piątek, 6 stycznia 2017

Nowy Rok, nowe spojrzenie



 - A co byś powiedział na małą wycieczkę w plener. Zobacz, jak cudnie słońce świeci. Dobra wróżba na Nowy Rok. - zapytałam swoją drugą połówkę w okolicy południa.
- Wiesz, że ja na to jak na lato. I niech zgadnę; chcesz pewnie pojechać na Górę Świętej Anny?
- A skąd wiesz, że chciałabym właśnie tam? - odpowiedziałam pytaniem.
- Jak się jest tyle lat razem, to takie rzeczy się po prostu wie!
- To tylko wskoczę w ciepłe rzeczy i już jestem gotowa. - zapewniłam Jędrusia, choć wiedziałam, że potrzebuję co najmniej kwadransa. Przecież nie będę straszyła ludzi. Po małej ilości snu w moim wieku, wieku starej dziewczynki muszę rzucić na twarz przynajmniej delikatną warstwę podkładu, abym mogła wyruszyć w świat bez obawy, że spotkani po drodze ludzie nie uciekną z krzykiem.

        Sylwestra spędziliśmy w zasadzie we dwójkę. O północy zbudziliśmy tatę, który  zaraz po życzeniach pokuśtykał ze swoim przyjacielem balkonikiem do toalety. Siostra posiedziała z nami w gustownym, różowym szlafroczku przez godzinkę, po czym poszła spać, a my zeszliśmy do siebie i  świętowaliśmy nadal, przerzucając kanały w telewizorze, a jak była piosenka, która nas porywała do tańca, szaleliśmy  obok sylwestrowego stołu. Wprawdzie wkurzały mnie huki fajerwerków rozświetlających niebo, które od czasu do czasu burzyły nasz spokój od godziny osiemnastej, ale poza tym było tak, jak być powinno. Jędruś biegał do psa , którego pilnował od wyjazdu syna, pomagał mu przetrwać tę głośną noc. Ja w tym czasie zmieniałam naczynia, porządkowałam, coś dokroiłam, coś schowałam do lodówki ... Od wielu lat po raz pierwszy mój Sylwester był bardzo kameralny i spędzony w mieście.
Odsiedziałam swoje i o czwartej rano, kiedy to do niedawna wstawałam na dyżur do taty, poszłam z uśmiechem na ustach do krainy Morfeusza. Obecny stan zdrowia taty daje nadzieję, że jeszcze ten rok spędzi z nami. Byle nie zapeszyć!


Aby przyklepać dobre widoki na przyszłe 365 dni, a tradycji stało się zadość, pojechaliśmy na wycieczkę. Zawsze z początkiem roku, czasem dopiero około 6 stycznia, co zależy od tego kiedy jesteśmy w domu, jedziemy do naszego miejsca. Jest nim właśnie Góra Anny.
Urzeka mnie swoją urodą, spokojem i dobrą energią. Chłonę ją jak gąbka. I tym razem tak było.


Słońce, długie zimowe cienie , wiatr szumiący w nagich gałęziach bukowego lasu....


 Uspokaja mnie przepiękne wnętrze barokowej bazyliki. Bożonarodzeniowa szopka zakryła cały ołtarz i tylko na samej górze wyziera zza niej twarz Św. Anny Samotrzeciej. Tu braliśmy ślub. I tu zaczynamy kolejne lata. Stworzyliśmy taką swoją prywatną tradycję. Tym razem udało się nam już pierwszego dnia roku zaczerpnąć dobrej energii. Poczułam w sobie pewność, że to będzie dobry rok, obym się nie myliła.


Schodziliśmy z drugiej strony góry. W oddali gdzieś u  jej stóp, za zabudowaniami przebiega autostrada, ludzie mkną   przed siebie. W każdym aucie przewożona jest jakaś historia ludzka, jakaś opowieść . Mkną do swoich spraw...Tu autostrady nie słychać i zazwyczaj nie widać. Tylko teraz, gdy nie ma liści i przez słońce dobrze oświetlona jest tamta strona podnóża góry, widać ją z daleka. Jednak był taki moment, że słyszeliśmy tylko szum drzew i byliśmy sami. Świeciło słoneczko, które migotało spoza pni. Cudna jedna chwila 1 stycznia 2017 roku, pełna spokoju i ufności w 2017 rok.



poniedziałek, 2 stycznia 2017

chata spełnionych marzeń

 Udało mi się pobyć jeden dzień w chacie. Po świętach, korzystając z tego, że stan Taty poprawia się, że już czasem zapomina o balkoniku i łapiąc się mebli sam potrafi pokonać przestrzeń pokoju oraz z tego, że siostra miała urlop, wsiadłam z Jędrkiem do samochodu i pognaliśmy na wschód. Im bliżej chat, tym było bardziej zimowo.

