Z Leska pojechaliśmy w stronę Załuża, a tam skręciliśmy w prawo na drogę krajową 28 prowadzącą z Sanoka do Przemyśla. Do Tyrawy Wołowskiej droga była zatłoczona, jednak był to tłok w stronę przeciwną. Dalej przez Kuźminę aż do Birczy było dużo lepiej. Po drodze parę razy skręciliśmy w boczne drogi ale zwykle kończyły się one traktami leśnymi, mało przejezdnymi, więc jadąc kawałek później niestety musieliśmy zawrócić. I tak było aż do Birczy. Tam skręciliśmy na drogę w prawo na Korzeniec , a następnie w lewo na wzniesienie Chomińskie. Na szczycie jest wieża widokowa, z której roztacza się piękny widok na okolice. U jej podnóża znajduje się miejsce na ognisko, ławeczki i tablice informacyjne. Jakieś 100 metrów od wieży postawiono pomnik upamiętniający poległych w bitwie pod Birczą z 12 września 1939 r. Wojsk polskich z niemieckimi. Niewiele osób wie, że tego samego dnia, na wschód od Birczy polska 24 Dywizja Piechoty walczyła z niemiecką 2 Dywizją Strzelców Górskich. Bitwa ta była jedną z największych bitew kampanii wrześniowej nie tylko na Podkarpaciu, ale i w Polsce.
Pod wieżą w dwóch miejscach biwakowych odpoczywały i biesiadowały dosyć liczne grupy ludzi. Towarzystwo było w różnym wieku. Były rodziny z małymi dziećmi, które biegały po schodach wieży, inne dzieci bawiły się pod nią w berka. Starsi rozmawiali, śmiali się, jedli , pili. Panowała miła, świąteczna atmosfera. Weszliśmy na wieżę, aby pooglądać widoki, a później polną drogą udaliśmy się w kierunku pomnika.
Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy dalej w kierunku Trójcy, przez Wolę Korzeniecką, Łodzinkę Górną . W Trójcy mieliśmy do wyboru dwa kierunki. Mogliśmy jechać prosto w kierunku Łomnej, a my wybraliśmy drogę w prawo na Grąziową. Droga była dziurawa, o bardzo zniszczonej nawierzchni, natomiast niesamowicie malownicza i całkowicie pusta. Biegła równolegle koryta rzeki Wiar. Przypuszczam, że o tych trasach wielokrotnie pisała w swoim poście Marysia z blogu Nasze Pogórze.W Grąziowej przejechaliśmy bardzo dekoracyjnym mostem rzekę Wiar i skręciliśmy na drogę o numerze 890 z Trzciańca do Wojtkowej. Na samym zakręcie usytuowane są turystyczne pensjonaty " Zakole Wiaru". Wycieczka była bardzo miła, a trasa przepiękna, a przede wszystkim pusta. Tereny tu są śliczne, przeważnie mało zamieszkałe. Parokrotnie po drodze zatrzymywaliśmy się, aby się przespacerować pośród cudnej, dzikiej przyrody.
Piątek i sobota były bardzo pracowite, bo trzeba było przygotować wszystko w Wyluzowanej na czas naszej nieobecności. Niedziela zeszła nam na domknięciu zaległych zajęć i odpoczynku, a w poniedziałek wyjechaliśmy. W mieście byliśmy wieczorem. Ogród przywitał nas trawą po pas i ogrodem płaczącym za ręką ogrodnika. Wistaria przekwitała. Opadłe kwiaty zasłały taras grubym , zeschłym kobiercem. Dom miał zapach starego kościoła. Wprawdzie syn dzień wcześniej uchylił wszystkie okna, ale na niewiele się to zdało. Po wyrzuceniu bagaży odebrałam od syna telefon z prośbą, aby zajrzeć do nich, bo dziewczynki nie mogą się doczekać przyjazdu babci i dziadka. Podobno od dwóch godzin wysiadują na schodach i zaglądają, czy podjeżdżamy. Szybciutko zabraliśmy z sobą pakiecik z torcikami i ciasteczkami, które zawsze przywozimy im ze "Słodkiego domku" . Za chwilę wyściskaliśmy piszczące ze szczęścia dziewczynki. Obydwie chciały równocześnie opowiedzieć nam o swoich ważnych sprawach; o postępach w nauce jazdy konnej, o planach wakacyjnych, o przygotowaniach do urodzin itp. Mimo zmęczenia godzinę poświęciliśmy na wysłuchanie opowieści. Umówiliśmy się na następny dzień i wreszcie zawitaliśmy do domu. Tej nocy spałam bardzo twardo. Dobrze było znowu zasnąć na naszym starym, wygodnym małżeńskim łóżku. Wtorek był dniem pod hasłem; lekarz, zakupy i wieczorne