czwartek, 5 stycznia 2023

Misz-masz, czyli coś się skończyło, a coś dopiero zaczyna...

        Dziś trzeci dzień 2023 roku. Wczoraj z dużym żalem  wyprawiłam do Wrocławia Stellę z mężem i dziećmi. Spędzili z nami wspaniałe przedświąteczne, świąteczne i poświąteczne  dni. Wspólnie pożegnaliśmy stary i powitaliśmy Nowy 2023 Rok. Kacper, który urodził się pierwszego stycznia niechętnie obchodzi co roku swoje urodziny. Prosi, aby po północy nie składać mu życzeń z okazji rocznicy dnia urodzin.Możemy to zrobić dopiero po południu. Gdy zegar wybije północ składamy więc wszyscy sobie wzajemnie życzenia  noworoczne. I tak było również w tym roku. Wieczorem długo dyskutowaliśmy na temat bezsensowności zamartwiania się tym, co będzie, upływem czasu i tym co było. Przecież na minione zdarzenia nie mamy żadnego wpływu. Już nie istnieją. My też jesteśmy w innym momencie życia. Co przyniesie czas przyszły też nie wiemy. Po co więc zamartwiać się tym, co być może nigdy nie nastąpi. Przecież to jedna wielka niewiadoma, zależna od wielu innych niewiadomych. A tak naprawdę żyjemy tu i teraz i tym należy się zająć.Ujęłam to nawet w wierszu napisanym przed północą 31 grudnia 2022 roku.

Kończy się właśnie rok,

chatę otula zmierzch.

Zmęczony ostatni dzień

odpływa w nocy mrok.

Podłoga trzeszczy.

Skrzyp, skrzyp...

i niecierpliwie drży.

Zegara werbel - Tik! Tak!

Odmierza okruchy chwil.

Wskazówek biały walc 

po cyferblacie mknie.

W ten sylwestrowy czas

przewijam wspomnień film.

Woduję każdy kadr.

Niech płynie sobie w dal!

Mała łódeczka chwil,

w nieskończoności świat.

Bo płynie nowy czas

i magia nowych chwil,

skryta w licznych życzeniach;

"samych szczęśliwych dni!"

Co będzie? To tajemnica.

Co było?... Nie wróci wszak

Szampana nalej szybko

za teraźniejszy czas. 

Niektórzy starają się planować, postanawiać, że zmienią to czy tamto. A ja nauczyłam się, że nie ma co zastanawiać się nad czasem przyszłym, tylko żyć w tej chwili i czerpać z niej jak najwięcej. Nauczyłam się, że jak chcę mieć z kimś kontakt, kto nie dzwoni, pierwsza sięgam po słuchawkę i nie robię tej osobie wyrzutów, że to ja muszę dzwonić. A jak chcę coś zmienić w swoim życiu, to po prostu zmieniam. Nie wszystko zależy ode mnie, ale na to już nie mam żadnego wpływu. Robię to, co mogę i tyle. Wiem, że każdy ma inaczej i to jest prawo każdego człowieka, aby działać, lub nie działać po swojemu.Kiedyś byłam dla siebie bardziej surowa, bardziej krytyczna. Teraz odpuszczam! Buduję co rusz od nowa swój mały Światek Bożenkowy. Dziś jest on taki, jaka i ja jestem w tej chwili. Jutro być może będzie inny. I daję sobie do tego prawo, by był elastyczny. To tyle moich przemyśleń w ostatnich trzech dniach. A teraz na chwilę wspomnieniowo cofnę się do grudnia 2022 r. Okresu, gdy wróciliśmy do chaty, aby przygotować Święta Bożego Narodzenia.A było to tak; 




