czwartek, 24 listopada 2022

Nasze listopadowe wędrówki; Kazimierz Dolny po naszemu oraz w bonusie Kozłówka.





Pierwszego listopada zapaliliśmy światełka na grobach bliskich, a 2-go wyjechaliśmy do Kazimierza, aby w końcu zrealizować mój urodzinowy prezent sprzed roku. Zamierzaliśmy zwiedzić nie tylko Kazimierz Dolny, ale i Kozłówkę, Nałęczów, Puławy oraz starówkę Lublina. W drodze powrotnej zamierzaliśmy jeden dzień spędzić w Sandomierzu. Na bookingu znalazłam w Kazimierzu mały pensjonacik, w którym noclegi były w cenach umiarkowanych, czyli na naszą kieszeń, a w dodatku wraz z noclegami właściciele oferowali śniadania. Pomyśleliśmy, że w takim nieciekawym turystycznie okresie w Kazimierzu powinno być w miarę pusto, w dodatku w niedzielny poranek, gdy weekendowi turyści będą snuli się jeszcze po ulicach tego uroczego miasteczka, my po śniadaniu wyjedziemy w stronę Sandomierza.
 




         Z Koźla wyjechaliśmy w miarę wcześnie, bo około dziewiątej rano. Nawigacja tym razem poprowadziła nas jakimiś lokalnymi, ale mimo wszystko całkiem dobrymi trasami. W rezerwacji noclegów zaznaczyłam, że na miejscu powinniśmy być około 15-stej lub 16-stej, aby dojechać w świetle dnia, więc staraliśmy się po drodze nie zatrzymywać. Obiad planowaliśmy zjeść już na miejscu. Gdy już zbliżaliśmy się do Kazimierza pani z pensjonatu "Krakowska 39" odezwała się i zadała nam pytanie  gdzie jesteśmy. Upewniała się czy w międzyczasie  zdąży jeszcze odebrać swoje dzieci z przedszkola. Zapewniliśmy, że dojedziemy  dopiero około 16-stej, bo taką godzinę przyjazdu podawała nam nawigacja i rzeczywiście do tej pory zmieściliśmy się w czasie. Pokoik hotelowy  okazał się całkiem wygodny, czyściutki. Było w nim bardzo ciepło, a to dla mnie bardzo ważna sprawa, bo jestem zmarzluchem. Na miejscu zostawiliśmy podręczny bagaż i piechotą wyruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś knajpki. Nie szukaliśmy daleko, bo na końcu ulicy była otwarta restauracja " Pod wietrzną górą". Po drodze mijaliśmy wiele nieczynnych w tym dniu restauracji, kawiarni. Nic dziwnego, bo poprzedniego dnia skończył się długi weekend 1-go listopada. Większość turystów wyjechała. Siedząc przy restauracyjnym stoliku postanowiliśmy, że codziennie przetestujemy jedzenie w innej restauracji, bądź barze. Tutaj jedzenie było bardzo smaczne, a obsługa bardzo miła. Najedzeni poszliśmy na wieczorny spacer po wieczornym Kazimierzu. Posnuliśmy się po pustych ulicach, a nawet doszliśmy do nadwiślańskiego bulwaru, a nim poza widoczne z wału stare spichlerze, przerobione na mocno oświetlone hotele i restauracje. Wracając wypiliśmy kawę w kawiarni  Artystyczna, która ma niesamowity klimat, a znajduje się już dosyć blisko wejścia w ulicę Krakowską. Około 20-stej wróciliśmy do pokoju. Następnego dnia zeszliśmy na śniadanie do sali restauracyjnej hoteliku. Wnętrze restauracji było niewielkie, ale bardzo ładne. Urzekł mnie stary zegar z widocznymi po bokach aniołkami i ciekawy kredensik. Pani prowadząca pensjonacik okazała się młoda, sympatyczna, a restauracja czyściutka, urocza i jedzenie obfite oraz bardzo dobrej jakości. Odmówiliśmy ciepłych potraw, bo podana na talerzach tzw. zimna płyta była tak obfita, że jeszcze część wiktuałów wróciła do kuchni.








