Wczoraj mieliśmy Dzień Dziadka, a przedwczoraj Babci. Trochę dziwnie obchodzić święto na odległość i tylko rozmawiać z wnuczętami przez telefon. A w związku z tym, że w czwartek wypadł nasz cotygodniowy dzień zakupów, dostałam od Jędrka bukiet róż, aby nie było mi tak smutno, że dzieciaki daleko. Później zadzwoniła Stella i usłyszałam życzenia " stu lat" oraz pooglądałam Kornelkowe serduszko, które przygotował na zajęciach w przedszkolu. Obiecał je dostarczyć przy najbliższym spotkaniu. Wieczorem miałam okazję pooglądać i usłyszeć piżamersowy chór w składzie Mai i Julii, wspierany przez Karolinkę, który odśpiewał tradycyjne " Sto lat", wśród chichotów i śmichów-chichów. Około 22 -giej otrzymałam życzenia w postaci sms-a od studenta Kacperka. Następnego dnia w okolicy południa zadzwonił Kajetan i przeprosił za spóźnienie. Złożył mi zaległe życzenia, poprosił abym dała do telefonu dziadka , a po złożeniu mu życzeń zapałał chęcią rozmowy ze mną. Dziwna to była rozmowa, bo choć jesteśmy bardzo blisko, to na wszystkie moje pytania odpowiadał "bardzo dobrze babciu". Zastanawiam się czy to przypadłość piętnastolatka rodzaju męskiego, czy też cecha charakterystyczna dla części mężczyzn z naszej rodziny, bo bardzo podobnie wygląda teraz moja rozmowa z synem, który już w zeszłym roku ukończył lat czterdzieści . Każde pytanie np. " co u Was nowego ", zbywa " a nic, wszystko w porządku" . Na kolejne, "a jak dziewczynki ?" odpowiada " jest ok.". Gdy zadaję bardziej szczegółowe pytania , to precyzyjnie, bez zbędnych tematów pobocznych odpowiada na moje pytania. Natomiast z Jędrkiem przez całe pół godziny lub dłużej potrafią rozprawiać o naprawie silnika, oponach, wyścigach formuły pierwszej. I pomyśleć, że gdy mój syn był nastolatkiem, to na rozmowy o wszystkim poświęcaliśmy długie wieczory i zdecydowanie nie był to mój monolog ale zawzięta dyskusja. Z ojcem mu się nie chciało. Teraz się pozmieniało. Panowie zaprzyjaźnili się, gdy syn sam został ojcem. Gdy jeszcze żył mój tata, to nasza bliskość również nie była oparta na rozmowach. Tacie wystarczyły krótkie informacje i sam też takich udzielał. Zdecydowanie dłuższą dyskusję mogłam uciąć sobie jedynie z mamą. A wcześniej babcia była moim powiernikiem i towarzyszem dyskusji. Rozmawiałyśmy na wszystkie możliwe tematy. Miała cierpliwość do wysłuchiwania moich dziecięcych historyjek i nastoletnich opowieści. Cierpliwie odpowiadała na pytania, starała się prostować zagmatwane myśli, nazywała uczucia. Teraz ja jestem babcią i takie relacje mam z Juleczką. Chłopcy zdecydowanie wolą dziadka. Kornelek jest jeszcze na tyle mały, że potrzebuje dużej bliskości wszystkich dorosłych. I tak się jakoś dziwnie porobiło. A teraz , gdy mieszkamy daleko, zaspokajam swoją potrzebę obecności wnuków za pomocą Whats Appa i kamerki.
Korzystając z pięknej, zimowej scenografii, którą Bieszczadom zafundowała aura i " bestia ze wschodu", jak media nazwały bardzo mroźny front atmosferyczny, który opanował nasze tereny, poubieraliśmy się ciepło i postanowiliśmy trochę potuptać nad zalewem. Za chmurami świeciło blade, styczniowe słońce. Gdy znalazło przerwę pomiędzy szarymi obłokami i ukazało się naszym oczom, miało kolor bladego krążka bardziej przypominającego księżyc, niż słońce. Zalew powoli zamarzał. Na wielkich zamarzniętych obsypanych świeżym śniegiem lodowych taflach przysiadały ptaki. Pojedyncze kormorany starały się znaleźć wolną przestrzeń wodną i wypatrywały ryb. Idąc brzegiem zalewu, usłyszeliśmy pojedynczy huk i stado ptaków wzbiło się w powietrze. Pomyślałam ze strachem, że może to jakiś samotny myśliwy poluje na dziki lub sarny. Za moment zagadka rozwiązała się. Wzdłuż zalewu bardzo wolno jechał terenowy samochód. Kierowca i pasażer z uwagą oglądali brzeg. Minęli nas. Parę metrów dalej uchylili okno i wrzucili na brzeg zalewu jakąś petardę. Jej huk wystraszył ptaki, które wzbiły się w powietrze. Jędrek stwierdził, że to pewnie okoliczne koło wędkarskie dba , aby kormorany nie wytrzebiły ryb w zalewie i w ten sposób wypłasza ptaki. Na drugim brzegu zalewu, pod Berdem jest zainstalowana hodowla ryb. Również zalew jest zarybiany przez lokalne koło wędkarskie. Na brzegu wody często przechadzają się ptaki żywiące się rybami. Czaple , czy żurawie nie są zagrożeniem , natomiast kormorany potrafią być bardzo konkurencyjne w stosunku do ludzi. Populacja tych ptaków żyjących nad zalewem bardzo wzrosła. Kormoran dziennie potrafi zjeść nawet do 800 gramów ryby. Jest uważany za drapieżnika wśród ryb. Od 2008 roku kormoran czarny, który żyje też nad Zalewem Myczkowskim jest objęty częściową ochroną. Drzewa, na których zakłada gniazda są białe od jego odchodów i z czasem usychają. W czasie spacerku widzieliśmy kilka sztuk tych ptaków, jednak petardy wystraszyły również czaple, które żerowały na brzegu zbiornika i przechadzały się wzdłuż brzegu. Pięknie wyglądały wzlatując w powietrze z wielkimi białymi skrzydłami i szyją zgiętą w literę s. Niestety było tak mroźno, że miałam na rękach futrzane rękawice i zanim udało mi się je zdjąć aby pstryknąć zdjęcie, czapli dawno nie było. Za to uwieczniłam niesamowite światło odbite w tafli zbiornika, zanim zesztywniały mi palce. Spacer zajął nam dwie godzinki. Był bardzo przyjemny, mimo mrozu, który szczypał w policzki i obszczypywał czubek nosa. W tym czasie drogą przejechało bardzo mało aut, może ze trzy, bo nawierzchnia była biała. Wprawdzie również przejechał pług i rozgarnąłna boki grubą warstwę śniegu, ale mimo tego nawierzchnia nie zachęcała do jazdy. Oczami wyobraźni zobaczyłam wielkie sanie i konne zaprzęgi. Cudna byłaby taka sanna. Chyba wczoraj rano Jędrek przeczytał mi smutną wiadomość o tragicznej końcówce kuligu, który tata zafundował córce i jej koleżance. Otóż przywiązał sanki do samochodu. Na zakręcie siła odśrodkowa zarzuciła sanki na drzewo. Koleżanka połamała się, a córka kierowcy zginęła. Było mi bardzo smutno mi, że nieodpowiedzialność i brak wyobraźni ojca doprowadziła do tragedii. Wróciliśmy do domu na ciepłą białą kiełbasę, którą zrobiliśmy sposobem domowym. Świeża, bez konserwantów z dużą ilością zół była bardzo smaczna.


