czwartek, 16 lutego 2017

prawo natury

            Minęło pięć dni, odkąd jesteśmy w chacie. To szmat czasu. Wydarzyło się tak wiele, jakbyśmy chcieli nadrobić czas, kiedy chata czekała na nas. A więc jesteśmy już pięć dni, pięć słonecznych, radosnych dni. Dziś temperatura na naszym tarasie wzrosła do trzynastu stopni. Wydaje się to niemożliwe, biorąc pod uwagę kilkunastostopniowy mróz w chwili przyjazdu. Ale po kolei...
Przyjechaliśmy, gdy na zewnątrz były bardzo niskie temperatury. Parę dni wcześniej podobno nawet do dwudziestu dwóch stopni, oczywiście nocą.
Pomimo, iż z miasta wyjechaliśmy w południe, nie udało się nam dojechać do Bóbrki przed zachodem słońca i jak zwykle wjeżdżaliśmy na teren naszej posiadłości późnym popołudniem. Chata drzemała sobie  w zupełnych ciemnościach, a wjazd na górny parking był zasypany. Zastanawialiśmy się czy zdołamy wjechać, ale wysoki samochód, napęd na wszystkie koła był naszym sprzymierzeńcem. Zjechaliśmy pod górną bramę. Jędrek długo mocował się z  zamarzniętą kłódką. W końcu chuchanie i dmuchanie, rozgrzewanie w dłoniach, pomogło i zamek puścił.
        -- Hura ! -- krzyknęłam w duchu i z odetchnęłam z ulgą, bo już w tyle głowy pojawiała mi się wizja noclegu na stromej dróżce przed bramą. Oczywiście w samochodzie, a nie w małym jaskrawym namiociku, w którym nocują ekspedycje wspinaczy. A swoją drogą zawsze gdy oglądam w tv filmy z takich wypraw, zastanawiam się, jak to możliwe, że w takich małych namiocikach, często uczepionych do wyłomów skalnych na prawie pionowych ścianach, mogą sypiać normalni ludzie. Dla mnie to już wyczyn sam w sobie i  nie potrzeba chyba zdobywać szczytów, aby udowodnić sobie i innym ogromny chart ducha, niezłomny charakter oraz odwagę. Ja jestem bardziej z tych tchórzliwych zmarzluchów, więc zaniepokoiła mnie już sama wizja noclegu w samochodzie. Moja przeklęta wyobraźnia znowu starała się spłatać mi psikusa !
Wygramoliłam się z samochodu i  rozejrzałam wokół. W ciemnościach pod stopami  zobaczyłam białą płaszczyznę  i czarną ścianę naokoło nas. Nie było mowy, aby schodzić do chaty normalną drogą. Zamiast ścieżki mieliśmy wielką śnieżną zaspę. Pozostało nam  schodzenie zakosami po stromym stoku prowadzącym do naszej chaty. Śnieg był twardy, zmrożony. Skrzypiał. Jędrek miał lepiej, bo większy rozmiar buta powodował łatwiejsze utrzymywanie się na powierzchni. Mam małe stopy i chwilami zapadałam się wgłąb śniegu, który skrzypiał jak cięty styropian. Schodziliśmy w ciemnościach. Jak to zwykle bywa, moja latarka odmówiła współpracy, a komórka gdzieś zaginęła w czeluściach torebki. Niewiele widziałam, choć wytężałam wzrok. Macałam stopą podłoże i powoli stawiałam stopę.  Najgorzej było na nierównościach i skosach.
W końcu szczęśliwie dotarliśmy do chaty. W kuchni spojrzałam na termometr. Czerwona kreseczka wskazywała zero stopni. Po godzinie grzania stopni  było pięć.
-- Długi wieczór przed nami ! -- powiedziałam do Jędrka, który co kilkanaście minut podkładał do kominka. A piec pochłaniał polana jak wyjątkowy głodomór. Miał prawo. W końcu nie jadł przez długie miesiące. A w chacie wszystko miało temperaturę około zera.




