czwartek, 6 lutego 2020

Serce Macochy czyli gdzie ta zima

        Jesteśmy w mieście. Dziś mija tydzień od naszego przyjazdu. Zaliczyłam już weekend z wnuczkami, dwukrotnie wizytę na krytym basenie, weekendowy nocleg moich małych dziewczynek, gry planszowe, parę razy grę w państwa-miasta, "salon kosmetyczny", wyjście do kina na zabawną bajeczkę, a poza tym dwukrotnie sesję rehabilitacyjną , czyli falę uderzeniową na nadgarstek i ostrogę, urocze spotkanie z psiapsiółką w nowo otwartej kawiarni "Krukafe", zakupy, rozmowy, uffff!.... Tydzień w którym  jakby czas przyspieszył. Jestem jakby w innej strefie, gdzie czas ma specyficzną skalę. Teraz pędzi jak odrzutowy samolot.
Właśnie wczoraj, w klimatycznej kawiarence rozmawiałam o względności czasu z przyjaciółką, która niebawem dołączy do nas, wiecznych, a może dozgonnych wczasowiczów. Koniecznie muszę zapisać tę naszą rozmowę.
-- Nie wiem dlaczego, ale leżąc w sobotę w piżamce na mojej ukochanej sofie, pomyślałam, że to bardzo  miłe uczucie taka świadomość, że nic nie musisz robić, tylko możesz sobie tak leżeć bez końca, aż zgłodniejesz. Możesz czytać, patrzeć w tv, albo tylko sobie myśleć. Ja ostatnio mam wielką potrzebę porządkowania swoich wspomnień, swoich myśli. Potrzeba mi na to mnóstwo czasu. A że mam jeszcze dużo urlopu i nie muszę go sobie skąpić, bo i tak od maja jestem na wiecznym urlopie, to tak właśnie cykam po parę dni na nicnierobienie. Uwielbiam ten stan. Wszyscy w kieracie, coś muszą. Muszą wstawać wcześnie, gnać na czas do roboty, później do domu by gotować, prać, sprzątać, dzieci odbierać ze szkoły, z przedszkola.... a ja nic. Po prostu sobie leżę i pachnę albo i nie pachnę, jak mi się nie chce myć. Jak mi się chce to coś sobie upichcę, jeśli nie chce, to zawsze coś na ząb znajdę w swojej przepastnej lodówce. -- z rozmarzeniem stwierdziła moja Psiapsiółka.
-- I fajnie, ciesz się, że tak możesz zrobić. A już niedługo utoniesz w tym " nic nie muszę".-- cieszyłam się razem z nią, ale jej zatroskana mina nijak się miała do hymnów pochwalnych na rzecz lenistwa.
-- Więc co cię boli? -- spytałam.
-- No właśnie, jest to drugie dno! Gdy tak pławiłam się w cudownej atmosferze , przyszło mi do głowy, że jak się ma czegoś mało, jak np. urlopu, to wtedy cieszy każda chwila, natomiast gdy będzie go nadto, aż się będzie wychlustywał, to może już tak nie będzie cieszył. Pomyśl sobie, jak masz czegoś mało, to doceniasz każdy kawałeczek. A jak dużo, to może zemdlić. Objesz się i przestanie ci smakować. A tak w ogóle to zauważyłam, że mi jakoś tak się zrobiło w ciągu dnia bardzo ciasno. Wstaję rano i już za moment mam wieczór i prawie niczego nie zdążę zrobić. A powinnam sprężyć się, by wszystko powykańczać i poprzekazywać. A tu nagle bardzo mało czasu na to. I to jest ten paradoks. Jestem przerażona tym gnającym czasem. Tobie też czas tak ucieka? Chyba nie! Pamiętasz, że miałyśmy takie odczucia pod koniec wieku dwudziestego. Na początku wieku dwudziestego pierwszego czas trochę zwolnił, a teraz znowu wystartował . Mnie się wydaje, że tylko ja mam takie odczucie, bo boję się co to będzie, gdy przejdę na emeryturę i chciałabym aby ten kwartał ciągnął się w nieskończoność. Pamiętam twoje odejście i te pierwsze miesiące, gdy próbowałaś odnaleźć się w nowym życiu. Wiem, że to irracjonalny lęk przed nowością i że będę tęskniła tylko za ludźmi, ale jednak mam stracha, bo zacznę ostatni etap swojego życia, na końcu którego jest kres życia.  Wiesz, bo ja swoje  życie mam podzielone na etapy. I teraz jest właśnie ostatni etap.  -- Krystyna uśmiechnęła się bardzo smutno i zamyśliła się.
        --To z perspektywy swoich trzech, a niedługo czterech lat  emerytury mogę cię zapewnić, że to się tobie tylko tak wydaje.Pamiętasz jak trudno mi było do września, ale później wszystko odpuściło. Ogarnęłam się i nigdy nie żałowałam podjętej decyzji. Odzyskałam wolność.  Paradoksalnie okazało się, że czasu mam mniej niż wtedy, gdy pracowałam. Mogę zająć się sprawami, na które wcześniej nie miałam czasu,  a myśl, że nie będę potrafiła żyć bez mojej ukochanej pracy okazała się nonsensowna. Teraz już nie wróciłabym za żadne skarby świata do naszego kieratu. Jestem wolna! I ty niedługo będziesz pławiła się w wolności i na samą myśl o swoich dzisiejszych niepokojach wybuchniesz śmiechem. A relacje z najbliższymi koleżankami i tak się nie skończą. Dobre relacje pozostaną. A te słabe nie warto na siłę utrzymywać. Dla kogo jesteś ważna, pozostaniesz ważna i sam będzie szukał z tobą kontaktu. Życie samo weryfikuje kto zasługuje na kontynuacje znajomości. -- próbowałam ją uspokoić.
        -- No właśnie, masz rację. Popatrz, nasza przyjaźń przetrwała mimo odległości, twojego odejścia z pracy. Nie widujemy się czasem przez dwa miesiące, a gdy się spotkamy, to trudno się nagadać. I jest tak, jakbyśmy nigdy się nie rozstawały. -- uśmiechnęła się Krysia.
       -- Już się cieszę na nasz wspólny czerwcowy wyjazd do Odessy.
I tym razem czas zaszalał i wspólne cztery godziny okazały się mgnieniem oka. Musiałyśmy wracać. Ja do męża, a Krystyna do swojego ukochanego gniazdka , gdzie jeszcze miała sporo wywiadów do napisania.

