niedziela, 25 lipca 2021

Czas panienek.

 

 


Czas panienek

czas panienek anonsuje się ostatnim 

szkolnym dzwonkiem

ma oczy błękitne jak 

pogodne wakacyjne niebo

płowe włosy niczym ziarna

dojrzewającego w polu zboża

czasami oczy zielone jak letnie liście lipy

co rzuca cień na parujący po burzy 

dach chaty

i ciemne warkocze skrzydeł jaskółek 

prognozujących pogodę niziutko 

na deszcz

 hen wysoko na  wędrówki

jest przypomnieniem śmiechu do

 rozpuku lub do sera

marzeniem na huśtawce

tyrolkowym stresem

uwięzionym nad zimnym Sanem

bo nóż utknie i będzie liczyć 

kaczki suszące pióra na kamieniach

jest rozwikłaniem zagadki 

co nowego w tym roku

zapachem końskiej sierści

smakiem lodów, czekolady

 proziaków pieczonych na liściu kapusty

bąbelkami  wody dla ochłody

i wspomnieniem zaklętym w barwy

 obrazów malowanych na pamiątkę 

i ku pamięci, bo zaistniał                                                                                                

Bóbrka 25.07.2021 r.






         Moja szkolna koleżanka Halinka, która obecnie mieszka w Augsburgu, swoje małe wnuczki nazywa panienkami.  Tak mi się to określenie spodobało, że je zapożyczyłam i o Julii oraz Mai też zaczęłam mówić " panienki". Nie wiem jak innym, ale  słowo " panienka" kojarzy mi się nie tylko z osobą płci żeńskiej wolnego stanu cywilnego, ale i z  młodziutką, delikatną osóbką. A moje wnuczki właśnie takie są, choć to bardzo współczesne panienki, biegle poruszające się po internecie, obyte w modnych gadżetach i nowinkach elektronicznych. I tyle wyjaśnienia dotyczącego tytułu posta. 

Jak pisałam w poprzednim poście, w pierwszej dekadzie lipca pojechaliśmy do Koźla. Tam zadbaliśmy o nasze miejskie  mieszkanie,  a więc przegoniliśmy wszystkie pająki, które korzystając z naszej nieobecności ochoczo zaczęły zagospodarowywać niektóre kąty. Później wyplewiliśmy, podlaliśmy i zadbaliśmy o ogródek, wykosiliśmy trawę, bo miejscami przypominała podzwrotnikowy busz. Zadbaliśmy też o kontakty z rodzinką oraz przyjaciółmi i potrzebę uścisków oraz całusków. Poza tym odebrałam wyniki badań, skontaktowałam z lekarzem, postarałam się o nowe lekarskie skierowania,  zaklepałam terminy kolejnych badań aby zrealizować skierowania. Uff!! Spakowaliśmy potrzebne  rzeczy, wpakowaliśmy do samochodu, zabraliśmy wnuczki i pojechaliśmy z powrotem do chaty. Od tej chwili nastał całkiem inny czas. Na dziesięć dni zmieniło się nasze życie. Nadszedł czas panienek. 

 

Wyjazd do Wyluzowanej z przyczyn od nas niezależnych musiał nastąpić dopiero w sobotni poranek. Nie lubię wyjeżdżać w weekendy, bo autostrady są zapchane, a na bramkach opłat parokilometrowe kolejki. Pojechaliśmy więc autostradą jedynie niewielki odcinek i postanowiliśmy zjechać. Przejechaliśmy najgorszą część trasy bocznymi drogami. Pierwszy dłuższy przystanek nastąpił w okolicach Zatoru. Zjechaliśmy z drogi w boczną uliczkę aby zjeść obiad. Restauracja nazywała się Karpik i mieściła na terenie sporego kompleksu rekreacyjnego z bardzo dużym miejscem zabaw dla dzieci. Była dmuchana zjeżdżalnia, huśtawki, tyrolka. Duża restauracyjna  wiata mieściła się nad jeziorem. Można tam było odpocząć, zjeść i złowić przysłowiowego karpika. Jędrusiowi oczy się śmiały ale wędki pozostały w Bóbrce. Trudno!

Panienki zjadły obiad z deserem oraz lodami. Pobiegały, odpoczęły i mogliśmy pojechać dalej.


