poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Tydzień do Wielkanocy

        Tym razem obudziłam się w niedzielny poranek ze świadomością, że będzie to pierwsza niedziela kwietnia  2020 roku spędzona tylko w chacie. Niestety nasza rzeczywistość jest taka, jaka jest. Mamy rozprzestrzeniające się panowanie pandemii wirusa Covid-19, co niestety ograniczyło naszą wolność poruszania się, do skrawka przestrzeni nad zalewem. Ograniczono nasze przemieszczanie się poza posesję do najniezbędniejszego, czyli możemy pojedynczo udać się do sklepu, apteki, lekarza. Jest zakaz wstępu do lasu, parków, na plaże, bulwary, skwery. Potrafię zrozumieć, że włodarze starają się w ten sposób ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa, poprzez ograniczenie styczności ludzi ze sobą, ale dlaczego nie można pójść w bieszczadzkie lasy, które teraz świecą pustkami? Czy znowu nie wylano dziecka z kąpielą? Cóż, od pewnego czasu wydaje mi się, że Polskę zalała wszechogarniająca głupota i żyjemy w kraju absurdów. Z jednej strony nie można wejść pomiędzy drzewa, nawet w głuszy, a z drugiej powiększono limity wiernych mogących uczestniczyć w świątecznych mszach wielkanocnych do 50 osób.  Z przerażeniem pomyślałam sobie, że po świętach  koronawirus rozbucha się tak bardzo, że ogarnięcie go będzie niemożliwe. Przecież skoro już teraz jest bardzo trudno, to co to będzie później? Przecież istnieją inne rozwiązania np.można wirtualnie uczestniczyć we mszy. Osoba głęboko wierząca nie potrzebuje pośredników, aby porozumieć się z Bogiem. Ale to tylko taka moja dygresja, bo przecież i tak każdy w swoim sumieniu dokonuje wyboru; uczestniczyć we mszy i potencjalnie narazić siebie i bliskich na ewentualne zakażenie, czy też pomodlić się gorąco w samotności, a uczestnictwo we mszy ograniczyć do transmisji telewizyjnej, chroniąc siebie i bliskich.
Tego kwietniowego, niedzielnego poranka bardzo jasno  uświadomiłam sobie, że już od początku marca jesteśmy w stanie uwięzienia. A tegoroczna Wielkanoc będzie dla nas trudna, bo spędzimy ją tylko we dwoje. Dzieciaki i wnuki pozostaną w swoich domach kilkaset kilometrów od Bieszczadów. Nie będzie wesołego lanego poniedziałku, radości wnuków podczas szukania zajączka w naszym miejskim ogródku, wspólnego  dzielenia się jajkiem i wspólnego wielkanocnego śniadania. I w tym momencie łezka zakręciła mi się w oku, bo bardzo tęsknię za rodzinką. Jednak szybko się ogarnęłam. Nie, nie będę siebie dobijać! Człowiek nie powinien tracić na zamartwianie się całej niedzieli. Wystarczy część poranka . Podeszłam do okna i  spojrzałam na rozświetlony słońcem stok Berda. Przynajmniej wiosna stara się osłodzić nam trudny czas i ogrzewa ziemię . Wystartowały pojedyncze listki. Rozkwita coraz to nowa partia wiosennych kwiatów. Cud odradzającej się natury!
Cieszy mnie ten cudny czas, pomimo mojej alergii na jakieś pyłki drzew, które na wyścigi starają się wypuścić listki.  Puchną mi oczy, zatykają się zatoki i musiałam zacząć zażywać aleric. Szczęście, że pomogło!






