Przywiozłam tatę ze szpitala. Nakładam mu leki. Codziennie rano te same czynności; pomiar ciśnienia,cukru, a później domięśniowo insulinka.. Obserwuję i prowadzę dokumentację jego pomiarów... Tym razem, odpukując w niemalowane drewno, jest dobrze. Czuje się chyba coraz lepiej, staje się coraz bardziej samodzielny. A ja nabieram nadziei, że może uda mu się przedłużyć życie o parę, a może kilkanaście lat. I to życie samodzielne. W tej chwili towarzyszy mu Małgosia, mojej mamy kuzynka, która zjechała na lipiec z Warszawy.Oczywiście w godzinach mojej i Lucyny pracy. Uzgodniłam z opiekunkami, że mają wolne do końca lipca. Małgoś wyjeżdża 30 - go i właśnie w tym dniu opiekunki wracają. To jedynie na czas mojego wyjazdu ( wreszcie) do chaty.Jadę z trzema facetami. Jędrusiem i dwoma młodszymi i mniejszymi. Tym razem przypuszczalnie wyjazd będzie wyglądał trochę inaczej niż dotychczas.Ale powoli odzyskuję swoje życie, a tata również. Myślę, że trzecia chemia w dniu 23 lipca nie zmieni moich planów. I wszystko będzie ok.
Tata chce we wrześniu wrócić do swoich kolegów w domu dziennego pobytu. Tęskni za innym życiem. Teraz chyba czuje się trochę uwięziony w domu. Nie daje tego poznać, ale napomyka, że już nie będzie potrzeba opiekunek. Chce wrócić do spacerków południowych w kierunku stołówki, zajęć dla emerytów, kawki i ciasteczek, występów, zabaw... Po prostu potrzeba mu życia pełną piersią, a nie udawania, że się żyje. I niech tak stanie się! A ja przy okazji wrócę w pełni do swoich wyjazdów, wycieczek. Na razie jednak nadal wspominam moje wyjazdy z ubiegłych lat. Oto dalsza część Ołomuńca.
W Ołomuńcu jest drugi pod względem
wielkości park kulturowy w Republice Czeskiej, a także unikatowy zespół
barokowych fontann i barokowa Kolumna Trójcy Przenajświętszej. W Ołomuńcu - metropolii o dużym znaczeniu kulturalnym i
religijnym - jest też wiele zabytków sakralnych. Znajduje się tutaj
jedyna siedziba urzędującego biskupa w środkowej Europie otwarta dla zwiedzających – Pałac Arcybiskupi.
Byliśmy zachwyceni tym pięknym miastem, które jest drugim po Pradze najważniejszym obiektem chronionym w Republice
Czeskiej. Spróbowaliśmy miejscowego specjału– sławnych ołomunieckich
serków, o niepowtarzalnym smaku i zapachu... Nie każdemu mogą smakować, ale Jędrkowi, który lubi różne sery , smakowały.Ja zjadłam bez specjalnego zachwytu.
sobota, 11 lipca 2015
niedziela, 5 lipca 2015
żar z nieba, a ja kisnę w domu i wspominam
Temperatura oscyluje wokół 35 stopni w plusie, jest niedzielne popołudnie. Siedzę sobie w domu. Około ósmej rano wywietrzyłam i ochłodziłam mieszkanie. Później pospuszczałam rolety. Mam chłodek w granicy 24 stopni i ciemność! Mogłabym zacytować tekst z " Seksmisji"; " ciemność, widzę ciemność", gdyby nie sztuczne oświetlenie. Coś za coś. A więc siedzę sobie i aby nie myśleć o ojcu, który właśnie rozpoczął drugą turę batalii z rakiem w szpitalu onkologicznym, stukam w klawiaturę. Moje wakacyjne plany są w stanie uśpienia. Bo jak tu planować, gdy człowiek nie jest pewny ani dnia, ani godziny. Nie mam pojęcia , jak będzie wyglądało jego dalsze leczenie, jak zareaguje jego ciało. Przez te trzy miesiące od poprzedniej tury leczenia, gdy jedną nogą znalazł się w grobie, zregenerował się i jak to powiedziała lekarka przyjmująca go na oddział, wyniki badania krwi ma książkowe.Mam nadzieję, że tym razem będzie dużo lepiej i będę mogła wypisać kartę urlopową. Nie planuję dalekich, zagranicznych wyjazdów. Nasza chata jest dla mnie wystarczającym miejscem, gdzie mogę odpoczywać pełną piersią i regeneruję siły.
Teraz przeglądam zdjęcia z wyjazdów w latach ubiegłych. I zastanawiam się, czy kiedykolwiek tam wrócę. Najpierw Ołomuniec. Tu wyskoczyliśmy z Jędrkiem na weekend.