Pogawędziliśmy z właścicielką, która powiedziała nam, że do piątku jesteśmy jedynymi gośćmi, oraz, że restauracja wydaje jedynie śniadania, a poza tym jest nieczynna aż do soboty. Poza sezonem działa tylko weekendowo.Pani doradziła nam, co warto zobaczyć, więc po dziesiątej wyszliśmy na obchód Kazimierza. Słoneczko już pięknie świeciło i zobaczyliśmy urocze małe miasteczko, położone w dolinie pomiędzy niewielkim górkami. Na jednej z nich, na której widać zabudowania kościoła i ruiny zamku , a gdy przesunęłam wzrokiem w stronę wschodnią na tle lasu zobaczyłam trzy krzyże. Stąd nazwa góry. Miasteczko urzeka nie tylko licznymi zabytkami, ale także przepięknym i malowniczym położeniem nad Wisłą. Podobno miasteczko  nawiedzane jest przez rzesze artystów, bo autorskich galerii jest tu ponad 60! Średniowieczny  to bez wątpienia centralny punkt Kazimierza Dolnego. Jest on wyłożony kamiennym brukiem, tzw. kocimi łbami. Wokół placu znajduje się wiele restauracji i kawiarni. W dolnej części rynku stoi zabytkowa studnia z XIX wieku , jeden z najbardziej charakterystycznych elementów tego miasteczka. Podobna studnia znajduje się także w górnej części rynku. Ponadto w Kazimierzu można znaleźć jeszcze dwie takie studnie: na ulicy Krakowskiej i na Lubelskiej – choć ta ostatnia nie jest zabytkiem. Istnieje taka legenda, która mówi, że kto napije się wody ze studni, będzie w Kazimierzu Dolnym częstym gościem! Niestety nie spróbowaliśmy tej wody, tylko za dnia obeszliśmy rynek, przyglądnęliśmy się z dołu kościołowi i poszliśmy w stronę Wąwozu Małachowskiego. Wspinaliśmy się nim w górę, aby dotrzeć do willi-muzeum Kuncewiczów, słynnego małżeństwa związanego z tym miasteczkiem. Dom Kuncewiczów przy ul. Małachowskiego 19, zwany również willą „Pod wiewiórką", powstał 1936 roku. Należał do pisarki Marii Kuncewiczowej i jej męża Jerzego, prawnika, literata i polityka ruchu ludowego. Drewniany dom zbudowany jest bez użycia gwoździ. Podobno krąży taka opowieść, że Osoba, która budowała ten dom powiedziała Jerzemu Kuncewiczowi, że gdy znajdzie choć jeden gwóźdź, to nie będzie musiał płacić za wybudowanie domu. I choć Maria i Jerzy szukali gwoździa, to go nie znaleźli i musieli opłacić budowę willi. Tego ranka byliśmy jedynymi zwiedzającymi. Oglądanie willi zaczęliśmy od obejrzenia filmu o życiu Marii Kuncewiczowej oraz jej męża, eseisty, filozofa , a zarazem prawnika Jerzego Kuncewicza. Wysłuchaliśmy ich wspomnienia o historii powstania domu. Pozostawili oni swoją willę wraz z wyposażeniem i swoimi pamiątkami chętnym zwiedzenia go turystom.Obecnie należy on do Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. Kazimierski dom przez lata jednoczył artystów i był swoistym ośrodkiem pracy twórczej.




We wnętrzach willi zachowało się oryginalne wyposażenie więc mieliśmy wrażenie, że właściciele wciąż tu mieszkają, mimo iż mamy świadomość , że dawno już nie żyją.W pokojach jest ekspozycja muzealiów m.in. cennych mebli, obrazów artystów związanych z Kazimierzem Dolnym, niezwykłych pamiątek przywożonych przez Kuncewiczów z dalekich podróży, rodzinnych fotografii i archiwaliów. Pełni wrażeń wyszliśmy w kolorowy, jesienny dzień do parku, okalającego dom. 