Do północy rozgrzaliśmy chatę. Myślę, że i opiekuńcze anioły rozgrzały skrzydła, bo poczułam znowu dobrą aurę tego miejsca, a przed snem delikatny ciepły powiew, jak muśnięcie skrzydeł aniołów.
Rankiem było tak jak zwykle, czyli jakbym cały czas tu mieszkała. I nigdy nie wyjeżdżała.
        -- Znowu jestem wiejska babka ! -- zaśmiałam się w duchu i z uśmiechem oraz dobrym humorem poszłam zdobywać świat! Oczywiście zaczęłam od parzenia kawy, bo bez porannej kawy jestem jak ślepy nietoperz, nie nadaję się do zdobywania niczego poza łazienką....

Na dworze szarogęsiła się zima. Jędrek odkopał dolną bramę i mogłam wyjść zwykła drogą.


Słoneczko od rana świeciło ochoczo, jakby chciało nas ośmielić.  Zalew częściowo skuty lodem  był cichy i tajemniczy. Po chwili już wiedziałam, że zastygł w przerażeniu , bo na brzegu wydarzyły się mrożące krew w żyłach zbrodnie.



                                   Biada tym łabędziom, które wpadły w głodne paszcze ...
 
Idąc brzegiem odkryliśmy, że  to nie płaty śniegu leżały sobie na odsłoniętych przez słońce łachach. To resztki z wielkiej uczty! Niedojedzone ochłapy ze zwierzęcego stołu...



                                 Jacyś mordercy grasowali na brzegu.... Lisy ? Wilki?



To była solidna uczta, patrząc po porzuconych resztkach. Szkoda tych pięknych ptaków, ale i głód wśród drapieżników był wielki. Śnieg głęboki... No cóż;  prawo natury!


             Ale i bobry nie żałowały sobie. Ślady ich obżarstwa widać na korze drzew.

                                            Niektóre drzewa zostały nieźle ostrugane.
        Woda w zalewie perliła się w miejscach niezamarzniętych. Z dnia na dzień przybywało wolnej    od lodu powierzchni. Tam pływały stada łabędzi.



 Starym zwyczajem zajrzeliśmy też do Polańczyka. Plaża zasypana śniegiem na zdjęciu nie różni się od tej pełnej piasku. Słoneczko  przyświeca. Tylko Solina nadal skuta lodem, zaśnieżona.
Trzeba wielu słonecznych dni, aby odtajała.





          Za pryzmami śniegu tkwią w oczekiwaniu porzucone żaglowce. A słońce coraz wyżej!

             Przez parę dni naszego pobytu śnieg skurczył się, jak źle wyprany sweterek. Temperatura za wysoka! Jak tak będzie dalej, to niedługo stoki się zazielenią. I zima odejdzie. Takie prawo natury!