Wykonana z metalu makieta Ołomuńca znajduje się z boku rynku , prawie na przeciw ściany zegarowej.
Wielki metalowy żółw zdobi fontannę , a jeszcze większy granitową taflę placu.
Stojąca na Górnym Rynku kolumna Trójcy Przenajświętszej jest wpisana na listę Unesco. Równie cenne jest XIX-wieczne śródmieście tworzące wielkomiejski wizerunek miasta oraz dzielnice z barokowymi klasztorami.
Ołomuniec jest świetnym miejscem na krótki weekendowy wypad. Komu mało zabytków tego pięknego miasta, niedaleko ma do Brna, stolicy Moraw. Dla nas była to wystarczająco ekscytująca wycieczka. Może po jakimś czasie ją powtórzymy. Niech no tylko wszystko się uspokoi.
Teraz przeglądam zdjęcia z wyjazdów w latach ubiegłych. I zastanawiam się, czy kiedykolwiek tam wrócę. Najpierw Ołomuniec. Tu wyskoczyliśmy z Jędrkiem na weekend.
To świetne miejsce, aby niespiesznie pochodzić, pozwiedzać, usiąść na pięknym rynku i wypić kawę i zjeść ciastko lub lody, obserwując przechodniów. 
Rozległe ołomunieckie Stare Miasto jest drugim, po centrum Pragi,
największym zespołem zabytkowym w Czechach. Zabudowa w jego obrębie
reprezentuje głównie styl renesansowy i barokowy.
Wykonana z metalu makieta Ołomuńca znajduje się z boku rynku , prawie na przeciw ściany zegarowej.
Wielki metalowy żółw zdobi fontannę , a jeszcze większy granitową taflę placu.
Stojąca na Górnym Rynku kolumna Trójcy Przenajświętszej jest wpisana na listę Unesco. Równie cenne jest XIX-wieczne śródmieście tworzące wielkomiejski wizerunek miasta oraz dzielnice z barokowymi klasztorami.
Ołomuniec jest świetnym miejscem na krótki weekendowy wypad. Komu mało zabytków tego pięknego miasta, niedaleko ma do Brna, stolicy Moraw. Dla nas była to wystarczająco ekscytująca wycieczka. Może po jakimś czasie ją powtórzymy. Niech no tylko wszystko się uspokoi.
wtorek, 23 czerwca 2015
Na pohybel złości - włóczęga w plenerze
W niedzielę wstałam lewą nogą, chociaż to trudne, bo śpię po lewej stronie łóżka. Naturalne w takiej sytuacji jest stawianie na podłogę prawej nogi. A ja nie! Właśnie postawiłam lewą i stało się; pierwsze co ujrzałam, to rzęsiste krople deszczu tłukące w szyby sypialni. Lało! Moja energia była w okolicach zera. Trybiki w mózgu bardzo wolniutko próbowały się uruchomić. Do kończyn dobiegały subtelne sygnały, wprawiając je w lekki stan drżenia i ruch posuwisty. Dzięki temu udało mi się spionizować i powłócząc nogami, powlokłam się w stronę kuchni.
- Kawy!- wołało moje wnętrze. Pomyślałam, że w takim stanie, to powinnam zaserwować sobie kawę dożylnie.Jednak wróciła pamięć i od razu przypomniałam sobie, że parę lat temu byłoby to może realne, ale teraz powinnam uważać i lekkomyślnie nie wypłukiwać sobie magnezu, bo to od razu prowadzi ku skłonnościom do skurczów kończyn, a nie ma niczego gorszego, jak w środku słodkiego snu czuję miażdżące pulsowanie bólu w łydce. Poza tym psuje się cera itp. dyrdymały, na które nie zwraca się uwagi w wieku lat osiemnastu, dwudziestu, no może w porywach do trzydziestki, a ja dawno przekroczyłam te cudowne lata beztroski. Teraz jestem bliżej cytowania Kochanowskiego "kochane zdrowie...."Ale kawka deszczowego poranka musi być ! Nie ma co przesadzać z tym umartwianiem się. Łyczek po łyczku i trybiki zaskoczyły. Postanowiłam napisać nowego posta, bo zaległości z relacji Jędrka miałam około dwutygodniowe. Z lubością sklecałam zdania, wklejałam fotki, ale musiałam na moment odejść. Zapisałam posta, a gdy przyszłam i próbowałam go uruchomić, aby skończyć, "było pozamiatane", jak to mówi mój syn.
