

A wracając do 15 października, bo jedynie w tym terminie udało nam się załatwić salę w karczmie” U Freda”, co miało miejsce dwa dni przed moją datą urodzin, to przygotowałam małe, kolorowe wizytówki , aby każdy odnalazł swoje miejsce, a starałam się aby sąsiedztwo zadowoliło każdego gościa. Do wizytówek doczepiłam malutki prezencik w postaci magnesu na lodówkę. Magnesy wykonaliśmy własnoręcznie wraz Jędrusiem. Fronton zdobiło zdjęcie jednego z moich obrazów, a płyty magnetyczne kupiłam na Allegro. Dzięki temu każdy będzie miał kolorową pamiątkę po moim święcie. Przez trzy godziny planowałam, jak kogo usadzić, aż wydaje mi się, że wybrałam optymalną opcję. I wydaje mi się, że imprezka była udana. A goście dobrze bawili się przy składance przygotowanej przez moją córcię Stellę.
Oczywiście jak zwykle najlepiej bawili się najmłodsi, czyli Kornel i Majeczka. Na parkiecie wprost szaleli. Dla starszych wnuków spotkanie nie było atrakcyjne i po głównym posiłku oraz porcji słodkości ewakuowali się do naszego mieszkania, gdzie poczekali na rodziców. Julia z kolei wkroczyła w wiek nastolatkowy wraz ze sporą dozą nieśmiałości i wstydzi się tańczyć, mimo iż bardzo lubi taniec i ma do tego wyjątkowy dar. Za to dostałam od niej wyjątkowy prezent z postaci własnoręcznie wykonanego obrazu , na którym umieściła zachód słońca i zapadający wieczór nad Berdem. Późnym wieczorem goście powoli zaczęli się zmywać. Ale zanim to nastąpiło właściciel karczmy wjechał ze swoim popisowym daniem; udźcem wieprzowym pieczonym w specjalnym piecu i serwowanym na talerze z chrzanem, czy też musztardą. Był on wyśmienity, soczysty i chudy. Prawdziwy majstersztyk umiejętności kulinarnych szefa. Na koniec niektórzy gości zostawili swój ślad w postaci wpisu w książeczce gości. Niektóre wpisy są bardzo wzruszające i grzeją moje serce. Będą dla mnie świetnym antidotum na stany smutku, które każdego czasem dopadają, gdy znajduje się daleko od przyjaciół.
Spotkanie pomogło mi zobaczyć się z wszystkimi bliskimi ; moją rodzinką, dwiema wieloletnimi przyjaciółkami, bliskimi znajomymi, wspaniałym zespołem, z którym przez wiele lat pracowałam, a także wiernymi starymi przyjaciółmi towarzyszącymi nam prawie od dzieciństwa, czy też od młodych lat. Niestety moja najmłodsza siostra w ostatniej chwili rozchorowała się i wraz z siostrzenicą, która została, aby się nią opiekować , zostały we Wrocławiu. Impreza odbyła się w piątek, a w poniedziałek musieliśmy wracać do Bóbrki, bo przesłano nam informację, że samochód jest naprawiony i czeka w Rzeszowie. Teraz znowu jesteśmy w chacie, choć nie potrwa to znowu długo, bo w listopadzie czekają nas spotkania z lekarzami w Koźlu.
Jak już wcześniej pisałam w którymś z postów, mościmy sobie i tu małe bieszczadzkie gniazdko, a więc tez budujemy krąg przyjaciół i znajomych, z którymi od czasu do czasu się spotykamy. Grupka jest mała, ale są to ludzie ciepli i coraz bardziej bliscy. I dla nich również w ostatnią sobotę zorganizowałam spotkanie w naszej chacie, (bo jak świętować urodziny, to z wszystkimi bliskimi!).
I znowu jedna z osób się rozchorowała, ale jednak przyjechała na przysłowiową godzinkę. Z pozostałymi gośćmi posiedzieliśmy do późnego wieczora. Oczywiście wszyscy gości otrzymali takie same małe podarki, choć tym razem obyło się bez wizytówek! Atmosfera była tak samo miła i serdeczna, jak wcześniej w Koźlu. Następnego dnia, czyli w niedzielę pojechaliśmy na randkę z bieszczadzką jesienią. I oboje po raz kolejny jesteśmy nią oczarowani i nią zaczarowani!
Piękno i kolorystyczne bogactwo bieszczadzkiej przyrody jest
dla mnie jak narkotyk. Trwam w nieustannym zachwycie , mimo iż moja randka z Bieszczadami
trwa już od 2004 roku. Wiem, że jestem nudna z tymi wielokrotnie powtarzanymi
zachwytami i okrzykami „ Och jakie to piękne!” „ Nie do uwierzenia, że świat
jest tak cudowny”.. itp. Chyba w
uczuciach jestem bardzo długodystansowa. I tym pięknem oraz prawie narkotycznym
zachwytem znieczulam się przed tym, co
niesie „ ciemna strona księżyca”, naszego życia na tym cudnym świecie.
.