Już psychicznie ogarnięta upiekłam na niedzielne popołudnie małe rogaliki drożdżowe i  usiadłam w słoneczku na tarasowych schodkach. Ciepełko rozlało się  po czerwonej  chuście, pogłaskało mnie po ramionach i twarzy. Wystawiłam ją  do słoneczka. Wprawdzie wiała znad zalewu zimna bryza i rozwiewała mi włosy, ale w chuście nie czułam chłodu. Zasiadłam do telefonu. Koleżanka z byłej pracy miała  w tym dniu urodziny, więc fałszując, ale pełna dobrych chęci odśpiewałam z Jędrusiem i dwiema innymi koleżankami, podłączonymi kamerkami do wspólnej wizji, symboliczne " Sto lat". Humor zdecydowanie mi się poprawił, gdy zobaczyłam swoje koleżanki, wnuczki, wnuków. Porozmawiałam z Luckiem, Karolą, Stellą i Kamilem, obejrzałam kolorowe figurki dinozaurów, które dostał Kornel. Na dodatek Lucjan przysłał mi zdjęcie miejskiego ogrodu , w którym rozkwitły wiosenne kwiaty. W duszy mi pojaśniało, smutne myśli uleciały.  Po obiedzie nadal świat rozświetlały promienie słońca. Poszliśmy na spacer. Obeszliśmy naszą Wyluzowaną. Sprawdziliśmy z trzech stron ogrodzenie działki. Jędrek naciągnął poprzeczny drut, utrzymujący siatkę, bo zbytnio poluzował się, poprawił jakieś oczka siatki... Ja szłam łąką wzdłuż ogrodzenia i oglądałam naszą cudną posiadłość z zewnątrz. Słońce oświetlało stoki kozińca. Część łąki tonęła w cieniu, ale chaty widać było, jak na rozświetlonej reflektorami scenie. Nasza codzienna scenografia wiejskiego życia przedstawiała się malowniczo.




Za pięć minut dogonił mnie Jędruś i poprowadził wzdłuż chaszczy, ścieżką zwierzaków, zamieszkujących pobliski, odgrodzony od łąki, pusty teren po ośrodku Orlenu. Za ogrodzeniem jest nieczynna oczyszczalnia ścieków ośrodka oraz jakieś ujęcia wody, a także alejki, miejsce na place zabaw dla dzieci. Od kilkunastu lat zawładnęła tym miejscem przyroda i stał się  matecznikiem saren, dzików, lisów i kto wie jakich jeszcze zwierząt. Lisią rodzinę już poznaliśmy, bo obserwujemy ją z tarasu. Lisie dzieciaki często są szkolone na pobliskiej łące przez  polującą mamę. Rozśmieszają nas, gdy odbijają się od podłoża łąki i na cztery łapki spadają na ofiarę, pewnie jakiegoś zagapionego gryzonia. Przypomniałam sobie nasze kotki; Miszkę i Maszkę, które również u swojej mamy , Kizi-Mizi  pobierały lekcje polowania. Pomyślałam sobie, że świat zwierząt jest bardzo mądry i niesamowicie praktyczny. Dzieci uczą się tego, co im niezbędne jest do przetrwania. Jak dalece my, ludzie odeszliśmy od tego modelu edukacji. Uczymy się mnóstwa rzeczy niepotrzebnych do życia. A to co najbardziej istotne nie potrafimy zrobić, przynajmniej wielu z nas. Patrzę na swoje wnuki,bardzo mocno  przeciążone nauką. Jakby tak dobrze wykręcić materiał szkolny, pozostawić to co najważniejsze i najbardziej potrzebne, to niewiele by pozostało. Nie chciałabym okazać się zrzędliwą babą, ale nie mogę powstrzymać się przed wspomnieniem swojej edukacji. Już w szkole podstawowej nauczono mnie szycia, gotowania podstawowych potraw, najpotrzebniejszych napraw domowych. Poza tym moja edukacja w zakresie szkoły podstawowej i średniej pozwala mi na całkiem niezłą orientację w historii, biologii, czy też geografii. A teraz gdy oglądam w tv popularne teleturnieje zadziwiona jestem bezmiarem niewiedzy młodych ludzi. Ale to tak na marginesie. Wracając do tematu naszego życia w Wyluzowanej; wieczorkiem obserwujemy też sarny z małymi sarenkami, które przed zapadnięciem zmroku wychodzą na skraj łąki aby napaść się do syta.
Na niedzielnym spacerze, gdy Jędrek poprowadził mnie w chaszcze właśnie jakąś zwierzęcą ścieżką, natknęliśmy się na sarenkę. Po drodze zobaczyliśmy też zryty przez dziki spory plac pomiędzy młodnikiem. Na skraju łąki połamane gałęzie i otarcia kory na młodym drzewku świadczyły, że jakiegoś jelonka bardzo mocno swędziały parostki. Starał sobie ulżyć, ocierając się o drzewko i trochę je zdewastował. Dochodziła godzina dziewiętnasta, gdy wracaliśmy do chaty. Zawilce przygotowały się do snu, stulając płatki. Na trawniku do snu szykowały się krokusy i żonkile.