- Lewa noga! - zawyłam w środku i złość zaczęła się we mnie pienić i pienić... I już wiedziałam, że ten poziom negatywnej energii musi znaleźć jakieś ujście, bo inaczej zrobię sobie " ziazia", jak to mówiła dawno temu moja mała córeczka. Jędrek, ze spokojem i wzrokiem fakira obserwował moje miotanie się po mieszkaniu. Miał do ust przyklejony krzywy uśmiech, ale gdy krzyknęłam - jedziemy w plener , bo wybuchnę jak ten wawelski smok- od razu zaczął szykować się do drogi.Wyjeżdżaliśmy w strugach siekącego deszczu. Przez myśl mi przeszło nawet, że co to będzie za wycieczka w strugach z nieba, ale okazało się , że nie było tak źle, a nawet było całkiem nieźle.
Po drodze wypogodziło się. Pojechaliśmy do Jarnołtówka, aby wejść na Biskupią Kopę, ale było zbyt mokro, trochę późno. Dotarliśmy w okolicach czternastej. Byliśmy głodni. Obiad zjedliśmy we włoskiej pizzerni. Pizza była na cieniutkim cieście. Moja wegetariańska ze szparagami i karczochami, a Jędrka z owocami morza. Najedliśmy się i z pełnymi brzuszkami pojechaliśmy do Mosznej. Po drodze, w środku pola Pan Mąż zarobił mandat stu złotowy za przekroczenie prędkości... To był taki dodatek do wycieczki. Bonus! Później już szło gładko.
Obok zamkowego parku przywitały nas w stawie urocze kaczuszki. Nauczone, że pojawienie się człowieka jest sygnałem na posiłek. Niestety nic nie przywieźliśmy.
Obrażone odpłynęły do innych, u których spodziewały się coś zdobyć.
A my spacerkiem postanowiliśmy okrążyć dosyć rozległy staw, a może jeziorko?
Szliśmy pod zwisającymi gałęziami.
Przeglądaliśmy się w pomarszczonej tafli...
Aż wyszliśmy na drogę prowadzącą do bramy , którą strzegły dwa wielkie lwy.
Brama była stara,kuta, a zamek w niej był zardzewiały.
Ocieniona aleja biegła z drugiej strony stawu w stronę głównej alei.
.
Słońce wyszło zza chmur i oświetliło nam drogę do parku.
Park wokół zamku jest bardzo stary. Z żalem odkryliśmy, że w ostatnich latach podupadł. Wyraźnie nie ma kto dbać o stary drzewostan, nasadzać nowe drzewa, krzewy.
Ale małe mostki przerzucone przez strugi płynące w parku, nadal zachęcają do romantycznych spacerów.
Można tu znaleźć wyjątkowo stare i ogromne okazy dębów.
Główna aleja lipowa i okoliczne ścieżki prowadzą do zamku.
A zamek jest jak z bajki. Wprawdzie każda z jego części wybudowana jest w innym stylu architektonicznym, ale wygąda prawie jak zamek z czołówki bajek Disneya
.
Na murkach można dostrzec herby poprzednich właścicieli zamku.
Niestety pozostałości po kanałach są obecnie nie do użytku, bo zarosły rzęsą i są zamulone.Szkoda, bo ponoć kiedyś pływały tu gondole.
Obeszliśmy zamek dookoła. Palmiarnia była jeszcze otwarta. Mało w niej teraz roślin, ale jest zadbana.Podjazd do zamku wybrukowano granitową kostką . Teraz dębowe, ozdobne drzwi do zamku otwarte są dla wszystkich. Można go zwiedzić, a także napić się kawy w pięknym wnętrzu. W lecie od strony ogrodu i parku urządzane są różne koncerty.
W tę niedzielę mało było zwiedzających. Było późne popołudnie, albo jak ktoś woli, wczesny wieczór. Dawno przekwitły rododendrony w parkowych alejach. Gdy odwróciłam się przy wyjściu z alei przekwitłych azalii, dostrzegłam, że żegna nas kościotrup, tkwiący w jednym z okien wieży.
To była naprawdę niezła niedziela. Po złości nie zostało ani śladu.
- Kawy!- wołało moje wnętrze. Pomyślałam, że w takim stanie, to powinnam zaserwować sobie kawę dożylnie.Jednak wróciła pamięć i od razu przypomniałam sobie, że parę lat temu byłoby to może realne, ale teraz powinnam uważać i lekkomyślnie nie wypłukiwać sobie magnezu, bo to od razu prowadzi ku skłonnościom do skurczów kończyn, a nie ma niczego gorszego, jak w środku słodkiego snu czuję miażdżące pulsowanie bólu w łydce. Poza tym psuje się cera itp. dyrdymały, na które nie zwraca się uwagi w wieku lat osiemnastu, dwudziestu, no może w porywach do trzydziestki, a ja dawno przekroczyłam te cudowne lata beztroski. Teraz jestem bliżej cytowania Kochanowskiego "kochane zdrowie...."Ale kawka deszczowego poranka musi być ! Nie ma co przesadzać z tym umartwianiem się. Łyczek po łyczku i trybiki zaskoczyły. Postanowiłam napisać nowego posta, bo zaległości z relacji Jędrka miałam około dwutygodniowe. Z lubością sklecałam zdania, wklejałam fotki, ale musiałam na moment odejść. Zapisałam posta, a gdy przyszłam i próbowałam go uruchomić, aby skończyć, "było pozamiatane", jak to mówi mój syn.