Korzystając z pięknej pogody i tego, że jest dosyć sucho,  postanowiliśmy, że kolejnym punktem na naszej mapie zwiedzania będzie wąwóz korzeniowy. Zamierzaliśmy po drodze wstąpić do starej chaty na świeżą czarną kawę i swojskie ciasto, bo takie informacje były w turystycznym informatorze. Szliśmy dosyć długo. Temperatura wzrosła i musiałam zdjąć wierzchnie okrycie. Szłam drogą w kierunku wschodnim w samym blezerze, a i tak było mi dosyć ciepło. Trasę 2,5 kilometrów pokonaliśmy w czasie ponad półtora godziny. Nie wzięliśmy niczego do picia, a po drodze nie minęliśmy żadnego sklepu spożywczego, gdzie moglibyśmy się zaopatrzyć w wodę. Postanowiliśmy zajść do reklamowanej w przewodniku starej chaty. Chata , gdzie chcieliśmy ugasić pragnienie była zamknięta, a osoba, która obok zamiatała dróżkę powiedziała, że dopiero w czasie weekendu można tutaj napić się kawy. Z suchymi językami, zgrzani i zmęczeni nie mieliśmy innego wyjścia, więc poszliśmy dalej. W końcu dotarliśmy do wąwozu. Było około czternastej. Całe szczęście, że obok kas biletowych / wejście  do wąwozu jest płatne/ znajdował się mały klimatyczny bar "Przystanek korzeniowy" Klubojadalnia. Jedzenie w barze było w zasadzie wegańskie i wegetariańskie. W sezonie podobno mają jakąś dyżurną potrawę dla mięsożerców. Tym razem została im tylko kaszanka. Wybrałam wyśmienitą , ostrą zupę pomidorową z ryżem, a Jędrek przypieczone plastry  kaszanki z grilowanymi warzywami. Podobno jego potrawa też była dosyć dobra. Oprócz pierwszego głodu zaspokoiliśmy też pragnienie i pełni nowej energii weszliśmy do wąwozu. Podziwialiśmy niesamowite dzieło przyrody; kręty, malowniczy wąwóz lessowy z siecią odsłoniętych korzeni. Popołudniowe słońce kładło długie cienie. Było pusto i tajemniczo.
















Do zabytkowego centrum miasta wróciliśmy, gdy zaczęło zmierzchać. Wieczorne zwiedzanie miasta zaczęliśmy od rynku, okolonego z jednej strony podcieniowymi domami, a z drugiej bogato zdobionymi kamienicami bogatych kupców. Uważane są za najpiękniejsze polskie budynki epoki renesansu. Snując się uliczkami szukaliśmy jakiejś restauracji, aby zjeść spóźniony obiad, albo wczesną kolację. Tego dnia jedliśmy w restauracji Cafe Muzealna, której jedna ze ścian środkowych jest oszklona i przylega do muzeum Nadwiślańskiego. Zza szyby widać hol, szatnię i korytarz muzeum. Zjadłam tutaj przepyszne pielmieni z mięsem. W gablocie stały wyśmienicie wyglądające ciasta, jednak na kawę i ciasto poszliśmy do Piekarni Sarzyńki, gdzie można kupić pyszne koguty z ciasta, natomiast my uraczyliśmy się kawą i spróbowaliśmy ciastek. Niestety trafiliśmy na fatalny czas, bo do pomieszczeń wlała się masa turystów wraz z przewodnikiem. Zrobił się tumult , tłok i kawa straciła dla nas smak. Pośpiesznie wyszliśmy na zewnątrz i aby strenować posiłki powędrowaliśmy wieczornymi uliczkami Kazimierza. Około dwudziestej wróciliśmy do hotelu.





Poszukując wiadomości na temat kazimierskich kogutów , znalazłam w internecie taką ciekawą legendę dotyczącą koguta z Kazimierza. Więc ją cytuję w całości, bo urokliwa.

