Niedawno w jakimś artykule dotyczącym badań fizyków, zajmujących się zjawiskiem czasu przeczytałam, że czas przeszły, czy przyszły nie istnieje. Wszystko, co się dzieje, dzieje się na jednej płaszczyźnie tu i teraz. Trudno mi to ogarnąć. Szczególnie, gdy spoglądam w lustro. Odbija się w nim twarz całkiem inna, niż parę lat wcześniej. Czasem zastanawiam się, czy to możliwe, abym to była ja? Przecież czuję siebie inaczej, młodziej , piękniej... Nie dziwię się ludziom chorym na Alzheimera, którzy patrząc w lustro, widzą w nim kogoś obcego, bo w pamięci mają zupełnie inną podobiznę. Na przykład babcia mojej serdecznej koleżanki ze szkoły podstawowej, będąc w zaawansowanym stadium tej choroby, twierdziła, że ta stara kobieta, która podgląda ją w łazience, to jakaś wścibska sąsiadka. I za nic nie chciała wchodzić do tego pomieszczenia, w którym przy wejściu było zawieszone lustro.
Z kolei w tym czasie ubóstwiała swojego wcześniej nienawidzonego zięcia, mówiąc, że to jest fajny chłop od piwa. Zięć ten od czasu do czasu przynosił jej w tajemnicy przed innymi członkami rodziny ten "rarytas". Po kryjomu pili wspólnie po szklaneczce piwka w pokoju babci, która od czasu, gdy zachorowała, stała się frywolna i psotna, jak nastolatka. Znałam ją z wcześniejszego okresu, w którym była wiecznie klepiącą pacierze staruszką, zasadniczo podchodzącą do życia. Do przesady lubiła ład i porządek. Miała mnóstwo zasad, które ją wręcz ubezwłasnowolniały. Była nudna i uciążliwa dla otoczenia, które rozliczała z odstępstw od " normalności". Moja koleżanka cierpiała bardzo, bo babcia prawie ją wydziedziczała za zbyt krótkie spódniczki, puder na twarzy, czy malowane brwi. Złapały ze sobą wspólny język dopiero, gdy tamta zapomniała, że jest staruszką o żelaznych zasadach życiowych. Niestety trwało to zbyt krótko. Staruszka zaczęła zagrażać innym członkom rodziny, np. paląc na dywanie ognisko, bo wydawało jej się, że jest harcerką i musiała zostać umieszczona w domu opieki. Tam zmarła.
Idąc śladem rozważań fizyków, mogłabym powiedzieć, że czas teraźniejszy babci koleżanki to bardzo złożona osobowość; dojrzała, a za razem infantylna. A babcia ta przez całe życie nosiła maski, które pomagały jej dobrze funkcjonować w społeczeństwie, a w środku cały czas była taka, jaką okazała się, gdy zapomniała o fakcie posiadania masek.
Dlaczego te rozważania? Może dlatego, że prześladuje mnie ostatnio temat starzenia się, utraty pamięci przez starszych ludzi, a nawet śmierci? Sama starzeję się, co naocznie stwierdziłam , gdy zoperowałam w obu oczach soczewki. Nowe protezy ujawniły gorzką prawdę, a może bardziej nagą prawdę, że ta podstarzała paniusia w lustrze to ja i to moja twarz, moje zmarszczki... Kolejna moja koleżanka, również ostatnio doświadczyła podobnego stanu zaskoczenia, gdy okulista wreszcie dobrał jej odpowiednie soczewki kontaktowe. Po wizycie u okulisty, robiąc wieczorny demakijaż pomyślała, że ma w łazience złe oświetlenie. Rano przekonała się, że niestety to nie jest zła lampka, a rzeczywistość. I na pytanie " czy to ja? " musiała w słoneczny poranek powiedzieć" niestety, to w całej okazałości ja". Co zatem z tym czasem, który nie jest ani przeszły, ani przyszły, bo wszystko toczy się tu i teraz? Kto lub co zatem robi nam psikusy zabierając młode odbicie? Parafrazując zdanie żony Krzysztofa Ibisza, pani Nowak Ibisz " ja tego nie kupuję."
Droga stokiem Kozińca.