 W Lesku zrobiło się biało. Czekając na Jędrka, który poszedł do baru po pierogi, przyglądałam się spadającym ogromnym płatkom śniegu, które roztapiały się na samochodowej szybie.

Świat przez taki ruchomy witraż wydawał się nierealny, jak ta nasza szalona podróż. Podróż na jeden dzień. Sama dziwiłam się swojemu odruchowi. Wcześniej nawet nie pomyślałam, że mogłabym po prostu spełnić marzenie i pojechać do chaty. Jednak na święta do siostry przyjechali dorośli synowie. Tata miał pełen dom ludzi. Moja obecność była na razie zbędna.




Do chaty przyjechaliśmy około piętnastej.Drzemały sobie pod puchową kołderką. W chacie temperatura oscylowała w okolicach 2-3 stopni w plusie. Pierwsza czynność to zapalenie ognia w kominku.


Jak zapłonął, to nagle poczułam dobrą energię chat, jej magię. Zmęczenie poprzednim kwartałem, troski, odpłynęły. Poczułam przypływ nadziei i pewność  na dobre następne dnie. Na następny rok.


 Byliśmy w chacie jedną dobę, ale ona wystarczyła, aby znowu uwierzyć, że marzenia spełniają się, trzeba tylko mocno w nie wierzyć i robić wszystko, aby pomóc w realizacji marzeń.