" Dawno, dawno temu, gdy na Wietrznej Górze rósł wielki, dębowy las, mieszkańcy Kazimierza Dolnego odprawiali na jego skraju pradawne, pogańskie rytuały i palili ogniska. Pewnej nocy nas lasem przelatywał diabeł i bardzo mu się spodobały płonące ogniska. Kiedy nastał świt, zobaczył piękno całej krainy i postanowił osiedlić się w Kazimierzu na dłużej. Zamieszkał w jamie wąwozu, wśród starych, rozłożystych dębów. Miasteczko zaludniało się coraz bardziej i diabłu bardzo się podobało, że miał coraz więcej osób do kuszenia. Kiedy w pobliżu wąwozu wybudowano klasztor, postanowił przenieść się do zamkowej fosy. Pewnego dnia czart zobaczył w Kazimierzu koguta. Był piękny, dorodny i wydawał się wielce szczęśliwy, więc diabeł postanowił go zjeść. kogut okazał się tak doskonały w smaku, że od tamtej pory żywił się tylko tymi ptakami. Najbardziej lubił czarne z okazałymi, czerwonymi grzebieniami, ale nie gardził też innymi. Wszystkie koguty w okolicy znalazły się w wielkim niebezpieczeństwie.W końcu został tylko jeden, jedyny kogut. Był stary i bardzo mądry. Aby ocalić życie, postanowił przechytrzyć diabła i ukrył się wraz z piękną kurą w przygotowanej wcześniej kryjówce.Diabeł użył całej swojej mocy, aby odnaleźć ptaka. Na nic się jednak zdał jego gniew i determinacja. Nieoczekiwanie z pomocą pośpieszyli kogutowi zakonnicy. Poświęcili diabelską norę i wszystko wokół. Gdy czart wrócił z poszukiwań, nie mógł znieść zapachu święconej wody i uciekł w popłochu. Ocalony kogut wyszedł z ukrycia i dumnie spacerował ulicami miasteczka. Na pamiątkę tego wydarzenia w Kazimierzu zaczęto wypiekać koguty z drożdżowego ciasta, które dziś są turystyczną atrakcją i obowiązkowym przysmakiem podczas wizyty w tym urokliwym miasteczku. "











Piątkowy poranek znowu był słoneczny, więc zaraz po śniadaniu poszliśmy ulicą Krakowską ku nadwiślańskim bulwarom, bo Jędrek chciał zobaczyć kamieniołom. Ulica Krakowska jest bardzo ciekawą ulicą Kazimierza, bo przy niej usytuowane są liczne restauracje, pensjonaty, kawiarnie i prywatne wille.W internetowym rankingu restauracji parę dobrze ocenianych znajduje się właśnie przy Krakowskiej, np. restauracja " A ku ku", czy też " Botanica", itd..
Tego poranka była cicha, jakby jeszcze lekko drzemała.
























Ulicą tą doszliśmy do starego spichlerza, w którym obecnie znajduje się restauracja, a za nim skręciliśmy w nadwiślański deptak, biegnący wzdłuż wału przeciwpowodziowego. Ścieżka poprowadziła nas do Parku Miliona Róż i Zabytków Kresowych, który jest urokliwy i malowniczy. Zakątek ten znajduje się w pobliżu Kamieniołomów. To wyjątkowe miejsce powstałe z pasji do historii i potrzeby upowszechniania wiedzy o Kresach Rzeczpospolitej dla obecnych i przyszłych pokoleń. To atrakcja turystyczna w Kazimierzu Dolnym poświęcona historii, tradycji i dziedzictwu Kresów Rzeczypospolitej. W naturalnym otoczeniu unikalnych kolekcji róż prezentowane są miniatury zamków, pałaców oraz obiektów sakralnych związanych z najważniejszymi osobami i miejscami dla naszej historii. Przepełnione jest barwami, odurzającymi zapachami róż, których sadzonki pochodzą podobno od najsłynniejszych hodowców na świecie. Urzekło nas to miejsce relaksu, ciszy i spokoju, choć wcześniej nie planowaliśmy zwiedzenia tego miejsca. W zasadzie trafiliśmy tu przypadkowo. Oczarował nas prowadzący, który z żarliwą pasją historyczną i wiedzą zarówno historyczną, jak i dotyczącą rosarium opowiadał o zamkach kresowych i różach.  Potem zaszliśmy do małego domku z pamiątkami i wyrobami rzemieślniczymi. Słuchaliśmy opowieści i pogawędziliśmy z tym przesympatycznym panem. Wypiliśmy kawę o smaku i zapachu różanym, nabyliśmy krówki z różanym nadzieniem i poszliśmy szukać kamieniołomu.





