Odjeżdżając z Koźla zostawiliśmy miasto ciepłe, jesienne, z temperaturami w okolicy + 10 stopni Celsjusza. Doniesienia telewizyjne straszyły w tym czasie silnymi mrozami nocnymi na wschodzie Polski. Martwiliśmy się, czy chata zbyt się nie wyziębiła, czy rury z wodą nie pozamarzały. Przyjechaliśmy do chaty po sześciodniowym pobycie w domu wczesnym wieczorem Na zewnątrz było ciemno. Im bliżej Sanka, tym częściej za oknami pojawiały się zasypane śniegiem pola, jednak już w Lesku zrozumieliśmy, że tym razem podczas naszej nieobecności były obfite opady śniegu. Dojeżdżając do zatoczki autobusowej przemieszczaliśmy się pasem  odśnieżonej przez pług drogi. Pług zasypał nasz wjazd w dół i Jędrek po podniesieniu podwozia samochodu do pozycji najwyższej sam zrobił z naszego auta pług. Nie mieliśmy żadnej łopaty, więc nie było innego wyjścia. Jakoś zjechaliśmy na górny parking. Chaty tonęły w zwałach śniegu. Zastanawialiśmy się, którędy będzie najłatwiej zejść i doszliśmy do wniosku, że najbliżej ogrodzenia, pod sosenkami droga będzie najbezpieczniejsza. Brnęliśmy nocą po ciemku, zapadając się po kolana, a czasem i powyżej kolan w śnieżnej pierzynie, która spowijała Wyluzowaną. Jakoś udało nam się dobrnąć do dolnego parkingu. Tam złapała nas fotokomórka i załączyła solarną lampę. Pomiędzy chatami już tak źle nie było. Dochodząc do drugiej chaty

 załączyła się druga solarna lampa.

 

 

A potem było jak zwykle. Długie grzanie chaty, odśnieżanie drogi, rozpakowane bagaży, szybka kolacja z resztek przy wiezionego prowiantu. Gdy temperatura w chacie doszła do 15 stopni zagrzaliśmy wodę i w chłodnej łazience nastąpił szybki prysznic. Następnego dnia nie było innego wyjścia i tylko trzeba było wyjechać na pobieżne zakupy spożywcze. Za dwa dni zdążyliśmy zrobić listę co z grubsza potrzeba na święta. Przywlekliśmy zakupy do chaty i wpadliśmy w przedświąteczny rytm dni. Zaczęliśmy od długo dojrzewającego schabu, potem były drobiowe kiełbasy, które Jędrek uwędził przed samym przyjazdem Stelli, pasztet z mieszanego mięsa zrobiłam w tym samym dniu. W tym roku nie przygotowaliśmy wielu wędlin. Moja rodzinka jest bardziej nastawiona na jarzyny i owoce. Za to kutii zrobiłam sagan i przez święta została połknięta. Na Sylwestra musiałam zrobić drugą, ale już w dużo mniejszej ilości.To było na specjalną prośbę wnuków. Gdy przyjechała świąteczna nasza rodzinna Ekipa  śniegu zostało tyle, aby Kornel ulepił rachitycznego bałwana. Następnego dnia bałwan zakończył swój bałwani żywot. A dziś zakwitła 

                 kalina wonna.

Chleb żytni na zakwasie piekłam parokrotnie, a Stella piekła mieszany na jogurcie i pszenną chałkę. Za ryby odpowiedzialny był Jędrek. Kamil z chłopakami zajął się choinką, nakrywaniem do stołu i wszelkimi pracami pomocniczymi.Choinka w tym roku stanęła w miejscu fotela , na którym zazwyczaj siada Jędrek przy oglądaniu telewizji. Ale to niezbyt trafny wybór miejsca, bo dla mnie przy wigilijnym stole była niewidoczna. Brakło mi więc pełnej magii wigilijnego stołu. Pod sufitem krążyły kolędy, puszczone z odtwarzacza, bo niestety dobrym wokalem nikt z nas nie dysponuje. Inaczej jest, gdy na święta przyjeżdża Lucek z Karolinką i dziewczynkami. Te to mają niezłe głosy oraz dobry słuch i to cała trójka. Niestety w tym roku zmogła ich wszystkich jakaś grypa. Zostali w domu i chorowali do Nowego Roku. Teraz już jest dobrze. Dziewczynki chodzą do szkoły, a ich rodzice do pracy.
















