poniedziałek, 4 października 2021

Jego wysokość król Maciuś i dużo więcej


  



Dziś początek nowego tygodnia. Coś ostatnio mam kłopoty ze spaniem. Czyżby stresy? Niby człowiek oderwany od pracy zawodowej, a jednak nie żyje w próżni i bezpiecznym kokonie. Mimowolnie denerwuje się, a to dziećmi, a to wnukami, a to zdrowiem rodziny i przyjaciół, a to sytuację społeczno-polityczną... Zazdroszczę tym, po których większość spraw spływa, jak po tłustej kaczce. Ja tak nie potrafię. Ale nie wgłębiając się zbytnio wracam do początku dzisiejszego dnia. Mimo, iż usnęłam chyba grubo po pierwszej w nocy, wstałam świtkiem po godzinie szóstej. Jak na mnie to dosyć wczesna pora. Wyszłam na taras. Było chłodno, więc owinęłam się chustą i spojrzałam w stronę łąki sąsiadów i Berda. Koloryt mnie poraził. Takie barwy możliwe są tylko przy odpowiednim kącie pierwszych promieni słońca, wychylającego się zza Kozińca. Rosa na łące miała kolor szmaragdowy. Nad nią  Berdo tonęło w złocie. A w zasadzie widać było jedynie złoty trójkąt, który wychylony był zza szarej kurtyny drzew porastających dolną przestrzeń Wyluzowanej. Niebo miało kolor bladoniebieski , jakby dopiero malarz świata przymierzał odcień błękitu do pory dnia, dodając po kropelce do bieli świtu. Zerwał się mocny wiatr, który wygonił mnie do wnętrza. Przez okno obserwowałam złote cekiny liści rzucane przez poranek na trawniki. Październik sypnął groszem, pomyślałam! I w myślach ułożył mi się taki wiersz.

Październikowy poranek

przeciera oczy

z mgieł i porannego dymu,

 z rosy co szmaragdem

wyleguje się na łące sąsiada

złotym trójkątem Berda

odsłania szarą kurtynę drzew

co jeszcze dosypiają

przytulone do stoku

czaruje

nadzieją i promykami słońca

wiatrem

głaska brzozy

co budzą się niespiesznie

aby sypnąć dukatami liści

na chustkę trawnika

rozesłanego między chatami

i miesza kropelki błękitu

z szarą płaszczyzną nieba

na dobrą wróżbę

na jeszcze jeden pogodny dzień

 

04.09.2021 Bóbrka

 

Król Maciuś w tym roku szybko zmienił kolor czupryny. Rzuca brunatnymi samolocikami liści w stronę naszych tarasów i trawnika, jakby chciał konkurować z brzozami. Nie nadążam z zamiataniem tarasu. Wiele zmian szykuje się w pobliżu, a największa to ta, że nieczynny od lat Ośrodek Orlenu przestaje istnieć. 

 


























Za parę dni mają przyjechać maszyny, które zburzą, zmielą i zrównają z ziemią to, co do tej pory przez jezdnię sąsiadowało z Wyluzowaną. Stwierdziłam, że nie ma sensu myć okien, a taki zamiar miałam, aby przed kolejnym wyjazdem do Koźla zmyć z szyb letni kurz. Przypuszczalnie zrobię to dopiero po powrocie z Opolszczyzny.

 

Nasza Wyluzowana w jesiennej sukience i reflektorkach słońca przedstawia się całkiem imponująco. Dziś słoneczny i ciepły dzień, więc podziwiam złote liście, słońce wylegujące się na stoku, diamentowe błyski fal zalewu. Wdycham jesienne perfumy, które są niepowtarzalne. I tak sobie myślę, że jesienny świat jest niesamowicie barwny i bogaty. Pachnie winogronami, liśćmi dębu i nostalgią. Co roku tak samo mocno mnie zachwyca i kojarzy mi się z  głosem Niemena w piosence " Mimozami jesień się zaczyna". 














 

A wczoraj, korzystając z pięknej pogody pojechaliśmy na niedzielną wycieczkę do Zyndramowej do skansenu kultury Łemków. Po drodze zahaczyliśmy o miejscowość o nazwie Królik Polski. Wg. wikipedii Królik Polski  jest to wieś  położona w województwie podkarpackim, w powiecie krośnieńskim, w gminie Rymanów. Leży przy DW887. Na przełomie XVI i XVII wieku położona była w ziemi sanockiej województwa ruskiego. Wieś klucza jaśliskiego biskupów przemyskich. 