Do Wyluzowanej przyjechaliśmy późnym popołudniem. Nie było nas tylko przez siedem dni, niemniej pomidory w foliowym tunelu zaczynały już smętnie zwisać. Widać słoneczko nieźle dało im popalić. Ogórki przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Obawialiśmy się, że roślinki całkiem straciły chęć do życia. Jednak spora dawka wody postawiła zarówno pomidory, jak i ogórki na przysłowiowe nogi. Łodyżki wyprostowały się, główki podniosły, a listki żwawo zaczęły podrygiwać na wietrze.Okazało się to oczywiście dopiero następnego poranka. Noc była pełna wyrzutów sumienia  i smutku, że byliśmy za długo i nasze uprawy zdechły. Za to niedzielny poranek przyniósł mi same przyjemne niespodzianki, bo na porannym spacerku znalazłam kilka grzybów rosnących w naszym zagajniku  powyżej chat. Odkryliśmy też pierwsze czerwone pomidorki i parę małych ogóreczków. Ależ było śniadanko. Pychotka!






















Dziesięciodniowe wakacje naszych wnuczek zaczęły się malowaniem na płótnie i wieczornym pluskaniem w leskim basenie. Sprawdziliśmy, czy w niedzielne późne popołudnie na basenie jest duży tłok. Nie było, więc przez kolejne dwie godziny pływaliśmy, pluskaliśmy się, zjeżdżaliśmy na ślizgawce. Było świetnie. Nie ma to jak wspólne wyjście na basen.


A później było jak w kolorowym kalejdoskopie;


malowanie na płótnie i szkle,




zjeżdżanie na wyluzowanej tyrolce,
jazda konna,
i znowu tyrolka,
 
malowanie na szkle...
 

 Zabraliśmy również dziewczynki na całodzienną wycieczkę do Krosna na film" Kosmiczny mecz", a później  za miasto do Korczyny, na obiad i oczywiście deser w pijalni czekolady. Panienki sprawdziły ile można zjeść czekolady z lodami , zanim zemdli.





Niesamowitą atrakcją był też wypad do Bieszczadzkiej Szkoły Rzemiosła w Uhercach Mineralnych. Znajduje się ona w odremontowanym budynku dawnej szkoły z początku XX w. w Uhercach Mineralnych. Szkoła to idealne miejsce by spróbować swych sił w dziedzinie ginących zawodów. Zajęcia rozpoczynały się wizytą w sali na poddaszu, miejscu gdzie dawniej mieszkał przedwojenny nauczyciel. Przed warsztatami hologramowe postaci  dziewczynki i jej dziadka opowiadali turystom o dawnej szkole, ginących zawodach i Bieszczadach z czasów, kiedy na tych terenach żyli w zgodzie katolicy, grekokatolicy i żydzi. Na parterze szkoły, w trzech rzemieślniczych pracowniach: garncarskiej, kaligrafii oraz piekarni odbywały się zajęcia warsztatowe. Uczestnicy lekcji mogli samodzielnie, pod okiem wykwalifikowanych instruktorów upiec tradycyjne proziaki – bułeczki na sodzie, wykonać gliniany garnek oraz siedząc w stylowych przedwojennych ławach spróbować swoich sił w kaligrafii. Jula na początku do zajęć podeszła sceptycznie i uważała, że to zajęcia dla maluchów. Nie naciskałam na nią. Powiedziałam, iż wystarczy, że się zajęciom  poprzygląda. Za to sama ochoczo zabrałam się za kaligrafię. I jak w wehikule czasu we wspomnieniach znalazłam się w swojej pierwszej klasie szkoły podstawowej. Siedziałam w podobnej ławce, trzymając w dłoni obsadkę, w którą zatknięta była stalówka. W otworze ławki tkwił kałamarz z atramentem. Uczyłam się pierwszych liter. Wtedy, gdy zbyt mocno przycisnęłam stalówkę, na kartce pojawiał się wielki kleks, a w moich oczach łzy, które kapały na zeszyt. Tym razem umiejętności uzyskane w szkole pomogły. Pisanie szło szybko, mózg odnalazł zarejestrowany kiedyś ślad i pismo było kształtne. Maja i o dziwo Jula też napisały swoją karteczkę. Przeszłyśmy do kolejnej sali i tu poszło mi gorzej, bo na zajęciach garncarstwa dopiero za drugim razem udało mi się  zrobić kształtny flakonik. A potem uczyłyśmy się robić proziaki. Powtórzyłyśmy w domu i równie smaczne.  Maja była zachwycona, Jula też, choć udawała, że aż tak bardzo ją to nie rajcuje.