Po tej dygresji dotyczącej względności czasu, wracam do okresu ostatniego weekendu  w chacie i naszego niedzielnego spaceru.
Wokół chaty zima całkiem odpuściła, postanowiliśmy pojechać w plener aby poodkrywać nowe miejsca. Tym razem podróż samochodem nie trwała długo, bo tylko do sąsiedniej wioski o wdzięcznej nazwie Orelec. Tam zjechaliśmy z głównej drogi w boczną i asfaltówką pnącą się w górę  pojechaliśmy w stronę oreleckiego kościoła , a w zasadzie dwóch kościołów; murowanego nowego i uroczego drewnianego starego kościółka.
Kościół św. Józefa, który niegdyś stanowił Cerkiew Zaśnięcia Św. Anny, to zabytkowa świątynia - jedna z wielu pięknych w województwie podkarpackim. Znajduje się w miejscowości Orelec w Bieszczadach. Cerkiew pochodzi z połowy XVIII wieku i znajduje się pośród wiekowych drzew pomnikowych.

Cechy charakterystyczne:
- konstrukcja zrębowa, dwudzielna;
- kościół wykonany z drewna;
- do nawy przylega przedsionek dobudowany w późniejszym czasie;
- dwukalenicowy dach;
- według legendy cerkiew powstała na bazie materiałów z rozbiórki cerkwi w Uhercach;
- przy kościele znajduje się drewniana dzwonnica na planie kwadratu;
- niektóre z zachowanych elementów wyposażenia kościoła znajdują się obecnie w Muzeum w Łańcucie;



https://www.nocowanie.pl/kosciol_sw__jozefa,160106.html

Kościół św. Józefa, który niegdyś stanowił Cerkiew Zaśnięcia Św. Anny, to zabytkowa świątynia - jedna z wielu pięknych w województwie podkarpackim. Znajduje się w miejscowości Orelec w Bieszczadach. Cerkiew pochodzi z połowy XVIII wieku i znajduje się pośród wiekowych drzew pomnikowych.