A święta były bardzo tradycyjne. Jak to zwykle u nas, bo dbamy o nasze rodzinne tradycje. Na wigilię jak zwykle czerwony barszcz z zakwasu z wywarem grzybowym. Do tego uszka z grzybami i paluszki z ciasta francuskiego z ziołami oraz paszteciki z pieczarkami i serem. Co kto chce. Potem ryba smażona, pieczona i w galarecie, kapusta z grzybami i chałka oraz chleb na zakwasie. Dla chętnych pierogi z owocami i na koniec kompot z suszu. Na deser na słodko pierniczki, krajanka piernikowa, babeczki kruche z trzema kremami; orzechowym, czekoladowym i waniliowym oraz odrobinką powideł ze śliwki węgierki i oczywiście odrobinka kutii. Niebo w gębie! Świąteczne obiady też są tradycyjne. Mój rodzinny to kurczak faszerowany po polsku , a tradycja nabyta; obiad śląski; rolady wołowe z kluskami śląskimi i czerwoną kapustą. Inne surówki i sałatki robimy takie, na jakie mają ochotę najmłodsi. Zupę dobieramy kierując się ochotą Kornela, który jest największym niejadkiem. Na wigilijnym stole mamy tradycyjnie opłatek, sianko, dodatkowy talerz dla zmarłych bliskich, lub przypadkowego gościa. I u nas nie jest to tylko pusty frazes, bo już tak było, że był on wykorzystany przez gościa. Z pewnością duchy bliskich nam tego dnia towarzyszą, bo często o nich rozmawiamy, zapalamy dla nich świeczkę. Tak też jest w noc sylwestrową. Tym razem program telewizyjny , a w zasadzie koncert sylwestrowy nas rozczarował. Poza paroma wykonawcami, których  chętnie wysłuchałam, byłam zniesmaczona doborem wykonawców i poziomem wykonania piosenek. Jednak przy kolacji było miło. Przygotowane przez nas potrawy w mig zniknęły ze stołu , a północ przyszła nie wiadomo kiedy. Kornelek został przyniesiony ze swojego łóżka. Był mało przytomny, ale następnego dnia mówił, że doskonale pamięta nasze życzenia. Nie lubię huku fajerwerków i uważam, że zakaz puszczania fajerwerków powinien być przestrzegany i kontrolowany. Nie jestem pewna, czy został uchwalony, a jeśli nie, to najwyższy czas na to.Następnego dnia Nowy rok przywitał nas jasnym blaskiem słońca. Zrobiło mi  się jakoś raźniej i pomyślałam, że może to szczęśliwy znak dla tego roku. Koncert noworoczny z Wiednia wysłuchałyśmy z córką i stwierdziłyśmy, że jakoś biedniejsza była jego oprawa, bo niby sporo kwiatów, ale nie widać było tego przepychu, który był co roku. Wyraźnie Europa oszczędza! Zniknęły też bogate kreacje słuchaczy i widzów. Nie ma już tej elegancji, wieczorowych sukien, a nawet widziałam jakiegoś pana w wymiętej , niechlujnej koszuli i swetrze.  Za to muzyka jak co roku cudna! A drugiego dnia stycznia rodzinka zebrała się, posprzątała po sobie i wyjechała. Były łzy ( to ja i córka) i uściski ( to reszta), zapewnienia o niechęci wyjazdu i tęsknocie! I powoli wszystko wróciło do normy. Weszłam w utarte tory.Wróciłam do lekcji francuskiego, wieczornych jazd na rowerku treningowym oraz czytania i pisania. I tak mi zeszło do dziś, bo musiałam uzupełnić spiżarnię, wykupić leki, odświeżyć stare znajomości i poskładać życzenia znajomym oraz przyjaciołom.