czwartek, 8 grudnia 2016

moje, nie moje życie



Na stres najlepszy jest spacer


Odłożyłam słuchawkę telefonu i łzy zakręciły mi się  w oczach. Usiadłam w fotelu.
– Nie pójdę do siebie, aby odsapnąć. – pomyślałam.
Wiadomość, którą przekazała opiekunka informowała mnie, że kolejne dziesięć godzin będę na dyżurze z chorym tatą. Pani Ula zachorowała. Nie wiadomo, co z tego wyniknie? Może tak już zostanie do końca grudnia, a może przynajmniej na parę godzin dziennie odzyskam pozorną wolność . Jutro, może pojutrze. Dowiem się  wieczorem, po jej wizycie u lekarza.
–– Dobrze, że nie umówiłam się  z fryzjerką. Musiałabym odmówić wizytę.  Tak będzie prościej!  ––
Starałem się  znaleźć dobrą stronę tej sytuacji, choć w lustrze na swojej głowie widziałam
„ zapuszczoną” fryzurę, która wołała o nożyczki i trochę farby.
–– Wczoraj myślałam, że jest trudno. A mimo wszystko było dużo łatwiej . Życie jednak potrafi zaskoczyć ! – zaśmiałam się ironicznie, przypominając sobie wczorajszą chandrę.
Mogłam sobie na to pozwolić, bo akurat Tata spał na kanapie przed telewizorem. Nastawił głos na ful. Przymknięte drzwi lekko tłumiły dudnienie plastykowej skrzynki,  ale i tak czułam , że za chwilę ogłuchnę.
Kocham ojca i od dwóch lat intensywnie walczę z toczącym go rakiem. Jeszcze na początku października myślałam, że wygraliśmy.  A później był szpital i regres. Przez półtora miesiąca mobilizowałam ojca do samodzielnego przemieszczania się. I niby w żółwim tempie udawało się, ale… diabeł tkwi w szczegółach.  Im lepiej chodził, tym był szczuplejszy. Więc to chyba pozorne zwycięstwo.
Moja codzienność jest monotonna. Wstaję o czwartej trzydzieści i staram się zacząć dzień. Później przemykam do mieszkania siostry, która idzie do pracy. Tata drzemie, bądź nie śpi. Wszystko zależy od tego, jaką miał noc. Później następują zwykłe, rutynowe czynności; pomiar cukru we krwi, sprawdzenie ciśnienia , karmienie owsianką, pielucho-majtki,  które ojciec ciągle zdejmuje, transport do toalety...
Wspomagam się kawą, lekturą.   Jakoś daję radę. Ale też mam swoje załamki.   Mam dnie, kiedy widzę beznadziejność takiego życia.  I tylko opiekunka , która zmienia mnie o dziesiątej pozwala oderwać się  od przygnębiających myśli i żyć równolegle. Do godziny osiemnastej. Jeśli to co robię ostatnio, mogę nazwać równoległym życiem.
_ Widzisz kretynko, trzeba było cieszyć się,  że masz dla siebie przynajmniej parę godzin w ciągu dnia, bo według przysłowia może być gorzej. – zakpiłam, przymykając piekące powieki, pod którymi gromadziły się łzy.  Starałam się nie myśleć o tym, że jeszcze tylko siedemnaście dni do świąt,  a ja nie wiem nawet, co powinnam kupić.  Niby co roku na święta przygotowuję  to samo, ale w tym roku mimo wszystko jest inaczej.
–  Powinnam zrobić listę zakupów . – pomyślałam. Dudnienie telewizora zagłuszało moje myśli.
– Powinnam poszukać pszenicy na kutię i to przynajmniej dwóch paczek. Rodzynki, figi, daktyle, orzechy, miód. .. – robiłam w myślach listę. 
– Miód mam. Orzechów muszę dokupić jeszcze trochę. No i całą resztę.  Orzechów mielonych też trochę. To na babeczki orzechowe. Powidła mam swoje. Babeczek zrobię  pięćdziesiąt, bo trochę wezmę do córki.  Chłopcy tak je lubią.  Kutii też wezmę.  I chyba zrobię makowiec.
Dzwonek telefonu wybił mnie z planowania.
– Czemu jeszcze nie jesteś w naszym mieszkaniu? – usłyszałam zaniepokojony głos męża.
–  I do wieczora nie będę . Dziś dyżuruję do dziewiętnastej. Opiekunka rozłożyła się.  Mam nadzieję, że wizyta u lekarza jej pomoże. Proszę przynieś trochę naszej  zupy gulaszowej. Zrobię tacie obiad. Przynajmniej jedno danie będę miała z głowy. –
–  Mhm. – usłyszałam mruknięcie.
Za pół rodziny zjawił się z małym garnkiem.
– Idę do Lidla . – powiedział – Ile mam kupić kaczych udek? A jak już ich nie będzie,  to co kupić?  Może kaczkę?  Oczywiście myślę o świętach.
– Kaczka to za mało,  ale weź.  Może gdzieś jeszcze będą udka, to dokupimy. Trzeba by zrobić rodzinny świąteczny obiad na pierwszy dzień świat. Przyjdzie Laki z dziewczynami.
– A co na drugi? –
– Przecież jedziemy do Wrocławia, więc tam zjemy obiad razem z chłopakami. Zawieziemy im coś na deser. Wiem, że nasza dziewczynka też sporo piecze, ale co babcine, to babcine.
– Popatrz jak to się zmieniło . Kiedyś kupowało się jedzenie tonami. Później dojadało na siłę.  W dzienniku telewizyjnym podawali ile osób zaniemogło z obżarstwa. A niby w sklepach niczego nie było. A jakoś i my więcej jedliśmy. Teraz to raczej tego plasterek, tamtego pół,  jakieś ciasteczko . I to nie tłuste. 
 Chyba jest zdrowiej. Moja babcia zawsze mówiła,  że na starość jedzenie powinno być jak lekarstwo. Trzeba uważać co się w siebie wrzuca. I ile.
– A co z tradycją.? Cały rok czekamy na potrawy wigilijne. Już ślinka mi leci na samą myśl o  smażonym karpiu, kapuście z grzybami, barszczyku z uszkami i kutii.
– Myślę, że wszystko można jeść w ilościach minimalnych. Nawet kaczkę z jabłkami na świąteczny obiad. Byle nie potraktować tego hurtowo.
– Ale do kaczusi zrobisz kluski śląskie ?
– Obowiązkowo! I sałatkę z modrej kapusty.
– To spróbuję zacząć przedświąteczne polowanie. A Ty sobie dalej dyżuruj przy tatusiu.
– Tylko nie poluj zbyt intensywnie. Przerażają mnie wózki wypakowane po brzegi
śmieciowym towarem .Jakby od paru dekad nic się w sklepach  nie zmieniło.
Ostatnie zdanie mówiłam już do pleców mojego męża.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam wyłączyć telewizor. Ojciec nadal spał. Uśmiechnęłam się  na widok jego drobnego, skulonego ciała.
_ Mimo wszystko jeszcze jestem dzieckiem. I oby jak najdłużej ._ pomyślałam z czułością, choć
miałam w perspektywie wiele godzin swojego, nieswojego życia.



