piątek, 1 maja 2009

dach nad głową

Trzy dni po przyjeździe z Bieszczadów otrzymaliśmy zdjęcie naszego domku. Już ma czerwony berecik. Panowie położyli dachówki i jest jak z bajki. Tydzień po przyjeździe do Koźla Jędruś pognał z powrotem na wschód. Po drodze kupił gąsiory , a potem starał się załatwić dachówki na drugą chatkę, ale okazało się, że nic z tego nie wyszło. Na dodatek musieliśmy szybko załatwić zwykły kredyt w PKO. Teraz mogą się wypchać kredytem mieszkaniowym! Trudno.
Wyszła nam całkiem inna wersja planów przyszłościowych. Za dwa tygodnie odwiedzimy po raz kolejny Bóbrkę i naszą chatkę. Nie ma wprawdzie wnętrza, tylko wielką, wolną przestrzeń, ale po woli wszystko będzie.Tteraz myślimy o przydomowej, ekologicznej oczyszczalni ścieków. Przecież jesteśmy w parku krajobrazowym, więc powinniśmy mieć wszystko ekologiczne. Może jakaś unijna dotacja się znajdzie... Trzeba pogrzebać w przepisach i internecie.

te zachody...

Do domu wyjeżdżaliśmy późnym wieczorem, po premierze sztuki reżyserowanej przez Grażkę. Teatr PARRA zagrał sztukę w Ustrzyckim Domu Kultury. Teatr PARRA jest teatrem dźwięku i światła. Młodzi ludzie wystawiają widowiska, dotyczące istotnych problemów współczesnego świata. Tym razem był to tzw. zły dotyk. Jeszcze teraz jestem pod wrażeniem widowiska.Temat był bardzo trudny, przedstawiony w sposób oszczędny w środkach, ale w taki sposób, że ciarki chodziły po skórze!...
Do domu przyjechaliśmy po północy.

oswojona dzikość


Pod skarpą ,na której stoją chaty, chciałabym, aby pozostała dzika przestrzeń leśna.Na razie jest parę brzózek i trochę innych drzew. Podosadzaliśmy trzy lipy, parę świerków i sosny. Za rok może znowu coś posadzimy. Skarpy zagospodarujemy w bardziej cywilizowany sposób. W ten sposób powstanę dwie przestrzenie; dzika i zagospodarowana, z enklawami kwiatów. Chodzę teraz po naszym kozieskim, cudnym ogrodzie i zastanawiam się , jakie drzewa i krzewy , a także byliny przenieść w Bieszczady. Na pewno irga dobrze wzmocni nam skarpy, a wistaria doda chatom kolorytu . Już nie mogę doczekać się, kiedy zniknie pustynia wokół domów i chaty otuli zielony szal drzew. Jak pomyślę sobie, że jeszcze daleko do nicianych, koronkowych firaneczek, to trochę mi smutno, ale cieszę się, że dwie chatki już stoją i jak dwie stare kumochy szepczą sobie ploteczki o bieszczadzkich czartach i biesach .A gdy się zmęczą, patrzą na siebie na berdo otworami na okna.

...z okienka

Jak miło popatrzeć z okna własnej chałupy! Jeszcze do szczęścia brakuje dachówek na chatkę Lucyny. Na naszą już mamy! A dno konta coraz bliżej. PKO dalej nie informuje , czy jest szansa na pożyczkę. Ostatnio porozmawiałam z aniołami, aby sprawę jakoś pomogły zakończyć, a może coś nam podszepną!

sobota, 25 kwietnia 2009

Na kłopoty...sławojka

Wygódka pasuje jak ulał do miejsca. Jest to pierwsza budowla, która stanęła na naszej działce. Jędruś zrobił ją w domu i wiózł na przyczepce 400 km. Fajnie wyglądała na autostradzie i wzbudzała ogólne zainteresowanie. Jest to wygódka luksusowa, z plastykowa deską sedesową, szczelnie zamykaną i różowym papierem toaletowym. Gdy została przywieziona, stanęła na skraju szosy, w zatoczce autobusowej ! Brakowało tylko babci klozetowej z talerzykiem na drobne. Teraz wygódka awansowała. Jest magazynkiem na różne różności. Szkoda, że jej piękno zakłócają śmiecie, które panowie budowniczy podrzucają od paru miesięcy.Ale czasy prawdziwej świetności jeszcze przed nią ! Daję głowę ,że zrobi karierę najbardziej uroczej latryny w Bieszczadach. Przecież ma wycięte cudne serduszko. Sama je narysowałam, ale Jędrusiowi trochę omsknęła się ręka i jest lekko krzywe. Ale z klasą!

Włości


Gdy Jedruś stanął pod daszkiem, który w przyszłości będzie chronił nasz mały taras, na którym będziemy pić poranną kawę, od razu przybrał pozę pana na włościach.

A czas leci




Oj, minęło trochę czasu od ostatniego wpisu! Tyle się wydarzyło i to zarówno w naszym życiu zawodowym, jak i prywatnym. W tak zwanym międzyczasie Jędruś był dwukrotnie w Bieszczadach. Za drugim razem wraz ze mną. Bardzo byłam ciekawa chałupek i wiosny. Bieszczadzka wiosna zawsze mnie rozczula. Tym razem trafiłam na na jej wczesną wersję , z ledwie wyzierającymi zza brązowych otoczek bladozielonymi listkami.Bieszczadzkie lasy są teraz w odcieniu bordowo-fioletowym, zasnute zieloną mgiełką zieleni. No i te blado-żółte plamy pierwiosnków na stokach oraz pomarańczowe kaczeńce, królujące w rowach i na podmokłych łąkach.C U D N I E !
Jechałam , aby pomóc w sadzeniu drzewek. Wieźliśmy z naszego ogrodu stare krzaki bukszpanu i pigwowiec. W nadleśnictwie dokupiliśmy kolejną setkę świerka. Zostałam dopuszczona do zaszczytnego zajęcia podlewania drzewek, aby się przyjęły.
Marny ze mnie robotnik, ale za to porobiłam sporo zdjęć.
Chaty mnie zachwyciły. Pomimo iż daleko im do finiszu, na stoku prezentują się okazale, jakby od dawna miejsce czekało na nie.Są ogromne. Chciałam mieć maciupką chatkę, do której przyjeżdżałabym, aby cieszyć się pięknem i spokojem, a tu całkiem okazała chałupa. Pachnie moim dzieciństwem , gdy spędzałam lato na wsi. Takim sentymentalnym, niepowtarzalnym bukietem. Trochę w nim zapachu drewna, klepiska w stodole, a trochę wnętrza wiejskiej chaty sprzed pięćdziesięciu lat. Gdy usiadłam na przyzbie, poczułam się jak gospodyni. MOJA CHAŁUPA ! A potem byłam panienką /panna, nie panna - pisz pan panna/ z okienka. Biegałam po stoku między kępami drzew i w myślach dosadzałam brzózki.