 Dziś, gdy to piszę ten post , jest poniedziałkowe popołudnie. Jędrek uwędził w naszej małej wędzarni trzy szyneczki. Wcześniej przygotował dojrzewający schab, który zasypany ziołami obsycha w naszej laubo-spiżarni. Jutro wyślemy po schabie i szyneczce każdemu z naszych dzieci, aby miały choć namiastkę wspólnej Wielkanocy. Zrobiłam listę zakupów, więc przy okazji wysyłania  paczki z leskiego paczkomatu In-Postu, uzupełnimy nasze zapasy aby coś tradycyjnego przygotować na nasze samotne święta. Jeszcze sześć dni. Co się jeszcze wydarzy? Siedzimy w chacie, a tyle wokół się dzieje! Dziś dopadła nas informacja, że w pobliskiej Solinie w ośrodku na  Jaworze mają być umieszczeni w kwarantannie ludzie, którzy dzisiaj  przylecieli  do Rzeszowa z Mediolanu. Koronawirus osacza nas coraz bardziej, nie tylko w wiadomościach wyzierających z ekranów.
Kończąc przedświąteczną relację z naszego miejsca odosobnienia w Wyluzowanej, życzę wszystkim gościom ChatoMani dobrego, pozytywnego i zdrowego tygodnia. Do następnego postu.






wtorek, 31 marca 2020

byle do jutra



Minęła kolejna izolowana niedziela. Ostatnia niedziela w tym miesiącu. Mija marzec. Nastał czas wiosny, ale w tym roku nie tak radosnej, jak zwykle. Rzekłabym nawet, że bardzo smutnej. Tak myślę dzisiaj, w poniedziałek 30 marca. Za oknem prószy śnieg. Przyroda zrobiła krok do tyłu. Oszołomione tym ptaki zgłupiały, pierwsze kwiaty stuliły swoje płatki bardzo ciasno, aby nie wpuścić do wnętrza zimnych, zamarzniętych drobinek śniegu. Okruchów pozostałych po uczcie zimy. Kwiaty muszą jakoś przetrwać. My, ludzie też musimy. A mnie i Jędrka czeka dalszy nieprzerwany pobyt w chatce i Wyluzowanej. Nadal jest stan zagrożenia epidemiologicznego, choć doskonale wiemy, że to powinien być stan wyjątkowy. Nie ogłaszają go z wielu przyczyn, a najważniejsze z nich to jak zwykle kasa i władza.



Ale nie o tym chciałam, bo moja pisanina ma za zadania rejestrowanie naszego czasu w chacie. Czasu radosnego, smutnego, łatwego ale i trudnego. Takiego, jakim jest życie. Płyniemy na jego fali i aby nie utonąć, musimy nauczyć się unosić na powierzchni, choć żyjemy w stanie nieustannego zagrożenia. Staramy się zrobić wszystko aby nie zwariować. A o to w dzisiejszym czasie nie trudno. Wystarczy przez wiele nocy nie spać ze zdenerwowania, czy też obsesyjnie myśleć o ofiarach tej batalii z wirusem, o bezradności walki w związku z brakiem oręża. Staram się nie myśleć o zagrożeniach, wysypiać się, mieć stały kontakt z przyjaciółmi i rodziną. I żyć, jak najlepiej potrafimy.
Musieliśmy troszeczkę pozmieniać nasze zwyczaje, dostosować się do realiów czasu panowania koronawirusa Covid-19. Jak teraz wygląda nasze życie? A więc nadal stosujemy się do zaleceń  i unikamy spotkań z ludźmi. Na zakupy staramy się jeździć raz w tygodniu. Piekę chleb, zrobiłam nawet sposobem chałupniczym 4 maseczki ochronne, jednak nie zdążyliśmy ich użyć, bo Jędrek kupił maseczki atestowane. Piekę też ciasta, robię galaretki, bo tęsknimy za wizytami w Słodkim Domku. Musimy traktować siebie jak najlepiej, więc aby nie odkładało się sadełko jeżdżę na stacjonarnym rowerku. Dwa razy dziennie po 60 minut. Mam więc dwie korzyści, bo serotonina podwójnie się we mnie produkuje w związku ze słodkim deserem ale i ruchem. Jednak w każdą niedzielę wyjeżdżamy w tzw. teren.W niedzielne południe znowu wyruszyliśmy samochodem szukać oznak wiosny.