Cechy charakterystyczne:
- konstrukcja zrębowa, dwudzielna;
- kościół wykonany z drewna;
- do nawy przylega przedsionek dobudowany w późniejszym czasie;
- dwukalenicowy dach;
- według legendy cerkiew powstała na bazie materiałów z rozbiórki cerkwi w Uhercach;
- przy kościele znajduje się drewniana dzwonnica na planie kwadratu;
- niektóre z zachowanych elementów wyposażenia kościoła znajdują się obecnie w Muzeum w Łańcucie;



https://www.nocowanie.pl/kosciol_sw__jozefa,160106.html
Kościół św. Józefa, który niegdyś stanowił Cerkiew Zaśnięcia Św. Anny, to zabytkowa świątynia - jedna z wielu pięknych w województwie podkarpackim. Znajduje się w miejscowości Orelec w Bieszczadach. Cerkiew pochodzi z połowy XVIII wieku i znajduje się pośród wiekowych drzew pomnikowych.

Cechy charakterystyczne:
- konstrukcja zrębowa, dwudzielna;
- kościół wykonany z drewna;
- do nawy przylega przedsionek dobudowany w późniejszym czasie;
- dwukalenicowy dach;
- według legendy cerkiew powstała na bazie materiałów z rozbiórki cerkwi w Uhercach;
- przy kościele znajduje się drewniana dzwonnica na planie kwadratu;
- niektóre z zachowanych elementów wyposażenia kościoła znajdują się obecnie w Muzeum w Łańcucie;



https://www.nocowanie.pl/kosciol_sw__jozefa,160106.html
Wspinaliśmy się drogą ostro wijącą się w górę aż do jej najwyższego punktu, gdzie  na rozwidleniu dróg  drogowskaz wskazał nam szlak, którym należałoby pójść do pomnika przyrody o nazwie Serce Macochy. Zostawiliśmy samochód na poboczu pod lasem i już piechotą udaliśmy się w dalszą drogę. Szliśmy leśną ścieżką, gdy na poboczach pojawił się śnieg. Droga też była zaśnieżona. W lesie, gdzie droga biegła w cieniu, nawierzchnia skuta była lodową skorupą. W prześwitach, gdzie docierało słoneczko, pojawiała się trawa i rozmiękła ziemia. Wiał lodowaty wiatr. Nagle ciszę przerwał przybliżający się warkot. Z lasu wyjechały dwa kłady. Maszyny dymiły, warkotały i przemknęły obok nas jak strzała. Pozostał smród spalin. Muszę przyznać, że zdenerwował mnie ten incydent. Szkoda mi się zrobiło zwierzaków, które taki huk jest w stanie wypłoszyć z lasu, zdenerwować. Kłady były bez tłumików, skonstruowane chyba sposobem rzemieślniczym w jednej ze stodół. Na to wskazywała ich obudowa, koła, mechanizm. Panowie też wyglądali na miejscowych. Ot taki chyba mieli niedzielny przejazd w ramach relaksu. Gdy warczenie maszyn oddaliło się, poszliśmy dalej.


Na śniegu, w zagłębieniach, na drodze, na poboczu widzieliśmy wiele śladów zwierząt i tak jak na poprzednim spacerze, znowu dostrzegliśmy ślady wilka. Poza tym tablice informowały o zwierzętach żyjących w lesie, przez który biegł szlak, wskazując ślady, z którymi możemy się spotkać.












Idąc do Serca Macochy, kamiennego pomnika przyrody ukrytego w lesie, minęliśmy wielkie mrowisko rozkopane przez dzięcioła. Ten smakosz larw i owadów rozkopał również w dole naszego Bóbrczańskiego  ogrodu mrowisko, które tam wiele lat temu wybudowały mrówki. W zasadzie budując chatę zastaliśmy mrowisko na naszej posesji i tak zostało. Pilnujemy tylko aby mrówki nie wprowadziły się do naszej chaty. W tym roku obserwowaliśmy dzięcioła  w trakcie rozdziobywania mrowiska. Pozostawił po sobie niezły bałagan. I taki sam widok zastaliśmy w oreleckim lesie. Mrowisko wyglądało jak krater wulkanu. W centrum ziała ogromna dziura. Mam nadzieję, że mrówki na zimę uciekają głęboko do podziemnych korytarzy i nie doznały specjalnego uszczerbku.