Oczywiście kilkukrotnie byliśmy też na deserze w Słodkim Domku w Lesku, bo jak tu nie próbować czy lody nadal są takie dobre, jak w ubiegłych dniach. Basen odwiedziliśmy cztery razy. Dużo malowałyśmy na  tarasie chaty.  Portret konia malowany przez Maję był samodzielny i bardzo udany. Jula twierdziła , że nie ma weny, ale dwa dni przed wyjazdem i ona zabrała się za malowanie.



Kolejnym przebojem był Sanok i przejazd tyrolką nad Sanem. Maja z początku trochę się obawiała, czy da radę. Wiatr był spory i obserwowała swoją drobniejszą rówieśniczkę, która utknęła nad wodami Sanu i dopiero po chwili została ściągnięta na brzeg przez obsługę tyrolki. Jednak moja młodsza wnuczka przezwyciężyła strach i pojechała. W dodatku dziadek jechał zaraz za nią. Tak się panienkom spodobała ta krótka podróż, że pojechały jeszcze jeden raz. Ja niestety pojechałam na wycieczkę w długiej spódnicy i nie było mowy, abym założyła uprzęż. Pozostała mi rola fotografa. Tak to jest, gdy nie przewiduje się zachcianek panienek.










Na sanockim rynku Julia stwierdziła, że tutaj lody zdecydowanie smakują inaczej i nie była nimi zachwycona. Za to obiad w tradycyjnej Karczmie bardzo jej smakował.












Pewnego dnia odwiedziliśmy też bieszczadzką stolicę sportów zimowych, czyli Ustrzyki Dolne, gdzie zjedliśmy obiad w restauracji  Niedźwiadek, serwującej tradycyjne dania. Mai bardzo tam smakowały zapiekane pierożki. A ja posmakowałam gołąbków z tartych ziemniaków. Jednak chyba smaczniejsze jadłam na sanockim rynku.


 

A następnego dnia znowu wybraliśmy się do Leska. Tym razem  na zewnętrzny  basen.


 

Wieczorami grałyśmy w państwa-miasta. I czas nam minął jak z bicza strzelił. Okazało się, że musimy wyjeżdżać. Panienki dodatkowo spakowały swoje prace, pamiątki, które kupiły lub zrobiły i wypakowani jak zwykle po dach samochodu, pojechaliśmy w kierunku Koźla., po drodze zahaczając o cukiernię. Przed wyjazdem Julia i Maja stwierdziły, że jednak najlepsze słodycze oferuje Słodki Domek. I taki to był u nas " czas panienek".



sobota, 3 lipca 2021

Czas odkurzyć stare znajomości

                                   

Chata latem


zielona plama drzew

przygarnięte 

czerwone berety dachówek

od słońca, od wiatru, od deszczu

od śniegu

ale to było  kiedyś

i pewnie będzie

jeszcze nie teraz   

niebo śmieje się słońcem

śpiewa skowronkiem

zamknięte oczy okien

od skwaru

strażniczki przyszłych  wrażeń,

radosnych chwil, małych i wielkich wzruszeń

chłodny mrok przytula marzenia

zaplątane w codzienność i ubiera

w słowa 

drzemią tylko wypowiedziane i przyszłe 

a teraźniejsze szarogęszą się

wokół stołu

proszę, dziękuję, przepraszam

 czy możesz podać sól 

nie tyle pieprzu

może cukru

takie codziennie piękne

jak kratki na lnianym obrusie

zegarem tyka serce

czasem bije

tylko usta drzwi ziewają z nudów.