Znaleźliśmy kamieniołom i ścieżką biegnącą koroną wału wróciliśmy do miasta.
Tego dnia obiad zjedliśmy w Kwadransie. Restauracja była pusta. Prze drzwiach dyżurował kot, który oczekiwał na resztki potraw. Zamówiliśmy po pstrągu. Był dobry, ale gorszy niż w restauracji " Pod wietrzną górą". Wieczorem pojechaliśmy do Puław. Gdy dotarliśmy do miasta było już ciemno i tylko przeszliśmy się po galerii handlowej i tam wypiliśmy dobrą kawę. Zobaczyłam miasto, jakich wiele w całej Polsce. Pewnie w świetle dnia coś ciekawego znaleźlibyśmy, bo wiem, że z Puławami związany był np. poeta Władysław Broniewski, ale stanowczo nie mieliśmy na to czasu. Postanowiliśmy zwiedzanie Puław zostawić na inny czas, tak samo, jak i zwiedzanie Nałęczowa, bo choć w planach mieliśmy park sanatoryjny, pijalnię wód itd, załamanie pogody jakie przyszło w sobotę, nam to uniemożliwiło. Właśnie tego dnia zwiedziliśmy Kozłówkę, a obiad zjedliśmy w powrotnej drodze  w Lubartowie. Kozłówka, a w zasadzie pałac-muzeum Zamojskich jest dla mnie prawdziwą perełką. Oczarowuje mnie za każdym razem, a byłam tu już po raz drugi. Teraz wydawało mi się, że zbiory jeszcze się zwiększyły. Nie ma więc co pisać,jak cudny jest ten pałac, który w czasie II wojny światowej w całości ocalał, bo nie został zniszczony przez Niemców, ani przez Rosjan. Być może ocalał, bo właścicielka zajmowała się sportem, miała sukcesy sportowe i na olimpiadzie  została sfotografowana z Hitlerem, co wykorzystała, gdy Niemcy weszli do Kozłówki, a z kolei Rosjanie tu nie dotarli? A może pałac ma po prostu szczęście. Faktem jest, że jest tu co oglądać, bo zbiory są przebogate. Obok pałac znajduje się powozownia, jednak zbiory powozów są tu skąpe i część jest wypożyczona z pałacu w Łańcucie , który ma bogatą kolekcję.  Obok pałacu w bocznym pawilonie jest muzeum socjalizmu, które warto zwiedzić, żeby choćby w kontraście do cudownych, bogatych  dzieł artystycznych zobaczyć jak siermiężna była twórczość socjalistycznych artystów, którym w duszy grały jedynie hymny pochwalne dla ówczesnych przywódców, odsłuchać dziarskich robotniczych pieśni zagrzewających do pracy, kawałki przemówień agitujących do wielbienia socjalizmu i komunizmu, czyli poczuć klimat tamtych lat. Z racji wieku znam go doskonale i wiem jak chwytne dla młodych jest takie " pranie mózgu". itd... Coś mi to teraz przypomina, ale pozostawiam to bez dodatkowego komentarza. I to dziś na tyle. O naszym wyjeździe z Kazimierza, dniu spędzonym w Sandomierzu napiszę w następnym poście, bo i tak ten zrobił się stanowczo za długi. 
Podsumowując mogę stwierdzić, że mimo tego, że wyjazd trwał parę dni, to  nawet połowę interesujących miejsc nie zobaczyliśmy. Zostawiliśmy je, aby mieć powód do powrotu, bo Kazimierz  wyjątkowo oczarowuje i wabi, a ja lubię zwiedzanie takie nieśpieszne i po swojemu. Niekoniecznie chodzimy tam, gdzie zalecają przewodniki turystyczne i nie mam potrzeby zobaczenia od razu wszystkiego, co warte zobaczenia. W ten sposób zrobiłabym to pobieżnie, a Kazimierz na to nie zasługuje.




















