W końcu dotarliśmy do Serca Macochy, ogromnego głazu sterczącego w lesie. Później poszliśmy na spacer ścieżką przez las. Doszliśmy do ogromnej łąki, na której brzegu rosła spora grupa olch. Brzegiem łąki chodził jakiś miejscowy młody człowiek i czegoś szukał. Próbowaliśmy go zgadać, niestety zbył nas. Nie był skory do rozmowy. Nasze towarzystwo widocznie było mu nie w smak. Ciekawa jestem czego tak usilnie szukał na skraju lasu. Nie obeszło go rozjeżdżanie Bieszczadów przez kłady, śmiecenie w lesie. A propos śmiecenia; mój mąż ostatnio wyzbierał część stoku przylegającą do wiaty i przystanku autobusowego z butelek po wódce cytrynówce. Co piątek panowie ( miejscowi, jak twierdzi strażnik z Orlenu) podjeżdżają busem pod przystanek i po pracy , w ramach relaksu wysączają na przystanku wódeczkę. Butelki beztrosko wyrzucają poza przystanek na zalesiony stok. Nie wiem dlaczego gustują w takiej formie pozbycia się szkła, kiedy w wiacie wisi worek na śmieci, o co dbamy, bo nie lubimy śmietnika w naszym otoczeniu. Mąż nazbierał około 30 butelek. Przygotował na skraju zatoki dla służb wywożących śmieci.   I taka moja kolejna dygresja; dziwne, że autochtonom nie zależy na utrzymaniu Bieszczadów w jak najlepszym stanie, pomimo iż to często są ich rodzinne ziemie, na których żyli ich przodkowie. To bardziej my, napływowi staramy się aby przyroda , która i tak cierpi z powodu nas, ludzi, nie doznawała gorszego skażenia.   Nie mogę się z tym pogodzić, że ludzie tak beztrosko niszczą swoje środowisko. I co pozostanie dla naszych potomnych?  

wtorek, 21 stycznia 2020

Spacer po śladach wilka





         Korzystając z pięknej pogody, jak zwykle w niedzielę udaliśmy się na długi spacer. Było około południa. Szukając wolontariuszy, aby wzbogacić koszyczek serduszek, udaliśmy się w stronę Leska. I tam odnaleźliśmy parę grupek młodych ludzi, zbierających na sprzęt szpitalny dla chorych dzieci. Od samego początku jestem zwolenniczką tej akcji. Pobyt mojego taty w szpitalu jeszcze bardziej utwierdził mnie  w tym, że jest to akcja bardzo potrzebna. Większość mebli i sprzętu, który pomagał ojcu, oklejony był serduszkami. Już wtedy pomyślałam sobie, że bez tych corocznych zbiórek nasze szpitale wyglądałyby tragicznie i Jurek Owsiak robi niesamowitą robotę.  Ale wracam do niedzieli 13 stycznia. Gdy już byliśmy koło " Słodkiego domku", który od chwili naszego pierwszego przyjazdu w Bieszczady, trzyma swój poziom, to wstąpiliśmy  do niego  na kawę i ciacho.  Bo jak tu  nie wstąpić, gdy kusi zapach świetnej lawazzy, a za szklaną witryną pyszni się tyle słodkości. Był też mój ukochany dobosz, a więc hulaj dusza! Ale później trzeba było ten nadmiar kalorii strenować! Już święta dołożyły się do moich boczków, po co jeszcze  dokładać ma moje łakomstwo. Postanowiliśmy pospacerować.  Pojechaliśmy więc w stronę Olszanicy. Tam mąż chciał mi pokazać, gdzie był ostatnio na rowerze i  jak tam pięknie. Rudenka rzeczywiście jest malownicza. Zasypana była śniegiem, ale na taki spacer, na jaki miałam ochotę, nie nadawała się. Postanowiliśmy więc pojechać w stronę Ustrzyków Dolnych. Po drodze zjechaliśmy z głównej trasy i serpentynami pojechaliśmy w stronę Łobozewa. Tam skręciliśmy w stronę parkingu leśnego na górze Żuków. Na sporym , pustym parkingu zostawiliśmy samochód, a następnie naszą ulubioną trasą poszliśmy w górę na długi spacer. Na parkingu grzało słoneczko. Jednak im wyżej, tym bardziej  dało się odczuć lodowate podmuchy wiatru. O dziwo, śnieg pod naszymi stopami był twardy, zmrożony. Było ślisko. Szłam pochylona , uważnie patrząc pod stopy. Ścieżka biegła w górę.  Było pusto. Byliśmy jedynymi spacerowiczami. Po drodze widzieliśmy zamrożone ślady jakiegoś pojazdu, ślady pługa, który odgarnął śnieg , aby droga była w miarę przejezdna i ślady zwierząt oraz ludzi. Były tropy saren, dzików,  okrągłe ślady po kijkach narciarskich , ślady łap psów, aż nagle pojawił się ślad wilka. Jest on bardziej wydłużony, z wyraźnie wystającymi dwoma palcami i pazurami skierowanymi do siebie. Zrobiłam zdjęcie, aby w domu sprawdzić w komputerze, czy to aby na pewno to zwierzę. Trop wilka biegł  trasą śladów saren.  W pewnym momencie sarny musiały zejść ze ścieżki na stok,  wilk poszedł ich śladem. 