  Już na trawniku pomiędzy chatami złociły się krokusy, które wyciągały swoje uśmiechnięte kielichy ku słońcu i ciepełku. Przez parę ostatnich dni w Bieszczady zawitała wiosna, wprawdzie jeszcze bardzo nieśmiało rozkładała swoje kwietne chusty na obrzeżach lasów, w zacisznych dolinach, na nasłonecznionych stokach, jednak powietrze zaczynało mieć zapach rozmiękłej gleby i nieśmiałej zieleni.
Pojechaliśmy w stronę Myczkowiec. Po drodze minęliśmy piękne starorzecze Sanu oraz biblijny ogród Caritasu, a w którym teraz królują różnokolorowe krokusy. Za mostem skręciliśmy w stronę Zwierzyńca. Przejechaliśmy tę wioskę i za nią pojechaliśmy wzdłuż  Sanu. Zostawiliśmy za sobą przystań kajakową i w żółwim tempie toczyliśmy się wzdłuż Lasu Bukowina w stronę Średniej Wsi. Na Tym odcinku San robi duże zakole i skręca w stronę Leska. Cały czas jechaliśmy doliną Sanu.






 Las oddalił się , a my drogą polną posuwaliśmy się wśród beżowych jeszcze łąk.  Pamiętam takie dziurawe, naturalne, tylko lekko utwardzane drogi, w których ogromne  dziury zasypywane były drobnym tłuczniem z początkowego okresu naszych przyjazdów w Bieszczady. Taka dziurawa, naturalna droga była skrótem do Cisnej i biegła doliną Wetlinki przez  Bukowiec,Terkę  aż do Dołżycy. Teraz jest tam asfaltowa nawierzchnia, choć zrobiona nie najlepiej i już pęka. Są osuwiska. Położono  zbyt cienką warstwę nawierzchni. Chodzą słuchy, że niektórzy gospodarze wyasfaltowali  sobie dzięki tej inwestycji wjazdy do posesji. Nie wiem, czy to prawda, ale droga mimo iż stosunkowo młoda, jest dziś lekko zdezolowana.








Na chwilę zatrzymaliśmy się, bo na wielkiej łące widniał stary, powykręcany, artretyczny sad, a w nim ruiny jakiejś chaty.  Stare powyginane gałęzie pochylały swoje sękate dłonie nad zmurszałymi belkami, chroniąc minione, rozsypujące się  dnie, lata. Cząstkę czyjegoś życia.
Wyszliśmy z samochodu i poszliśmy obejrzeć ślad ludzkiego istnienia na tym pustkowiu. Stare belki chaty stały się naturalnym ogrodzeniem dla młodego zagajnika, który zawładnął terenem. Obok widniały resztki studni, rozsypujące się deski z jakiejś komórki, wszystko co świadczyło, że kiedyś w chacie  kwitło życie. Teraz przyroda zawładnęła terenem. Obok chaty zauważyliśmy delikatne ślady wiosny. Drobne główki kwiatów, które jak gwiazdki wyzierały spomiędzy zeschłych traw i łodyg dzikiej rudbekii.  Poszliśmy w stronę lasu. Na skraju stały lizawki z pozostałościami soli dla leśnych zwierząt.




