Oj długo się z tym postem gramoliłam. Ostatnio zaglądałam do ChatoManii w grudniu i mój wpis był z początku grudnia ubiegłego roku. A grudzień minął jak jeden dzień. Był pracowity, rozjazdowy, trochę nerwowy, ale też radosny. Teraz chyba mogę powiedzieć, że zamknęłam stary rok. W zasadzie strząsnęłam go z siebie, jak niechciany dotyk, jak krople wody, jak coś z czym nie chciałabym mieć więcej do czynienia. I zastanawiam się, czy aby dobrze myślę. Czy nie oceniam go zbyt krzywdząco, bo choć dookoła trudno i stresogennie, to ja i moja cała rodzina wyszliśmy z niego obronną ręką. Wprawdzie covid nie ominął synowej, syna i wnuczek, jednak była to zdecydowanie łagodniejsza jego wersja. Córka z rodziną nie została dotknięta wirusem, my również, więc mieliśmy dużo szczęścia. Jak będzie dalej, czas pokaże. W tym momencie, gdy już zaczęłam rok 2021, chcę w ChatoManii zamknąć grudzień.
Czyli w wielkim skrócie; okres, gdy zaczęliśmy przygotowywać się do świąt, czyli zrobiliśmy przedświąteczne zakupy, zakupiliśmy stosowne prezenty pod choinkę, zamarynowaliśmy mięsiwo na szyneczki wędzone, gotowane, dojrzewające, a później zajęliśmy się produkcją kiełbasy myśliwskiej. U nas była to nowość, bo dotychczas nigdy nie robiliśmy kiełbas. Teraz już pierwsze koty za płoty. Kiełbaska wyszła rewelacyjna. Pomna, że córka do Bóbrki przyjedzie dopiero przed samą wigilią, zajęłam się intensywnie wszystkimi przygotowaniami i zakupami. Upiekłam piernik i pokroiłam bakalie do kutii. To nasza tradycyjna potrawa ulubiona przez cała rodzinkę, nie tylko przez dzieci, które są łasuchami. Jędrek obchodził Wyluzowaną, zastanawiając się, które małe drzewko trafi pod siekierkę. Już od paru lat ścina tylko górną część drzewa, a reszta sobie dalej rośnie, wykształcając nowy czubek. Postanowiliśmy, że od tego roku będziemy dosadzać małe choinki aby ścinać je na święta. Ale wracając do minionego okresu, niestety spotkaliśmy się w Bóbrce w okrojonym składzie. Syn zrobił test na covid, który wyszedł pozytywnie. Nałożono na niego izolację, którą miał do 28 grudnia. Synowa z dziewczynkami objęta została kwarantanną do 2 stycznia. Zostali w domu i tylko kamerka pozwalała na kontakt. Syn denerwował się, czy nas zaraził, bo wcześniej mieliśmy ze sobą kontakt, jednak okazało się, że albo przechodziliśmy covid bezobjawowo, albo jesteśmy odporni. Mimo wszystko święta w tym roku były radosne i spokojne.Wieści z Koźla były coraz lepsze. Syn szybko wyzdrowiał, a dziewczynki i synowa nie miały żadnych objawów. Chociaż moja serdeczna koleżanka w ciężkim stanie wylądowała w szpitalu i ledwie wyszła z choroby, to ze szpitala wypuszczono ją 23 grudnia, gdy już byłam na wsi. Druga, której zmarł ojciec, skończyła kwarantannę w połowie mojego pobytu w Kędzierzynie-Koźlu. Widziałam się z nią przed samym wyjazdem do Bóbrki. Zdążyłam przygotować upominek na "pracowe mikołajki". Wylosowałam przyjaciółkę, a więc wiedziałam, czego potrzebuje i nie musiałam bardzo głowić się nad prezentem. Mikołajki w tym roku były zdalne. Skontaktowaliśmy się z sądem internetowo. Dyżurujący kurator był Mikołajem. Czuwał nad kolorowymi paczuszkami, czytał wierszyki charakteryzujące osobę obdarowaną. Nie wiem, co dostałam. Mój prezent jeszcze czeka w sądzie. Odbiorę go przy kolejnym przyjeździe do miasta.