 Jędrek, jak to on, zawsze ciekawy przyrody,  poszedł za tymi śladami. Ja nie zmieniłam trasy i szłam dalej ścieżką, prosto przed siebie. Ostatnio bardzo uważam na swoje kolana i staram się zanadto ich nie obciążać. Zresztą zgodnie z zaleceniem mojego ortopedy, gdy tylko mogę, idę po równej drodze. I tak muszę wokół chat chodzić po stoku. Unikam schodów, ostrych podejść. Staram się oddalić operację kolan, na tak długo, jak to będzie możliwe. To na marginesie, a wracając do spaceru, to zwolniłam kroku ale nadal szłam przed siebie. Wiał ostry, lodowaty wiatr. Naciągnęłam kaptur kożucha. Po kwadransie spojrzałam za siebie, daleko w tyle dostrzegłam sylwetkę Jędrka. Szedł za mną. Niedługo później mnie dogonił i powiedział, że zszedł do pewnego miejsca, ale dalej ścieżka ze śladami zwierząt weszła pomiędzy drzewa i nie było sensu schodzić niżej. Jednak wyraźnie widać było, że wilk szedł śladami saren.





Gdy moje kolana miały już dość, zawróciliśmy i poszliśmy z powrotem do samochodu. Wróciliśmy na późny obiad. W Bóbrce przywitała nas wiosenna pogoda. Śniegu niewiele pozostało. Większość białych plam ukryta była głębokim w cieniu, pod  rozłożystymi świerkami.  Na trawniku kwitły stokrotki, trawka zieleniła się. Gdy wyjeżdżaliśmy na spacer, słoneczko przygrzewało, nie zabrałam więc ze sobą czapki ( całe szczęście, że miałam kaptur). A na Żukowie mimo słońca cały grzbiet góry był we władaniu zimy.
Spacer był długi, piękny. Wróciliśmy, gdy cienie zaczęły wydłużać się . Teraz szybko zapada zmrok. Zaledwie słońce schowa się za góry, wszystko wokół szarzeje, ciemnieje.

 Wróciliśmy do naszej doliny. Chaty czekały już na szarość zmierzchu. We wnętrzu  trzeba było zapalić światło. Teraz zimowe dnie są bardzo krótkie, chociaż ociupinkę dłuższe niż przed świętami.. W rozmowie telefonicznej z moją przyjaciółką , która szykuje się do przejścia na emeryturę poruszyłyśmy temat  życia na wsi. Ona twierdzi, że wraz z Jędrkiem żyjemy zgodnie z porami roku. I tego nam zazdrości. W pierwszej chwili się z nią nie zgodziłam  Przecież siedzimy wieczorem do bardzo późna. Chodzimy spać już po północy, tak jak przez cały rok. Po zakończeniu rozmowy przemyślałam sobie ten temat. I doszłam do wniosku, że jednak ona ma rację.  Nasza aktywność jest zimowa. Szczególnie na powietrzu jest teraz bardzo nikła. Dnie są krótkie, jest zimno, często szaro i mokro. Wprawdzie późno się kładziemy, ale też długo śpimy. Wiosną i latem wstaję dużo wcześniej, czasem nawet zaraz po wschodzie słońca i mam dużo więcej czasu " dla siebie". Jesienna i zimowa pogoda bardzo mnie przygnębia. To właśnie zimą brakuje mi towarzystwa ludzi, spotkań, rozmów. Wiosną i latem przyroda, obserwacje ptaków i zwierząt  wypełniają mój wolny czas aż po brzegi.  Mam dużo więcej energii i chęci na twórczość.Teraz  jestem ospała, leniwa, jakby moje wnętrze lekko się rozregulowało. I jeśli w danym dniu w chacie mam dużo zajęć, to zużywają one cały mój zapał. Na nic innego nie starcza energii. No, może poza czytaniem książek, bo na nie mam zawsze ochotę.  Dwa dni temu była kolejna niedziela, ale tym razem szara i smętna. Taka kominkowo-kanapowa. W taki dzień nie chce mi się nosa wystawiać na zewnątrz. Zagłębiłam się w kryminale i do północy przeczytałam go. Wczoraj też był taki zgniły dzień, ale spędzony w Sanoku  na tygodniowych zakupach. Wróciliśmy późno i nie było zbyt wiele czasu na chandrę. Dziś przywitało nas poranne słońce. Po śniadaniu miałam ochotę na kontakt ze światem, wprawdzie tylko internetowo, ale to zawsze coś. Teraz popatrzyłam na zegar. Dochodzi piętnasta. Pomimo dzisiejszej słonecznej aury na dworze wszystko poszarzało. Słońce chowa się za najeżonym nagimi bukami grzbietem Berda. Znad zalewu podnosi się mgła. Na razie jest delikatna, prawie przeźroczysta, jednak zaczyna otulać pobliskie drzewa. Jędrek zwozi z drewutni drewno i okłada pod ścianą chaty.  Na mnie czeka powieszenie prania, przygotowanie obiadu i inne zwykłe codzienne czynności. Mam nadzieje, ze energii starczy mi też na dzisiejszy  pillates. 