jest wyjątkowo ciekawy i bardzo widokowy. Na każdym jego rogu zerkają na nas kazimierskie koguty, które trzeba ze sobą obowiązkowo przywieźć do domu. Z jednej strony otaczają nas skromne podcieniowe domy, a z drugiej zachwycające bogatym zdobieniem kamienice. Nie trudno się domyślić, że te 400 letnie kamienice kiedyś należały do bogatych kupców, a w dodatku do dwóch braci Przybyłów.

Continue reading at https://plannawypad.pl/kazimierz-dolny-lubelskie/ | Plan Na Wypad



wtorek, 15 listopada 2022

Chętnie wracam tu...

Zacznę od końca, czyli od minionego bardzo długiego weekendu z okazji 11-go listopada . Dzisiaj opowiem  historię naszego spotkania sentymentalnego z Bożenką-Marysią  po 11 latach od ostatniego naszego wspólnego pobytu w LeGrażu. Tak, ostatni raz widzieliśmy się w czasach, gdy  zauroczeni przepięknym regionem wracaliśmy jak przysłowiowy bumerang w Bieszczady, ale nie do naszej chaty, bo jej jeszcze nie było, a do LeGraża, którego właścicielami byli Grażynka i Leon. Tam poznaliśmy się z  Bożenką i Rysiem oraz innymi fantastycznymi ludźmi, którzy w tym czasie z większą lub mniejszą częstotliwością przyjeżdżali nad Solinę. Sala jadalniana LeGraża  sprzyjała wspólnym wieczornym nasiadówkom i " nocnym rozmowom Polaków", w czasie których dowiedzieliśmy się, że Bożenka z Rysiem na łeb pobili nasz rekord powrotów do LeGraża, bo do 2011 roku byli tu 26 razy. Jakoś ta sympatyczna para wyjątkowo przypadła nam do gustu i cieszyłam się, gdy się okazywało, iż w czasie naszych pobytów w pensjonacie, oni również się zjawiali. Oboje sympatyczni, nadal mocno zakochani w sobie, mimo iż już mieli wspólne dorosłe dzieci. Inni wczasowicze nazwali nawet Bożenkę Marysią, bo dostrzegli wielką ich więź. Faktycznie Bożenka miała Rysia, stąd  to Ma-Rysia. I przyjęło się. Do tej pory dla nas jest Marysią. Od 2011 roku, gdy w marcu po raz pierwszy przyjechaliśmy nie do LeGraża, a do naszej chaty zniknęliśmy sobie z oczu. Pozostała nam przyjaźń z właścicielką LeGraża, z którą od czasu do czasu widywaliśmy się, a która miała częstszy kontakt z Marysią i Jej partnerem, więc nawzajem wiedzieliśmy, co się o każdej ze stron dzieje. Podczas tych 11  lat niewidzenia parokrotnie wymieniliśmy się pozdrowieniami, imieninowymi życzeniami, itd. W pamięci pozostały miłe wspomnienia i uczucie wzajemnej sympatii.  Dwa lata temu nawet planowaliśmy wspólne bieszczadzkie spotkanie i odkurzenie znajomości, ale był to okres pandemii, a poza tym Marysi  rozchorowała się mama, a później zachorował Rysiu. W międzyczasie LeGraż zmienił właściciela. Grażynka rozstała się z Leonem, wyprowadziła do Krosna, ale systematycznie odwiedzała Bóbrkę i nasz kontakt nie urwał się. A później posypało się! Zmarł Leon, rozchorował się Rysiu i zmarł , a niedługo po nim Bożenka-Marysia straciła matkę... I wtedy Grażynka zaprosiła ją do Krosna oraz na wycieczkę po Bieszczadach. Zaproponowała wspólne spotkanie po naszym przyjeździe z Kazimierza.( o naszych wrażeniach z Kazimierza w następnym poście, bo jest o czym pisać).Wracaliśmy 6 listopada, więc wyznaczony został termin spotkania na 11go listopada. Grażka i Marysia przyjechały przed południem. Zostawiły samochód pod naszą chatą i na wycieczkę ruszyliśmy naszym samochodem z górnego parkingu Wyluzowanej. Kierowcą był Jędrek, bo, jak to u  rasowego samca Alfa, nie ma mowy, aby komukolwiek zwolnił swoją kierownicę. Pojechaliśmy w stronę Jawora pod stację kolejki linowej. Było szaro i ponuro, ale cieszyłam się, że pogoda jest zdecydowanie lepsza, niż poprzedniego dnia, kiedy to lało, "rzucało żabami" i wiało niemiłosiernie. Wsiedliśmy w małe wagoniki i pofrunęliśmy oglądać listopadową Solinę otuloną w złoto-bordowe chusty wzgórz. W trakcie naszej podniebnej podróży, nad Soliną powoli zaczynało przedzierać się słońce. Z początku bardzo nieśmiało, anemicznie, ale dawało nadzieję na miły, jasny dzień.