Parę dni temu dowiedziałam się, że zmarła moja daleka krewna. Poznałam ją wiele lat temu, gdy byłam nastolatką. Bardzo lubiłam ciocię Alę, mimo iż rzadko miałam możliwość spędzania z nią czasu. Parę lat temu wyjechała z Warszawy z opiekującą się nią rodziną gdzieś w okolice Nidzicy. Była ciepłą, urokliwą kobietą, która uwielbiała dobre jedzenie i długie wieczorne rozmowy. Mówiła " proszę ja ciebie" i kochała życie. W zasadzie oprócz endoprotez obu kolan miała końskie zdrowie i doskonały apetyt. W tym roku obchodziłaby 92 lata.
Gdy o jej śmierci zawiadomiła mnie kuzynka mojej mamy, powiedziłam do niej.
-- Cóż kończy się pewna epoka. Takich ludzi, jak ciocia Ala już nie ma.
Ciocia Ala była prawdziwą damą nawet wtedy, gdy wiele lat temu połamała ogrodowy, solidny fotel, w którym uwięzła. Fotel przywiózł mój mąż z Belgii na długo przed wprowadzeniem ich na rynek polski. I nie było to zwykłe, plastykowe krzesło z nogami, które pod wpływem temperatury zachowują się jak plastelina i wyginają na wszystkie strony. Fotel był gruby, błyszczący i rozkładany. Prawdziwy mercedes w grupie foteli ogrodowych. Biedna ciocia zakleszczyła się się w plastykowych szczątkach i wydostała z nich dopiero za pomocą mojego taty i męża, wystraszonych zaistniałą katastrofą. Po spionizowaniu ciocia poprawiła swoją letnią sukienkę, sprawdziła stan całej garderoby i dumnie ogarnęła wzrokiem cały taras, na którym miało miejsce zdarzenie, po czym powiedziała do mojej mamy.
-- Wiesz Halu, współczesne przedmioty wydają się być robione z kartonu. Nie są dla nas, prawdziwych kobiet.
Już wtedy pomyślałam sobie, że ma niesamowitą klasę. Ja wówczas w tej sytuacji umarłabym ze wstydu. Pomyślałabym sobie, że jestem za gruba, niezdarna, pechowa... itp. Wracałabym w myślach do zdarzenia i katowała się wspominkami, odtwarzając każą sekundę wypadku. Umiejętność podchodzenia z humorem do potknięć była mi wówczas obca. Aby umieć być ponad to, czy posiadać umiejętność podchodzenia do siebie z humorem musiałam nauczyć się. Robiłam to wiele , wiele lat.
Zalew Myczkowski.
Myślę, że dziś jestem zupełnie inną kobietą, niż w tamtym czasie. Ceną stabilności wewnętrznej były właśnie przeżyte lata, które jak paciorki liczydła przesuwam wstecz, odmierzając kolejne dekady. W końcu tak nauczyłam się liczenia. Jestem dzieckiem z tamtych lat.
Nie wiem, czy dziś , w dobie kalkulatorów umieszczonych w telefonach komórkowych, które ma większość dzieci, obraz liczydła jest przekonujący, więc może powinnam upływający czas porównać do rzeki. W końcu ciągle gdzieś czytam " rzeka życia"... Rodząc się wsiadłam do łódki i popłynęłam, Tak więc płynę i płynę, a co parę metrów mijam inny kawałek brzegu. Wszystko się zmienia i ja na tej łódce również zmieniam się. Nawet zmieniają mi się preferencje wakacyjne. Jeszcze rok temu uważałam, że świata powinnam się " nachapać ". Lista moich planów wakacyjnych była długa i pod hasłem " koniecznie muszę zobaczyć " widniało mnóstwo pozycji. Gdy na początku stycznia pomyślałam o tegorocznych wakacjach i zastanowiłam się, gdzie ewentualnie chciałabym wyjechać, co zobaczyć, okazało się, że nie jestem pewna, czy aby na pewno chcę tego , co jeszcze przed rokiem. I nie chodzi o to, czy mi się chce, czy nie, bo zdecydowanie chce mi się poznawać świat, ale inaczej i nie za wszelką cenę. Polubiłam miejsce, gdzie spędzam teraz większość czasu, czyli Bieszczady. Staram się je odkrywać po kawałeczku i od podszewki. I tak chcę też zwiedzać świat.
Wnętrze cerkiewki w Łopieńce.























