- Lewa noga! - zawyłam w środku i złość zaczęła się we mnie pienić i pienić... I już wiedziałam, że ten poziom negatywnej energii musi znaleźć jakieś ujście, bo inaczej zrobię sobie " ziazia", jak to mówiła dawno temu moja mała córeczka. Jędrek, ze spokojem i wzrokiem fakira obserwował moje miotanie się po mieszkaniu. Miał do ust przyklejony krzywy uśmiech, ale gdy krzyknęłam - jedziemy w plener , bo wybuchnę jak ten wawelski smok- od razu zaczął szykować się do drogi.Wyjeżdżaliśmy w strugach siekącego deszczu. Przez myśl mi przeszło nawet, że co to będzie za wycieczka w strugach z nieba, ale okazało się , że nie było tak źle, a nawet było całkiem nieźle.
Po drodze wypogodziło się. Pojechaliśmy do Jarnołtówka, aby wejść na Biskupią Kopę, ale było zbyt mokro, trochę późno. Dotarliśmy w okolicach czternastej. Byliśmy głodni. Obiad zjedliśmy we włoskiej pizzerni. Pizza była na cieniutkim cieście. Moja wegetariańska ze szparagami i karczochami, a Jędrka z owocami morza. Najedliśmy się i z pełnymi brzuszkami pojechaliśmy do Mosznej. Po drodze, w środku pola Pan Mąż zarobił mandat stu złotowy za przekroczenie prędkości... To był taki dodatek do wycieczki. Bonus! Później już szło gładko.
Obok zamkowego parku przywitały nas w stawie urocze kaczuszki. Nauczone, że pojawienie się człowieka jest sygnałem na posiłek. Niestety nic nie przywieźliśmy.
Obrażone odpłynęły do innych, u których spodziewały się coś zdobyć.
A my spacerkiem postanowiliśmy okrążyć dosyć rozległy staw, a może jeziorko?
Szliśmy pod zwisającymi gałęziami.
Przeglądaliśmy się w pomarszczonej tafli...
Aż wyszliśmy na drogę prowadzącą do bramy , którą strzegły dwa wielkie lwy.
Brama była stara,kuta, a zamek w niej był zardzewiały.
Ocieniona aleja biegła z drugiej strony stawu w stronę głównej alei.
.
Słońce wyszło zza chmur i oświetliło nam drogę do parku.
Park wokół zamku jest bardzo stary. Z żalem odkryliśmy, że w ostatnich latach podupadł. Wyraźnie nie ma kto dbać o stary drzewostan, nasadzać nowe drzewa, krzewy.
Ale małe mostki przerzucone przez strugi płynące w parku, nadal zachęcają do romantycznych spacerów.
Można tu znaleźć wyjątkowo stare i ogromne okazy dębów.
Główna aleja lipowa i okoliczne ścieżki prowadzą do zamku.
A zamek jest jak z bajki. Wprawdzie każda z jego części wybudowana jest w innym stylu architektonicznym, ale wygąda prawie jak zamek z czołówki bajek Disneya
.
Na murkach można dostrzec herby poprzednich właścicieli zamku.
Niestety pozostałości po kanałach są obecnie nie do użytku, bo zarosły rzęsą i są zamulone.Szkoda, bo ponoć kiedyś pływały tu gondole.
Obeszliśmy zamek dookoła. Palmiarnia była jeszcze otwarta. Mało w niej teraz roślin, ale jest zadbana.Podjazd do zamku wybrukowano granitową kostką . Teraz dębowe, ozdobne drzwi do zamku otwarte są dla wszystkich. Można go zwiedzić, a także napić się kawy w pięknym wnętrzu. W lecie od strony ogrodu i parku urządzane są różne koncerty.
W tę niedzielę mało było zwiedzających. Było późne popołudnie, albo jak ktoś woli, wczesny wieczór. Dawno przekwitły rododendrony w parkowych alejach. Gdy odwróciłam się przy wyjściu z alei przekwitłych azalii, dostrzegłam, że żegna nas kościotrup, tkwiący w jednym z okien wieży.
To była naprawdę niezła niedziela. Po złości nie zostało ani śladu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























