czwartek, 13 lutego 2025

W poszukiwaniu światła

 

Ostatnio często gubię światło

a potem długo szukam w codzienności

przesiewam dnie przez sito samotności

może znajdę choć okruch

próbuję wytropić ślad

w tańcu dłoni z żelazkiem

posuwistym jak krok poloneza

złapać promyk słońca w dziurawe dłonie

jak piłkę w grze w dwa ognie

a chociażby dotknąć jak w berku

gdy  gram z dobrymi i złymi chwilami

usłyszeć w symfonii bulgoczącej zupy

w  szeleście żagli prania na sznurze

poczuć w cierpkim zapachu ściętej trawy

mały promyczek , bladą poświatę...

bo w ciemności nie potrafię 

chodzić po linie 

 

Ten wiersz napisałam  14 czerwca 2024r. I tak w wielkim skrócie mogłabym zatytułować miniony rok.

Większość roku czułam się tak, jakby mi ktoś zgasił światło i kazał chodzić po linie .A ja z całych sił nie chciałam mentalnie z niej spaść. I przez większość roku łapałam się różnych sposobów, aby nie spaść.Musiałam nauczyć się podchodzić do choroby ,jako coś wpisanego w życie człowieka. Powiedziałam sobie; tak to teraz twoje życie. Jest takie jakie jest. Innego nie masz, więc możesz go spędzić na topieniu się we łzach i histerii, ale możesz też wykorzystać każdą chwilę i po prostu żyć, jak w tej chwili możesz. I chyba mi to pomogło. Nie będę wracać do tych trudnych momentów, bo sobie psychicznie z nimi jakoś poradziłam. Chciałabym tylko zapisać te chwile, które pomagały w utrzymaniu się na linie. I odtwarzam je teraz z fotek, które zrobiłam, lub ktoś z bliskich machnął, aby pozostały choć w pamięci aparatu fotograficznego.

Styczeń 2024



Dziewczynki przyjechały na ferie do chaty, aby spędzić z nami większość zimowej przerwy w nauce. Tu jesteśmy na spacerze w Lesku, po szusowaniu na Gromadzeniu. Oczywiście szusowała jedynie  Julia. Maja zjeżdżała na sankach, a my obserwowaliśmy wnuczki i grzaliśmy się przy zimowej herbatce w karczmie pod stokiem.


W Lutym mój drugi wnuk miał studniówkę, a ja przed pobytem w szpitalu spotkałam się w kawiarni z moimi dwiema przyjaciółkami.

Marzec upłynął mi  w wielkim chaosie na zewnątrz i wewnątrz. Biegałam po przychodniach, lekarzach, badaniach. Próbowałam złapać równowagę wewnętrzną marząc o długim wyjeździe nad morze,co było niemożliwe, a więc musiałam sobie namalować plażę. 

W kwietniu udało się nam wyrwać na parę dni do chaty Po drodze wstąpiliśmy na takie piękne tulipanowe pole.


W kwietniu udało się nam wyrwać na parę dni do chaty Po drodze wstąpiliśmy na piękne tulipanowe pole.

Maj to szpital, trudna operacja i Dzień Matki spędzony na tarasie w domu. Zamknęłam , jak dotychczas sprawę jednego z moich problemów zdrowotnych. Udało się też wyjechać na mały spacer do Kopic, gdzie chcieliśmy sprawdzić, jak  posuwają się prace remontowe pięknego pałacu. Poza tym Kajetan zdał maturę. Jeszcze nie wiedział jaką ocenę otrzymał, ale był pewny, że poszło mu dobrze, co pokazała najbliższa przyszłość.

 

Oczywiście dzieci pamiętały i jak co roku dostałam dwa wielkie bukiety kwiatów.   


Czerwiec był kolejnym miesiącem wyjazdów do wrocławskich szpitali . Ale też były szesnaste urodziny Julci.
I przyszedł lipiec.Po pobycie w szpitalu i zaordynowaniu dwumiesięcznej serii zabiegów udało mi się wygospodarować 10 dni na wypad z Jędrkiem, córką i wnukami do chaty.








Przyszedł sierpień , a z nim codzienne wyjazdy na zabiegi do Wrocławia ( dziennie po 250 km). Upał, stresy, korki na autostradzie i zmieniająca swoje lokum klinika. W sumie jeździliśmy do niej 3 razy w tygodniu przez 2 miesiące z dwukrotną kilkunastodniową przerwą. W połowie września byłam zmęczona jazdami, brakiem poprawy i normalnymi kłopotami , z którymi spotykają się ludzie poważnie chorujący. Te małe przerywniki dodawały mi energii, a także siłę dawało  niesamowite wsparcie mojego męża, córki, syna i ich partnera i partnerki oraz moich przyjaciół. Staraliśmy się do zaistniałej sytuacji podchodzić zadaniowo, a nie histerycznie. Na ile mogłam żyłam normalnie i mało kto wiedział, że choruję. Nadal do tego w ten sposób podchodzę. Gdy zobaczyłam, że zabiegi tylko przyhamowały tempo, a nie wyleczyły chorobę, to poszukałam innego sposobu leczenia i innej placówki. Moje leczenie powinno skończyć się w połowie marca. Już widzę kolosalną różnicę w moim funkcjonowaniu. Badanie tk w połowie marca powinno to potwierdzić.