W moich zdjęciach jest taki trochę "misz-masz", jak i w moich myślach oraz uczuciach. A za oknem raz zima, a za parę dni wiosna! Teraz leje!

         Wszystkim gościom ChatoManii życzę wszelkiej pomyślności 

                                        w 2023 roku.

 

 

 






środa, 30 listopada 2022

Po drodze Sandomierz i...już w chacie


Do Sandomierza przyjechaliśmy wczesnym niedzielnym popołudniem. Parking od strony charaterystycznej Bramy Opatowskiej był pełny, więc aby zaparkować wjechaliśmy w boczną uliczkę, prowadzącą do rynku i zaparkowaliśmy pod restauracją wietnamską. Zaczęła się obiadowa pora i za oknami knajpki widzieliśmy ludzi raczących się obiadem. To jeszcze nie była nasza obiadowa pora, bo zazwyczaj jemy między 15-stą a 16-stą, nie byliśmy jeszcze głodni, więc poszliśmy zwiedzać miasto.Pierwszy był zabytkowy rynek. Rynek w Sandomierzu jest przepiękny.  Jest ogromny i spadzisty, pochylony w stronę doliny Wisły. W centrum stoi ratusz zabudowany  w stylu gotyckim, ze zwieńczeniem dobudowanym w renesansowym stylu z tzw. jaskółczymi ogonami. Z czterech stron okalają go stare, kolorowe, zadbane kamieniczki.  Przed ratuszem stoi studnia miejska. Cały rynek sprawił na mnie wrażenie bajkowego. Poczułam się, jakbym trafiła do ilustracji bajki, zaczynającej się; " za górami, za lasami, za siedmioma rzekami ..." Obeszliśmy to kolorowe cudeńko i na rogu rynku znaleźliśmy  sympatycznie wyglądającą kawiarenkę.  Weszliśmy do niej na kawę i ciastko.


Wdychając aromat kawy i delektując się smacznym słodkim co-nieco, oglądaliśmy turystów snujących się po rynku. Po słodkiej przekąsce nabraliśmy energii, aby zwiedzać dalej. Pogoda sprzyjała. Wprawdzie nie było bardzo ciepło, ale nie padało, nie wiało i przyjemnie się spacerowało. Poszliśmy więc ulicą w dół w stronę Wisły. Po drodze podeszliśmy pod Bazylikę Katedralną Narodzenia NMP, w której ponoć kiedyś bywał król Władysław Jagiełło. Dziwne to było dla mnie wrażenie, kiedy weszłam do wnętrza i pomyślałam sobie, że stawiam kroki tam, gdzie być może stawiał kroki władca Polski. Pomyślałam o tym, że pewnie wnętrze bazyliki kiedyś musiało inaczej wyglądać, a z biegiem wieków obrosło w bogactwo i przepych zdobiących go obrazów, figur, rzeźbień, złoceń itd. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, a Jagiełło żył i panował w  wieku XIV i XV.  Dzieli nas od niego sześć wieków...Tyle pokoleń przeminęło, tyle w naszej historii się w tym czasie wydarzyło. Jakże inne jest życie przeciętnego człowieka , świadomość , wiedza... a mimo wszystko często w mentalności niektórych ludzi ujawnia się niechlubna cząstka, którą przenieśli przez wieki. Taka mała skaza, ukryta w przenoszonych genach.I zrobiło mi się trochę nostalgicznie.  Pomyślałam, podumałam, pobujałam w energii wnętrza, obejrzałam cudne, przebogate obrazy, złocenia... i wyszliśmy z bazyliki. Poszliśmy w stronę Zamku Królewskiego, wybudowanego z polecenia Kazimierza Wielkiego, a usadowionego nad brzegiem Wisły. Zamek jest odrestaurowany i we wnętrzu kryje sale muzealne. Wprawdzie przed wiekami w czasie Potopu Szwedzkiego został zburzony, ale pozostało jedno skrzydło. (W zamku podczas zaboru rosyjskiego było więzienie). Z zamkowego podwórca jest świetny widok na dolinę Wisły i nadwiślańskie bulwary. Spod zamku poszliśmy w stronę Winnicy Dominikańskiej, która mieści się na jednym z siedmiu wzgórz.  Obecnie winnica jest prowadzona przez zakon Cystersów, którzy wrócili do Sandomierza w 2001 roku. Poszliśmy w stronę widniejącego za winnicą Kościoła św. Jakuba , za którym są budynki klasztorne. Następnie wąwozem lessowym, który jest równocześnie ulicą Królowej Jadwigi zeszliśmy do parku miejskiego, o dziwnej nazwie Park Piszczelowy , gdzie przez jedną z istniejących dwóch furt miejskich tzw. Ucho Igielne można wejść na starówkę.