piątek, 10 lutego 2017

śniła mi się wiosna


 -
      

         - Wstawaj śpiochu ! Już dziewiąta! -- Usłyszałam z oddali głos Jędrka, jednak tym razem nie chciałam go usłyszeć, bo co robił w moim śnie? Przecież pojechał do Leska po zakupy, a może nie zauważyłam, że już przyjechał i zszedł nad wodę? Ale dlaczego mówi coś o wstawaniu? Wprawdzie wystawiłam twarz do słońca i jest mi cieplutko, ale nie zamierzam spać. Jest tak pięknie! Wiosennie i radośnie!
Słońce wybarwia korę brzozy na różowo. Dlaczego na różowo? Teraz dopiero zauważyłam, że słońce  jakoś dziwnie grzeje. Promienie są kolorowe, jak tęcza. I dlatego brzoza jest różowa. A może słońce już powoli zachodzi za Berdem?
        --  Muszę koniecznie sprawdzić! -- mówię do siebie, ale nie mam siły aby podnieść się z miękkiej trawy. Jest taka wygodna. Tylko trochę ścierpła mi ręka, na której opieram się. Ale wytrzymam, jeszcze tylko chwilę poleżę.
        -- Muszę popatrzeć na piękny świat wokół chaty! --  postanawiam i zauważam, że
cała łąka jest  wielkim kolorowym bukietem. I motyle latają nad kwiatami, a na drzewach siedzą słowiki.  Dużo tych słowików. Urządziły mi koncert.
        --  Jak pięknie śpiewają! -- myślę.
A promienie słoneczne właśnie zmieniają kolor i jak reflektory podświetlają kwiaty. Przyleciała para błękitnych kowalików . Urządzają wyścigi na pniu dębu. Oczywiście od korony drzewa w dół. Skaczą szybciuteńko. Który będzie pierwszy?
        -- No, śpiochu! --znowu słyszę głos, ale nie widzę skąd dochodzi. I nagle na ramieniu czuję dotyk dłoni. Otwieram oczy. Jestem w swoim łóżku . Bóbrka jest 400 km dalej. A tu zima na całego.
         -- Co to dzisiaj? Postanowiłaś pobić mój rekord? Przecież zawsze wstajesz dużo wcześniej.
Zrobiłem kawę!  -- mówi Jędrek i czuję zapach świeżo zaparzonej kawy.
         -- To chyba spadek ciśnienia tak na mnie podziałał. Wczoraj mocno sypało. Na ziemię padały wielkie płaty. Nie mogłam się napatrzeć na ten balet pod światłem lampy! -- tłumaczyłam się ze swojego porannego  lenistwa, ale w duszy wiedziałam, że ciężko mi było rozstawać się ze snem o wiosennej Bóbrce.




        -- Przyniosłem ci na dzień dobry prezent. Wstawaj i popatrz. Będzie korespondował z tematem snu.  -- powiedział mój mąż i poszedł do kuchni.
Zaciekawiona prezentem wyskoczyłam z łóżka i zobaczyłam w pokoju pojemnik z grządką cebuli.
         -- Posadziłem dymkę, tylko musisz codziennie podlewać. Za parę dni będziesz miała swoją prywatną wiosnę. -- powiedział, cmokając mnie w czubek głowy.
A ja zamiast zanurzyć usta w aromatycznym napoju, obchodziłam wszystkie okna, aby zobaczyć zimową miejską aranżację ogrodu.






Kolejny tej zimy śnieg pokrył grubą warstwą miejski krajobraz. Było czysto, biało. I nudno! Gdy wyszło słońce trochę zmieniły się odcienie bieli, ale i tak miały się nijak do moich kolorowych sennych obrazów. Tęsknię i nie mogę się doczekać wyjazdu do chaty. Odliczam dnie, jak kiedyś poborowi koniec służby wojskowej. Wykupuję recepty. Robię badania lekarskie... Jeżdżę, krzątam się i myślę, o czym nie mogę zapomnieć przed wyjazdem.

        -- Myślę, że w najbliższy weekend będziemy mogli wyjechać do chaty! -- Mówię do Jędrka, który kończy porządkowanie miejskiego ogrodu.
        -- Tylko znowu będziesz musiała zabrać ze sobą swój mini  ogródek! Jak wcześniej jeździłaś z bazylią.  W tym roku kolej na cebulę! 

niedziela, 29 stycznia 2017

patrzę na stare fotografie


        Ten obraz, kopia Kossaka malowana ręką mojego dziadka, jest takim moim wehikułem czasu i łącznikiem z przeszłością. Skąd dzisiaj ten temat? Jakoś zatęskniło mi się za babcią Manią, po odwiedzinach na zaprzyjaźnionym blogu u Marii. Marysia napisała w nim o rogalikach z różą, które rankiem upiekła dla swojej rodziny. Przypomniały mi się babcine bałabuchy i zapach drożdżowego ciasta z różą. I zapachniało mi w głowie dzieciństwem. Sięgnęłam do starych fotografii. I znalazłam ten wehikuł czasu; odnowiony stary obraz, który uratowałam przed piwniczną wilgocią. Teraz wisi w mojej sypialni. Jest pamiątką po babci, moim amuletem...Kiedyś wisiał w pewnej willi w Zimnej Wodzie pod Lwowem. Na starych zdjęciach widać go w tle.