 

Niestety cerkiewka była zamknięta i tylko z zewnątrz można było podziwiać ją i pomnik pamięci ofiar II wojny światowej. W związku z tym, że nie udało nam się zobaczyć wnętrza cerkiewki pojechaliśmy do Tylawy, a za tą miejscowością skręciliśmy na Zyndramową.
Zyndranowa jest niewielką wsią, położoną w dolinie, pośród pokrytych lasem gór Beskidu Niskiego. Dzieje muzeum w Zyndranowej nierozerwalnie wiążą się  z losami jego założyciela Teodora Gocza, urodzonego w Zyndranowej. Został on podobnie jak większość mieszkańców wsi wysiedlony w ramach akcji „Wisła” w 1947. Do swojej rodzinnej miejscowości wrócił na stałe ponad 10 lat później. Założyciel muzeum jeszcze przed jego powstaniem zaczął zbierać eksponaty – materialne pozostałości życia Łemków, takie jak gospodarskie sprzęty, czy metalowe krzyże. W lasach w okolicach wsi wiele było także powojennego żelastwa – łusek, hełmów, fragmentów karabinów itp.Zasadniczą część muzeum od początku jego istnienia stanowi zagroda łemkowska z drugiej połowy XIX wieku, składająca się z chyży, koniuszni i chlewika (z początku XX wieku). 
































Posłuchaliśmy przewodnika po skansenie, obejrzeliśmy zbiory i przespacerowaliśmy się ulicami Zyndramowej, gdzie od lat zgodnie żyją obok siebie mieszkańcy , wśród których są zwolennicy czterech wyznań. Przypuszczam, że są także ateiści. I nikomu to nie przeszkadza, w co wierzy sąsiad. A losy mieszkańców były tak trudne, jak historia tych ziem. 

Podziwiając piękne jesienne krajobrazy wróciliśmy do chaty, aby zjeść niedzielny obiad. Od Iwonicza drogą krajową ciągnął się sznurek samochodów wyjeżdżających z Bieszczadów. Dobrze, że zrezygnowaliśmy z drogi powrotnej przez Cisną. Pod każdą restauracją i każdą kawiarnią widzieliśmy pełne parkingi spożywających ostatnie niedzielne ciastko, ostatnią kawę, ostatni obiad. Dobrze, że rano upiekliśmy mięso i przygotowaliśmy surówki. Zgotowanie czterech ziemniaków zajęło pół godziny. Za ten czas  w piekarniku podgrzaliśmy mięso. I to był nasz ostatni niedzielny wypad przed wyjazdem do Koźla.

piątek, 1 października 2021

To był bal

        


Pojechałam do Koźla między innymi z powodu pięćdziesiątych urodzin koleżanki. Jestem po urodzinach Kasi i mogę powiedzieć, że urodziny były ŁAŁ ! Inaczej nie potrafię tego określić. Po prostu były wspaniałe i bardziej przypominały wesele, niż przyjęcie urodzinowe, a sama jubilatka była prawdziwą królową balu. Szkoda, że w jednym z prezentów nie było korony, bo tylko tego brakowało. W trakcie wieczoru dwukrotnie zmieniła balowe kreacje. Jedną miała błyszczącą brokatem i długą, w której wyglądała zjawiskowo. Druga kreacja kojarzyła mi się z karnawałem w Brazylii. Cała impreza była w zasadzie właśnie przez nią prowadzona, a w roli konferansjera czuła się świetnie. Była swobodna, pewna siebie i przebojowa. Była prawdziwą gwiazdą. Wszyscy bawili się świetnie, bo był dyskdżokej, poza tym interesujący filmik utworzony z dawnych zdjęć, nagrań, przedstawił najważniejsze momenty z życia Kasi, jej grono przyjaciół, życzenia... Do tego świetnie jedzenia, dyskretna obsługa, wielka sala... Było wspaniale. Połowa zaproszonych gości będzie również gośćmi na moich urodzinach, bo to koledzy i koleżanki z pracy. Wymieni się tylko rodzina, długoletni znajomi. 


