Do Igielnego Ucha i Furty Dominikańskiej prowadzą z parku  strome schodki. My jednak doszliśmy do Bramy Opatowskiej i przez nią przeszliśmy na ulicę , prowadzącą do rynku. Brama Opatowska jest jedyną z czterech zachowaną bramą prowadzącą do miasta. Zbudowana była za czasów Kazimierza Wielkiego w stylu gotyckim. A  zwieńczenie zostało dobudowane w XVI wieku, podobnie jak i ratusz miejski w stylu barokowym. Znajduje się tam taras widokowy. Jednak nie mieliśmy już czasu na wdrapanie się na taras.


Po długim spacerze zgłodnieliśmy. Zaczęło się robić późno i czas było ruszać w stronę Bóbrki. Na obiad poszliśmy do klimatycznej restauracji  Świętokrzyskiej, która mieści się w bocznej uliczce, a  gdzie zaparkowaliśmy samochód. Wnętrza sali zdobiły diabły i czarownice. Związane jest to z legendą dotyczącą okolic  Łysej Góry, czyli Gołoborza w  świętokrzyskim, przez które bokiem przejeżdżaliśmy. Ludowe przekazy głoszą, że ponoć jest tam zlot czarownic. Na ścianie restauracji wypisana była legenda dotycząca powstania Gołoborza. Otóż dawno dawno temu czarownice mieszkające w okolicy sąsiadowały  z klasztorem, w którym znajdowały się relikwie z drzewa Krzyża świętego. Nie podobało im się to sąsiedztwo, więc namówiły diabły, aby w nocy zburzyły klasztor. Diabły niewiele myśląc poleciały nocą w Tatry i wzięły stamtąd ogromny głaz. Leciały z nim w kierunku klasztoru, aż tu nagle usłyszały bicie dzwonów kościelnych. A wiadomo, że diabły w dzień nie mogą latach, więc wystraszyły się, że to już idzie dzień i upuściły kamień, który upadł na Górę Klonówkę.  Gdy już w piekle zorientowały się, że to pomyłka, ogłosiły żałobę. Rozpaczały, że nie udało się im zburzyć klasztoru. Z rozpaczy zaczęły płakać, a że łzy diabłów są jak kamienie, bo diabły serca mają twarde, to  upadając na ziemię zamieniały się w głazy. I w ten sposób powstało Gołoborze.


 Legenda ciekawa, jak większość ludowych bajek. Nas rozśmieszyła, choć w duchu pomyślałam sobie, że gdyby tak łzy niektórych ludzi mogły zamieniać się w kamienie, to kto wie ile powstałoby takich kamiennych gołoborzy lub kamiennych pustyń na świecie.

Najedzeni , bo jedzenie było dosyć smaczne, wyjechaliśmy w stronę chaty. W okolicy Rzeszowa rozpadało się i w deszczu dojechaliśmy do zimnej i ciemnej chaty.  


A w połowie listopada spadł pierwszy śnieg i po ciepłej jesieni nie zostało ani śladu.