           Pradziadek ze swoją synową, a moją babcią pozowali do amatorskiego zdjęcia pod tym obrazem.



         
        I mój dziadek również użył go jako tła do swojego zdjęcia. Sam bardzo lubił fotografować. Po powodzi znalazłam w piwnicy zalane szklane negatywy. Szkoda, że były zniszczone. Zaklęty w nich świat lwowskich ulic odszedł w nicość.
        Mam w ręce stare fotografie. Kiedyś fotografie były robione w atelier fotograficznym, które umieszczało wizerunki ludzi na ozdobnych  kartonikach . Na odwrocie odręcznym pismem wypisany był adres studia, jego nazwa, data zrobienia fotografii. Takie zdjęcia nie były tanie. Na sesję umawiano się.
Zdjęcia mojej rodziny przetrwały już ponad wiek. Trochę pożółkły, wyblakły ale nadal są w bardzo dobrym stanie. Zaklęci w sepii ludzie sprzed lat już dawno nie żyją, a świat ich w niczym nie przypomina obecnego, a jednak są pewne elementy, przedmioty, które są łącznikiem z tamtą epoką, tak jak i mój obraz.
Zawsze dużym smutkiem przejmowała mnie myśl o kruchości życia ludzkiego. Nawet delikatne przedmioty, jak porcelanowa filiżanka potrafią przetrwać wieki, a ciało ludzkie ma  określony termin użytkowy, a my jesteśmy tylko małym ogniwem w łańcuchu rodzinnym. Zawsze fascynowały mnie inne ogniwa i świat, który odszedł w dal. Aby nie odszedł w zapomnienie, warto od czasu do czasu przypomnieć o osobach, bez których nie byłoby nas na świecie i obejrzeć stare rodzinne zdjęcia. Co właśnie robię.
W jakiś sposób jestem cząstką ich genów. A może inaczej; mam w sobie ułamek każdego z nich, Tak  jak w sercu noszę cząstkę obrazu swojej babci i mamy.  W głowie noszę fragmenty starych opowieści o członkach rodziny...




        Mój pradziadek miał bardzo długie wąsy. Moja mama opowiadała, że miał niesamowitą cierpliwość do małych dzieci. Jako mała dziewczynka plotła z nich warkoczyki. A pradziadek pozwalał na takie hece swojej ukochanej wnusi.


    
       Wnusia wychowywała się na przedmieściach Lwowa. Była kochana i rozpieszczana do granic możliwości. Lale jej musiały mieć takie same sukienki i płaszczyki, jak i ona. Beztroskie dzieciństwo trwało do 1 września 1939 roku...

        Ta miła kobieta, to moja prababcia, która jako 14 latka została wydana za mąż za  urzędnika dworca lwowskiego. Ponoć bardzo kochała swojego męża, a on ją.




         I z tego związku urodziła się moja babcia oraz jej młodszy brat. A ich ojciec zmarł, zostawiając schorowaną młodą żonę i dwójkę maluchów.


        Mania była miłym, wesołym dzieckiem. Część swojego dzieciństwa spędziła na poszukiwaniach  nowego taty.



           
Jako kobieta samodzielna i również urzędniczka kolejowa  nie spieszyła się z zamążpójściem. A jednak i ją trafiła strzałą amora.