Zbliża się niedziela czwartego lipca, czyli pora naszego wyjazdu do Kędzierzyna - Koźla. Mam nadzieję, że nasz pobyt w mieście tym razem nie przekroczy siedmiu dni i szybko będziemy mogli przyjechać z powrotem. Wszystko okaże się piątego lipca. Być może na jednej wizycie u specjalisty skończy się moja kontrolna wizyta. Ale nie chcę zapeszać i staram się o tym nie myśleć, bo szkoda mi energii na trudne myśli. Coraz dłużej przebywamy w Wyluzowanej i zaczynamy tutaj budować swój świat, swoje relacje ze światem zewnętrznym. Od naszego pierwszego zetknięcia się z Bieszczadami  w 2004 roku wiele się zmieniło. Bóbrka nie jest już tą samą cichą wioseczką sąsiadującą z Orelcem i Soliną. Rozrosła się, jak drożdżowe ciasto. Rozlała na okoliczne stoki, łąki, zagajniki. Spłynęła na brzegi zalewu. Stała się zlepkiem pensjonatów, dacz, domków jedno i wielorodzinnych oraz osiedli gęsto obok siebie postawionych domków kempingowych, które u turystów mają największe wzięcie, a mi przypominają bardziej obozy koncentracyjne, niż obszary letniskowe. Zaraz wyjaśnię dlaczego. Po pierwsze rzadko stoją pomiędzy drzewami i w upały jest w nich istny piekarnik, a po drugie nie ma tu żadnej prywatności, bo prawie stykają się dachami lub odległość jest tak mała, że można zaglądać sobie w okna i widzieć, co tam słychać i widać u sąsiada. Ale to tylko taka mała dygresja, bo nie o tym chciałabym. Od chwili, gdy nasze stopy po raz pierwszy stanęły na bóbrczańskiej ziemi , przez pierwsze sześć lat przyjeżdżaliśmy do pensjonatu LeGraż. W nim poznaliśmy wielu fascynujących ludzi, zaprzyjaźniliśmy się  z właścicielką. W jakimś sensie i Jej zawdzięczamy to, że mamy Wyluzowaną. Jednak jak to w życiu bywa, po sprzedaży pensjonatu LeGraż kontakty nasze rozluźniły się. Była właścicielka zamieszkała w Krośnie. Parę razy do roku widujemy się, ale dużo rzadziej, niż to miało miejsce w przeszłości. Joasię i Janusza poznaliśmy przed rokiem, gdy zakupili pensjonat. Jednak na początku nasza sympatia automatycznie nie przeszła na nowych właścicieli. To tak nie działa. Poznaliśmy się i na jednym, zapoznawczym spotkaniu skończyło się. Później nie widzieliśmy się przez rok. Dopiero na obchodach Dnia Teatru w Ustrzykach Dolnych ponownie spotkaliśmy się na spektaklu. Miejsca mieliśmy obok siebie.  I odnowiliśmy znajomość. Kawka u nas pociągnęła za sobą rewizytę. Joasia i Janusz chcieli  pochwalić się  nową szatą pensjonatu, a nas zżerała ciekawość, jak tam teraz jest. Zbiegło się to z  uświadomieniem sobie przez nas potrzeby większego kontaktu z ludźmi. Pandemia przygasła, zaszczepiliśmy się i zaczęliśmy odczuwać potrzebę wznowienia relacji społecznych. Przez półtora roku z uwagi na pandemię była posucha,  jeśli chodzi o nasze kontakty ze światem zewnętrznym.  Nie widywaliśmy się prawie z nikim. Żyliśmy w Wyluzowanej prawie jak pustelnicy. Do historii przeszły przyjazdy przyjaciół, a jestem istotą bardzo społeczną.  I nagle w Wyluzowanej zaczęłam bardzo mocno odczuwać ten brak.  Pobyty w mieście pozwalały ładować akumulatory, bo  spotykaliśmy się z rodziną i przyjaciółmi. Wcześniej, gdy realizowałam się zawodowo i miałam przesyt kontaktów z ludźmi akumulatory ładowałam wśród przyrody, w naszej bieszczadzkiej samotni. Nagle sytuacja odwróciła się. Joasia i Janusz pojawili się więc w odpowiednim momencie.

 

 

 






 Pojechaliśmy do nich w środę. Wędrowiec przywitał nas odmieniony, odmalowany, z lekko zmienioną kolorystyką. Przypomina mi teraz alpejski domek. Ujawniły się pięknie wycinane drewniane obramowania okien. Wokoło pensjonatu jest mnóstwo kwiatów, bo Joanna jest ich wielką miłośniczką .Powiedziała nam, że w przyszłości chce mieć ich jeszcze więcej. Nowi właściciele mają za sobą  mnóstwo pracy remontowej. Większość prac wykonali samodzielnie. Joasia szyła firanki, zasłonki, obrusiki , malowała deski, dobierała drobiazgi, skrobała, malowała, sadziła, plewiła, planowała. Janusz zajął się cięższymi pracami, jak również instalacjami, podłączeniami, wymianą urządzeń itd. Postawiono nowe ścianki działowe, wymieniono kafelki, położono podłogi, zainstalowano nową armaturę łazienkową, nowe prysznice itd. Trudno nawet wymienić wszystkie prace, które pozwoliły na reanimację pensjonatu. Wcześniej powoli umierał, starzejąc się w zatrważającym tempie. Teraz jest po głębokiej operacji plastycznej.Większość pomieszczeń jest biała i bardzo czysta, starannie odnowiona, wymalowana, ładnie umeblowana. Zadbano o szczegóły, a nawet drobiazgi. Joasia jest estetką. Wnętrze Wędrowca obrazuje osobowość gospodarzy; solidność i estetykę, poważne podejście do swojego przyszłego życia. Jest wygodnie i funkcjonalnie oraz czysto, schludnie i ładnie. 