Słoneczko grzało. Pomimo, iż byłam w lekkiej kurtce, było mi tak gorąco, że musiałam ją zdjąć. Wróciłam do samochodu w samej bluzce.  Jechaliśmy wśród pół. Minęliśmy ujęcie wody, wielką studnię głębinową. I pojechaliśmy w stronę Sanu.Zatrzymaliśmy się przy brodzie. Pochodziliśmy wzdłuż brzegu. Widać tutaj miejsca , w których zazwyczaj przebywają wędkarze. Teraz są one puste. Pozostały jakieś porzucone butelki , ślady po ogniskach. Woda w Sanie była czysta, bystra. Brzegi rozjechane przez kłady. Może teraz trochę przyroda odpocznie?  Z tą myślą z tyłu głowy pojechaliśmy dalej  polną  drogą , która skręcała w stronę Leska. Przy tej ścieżce szerokiej na na nasz samochod stały ruiny zabudowań. Ścieżka biegnie równolegle do asfaltowej szosy.  Odgradzają ją od niej wielkie połacie podmokłego terenu. Zrujnowane gospodarstwo było w dużo lepszym stanie, niż poprzednie zabudowania. Obok okazałego domu stoi  jakiś bezimienny grób. O tym, że ktoś tu spoczywa świadczy znicz i zaschnięte w doniczce chryzantemy.





Obchodząc porzucone gospodarstwo zastanawiałam się, kto tu mógł mieszkać. Jaką historię życia strzegą  stare wnętrza. Dlaczego tak urokliwe zabudowania stoją samotnie wśród pól, łąk i lasów? Myślałam również o czasie teraźniejszym, czasie zarazy. Nie wiem czy powinnam o tym myśleć w tak pięknym miejscu, ale samotność i smutek ziejący z oczodołów domu, nasunął mi te chmurne myśli. Zastanawiałam się ile pozostanie takich opuszczonych miejsc po zakończeniu naszej światowej walki z wirusem. Jak będzie wyglądało nasze życie po tak traumatycznym doświadczeniu, i czy w końcu ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, jak mocno niszczą swoją planetę? Czy nasze wnuki będą rozumniejsze i ochronią to niepowtarzalne piękno przyrody. Czy może ślepo powtórzą błędy wcześniejszych pokoleń i  zniszczą to co pozostanie, bo żyjąc wg hasła" a po nas choćby ogień "będą gnać za dobrami materialnymi lub władzą.





         Dziś już wtorek 31 marca. Dziś świeci słoneczko, choć temperatura jest bardzo niska. W nocy było 5 stopni mrozu. Teraz dwa stopnie w plusie. Nasza młodsza wnuczka ma dziś urodziny. Internetowo kupiliśmy jej hulajnogę i wysłaliśmy do naszej kochanej dziewczynki. Mam nadzieję, że sprawi jej radość i pozwoli na ruch na świeżym powietrzu. Nie ma z tym kłopotów, bo dom w którym mieszka, otoczony jest dużym ogrodem.  Smutno będzie myśleć o tym, że w tym roku nie możemy z nią świętować. Jednak składając życzenia zajrzymy kamerką do pokoju dziewczynek i zamienimy z nimi parę słów. Ważne by były bezpieczne.
Długo piszę ten post, bo co chwilę odrywam się, doglądając a to gotujący się obiad, a to nastawiony zaczyn na chleb, sprzątając, piorąc, doglądając kominka. .... 
Życzę Wam wszystkim , którzy zaglądacie do mojej chatoMani dużo, dużo zdrowia i samych radosnych myśli. Uważajcie na siebie.