         Po wojnie wraz z innymi trafiła na Ziemie Odzyskane. I tam wraz z mężem i córką spróbowała  budować nowe życie. Na tym ganku bawiłam się jako mała dziewczynka w deszczowe dnie. W tamtym domu babcia piekła swoje słynne drożdżowe ciasta. Teraz już mieszka w nim inna rodzina.
Od 1975 roku nie byłam w tym domu. W domu, w którym zmarła moja babcia. Czasem przechodzę pod jego oknami, ale boję się wejść na podwórko, aby nie wróciła moja  tęsknota.
I myślę, że w tym momencie powinna skończyć post, bo zrobiło się zbyt ckliwie.


wtorek, 24 stycznia 2017

Ambiwalentnie



      

        Nadal jestem w mieście, a  widoczek Berda mogę jedynie zobaczyć na archiwalnym zdjęciu.
Mam już dość zimy, chociaż moja niechęć nie jest zdecydowana z uwagi na lutowe ferie Julki, Kacpra i Kajetana. Chciałabym, aby doświadczyli zimowego szaleństwa na stoku ale z drugiej strony również chciałabym aby jak najszybciej przyszła wiosna. Taka prawdziwa z pachnącym ziemią powietrzem, grzejącym słoneczkiem  i świergotem ptaków. Pragnę kolorów, chociaż przyznaję, że różne odcienie bieli są urzekające.  Jednak mój świat to świat kolorów.







        Przeczytałam na blogu, na który od czasu do czasu zaglądam, w jaki sposób właścicielka radzi sobie z nielubianą zimą, a robi to fantastycznie; pachnące kąpiele, jasne oświetlenie, kolorowe dekoracje itd.. a przede wszystkim dobra lektura i aromatyczne herbaty.  Ja chyba aż tak bardzo nie cierpię z powodu zimowej aury, bo mam zdecydowanie mniejszy zasób sposobów na poprawę nastroju.  Wystarczy mi dobra aromatyczna kawa i książka.
Poza tym chyba też jestem w całkiem innej sytuacji. Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad tym, że w końcu zima wcale nie jest taka zła. W tym roku jest sporo dni z dużą ilością słońca, poza tym my babcie mamy swoje święto i dziadkowie również. W tym roku wnuczki przyniosły kwiatki, które zaraz ustawiłam na południowym oknie, aby miały więcej światła. Jędrek dostał nierozkwitnięty hiacent, aby sobie go dalej hodował, bo lubi bawić się w ogrodnika. Dostaliśmy również po czekoladzie. Czekolada trafiła na stół i bardzo dziewczynkom smakowała. Jędrusiowi również.  Ja musiałam obejść się smakiem. Moja dieta trwa. Idzie wiosna, potem lato, a ja od ubiegłego roku nieźle obrosłam w siebie. Ten ubiegły rok to był bardzo trudny czas, a ja zareagowałam jak zwykle, czyli osładzałam sobie stresy. Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęło być mnie stanowczo więcej.
 Pewnego ranka, kiedy już wszystko wróciło do normy i moje życie uspokoiło się, dostrzegłam ,że  w ciuchach coś mi ciasno. Spojrzałam krytycznie na swoje lustrzane odbicie i powiedziałam;
        -- Basta! Nie ma co dalej sobie popuszczać, tylko trzeba się zabrać za siebie!
        -- Zbyt siebie lubisz, abyś dopuściła do tego, że przez drzwi będziesz przechodzić bokiem! -- powiedziałam i krzyknęłam z przerażeniem, bo wyobraziłam sobie, jak przechodzę przez drzwi wejściowe bokiem, a później staczam ze schodów i chcę przecisnąć przez otwór drzwiowy w moim kochanym autku, czyli kochanej Lady Blu, aby dostać się do kierownicy. A co dalej? Przypuśćmy, że odsunę fotel jak najdalej.
-- I co? Jak zamierzasz prowadzić, jak rączki nie dostaną do kierownicy, a nóżki do pedałów? -- zapytałam i włosy stanęły mi na głowie.  Pomyślałam sobie o tym, że niedługo pojadę do Bóbrki, a tam każde wejście na szosę, to niezła wspinaczka. I zasapię się na śmierć. Umrzeć z powodu zasapania na śmierć przy wyjściu z obejścia? To żałosne. Tragikomiczne!  Wnuki nigdy nie będą mogły przyznać się przyjaciołom, z jakiego powodu zmarła ich babcia.
        -- Przechodzę na dietę ! -- powiedziałam stanowczo do swojego odbicia. I odetchnęłam z ulga, że udało mi się podjąć odpowiednią decyzję. Znam siebie. Najgorzej to podjąć decyzję!