 

Chyba nie było osoby, która bawiłaby się nie najlepiej. Ja również bawiłam się do pierwszej w nocy. Naskakałam się, poszalałam. Żałuję, że nie zawsze kolana pozwalają mi na taką aktywność, jak mają młodzi. Bawiłam się bardzo dobrze, ale po imprezie przyszły refleksje. Pomyślałam sobie, że Kasia miała imprezę, o jakiej marzyła. Chciała w tym dniu być jedyna i wyjątkowa, zabłysnąć jak najjaśniej błyszcząca gwiazda. I to się jej udało. Cieszę się, że spełniła swoje marzenia. Nie każdy daje sobie radę z przekroczeniem pięćdziesiątki i stara się osłodzić te urodziny, aby więcej było miodu, niż goryczy. Części wydaje się, że przekraczają Rubikon, a przecież następnego dnia są tacy sami. Zmiany w nas  zachodzą prawie niezauważalnie. A czas i tak płynie,bo wszystko płynie "panta rhei". Nie ma jakiejś magicznej linii, po przekroczeniu której zaczynamy być inni. Przecież tylko niektóre komórki naszego ciała starzeją się razem z nami, jak komórki zębów, oczu i neurony w mózgu. Pozostałe  odnawiają się. Proces ich regeneracji trwa różnie, w zależności od tego, jaka to część naszego ciała. Ludzie często mają problemy ze swoim wiekiem, a szczególnie kobiety. Ukrywają go, udając, że są młodsze lub z góry ustalają swój wiek i się jego trzymają, nosząc go na ustach przez kolejne lata, jak aktualnie modną szminkę. Nie patrzą, czy kolor jest dobrze dobrany, czy dobrze w nim wyglądają, dobrze się czują. Chyba nie mam kłopotów z mijającym czasem. Piszę chyba, bo trochę żal mi, że już nie mam tak gładkiej skóry, jak  w młodości. Ale i na to patrzę bardziej z zaciekawieniem,niż ze przerażeniem, bo zadziwia mnie mój zmieniający się po trochę wizerunek, który codziennie widzę w lustrze. Czasem jest tak niezauważalny, że odkrywam go po jakimś czasie. Poza tym zmieniają się moje upodobania. Teraz bardziej lubię przyćmione, kameralne światło, niż ostre reflektory. Może to z powodu tych zmarszczek, wiotczejącej skóry, a może mój system nerwowy woli spokój, stonowane kontury świata...W październiku kończę siedemdziesiątkę. Nie mam problemu z przyznaniem się do wieku. To dla mnie tylko liczba. Składa się ona z dwóch cyfr; siódemki i zera. Czuję się jak JA i nie ma dla mnie znaczenia ile mam lat. Nadal bardzo  jestem ciekawa życia, świata, ludzi.

Długo zastanawiałam się nad tym, jaką chcę imprezę urodzinową i co dla mnie jest najważniejsze. Doszłam do wniosku, że najważniejszą sprawą jest dla mnie, aby zaproszeni goście dobrze poczuli się i dobrze bawili. Moje urodziny będą w lokalu, który większość z nas dobrze zna i dobrze się w nim czuje. Mam nadzieję, że jedzenie będzie smaczne, choć mało wymyślne, ciasta udane i takie, które lubią wszyscy, bo dla każdego ma być coś dobrego. Brownie obiecała upiec moja Stella, a drożdżowe ze śliwkami Karolinka. Tort czekoladowy jest zamówiony u pani Grażynki oraz kołacz makowy. Dla odchudzających się będą owoce, dużo wody z cytryną i miętą, jakieś prosecco...  Muzyka z mp3, skomponowana z utworów, które lubię. A reszta zależy od ludzi. Nie będę prowadziła imprezy, oprócz przedstawienia gości. Mają być  zarówno członkowie mojej rodzinki, jak i  przyjaciele oraz koleżanki i koledzy z pracy. Liczę na to, że większość to samograje i nie potrzeba im wodzireja. Sama za siebie trzymam kciuki, aby impreza spełniła moje oczekiwania.

Koleżanki pytały mnie o prezentową listę marzeń. Odwrotnie niż Kasia, nie marzę o żadnych rzeczach materialnych. Moje marzenia nie dotyczą ludzi, bardziej losu.  Już sama obecność gości będzie dla mnie pięknym prezentem.