poniedziałek, 13 stycznia 2020

gdy jeden rok się kończy, a drugi zaczyna


        Zanim przyjechały dzieci, w Bóbrce było jesiennie. Czułam zbliżające się święta jedynie na zakupach. Wyjeżdżaliśmy do Sanoka aby hurtem załatwić wszystkie sprawunki. Nie lubię buszowania po sklepach, a kłębiące się tłumy mnie przytłaczają. Zdecydowanie bardziej lubię samotne spacery wzdłuż zalewu , chociaż wszelkie możliwe odcienie szarości, które w przedświątecznym okresie zasłały pobliskie krajobrazy, nie zachęcały do spacerów. W chacie trwały przygotowania do przyjazdu gości. Córka z rodzinką przyjechała w przedświąteczną niedzielę. Z Wrocławia miała wyjechać rankiem ale jak przewidywałam, zrobiło się z tego południe. Tłok na autostradzie, nienajlepsze warunki drogowe itd...tak więc  byli w chacie grubo po zmroku, a w zasadzie już wieczorem. Poprzedniego dnia Jędrek wędził szynki, boczek i polędwicę. Zrobił też nowy rodzaj wędliny, polędwicę dojrzewającą. Miałam co do niej duże zastrzeżenia, bo mięso robi się bez wędzenia, starym sposobem zasypując solą, potem cukrem( lub na odwrót). Następnie wielką ilością ziół. Polędwica musi wisieć po parę dni w odpowiedniej temperaturze. Na dojrzewającą polędwicę poświęciłam swoje nowe rajstopy. To z nich była siatka na mięso. Nogawka z rajstop potrzebna była aby zioła się nie wysypywały. Muszę przyznać, że wyszedł prawdziwy rarytas, szczególnie dla miłośników  surowej szynki wędzonej i tym podobnych wędlin. Ja jestem średnią miłośniczką mięsa , a ostatnio kiełbas nie tykam się prawie wcale.

Kiedy wędliny były gotowe, pasztet piekł się w piekarniku, buraczki z chrzanem i kminkiem upchane były w słoikach, zakwas barszczu czekał na ugotowanie, grzyby i owocowy susz moczyły się w garach, przyjechała rodzinka. Tym razem tak rozłożyłam sobie pracę aby na ostatnią chwilę nie zostało zbyt dużo czynności. Nie lubię przedświątecznego zdenerwowania, pretensji o byle bzdety, które zakwitają jak wiosenne kwiaty w szale atmosfery " zdążymy przed pierwszą gwiazdką, czy też nie".
Moja strategia okazała się dobra, a i tak pracy, którą można wykonać jedynie w ostatniej chwili zostało dosyć sporo. Oczywiście tego dnia nie było już mowy o żadnej pracy, bo trzeba było się wyściskać, opowiedzieć co nowego i jak tam podróż, a iluż to wariatów pojawiło się na drodze, co chłopcy jedli na obiad itp. , rozlokować się po pokojach. Jak tylko najmłodszy poszedł spać, a starsi chłopcy zniknęli w swoich pokojach, mogłam wreszcie nacieszyć się córką i wspólnie zaplanować pracę na poniedziałek i część wtorku. Około 1-wszej towarzystwo udało się na spoczynek. Usnęłam szczęśliwa , choć otumaniona mnóstwem  gwaru i energii, którą przywieźli ze sobą.