Prezentowe kwiatki na Dzień Babci


 Zaczęłam od razu! Ćwiczę silną wolę! Motywuję, czym mogę!  Przetrwałam już ;
1. Cudne domowe, własnoręcznie wykonane kruche ciasteczka z domowymi powidłami śliwkowymi.
Podobno były bardzo smaczne. Zginęły w przepastnych brzuszkach wnuczek oraz Jędrusia.
2. Wyjazd z wnuczkami do cukierni.

Może to niewiele ale już czwarty tydzień odważam produkty, przygotowuję zdrowe posiłki. I zaczyna mi się to nawet podobać. Motywacją jest zmniejszająca się oponka. Może to nie wyczyn bo mam do tyłu jedynie około 4 kg, ale jak długo wytrzymam, to może będzie więcej.  I nie jest to moja  próżność. To bardziej rozsądek i chęć dobrej sprawności fizycznej, odciążenia stawów.
Niedawno przeczytałam jakiś artykuł o umiejętności cieszenia się życiem i powiązanie tego z poczuciem własnej wartości. Autorka pisała o spotkaniu ze starszą kobietą, która powiedziała jej, że jako młoda osoba nie potrafiła się cieszyć z wakacji. Siedziała na plaży, ukrywając się pod ręcznikiem, zamiast korzystać z wody, słońca i cieszyć odpoczynkiem. Dopiero na starość, kiedy nie przejmuje się swoim wyglądem, dostrzega, jaką przyjemność może sprawić samo plażowanie. I pomyślałam, że tak to już jest. Zależy nam aby podobać się ludziom. Jesteśmy próżni. Jeśli dochodzi do tego niskie poczucie własnej wartości, które często powstaje wskutek krytyki osób, na których nam zależy, pielęgnujemy w sobie kompleksy, które zatruwają nam radość życia.
Pomyślałam sobie, że starszy wiek ma swoje zalety, tak jak i swoje zalety ma zima. Zima daje możliwość korzystania z uroków jazdy na nartach, sankach, lepienia bałwana, walki na śnieżki...
Babciowy wiek daje wolność. Pozwala na radość z samego przeżywania każdego dnia, bez stresu, czy wygląd tego dnia jest idealny. Moja decyzja jest troską o siebie, którą bardzo lubię, jako babcię. Niekoniecznie lubiłam siebie w przeszłości. Częściej byłam na siebie zła, niż z siebie dumna.
Nauczyłam się patrzeć na siebie z humorem. To pomaga w zaprzyjaźnieniu się ze sobą. O osobę, którą lubisz i dla której jesteś przyjacielem, zadbasz, aby nie chorowała. Dbam więc o siebie i śmieję się ze swoich wpadek. W końcu moje wnuki muszą mieć pogodną i zdrową babcię, aby chciały z nią przebywać. A zima niech będzie, kiedy wnuki zjadą na zimowisko i to w górach. W mieście już może być wiosna.



wtorek, 17 stycznia 2017

to się już nie wróci

Dzisiaj mam nastrój wspominkowy, refleksyjny. Z jakiego powodu? Powodów jest kilka. Jednym z nich jest biometr ( niekorzystny), drugim prace porządkowe w starych zdjęciach,  trzecim post na blogu, do którego czasem zaglądam, czwartym... mniejsza o powody. Po prostu  zaczęłam zastanawiać się nad tym, po co prowadzę swojego bloga i jaką przeszłam metamorfozę ja, moje życie, miejsce, o którym piszę, nazwa ... Ale muszę zacząć od początku.
Gdzieś pomiędzy 2004 rokiem, a 2009 zobaczyłam w Łobozewie takie cudeńko i zakochałam się w nim bez pamięci.