piątek, 20 marca 2020

Sposób na trudny czas


        W internecie przeczytałam, że dzisiaj dzień zrównuje się z nocą, czyli jest tak zwany równodzień. Od jutra dzień będzie się wydłużał, a noc skracała. Wiosna zwyciężyła zimę i zieleń powoli ogarnie naszą strefę klimatyczną. Ustąpią szarości, zakwitną kolorowe kwiaty, nastanie jasność. Mam nadzieję, że tak też będzie z walką z koronawirusem.  I bardzo życzę sobie i całemu światu aby szala zwycięstwa zaczęła się przechylać w stronę ludzkości, a nie wirusa. Bardzo trudny to czas. Informacje ze świata przerażają. My ludzie spieprzyliśmy sprawę. Nie szanujemy piękna i dobra naszej przyrody, która nas karmi, poi, odziewa, pozwala nam oddychać, czyli żyć. Grabimy co się da, a co nam już niepotrzebne beztrosko wyrzucamy, nie patrząc na konsekwencje. Po prostu podcinamy gałąź na której siedzimy, a obecnie chyba wisimy na takiej gałęzi nad przepaścią. Zanieczyściliśmy tak bardzo naszą planetę, że nie dała rady.  I teraz płacimy za naszą pazerność, głupotę, lekkomyślność, brak odpowiedzialności. I to płacą za nią nie tylko ci, co zawinili ale również i ci, którzy dopiero się urodzili. Wirus zastosował prawo wojenne i obciążył nas taką odpowiedzialnością zbiorową. Nie chcę nawet myśleć o tym, co będzie, gdy nie uda się go powstrzymać. Jednak staram się usilnie dołożyć choć malutką cegiełkę, co ja mówię, odrobinkę składu tego budulca do muru obronnego, małą niczym drobinka piasku. Muru, który powstrzyma armię gotową do walki z nami, bezmyślnymi homo sapiens,( czy aby na pewno dobrze nas nazwano? Staram się przestrzegać zaleceń, izoluję się aby mieć jak najmniej do czynienia z innymi ludźmi, choć nie oszukujmy się, nie zawsze się to udaje, bo nie tylko ja mam na to wpływ. Podobno koronawirus bezpowrotnie zmieni nasz świat. Już satelitarne zdjęcia pokazują mniejsze zanieczyszczenie powietrza  nad kulą ziemską.Wody zatoki nad którą leży Wenecja, stały się kryształowo przejrzyste, bo transport wodny zamarł. Oglądałam poruszający film nagrany na pustych Weneckich ulicach. Kamera przesuwała się po kamieniczkach, mostkach, chodnikach. Nigdzie nie było żywego ducha. Tylko na koniec, w ostatnim kadrze zaczęły bić dzwony, a echo odbijało ich dźwięk od murów tej wyludnionej perełki architektonicznej. Ten krótki film działa na wyobraźnię. Włosi płacą ogromny haracz, tak jak i  Chińczycy, Koreańczycy i mieszkańcy całego globu. Byłam we Włoszech i urzekł mnie ten kraj o pięknych krajobrazach, cudownych miastach. Pamiętam tłok na wodach zatoki, tłumy przewalających się turystów na placu Św. Marka. A teraz wszystko zamarło. Zbyt późno potraktowano serio tę wojnę. Okazała się bitwą na śmierć i życie. Przerażające są wiadomości o liczbach zarażonych ludzi, ilościach ofiar... Patrzę teraz na nasz kraj. Tak duża grupa ludzi też kpi sobie z ostrożności ( nie dajmy się zwariować, piszą), tak wielu ryzykuje, jakby nie czerpali nauki z tego, czego doświadczają inni. Chciałabym aby tym razem nie sprawdziło się przysłowie " mądry Polak po szkodzie". Czas jest bardzo trudny, tym bardziej trzeba go utrwalać, aby pamiętać. O wojnach i ich ofiarach trzeba pamiętać!
Postanowiłam, że w ramach godnego przeżywania tego trudnego czasu postaram się nadal prowadzić zapiski z naszego izolowanego czasu w chacie. Czasami sięgam do historii mojego bloga i czytam w starych postach o tym, ile trudności pokonaliśmy, ile stoczyliśmy swoich malutkich potyczek z życiem. Wiele razy byliśmy bliscy poddania się ale trwaliśmy w uporze i zwyciężyliśmy wbrew zdrowemu rozsądkowi, brakowi funduszy, kłopotami ze zdrowiem. I pomaga mi to, szczególnie  w tym trudnym czasie. A teraz wracam do naszego pobytu w chacie. 