Sylwester był dziwny. Choć starannie przygotowaliśmy kolację, atmosfera była radosna,to nie czułam atmosfery końca roku. Po dwudziestej zrobiło się nawet troszkę ospale. Telewizja się nie popisała, po raz enty odgrzewane przeboje, nieciekawi wykonawcy, brak polotu, cóż, po prostu większość programów była fatalna. Na powtórki filmów nie miałam ochoty. Tym razem wnuk nie przywiózł ciekawych gier i przemarudzilibyśmy wieczór, gdyby nie spadł śnieg. Rodzinka wyległa na trawnik między chatami. Jędrek rozpalił grilla, aby upiec mięsko, Kornel z Kajetanem, Kacprem i Kamilem ulepili bałwana i rozpoczęła się bitwa na śnieżne kule. Oczywiście najmłodszy nadział się na śnieżkę centralnie, czyli buzią. Przyszedł do chaty mokry , z czerwonymi policzkami i śniegiem za koszulką. Przypomniały mi się czasy, gdy z takimi kolorowymi policzkami wracała z sanek jego mama... Siedliśmy do pysznej sylwestrowej kolacji. Chłopcom świeciły się oczy, żartowali. Nad stołem unosiły się smakowite zapachy. Kolacja była wystawna z ciastem, nowo zrobioną kutią, świeżo upieczonym chlebem i mięskiem upieczonym na grillu. Zrobiło się sennie, sentymentalnie, a za oknem padał śnieg... Tak dotrwaliśmy do północy. Kornel padł po kolacji, więc w szóstkę złożyliśmy sobie życzenia, wypiliśmy po lampce prosseco ,telefonicznie złożyliśmy życzenia tym, którzy nie dojechali do Bóbrki,. trochę porozmawialiśmy i przed drugą byliśmy w łóżkach.
Pierwszy stycznia zaczęliśmy rankiem od złożenia Kacprowi życzeń. Później było tradycyjne odsłuchanie koncertu noworocznego z Wiednia. I poleciało, obiad, spacer, a popołudniu nasz dwudziestolatek dmuchał świeczkę na torcie.
Zostaliśmy tylko we dwójkę czwartego stycznia. I tkwiłam w takim zawieszeniu wypełnionym przystosowywaniem się do ciszy, rozmyślaniach , wspominkach , porządkach po gościach aż do szóstego. Nie mogę powiedzieć, że stan gwałtownego zatrzymania w biegu i ruchu był mi szczególnie na rękę. Po okresie degustacji świątecznych potraw i deserów, brzydkiej pogody, kiedy to człowiek nie ma ochoty na wystawienie nosa poza drzwi poczułam się ociężała. Na pewno przybrałam tu i ówdzie, bo na co dzień mam zdecydowanie inną dietę. W święto Trzech Króli postanowiłam wytrącić się ze stanu marazmu więc pojechaliśmy pooglądać, gdzie utrzymał się śnieg.
Śnieg leżał jedynie na szczytach. Z drogi widać było ośnieżoną Tarnicę, ośnieżone szczyty obu Rawek, Połoniny Wetlińskiej i Caryńskiej.Na parkingach przed wejściem na szlaki stało dużo samochodów. Starałam się nabrać dobrej energii i mocy z piękna Bieszczadów...
Faktycznie zaczęłam nowy rok dopiero od szóstego. Bronię się przed stagnacją. Przeglądając facebooka zauważyłam, że coś podobnego dzieje się z moimi znajomymi. Ludzie próbują złapać równowagę psychiczną i fizyczną. Część znajomych zabrała się za morsowanie i przekraczanie własnych granic.Oglądam ich zdjęcia i ciarki mi chodzą po plecach, bo sama nie lubię zimna.Podziwiam ich jednak sama nie chciałabym takiego sprawdzianu. Część z kolei stara się odmłodzić, czy też przechodzi przygody z dietami. Ja wiem, że muszę otrząsnąć się i przestać marnować czas. Wystarczająco dużo czasu pochłonął ubiegły rok. Staram się więc go strząsnąć i ten post to mój pierwszy krok.

















