W LeGrażu , który obrazował artystyczną duszę właścicielki było mnóstwo firanek, falbanek, bibułowych kwiatów,serwetek, pamiątek. Malowane szyby, były piękne, ale mocno zaciemniały pomieszczenia. Pokoje były różnokolorowe i tematyczne. Na ścianach wisiały rzeźby, obrazy. Jadalnia była zarazem galerią obrazów Leona Chrapko. W tęczowym pokoju, który często zajmowaliśmy było barwnie i kojarzył mi się z rajskim ptakiem. Teraz jest w bieli, z delikatnymi, dyskretnymi dodatkami. 

To zupełnie inny pensjonat, choć właściciele zadbali o to, by zachować pamiątki  związane z LeGrażem. Na ścianie w grubej ramie wisi tablica z pamiątkowymi podpisami znanych osób, które w przeszłości gościły w pensjonacie. Jest też księga pamiątkowa z wpisami gości.  Wędrowiec zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. Z przyjemnością i przekonaniem będziemy polecać to miejsce.

Wieczór minął nam bardzo sympatycznie. Nie mogliśmy się nagadać. Około dwudziestej drugiej spacerkiem wróciliśmy do chaty. Wieczór był ciepły, a spacer przyjemny, choć trochę się zasapałam, wspinając drogą wiodącą do chaty.Po intensywnej burzy lasy i góry parowały, otulając drogę kożuchem mgły, w której brodziliśmy, czując się jak w białej wacie. Nowi właściciele są ludźmi w górnej granicy średniego wieku. Mają wnuki i dużą odwagę aby radykalnie zmienić swoje życie. Dotychczas pracowali i mieszkali w dużym mieście. Mają już cały rok za sobą. Rok trudny, pełen pracy, zmian , a czasem i kryzysów, jednak z radością czekają na letnich gości i z optymizmem patrzą w przyszłość.

 

















Pierwszego lipca przypadał dzień urodzin mojego męża. Uczciliśmy go w Sanoku. Wybraliśmy się tam na całodniową wycieczkę, połączoną z małymi zakupami. Obiad zjedliśmy na rynku w Karczmie. Była ładna pogoda, miło siedziało się na zewnątrz pod dużym parasolem. Kuchnia okazała się regionalna, potrawy bardzo smaczne,  a obsługa przemiła. Później pospacerowaliśmy po starówce, posiedzieliśmy na ławeczce obok Szwejka, poprzyglądaliśmy się turystom, a nawet gniazdu pustułki. Pierzastych dzieci  była trójka. Były już mocno wyrośnięte i ledwie mieściły się w okrągłej wnęce kościelnego okna. Wierciły się, przepychały, co rusz jedno z nich prostowało skrzydła, ale jeszcze nie były gotowe do lotu. Pustułkowa mama podlatywała z aprowizacją i karmiła swoje wyrośnięte pociechy. Staliśmy na skraju chodnika z głową zadartą do góry i śledziliśmy ten sielski obrazek.

 





Później na deser zjedliśmy lody, siedząc na ławeczce na skraju rynku. A więc siedzieliśmy sobie w cieniu, było  miło. Obserwowaliśmy wędrujących po rynku turystów, podziwialiśmy odnowione kamieniczki. W pewnym momencie obok na innej ławce usiadł średnio młody ojciec, bo trudno napisać tata. Był z dwójką małych dzieci w wieku przedszkolnym. Też przyszli  na ławkę aby spokojnie zjeść lody. Dzieci jadły wolniej. Ojciec się niecierpliwił. Siedziałam do nich tyłem. Zapatrzyłam się na ażurowe, żelazne balkoniki na jednej z kamieniczek. Mąż ich obserwował. Jak mi później opowiedział, ojciec w pewnej chwili nie wytrzymał i powiedział do dziewczynki cyt;"Jedz szybciej , bo inaczej dostaniesz po mordzie.!" 
Szkoda, że tego nie słyszałam, bo chyba wypożyczyłabym sobie tego pseudo ojca.  Już bardzo dawno nie usłyszałam takiego chamskiego i agresywnego tekstu skierowanego do dzieciaków. Jak można tak pogardliwie traktować drugiego człowieka. Ręce opadają!!! I to była ta łyżka dziegciu w beczce miodu.