Wracając do moich małych promyczków to druga połowa września to był nasz wyjazd do chaty. Oraz wyjazd trzydniowy do Lublina, gdzie Jędrek miał spotkanie z wybitnym okulistą.













Pod koniec września obchodziliśmy swoje 50 lecie małżeństwa. Na październik zamówiłam wspólny weekendowy wyjazd z dziećmi i wnukami nad morze, ale i tym razem los sobie ze mnie zakpił. Dopadł nas covid. Dzieci pojechały same, a my dochodziliśmy do siebie w pieleszach domowych. Nas reprezentowały dwie maskotki; dinozaur Stefan i lisek Kaziuk.







Listopad pozwolił na parę dni wyrwać się w Bieszczady. .


I  obejrzeć we Wrocławiu wystawę prac Klimta.






Początek grudnia to realizacja prezentu, który sprawiły nam nasze dzieci. Pojechaliśmy z synem i synową na Cypr. Mimo dużego zmęczenia i wysiłku był to dla mnie prawdziwy reset. Ciepło, słonecznie i takie niesamowite krajobrazy. Wracałam szczęśliwa. I całkiem nie myślałam o czekających naświetlaniach w instytucie onkologii.




















Zwiedziliśmy całą południową część Cypru. Ta podróż była jak bajka z tysiąca i jednej nocy.













Nabrałam sił, aby lżej było po przyjeździe biegać do lekarzy, na badania kontrolne i przygotowujące do brachyterapii. Dwudziestego miałam ostatnią przymiarkę w instytucie  specjalnie dla mnie przygotowanego podajnika naświetlań miejscowych. I pojechaliśmy przygotować święta w chacie w Bieszczadach. 

Nowy Rok spędziliśmy z dziećmi i wnukami. Mój nowy  rok rozpocznie się po badaniach w połowie marca.Tak więc szybko nadrobiłam blogowe zaległości. No, prawie nadrobiłam. Teraz ze spokojnym sumieniem mogę w przyszłości przejść do nowej części mojego bloga; chatoMania do dumania.

środa, 12 lutego 2025

Mój miniony rok... gdy los chichotał!


  



Mamy 2025 rok! Dziś 12 lutego. W tym dniu postanowiłam wrócić na " stare śmieci", czyli zajrzeć do chatoManii.  Zajrzałam i na jakiś czas zostałam!

 A chronologicznie to wyglądało tak;

         Zaczął się rok 2024  i nadal byłam w tzw. niedoczasie. Coraz rzadziej pisałam... Chyba w tym czasie straciłam serce do swojego bloga. I zastanawiałam się, jak to się  stało? Gdzie leżała przyczyna? Rozważałam różnorakie powody. Zastanawiałam się czy jest to wina jego nazwy, z której nie byłam już zadowolona. Wydawała mi się nieadekwatna do tego, w jaki sposób myślałam o wycinku mojej prywatnej przestrzeni, w której układałam myśli. I zaczęłam podejrzewać, że zdezaktualizowała się. Wyrosłam z niej, jak wyrasta się z niektórych poglądów, lektur, ciuchów. Pewnego dnia stwierdziłam, że już nie zaspokaja mojej wewnętrznej potrzeby rozmowy ze sobą i że powinnam zmienić sposób rozmowy. Poprzednia forma mi nie odpowiadała.

