Mogę spokojnie trwać w niemocy twórczej i czekać na Wenę, która kiedyś przypomni sobie o mnie.
Znowu nad zalewem przemieszczają się łabędzie obwieszczając to głośnym klekotem. Stada biedronek oblazły belki tarasu.  Na pobliskiej łące sarnie truchło kruszeje w promieniach słońca. W nocy będzie uczta.  A drzewa płoną jesienią.  Iskierki liści pozłacają dachy.  I tak jest mi dobrze.