urodziny Juleczki. Poszliśmy do niej po wizycie grupy koleżanek z prezentem i wielkim bukietem kwiatów. Obydwie dziewczynki otrzymały też zaległe upominki z okazji Dnia Dziecka. Wieczór był bardzo ciepły, więc syn przygotował szybkiego, kameralnego grilla. Posiedzieliśmy, poopowiadaliśmy i około dwudziestej drugiej wróciliśmy do domu. Na pobyt w domu przeznaczyliśmy tydzień, bo tyle były w stanie wytrzymać nasze pozostawione w Wyluzowanej pomidory. Przez ten czas zaliczyłam dwie wizyty u przyjaciółek ( to balsam na moje serce) , rejestrację na kolejne badania lekarskie, bo niestety jedne z badań wyszły kiepsko i trzeba dodatkowo zrobić badanie usg ( muszę wrócić na 5 lipca), dwukrotne zakupy w galerii handlowej( za czym nie przepadam), porządkowanie tarasu, ogrodu, domu, przygotowania do przyjazdu córki z mężem i chłopakami, wizyta tychże ( uwielbiam pichcenie i pieczenie dla bliskich sercu). I tak dotrwałam do soboty. W sobotnie południe Jędrek pojechał na dworzec po środkowego wnuka Kajetana, który uwielbia tramwaje i pociągi. Tym razem był wniebowzięty, bo rodzice pozwolili mu przyjechać z Wrocławia pociągiem. Za pół godziny przyjechała reszta rodzinki. Uściski, rozmowy, wędrówki po ogrodzie, obiad i po deserze poszliśmy na powtórkę z urodzin Julii. A tam okazało się, że na ogrodzie bawi się masa rodzinnych dzieciaków i dorosłych ze strony synowej, ich przyjaciół, a także spora grupka sąsiedzkich dzieci. Życzenia, prezenty, powitania... Kornelek szybko dołączył do grupy skaczącej na trampolinie, starsze chłopaki zdążyły wepchać w siebie po kawałku tortu, a ja zdążyłam zamienić dwa zdania z teściową syna, gdy... lunęło. Nad Koźlem przeszła nawałnica. W biegu łapaliśmy talerzyki z tortem, ciastami, dzieciaki, obrusy, co kto złapał...Wszyscy stłoczyli się w mieszkaniu syna, które zawsze wydawało mi się spore. Tym razem na taką ilość osób było za malutkie. Każdy upychał się, gdzie tylko mógł, a maluchy były jak nakręcone. Szalały! Czułam się jakbym była w bzyczącym ulu. Mamie mojej synowej przypomniało się, że na balkonie zostawiła wietrzącą się pościel, więc w pośpiechu pobiegła do samochodu. Synowa ją zawiozła do domu. Syn zajął się męską częścią towarzystwa, moja córka pilnowała maluchów, aby się nie porozbijały, starsi chłopcy plątali się po mieszkaniu i wypatrywali końca ulewy, a żeńska część towarzystwa utknęła w kuchni. Pies zgłupiał, królik miotał się po klatce co rozśmieszało dwuletnich bliźniaków i starali się pobudzać go do jeszcze większego ruchu, Julia ich od klatki odganiała, Maja z równolatkami okupowały łazienkę i starały się zrobić sobie makijaż, tylko kot miał wszystko w nosie i z godnością wymknął się do piwnicy. W końcu zięć zabrał ode mnie klucze i mimo ulewy poszedł po parasole i samochód. Nie było sensu dalej męczyć się w takim tłoku. W dodatku córka zamierzała tego dnia wracać do Wrocławia, bo starsi chłopcy musieli poświęcić czas na naukę. Okazało się, że ulewa zdążyła narozrabiać, bo zalało nam piwnicę. Kratka ściekowa była przytkana przez opadłe podczas nawałnicy liście. Po przyjeździe zięcia ewakuowaliśmy się do domu. Wzięłam z jego rąk parasol i z przyjemnością wróciłam samotnie piechotą. Potrzeba mi było kilkunastu minut wyciszenia.
Niedziela była dniem odpoczynku i rozmów z Julką, a w poniedziałkowe południe wyruszyliśmy z powrotem do chaty. Po rozpakowaniu , zagospodarowaniu się zadzwoniła moja ulubiona kuzynka Krystyna z informację, że wraz synem , wnukiem i jego rodzinką przyjechali na wczasy do Polańczyka. Wczoraj spotkaliśmy się wszyscy na popołudniowym grillu. Było serdecznie i bardzo rodzinnie oraz baaaaaardzo spokojnie, pomimo iż mały Kazio, który został tak nazwany między innymi na cześć mojego taty, a Krysi ulubionego wujka, jest słodkim łobuziakiem.