                         

                                Później udało nam się kupić małą działkę, a w zasadzie chaszcze.




        Aby nie zapomnieć, jak powstawała nasza chatka, zaczęłam prowadzić blog. Córka mnie do tego namówiła, gdy wspomniałam jej  o prowadzeniu pamiętnika powstawania chaty.  Nie przypuszczałam wówczas, że to nie tylko pusty slogan i marzenia rzeczywiście można zrealizować.
Bardzo pragnęłam swojego kawałeczka ziemi z malutką chatką, w  Bieszczadach. Zauroczeni przestrzeniami, łagodnymi górami, pomimo siarczystych mrozów na urlopie szukaliśmy chatki, którą można przenieść na nasz kawałek stoku. Wtedy powstała nazwa blogu " chatoMania"., bo nie potrafiliśmy o niczym innym rozmawiać, jak o oglądanych starych chatach. Żadna z nich  nie przypominała chatynki z Łobozewa. Swoją drogą ona też jest już historyczna. Nie ma ani jej, a także nie ma  dębu, do którego była przytulona. Zmarli właściciele. Spadkobiercy albo sprzedali działkę z chatką albo sami rozprawili się z " reliktem przeszłości". Dom, który stanął na miejscu chatki niczym nie przypomina mojego marzenia. Wygląda jak wszystkie inne nowe, murowane wille. Gdyby nie to, że dokładnie wiedziałam, w którym miejscu urokliwa chatka stała, nigdy bym tego miejsca nie znalazła. Ale nie o tym chciałam dzisiaj napisać, bo historię powstania chaty, kłopoty, perypetie można znaleźć w archiwalnych postach chatoManii.



Dziś chcę podzielić się myślami dotyczącymi zmienności. Przeglądając stare zdjęcia uderzyło mnie w nich to, że część z nich jest naprawdę historyczna. Przedstawia inny czas, inną część rzeczywistości. To się już nie wróci! Pomimo, iż tak jak10 lat temu na dworze biała, mroźna zima i podobnie piękny jest obraz zachodzącego za Berdem słońca...



nie zobaczymy już naszego domku w postaci belek przykrytych śnieżną kołderką. Przez muśnięte szronem drzewa nie ujrzymy za łąką wód zalewu. Teraz jedynie możemy dostrzec srebrny mur drzew okalających wodę. Drzewa przez te parę lat urosły. Mamy swoje miejsce na ziemi, które niezmiennie czeka na nas.



 Słynna sławojka stoi nie na froncie działki, jak podczas budowy ale  gdzieś bliżej lasu , na samym końcu naszej działki, przy furtce do... lasu. A kiedyś była pierwszą budowlą, którą sporządził Jędrek i dumnie na przyczepie powiózł A4, budząc ogólną sensację. Tak kochani wszystko się zmienia. I dobrze, bo dzięki tym zmianom mamy chatkę. Moja siostra też ma swoją chatkę I to jest cudowne.







Natomiast zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo zmieniły się  moje posty. Zamierzenie było inne, a inne jest teraz moje podejście do bloga. Myślę, że obecnie bardziej przedstawiam w nim siebie i swój świat, poglądy. Może są one trochę zakamuflowane, uwikłane w historie, o których piszę. Przedstawiam w nim ciupeńki skrawek mojego życia w moim świecie. Najczęściej jest to świat ukryty we wnętrzu chaty marzeń, w jej otoczeniu, czyli Bieszczadach. Czasem wyzieram spoza chaty i piszę o ważnych dla mnie rzeczach, sytuacjach... Tematyka już dawno przestała być tylko "chatomanią". Czas nie stoi w miejscu. Tak jak i moje życie. Jak rzeka niesie mnie w nieznane.