11 listopada 2022r. Solina widziana z perspektywy ptaka.

Zapora na Zalewie solińskim.


Parking od strony góry Jawor.
Miejscowość Solina ze strony góry Jawor.

Potem krajobraz obserwowany z wieży widokowej zaczął zmieniać koloryt na bardziej pastelowy. Tafla zalewu, w której przeglądały się chmury rozjaśniła się. Jesień informowała, że potrafi zachwycać, czarować. Dzień stawał się coraz cieplejszy. Rzadko który listopad tak rozpieszcza. Ten stanął na wysokości zadania, jakby wiedział, że zależy nam aby podróż sentymentalna Marysi była udana. W pewnej chwili Grażka roześmiała się i stwierdziła, że musi być z nami Rysiu i to on zapewnia  właściwą oprawę wycieczki. I chyba tak było, bo Marysia przywiozła ze sobą mnóstwo wspomnień, a jechaliśmy trasą, którą zazwyczaj oni jeździli, zatrzymywaliśmy się w miejscach, które odwiedzali, gdy przyjeżdżali w Bieszczady. Opuszczając parking, pojechaliśmy dalej ku Wetlinie dużą pętlą bieszczadzką. Dojechaliśmy do punktu widokowego obok kompleksu hotelowo- restauracyjnego Chreptiów, gdzie kręcony był film " Pan Wołodyjowski". Widoczność była coraz lepsza, a blade, nieśmiałe słoneczko delikatnie głaskało nasze twarze. 







Później skręciliśmy w stronę Dwerniczka i Dwernika . Jechaliśmy w stronę Połoniny Caryńskiej i Wetlińskiej. Trasa ta jest urocza, bo zieje pustką i można nasycać się urodą bieszczadzkich szczytów. Gdy przejeżdżaliśmy obok Połoniny Wetlińskiej słońce rozświeciło się na całego.