 Kolejne dnie to była wisienka na torcie. Piekłyśmy, nadziewały, kroiły, gotowały, dosmaczały...
A  w Wigilię z rana panowie udali się na obchód  naszej posiadłości, celem wycięcia najbrzydszej, najsłabszej, najpokraczniejszej choineczki, bo taka co roku wita w nasze progi aby stać się królową.
 I tak było tym razem. Pozwalamy Kopciuszkowi tańczyć na balu!

Przystrojona nie jest może tak cudnym drzewkiem, jakie można oglądać w licznych galeriach handlowych. Nie jest tak dostojna, elegancka, ale dla nas jest najpiękniejsza. W dodatku ubierana jest przez samych panów.
W tym roku panowie stanęli na wysokości zadania i cały czas ochoczo nam pomagali. I to od najstarszego do najmłodszego.

 Każdy znalazł dla siebie odpowiednie zajęcie. Szczególne wzięcie miało przystrajanie kruchych, orzechowych babeczek. Udawałam, że nie widzę podkradania bakalii, oblizywania łyżek...



Gdy już zmęczeni padliśmy na kanapy, okazało się, że już pierwsza gwiazdka wzeszła.  Ale wszystko było gotowe; uszka i pierogi  odcedzone, barszczyk w wazie czekał na rozlanie, kutia schłodzona, kompot w dzbanku czekał na wigilijnym stole  pięknie przystrojonym i odświętnie nakrytym. Tylko Jędrek  zmywał jeszcze patelnię po ostatnim kawałku karpia. Szybko zrobiłyśmy się " na bóstwo", bo jak mogłyśmy siadać do Wigilii takie mało odświętne. Makijaż może nie był zbyt precyzyjny, bo raczej pośpieszny, ale reszta była całkiem elegancka. Dzieciakom oczy się śmiały do potraw na stole, do kolorowej choinki, a może do prezentów, które położyliśmy pod jej gałęziami.  Później było jak co roku. Czyli najstarszy mężczyzna, obecnie mój mąż kontynuował tradycyjne  " kochani, zebraliśmy się , jak co roku przy tym wigilijnym stole...." Pomyślałam o tacie, który prawie przez całe moje życie, przed wieczerzą  wigilijną  brał do ręki  biały opłatek i w ten sposób drżącym  ze wzruszenia głosem zaczynał składać nam  wszystkim życzenia... Pomyślałam o mamie, babci, które też zostały  tylko w naszej pamięci... I pomyślałam sobie, że ten łamany opłatek jest jak  pałeczka sztafetowa, którą podajemy sobie z ręki do ręki  przez całe pokolenia. Jest on łącznikiem z osobami, które kochamy. Z żyjącymi, jak również i z tymi , którzy odeszli.

Przypuszczam, że dalsza część wieczoru była taka, jak w większości polskich domów. Wieczerzę kończyło szukanie prezentów pod naszą kolorową królewną. Tło stanowiły kolędy, które uwielbiam, zarówno stare, tradycyjne, jak i te nowsze, a szczególnie Preisnera. Jego "kolęda dla nieobecnych " jest dla mnie majstersztykiem i szczególnie w tym roku oddawała mój nastrój.
Syn z żoną i córkami dotarli do nas dopiero drugiego dnia świąt, a wraz z nimi do Bóbrki dotarły opady mokrego śniegu. Radości i rejwachu było coraz więcej. Przez dwa dni byliśmy razem. Było trochę tłoczno, ale szczęśliwie. Juleczka pomagała nam w kuchni, pełniąc rolę pomywaczki, bo popsuła się nam zmywarka. Nie wiem dlaczego ale od wielu lat w okresie świątecznym przydarza nam się jakaś przygoda z wodą , urządzeniami wodnymi lub rurami albo szambem. Poprzednio zepsuł się bojler, teraz zmywarka, a w mieście co święta, to było odtykania wejścia do szamba....
Z dwojga złego wolę ręcznie zmywać naczynia, niż walczyć ze sprężyną i gmerać w nieczystościach.