Po poprzedniej niedzielnej wycieczce, po dobrym nastroju nie pozostało ani śladu. Uczucie uwięzienia zaczęło bardzo nam doskwierać, a że mocno przetrzebiliśmy niewielkie nasze zapasy żywności, postanowiliśmy pojechać do apteki i sklepu. Dzień wcześniej Jędrek zrobił samotny objazd rowerkiem po bezdrożach Bieszczadu. I przywiózł mi zdjęcia szkód bobrowych i ludzkich. Bobry są na swoim terenie w dolinie Sanu, który jest rezerwatem przyrody, ale bezmyślność człowieka powala. Śmieci, śmieci i jeszcze raz śmieci. I przypuszczam, że wątpliwe dobro w postaci połamanych kafli z czyjegoś starego pieca nie pomoże tutejszemu regionowi, a wręcz przeciwnie. Pewnie połamane kafle należą do jednego z okolicznych mieszkańców miejscowości o wdzięcznej nazwie Uherce Mineralne, bądź też sąsiadujących Myczkowiec.



I za każdym razem, gdy widzę tego typu " upiększacze" przyrody, serce mi się kraje.  Nie zgadzam się z tymi, którzy puszczają w sieci filmiki z napisem " dziękuję ci koronawirusie, że wstrząsasz nami, ludźmi" itp. treści, bo za co dziękować wrogowi? Czy za tysiące ofiar, a ponoć będzie ich więcej. Jednak głęboko w duszy mam nadzieję, że ludzie szybko wygrają z wirusem, ale też wyciągną wnioski. Może to czegoś ich nauczy. Na ten moment staram się mieć jak najlepszy kontakt telefoniczny z rodzinką, zresztą tak jak i do tej pory. Staram się usilnie nie bać o nich, a ten lęk, który gdzieś we mnie drzemie, przekuwać w energię do działania.
Wracam do naszego wyjazdu po uzupełnienie zapasów. Wybraliśmy się w podróż samochodem, bo to najbezpieczniejsze. Myśleliśmy, że wstąpimy do naszego nowego sklepu wiejskiego. Niestety parking był pełen samochodów, a więc na małej powierzchni musiało się tłoczyć wielu ludzi. Nie posiadamy maseczek chirurgicznych ani żadnych innych. Mamy rękawiczki gumowe, płyn dezynfekcyjny samodzielnie sporządzony. Uzbrojeni w te akcesoria pojechaliśmy w stronę Ustrzyk Dolnych, aby pooglądać przyrodę. Minęliśmy w zasadzie prawie puste miasto. Pojechaliśmy w stronę Krościenka. Drogi były puste, słoneczko świeciło, a przyroda czyniła przygotowania do wiosny. W tym regionie kraju wiosna przychodzi z opóźnienie. Dopiero widać pierwsze zwiastuny wiosny. Przekwitają przebiśniegi, pojawiły się przylaszczki, miodunki, cebulice, stokrotki, podbiał. Nieśmiało zaczynają rozkwitać moje ulubione zawilce. Stoki jeszcze w beżach, tylko gdzieniegdzie startuje trawa.Na drzewach pąki liści stulone, jak zaciśnięte piąstki niemowlaka. Jakby tutaj wiosna wiedziała o koronawirusie i obawiała się, czy nie narazi na chorobę swoich delikatnych roślinek. Zrobiliśmy małą pętelkę, wstąpiliśmy do apteki w Olszanicy. Ludzie w kolejce starali się zachować odstęp. Dotykałam terminarza przez rękawiczkę. Po czym wyrzuciłam ją do śmietnika. Wróciliśmy do Leska. Tam pod Tesco stało niewiele samochodów. Weszliśmy do sklepu. Klientów było około dziesięciu. Na dużej powierzchni rozmywali się. W rękawiczce wybierałam produkty. Zapłaciliśmy i pojechaliśmy z powrotem. Nie wiem, czy zetknęłam się z wirusem. Oby nie. Wystarczy, że od dłuższego czasu męczą mnie zatoki. Nie mogę sobie z nimi dać rady. Źle toleruję sinupred i tylko mogę mieć nadzieję, że  zapalenie samo przejdzie.