Po drodze chcieliśmy wstąpić na obiad do karczmy " Paweł nie całkiem święty", ale masa turystów to uniemożliwiała. Lokal był pełny, a nawet goście czekali tam na zewnętrznych na schodach. Nie mieliśmy czasu na długie oczekiwanie na obiad. Wszystkim już burczało w brzuchu.Wprawdzie  Grażka zapewniała nas, że jedzenie tam jest wyśmienite, ale nie wiem dlaczego, ciągle myliłam nazwę knajpki i dudniło mi w głowie " Paweł nie całkiem świeży"..., a nawet wymyśliłam sobie odpowiedź na potencjalną reklamację wątpliwej jakości posiłku. W myślach widziałam napis w książce zażaleń; " Drogi kliencie, wstępując do lokalu o nazwie" Paweł nie całkiem świeży " musisz liczyć się z ryzykiem. Konsumujesz na własną odpowiedzialność!  Tym razem nie dane nam było przekonać się , jakie jest jedzenie, bo obiad zjedliśmy niedaleko Cisnej w knajpce " Leśne runo". Nasze naleśniki z kurczakiem i warzywami były pyszne, natomiast Jędrek i Marysia niezbyt dobrze trafili. Placki ziemniaczane z gulaszem z dziczyzny były rozciapciane, a schowane pod plackami trzy kawałeczki wieprzowiny niezbyt dobrze udawały dzika. A może to była bieszczadzka zemsta za moje nieświeże myśli? Tylko dlaczego dotknęło to Marysię? Coś niezbyt trafny strzał bieszczadzkich duchów. Kawę wypiliśmy już w Cisnej u Jadzi w jej cudnym modrzewiowym pokoju. Delektowaliśmy się aromatem kawy i pięknem wnętrza. Szczególnie ikonami i starymi pięknymi lampami, które kiedyś pewnie były naftowe.
 








Poplotkowaliśmy chwilkę, umówiliśmy się z Jadzią na jej rewizytę i pojechaliśmy w stronę Leska.

 

Do domu dojechaliśmy ciemną nocą. Na kolację podgrzałam zupkę dyniową, która była rewelacyjna. Delikatny dyniowy krem posypany został płatkami podrumienionych migdałów i grzankami czosnkowymi, mniam! Jeszcze dla urody na górę dodałam mały listek pietruszki. Obok postawiłam miskę z sałatką z roszponki, buraka, fety, pomarańczy i prażonych pestek słonecznika. Marynowany, opiekany pstrąg , marynowane rydze, swojski razowy żytni chleb i masło dopełniały reszty. Wspominaliśmy wycieczkę na krym, wspólne sylwestry w LeGrażu, śmialiśmy się i odnawialiśmy znajomości . Grażka , która jest typowym skowronkiem położyła się spać po 22-giej  , a my, sowy posiedzieliśmy do pierwszej w nocy. Gdy Jędrek poszedł pod prysznic, a Marysia na pięterko do przygotowanego wcześniej pokoju, wolniutko pozbierałam ze stołu, puściłam w ruch pełną zmywarkę i domyłam resztę naczyń. Przed drugą byłam w łóżku. Spałam mocno, ale krótko, bo około ósmej zabrałam się za przygotowanie śniadania. Najedzeni, odświeżeni poszliśmy najpierw do drugiej chaty na krótkie spotkanie z Lucyną i jej Menem, a później na długi spacer po Bóbrce. Było bardzo ciepło. Słońce mocno świeciło, a świat wokoło uśmiechał się do tego drugiego sentymentalnego spaceru Marysi.

 









Marysia z Grażką wyjechały po spacerze. W niedzielę już sami poszliśmy na długi spacer poza "koniec świata".Było ciepło, słonecznie , pięknie  i dziko. Nie spotkaliśmy nikogo, tylko w drodze towarzyszył nam głos sójki, a w drodze powrotnej pokrzykiwania orlika krzykliwego. Po spacerze , po obiedzie zabrałam się za kolejną lekcję języka francuskiego, a później godzinkę jeździłam na stacjonarnym rowerze.

 W czwartek ze swojej chaty wyjeżdżają Lycyna i Mirek. Spuszczają wodę z instalacji wodnej, zalewają umywalki, brodziki, toalety, wanny... Nie wiedzą, czy do wiosny wrócą. My wracamy i wracamy, bo jak tu nie wracać do miejsca, które wybrało nasze serce?