 W tym momencie przestałam mieć potrzebę relacjonowania wydarzeń, które wokół mnie się dzieją, opowiadania o wszystkim co obok. Nasyciłam się codziennością chaty, jak nasyca się ulubionym ciastkiem. Przejadła mi się . Nie miałam już potrzeby opisywania upływających dni, tygodni, miesięcy. Nie potrzebowałam już tak często rejestrować upływający czas. Być może dlatego, że z biegiem moich upływających lat czas zaczął  przyspieszać w kosmicznym tempie.Trudno mi teraz przypomnieć sobie jak o tym myślałam zaczynając prowadzić bloga. Może miałam nadzieję, że złapię i przytrzymam choć okruchy ówczesnego życia, zaklętego w  wydarzeniach, bo z pewnością nie była to tylko chęć rejestracji naszych zmagań , czy dokumentacja aktu powstania miejsca, w którym chcieliśmy znaleźć swój azyl. W końcu każde działanie człowieka ma jakiś cel. Nie pamiętam co mi  wówczas przyświecało, ale wkraczając w czas Chatomanii czułam się na swoim miejscu i opowiadałam o niej chętnie oraz z euforią. A teraz jest to dla mnie jakieś zakurzone, przestarzałe miejsce, jak stryszek z porzuconymi, niepotrzebnymi w tym momencie rzeczami. Doszłam do innego punktu życia. Od pierwszego wpisu dawno minęło półtora dekady.W tym czasie wnuki moje wyrosły, zmieniły się. Najstarszy jest już dwudziestoczteroletnim mężczyzną. Młodszy w grudniu 2023  roku wkroczył w dorosłość. Najmłodszy jest już dosyć rozumnym, inteligentnym chłopczykiem. Obydwie wnuczki są zwariowanymi nastolatkami. Relacje z nimi i  relacje z różnymi ludźmi, których zaliczam do grona przyjaciół, bądź tylko znajomych też ulegają zmianie. Nawet moje wielkie przyjaźnie przeszły metamorfozę. A chata się postarzała. Potrzebna jej zmiana. Mnie też potrzebne były zmiany. Chciałam zacząć więc od Chatomanii. Długo zastanawiałam się,  co zmienić. Czy zmienić tylko nazwę nazwę bloga, czy całość. Jednak po głębszym zastanowieniu  i pochyleniu nad powodami mojej niechęci do wpisów wymyśliłam, że chodzi mi o coś zupełnie innego. Mój blog musi być taki, aby chciało mi się go prowadzić. Niech to będzie miejsce, które będzie moją  "świątynią dumania" . Może to trochę śmieszne i przestarzałe określenie, ale chodzi mi o to, że dobrze jest mieć takie swoje ukochane miejsce, gdzie najlepiej przygląda się swoim myślom, gdzie człowiek czuje się na swoim miejscu, a czasem może puścić wodze fantazji albo też przemyśleć trudne tematy, które w danym momencie go dopadły. Tak myślałam jeszcze w styczniu 2024 roku i nie wiedziałam, czy to mi się uda, czy mój pomysł wypali, jednak dopuszczałam do siebie i taką myśl, że może się mylę.  Zarazem pozwalałam sobie na luksusową myśl, że może  mi  z tego nic nie wyjść. Z czasem się wszystko wyklaruje, myślałam  I przyszedł czas abym zmieniła tytuł mojego bloga, bo teraz rzadko przebywałam w chatce.   A później usłyszałam chichot losu... Zachichotał i dał mi to co chciałam! Powód zmian, bo chyba za bardzo marudziłam i nie potrafiłam się zdecydować ! Poza tym sypnął  czasem na zmiany i to szeroko pojęte, bo zmieniło się moje życie, więc i proporcje czasu, który dzielę pomiędzy chatą, a miastem.Teraz szukałam dziury w napiętym harmonogramie wyjazdów do Wrocławia, Gliwic i byłam  szczęśliwa, gdy znalazłam możliwość i parę dni, by odwiedzić chatę. Do sierpnia 2024 roku w chacie byłam zaledwie trzy razy. Od września do końca grudnia dwa razy, wliczając w to pobyt świąteczny z rodzinką.

Mam za sobą bardzo trudny rok i mam nadzieję, że los przestanie chichotać i może się już tym wszystkim  zmęczył. Ja też już jestem zmęczona, więc być może w drugiej połowie lutego mi odpuści. Zdrowieję! W połowie marca mam badania kontrolne i jestem dobrej myśli.Już mogę dziś siedzieć przy biurku i stukać w klawisze, więc inaczej być nie może.

To już koniec przydługiego wstępu. Wróciłam do pisania, bo za nim bardzo tęskniłam. I w miarę możliwości  postaram się robić wpisy częściej niż jeden w roku.

Wracając do tytułu mojego bloga boję się zapeszyć, bo ilekroć coś przy nim manipuluję, nie wychodzi to mi na dobre. Jednak miniony rok bardzo dużo we mnie zmienił . Trochę przemeblował w mojej głowie i spojrzeniu na życie, na pobyt w chacie. Już zrozumiałam, że skończyły się takie długie pomieszkiwania. Nie będę w niej stale przebywać, tylko czasowo. Nie będę mogła tak często do niej przyjeżdżać. Pozostanie moją wymarzoną chatką w Bieszczadach pełną czekających na mnie na kalenicy Arniołów , które tęsknią i tańczą na czubkach drzew, gdy przyjeżdżamy. A" chatoMania" niech pozostanie "chatoManią do dumania".

W okolicy Świąt Bożego Narodzenia . Dobrze pospacerować

Wielka radość, bo spadł śnieg i trzyma lekki mrozik.







Uwaga na misie!
Wracamy z zakupów w Sanoku przez Załóż.
Zachód słońca około godziny 15-stej.
Podróż przypominajka.
Witajcie chatki
Zalew Myczkowski
Gdzieś nad Sanem

 Na dzisiaj kończę. I do kolejnego postu!