Później  stało się tak, jak to dzieje się  co roku. Czas nagle  przyspieszył i zgodnie z powiedzeniem " święta, święta i po świętach" dzień po wspólnym świętowaniu syn musiał wyjechać, bo w sobotę miał stawić się w pracy. Zabrał swoją rodzinkę i część hałasu ale również część radości. Wprawdzie, gdy są wszyscy, to chata pęka w szwach, za to jest bardzo wesoło. A ja jestem bardzo szczęśliwa. Bo babcie tak mają, że je uszczęśliwiają wnuki. Najmłodszy z nich codziennie przyglądał mi się z uwagą. W końcu usiadł mi na kolanach, przytulił się i powiedział, że nie wie czy ja jestem młoda , czy stara. Jego zdaniem jestem pomarszczona jak stara babcia, ale wszystko inne mam  młode. Jestem taka pomarszczona, młoda babcia. I on mnie bardzo kocha.
Powiedziałam mu, że to nie jest niczym dziwnym, bo babcie przeżyły już wiele lat i  dlatego są pomarszczone. Skóra im się zużyła i naciągnęła od ciągłego używania. Nie mają innej skóry w zapasie i muszą chodzić z tą, którą posiadają. A sposób czesania się, ubierania nie musi być stary, bo można pójść do fryzjera i zrobić sobie nową fryzurę. Można też w sklepie kupić sobie nowe, modne ubrania. Mały popatrzył na mnie ze zrozumieniem i powiedział, że szkoda, bo kupiłby mi w prezencie nową skórę.  I na tym temat został zakończony. Wyściskałam go i zapewniłam, że też bardzo go kocham.


Po świętach pogoda była w kratkę. Było trochę śniegu, ale zanim Kornel z tatą zdążyli zrobić bałwana, śnieg zaczął topnieć. I przyszedł sylwester. W tym roku mieliśmy go spędzić częściowo na leskim rynku, bo miał być ciekawy koncert. Niestety od Wigilii Jędrek kaszlał, smarkał, chrypiał. Wprawdzie zaraz po świętach poszedł do lekarza, ale na jego polecenie zwlekał z antybiotykoterapią i posiłkował się jedynie słabszymi medykamentami. Zalegał w swoim fotelu, przesypiał część dnia i obserwował, w którą stronę podąża jego organizm. 
Wieczór sylwestrowy spędziliśmy cudownie. Jeszcze nigdy nie spędzałam sylwestra z bliskimi swojemu sercu w podróży. Otóż Średniak dostał pod choinkę grę planszową " wsiąść do pociągu".  Co wieczór do północy graliśmy rodzinnie, przemierzając trasy Europy. I tak było w sylwestra. W grze może uczestniczyć 5 osób. Im więcej, tym ciekawiej. Graliśmy prawie wszyscy. Północ zastała mnie na trasie do Lizbony.
Grę przerwaliśmy o północy aby wypić lampkę szampana i złożyć sobie  noworoczne życzenia. Po czym wróciliśmy do podróżowania. Było cudnie i bardzo wesoło. Poszliśmy spać około 2 -giej w nocy, dopiero po zakończonej partii .



A pierwszego stycznia obchodziliśmy z najstarszym wnukiem jego 19 urodziny. Życzenia składamy Kacprowi dopiero w Nowy Rok po południu. Chcemy aby wiedział, że to jego wyjątkowy dzień. Oddzielamy więc życzenia noworoczne od urodzinowych.  W tym roku były również świeczki i torcik oraz  inne smakołyki. Wprawdzie Kornel parokrotnie zdmuchiwał świeczki, ale w końcu i Kacperek mógł swoje świeczki sam zdmuchnąć, bo wytłumaczyliśmy maluchowi, że to nie jest jego dzień urodzin. Protestował i marudził, że bardzo długo będzie musiał czekać na swoje urodziny, ale dał się przekonać. A drugiego  stycznia chata opustoszała, ucichła, posmutniała. 

Gdy poprałam wszystkie ręczniki i pościel, odkurzyłam , pościerałam podłogi, poszliśmy na długi spacer . Aura była zimowa, bo w międzyczasie nadeszły opady śniegu.  Zimowym spacerem zaczęliśmy nowy rozdział życia w chacie.