Parę strzępów normalności ; udało mi się na Andrzejki zrobić takie eklerki. Były rozpływające się w ustach, mimo dziwacznej formy zewnętrznej. 

czwartek, 1 grudnia 2016

Świat przez firankę




Dziś jest czwartek, pierwszego grudnia 2016 roku. Niedługo święta.  Od paru lat spędzaliśmy je w chacie, gdzie wyjątkowy nastrój, przestrzeń, piękne widoki. W tym roku będę w mieście.
Czy mi żal? Chyba troszkę, bo wolałabym, aby było jak w ubiegłym roku. Wtedy Tata czuł się dobrze. Miał w chorobie remisję. Było wesoło, rodzinnie i wyjątkowo świątecznie, jak tylko w chacie być może. Teraz jest inaczej. Nie ma szans na wyjazd, ale może będzie szansa na spędzenie świąt z ojcem.
Moja walka z chorobą Taty daje rezultaty. Masaże mięśni nóg, motywowanie do podnoszenia się z łóżka, do zdobywania kolejnych centymetrów trasy od pokoju do toalety za pomocą chodzika, ćwiczenia, konsultacje lekarskie, zmiana leków....oraz  dbanie i chuchanie na tatę, aby wyciągnąć go za uszy z łóżka. Już daje radę przejść 3 metry. Ma silniejsze mięśnie, walczy o samodzielność. Walczy o siebie i to daje nadzieję. Tylko martwi mnie ciągły spadek wagi. Od września stracił około 8 kg. Jest drobniutki i chudziutki. Jest pochylony, jak stare drzewo, które przez lata przygniatał do murawy wiatr, deszcz, śnieg. Jego przygniotła choroba. Oto mój kochany, kościany dziadek. Zmienił się, wsłuchany w siebie, swoje bóle, swoje dolegliwości. Świat widzi jedynie przez firankę. Niespecjalnie go interesuje.  Teraz liczy się jego organizm i pogoda, która ma ogromny wpływ na jego funkcjonowanie. Wspólnie po raz drugi uczymy się choroby. Przełamujemy kolejne bariery, walczymy. Nie wiem ile zdołamy wywalczyć. Myślę, że każdy dzień przeżyty w jakiej takiej świadomości jest zdobytym przyczółkiem życia. Każdy kolejny krok, kolejna czynność. Powtarzane rankiem; walcz o siebie i staraj  się po prostu żyć, pomaga w podnoszeniu się z łóżka. Już nie przesypia całej doby. Nie wegetuje, wrośnięty  w łóżko. Odrywa się przynajmniej na kilkanaście minut od jego płaszczyzny parę razy w ciągu doby.W ciemnym tunelu błysnęła iskierka. Czy zgaśnie, czy się rozżarzy ? Nikt tego nie wie.



Na oknie zakwitł zygokaktus. Oglądam go codziennie, tak jak i wschody słońca, odbijające się w oknach sąsiednich domów.To chwila dla mnie, kiedy Tata jeszcze dosypia po porannej owsiance i porcji leków. Wczoraj mnie rozśmieszył, gdy karmiłam go zupką mleczną. Oparty o poduszki, z zamkniętymi oczami i ręczniczkiem pod brodą rytmicznie otwierał usta i połykał gęstą zupkę. Przypomniałam sobie piosenkę Chyły " cysorz to ma klawe życie, no i pożywienie klawe" i podśpiewywałam pod nosem cały ranek. Pomyślałam sobie , że i w trudnych sytuacjach fajnie, gdy znajdujemy śmieszne momenty, bo tak jest dużo łatwiej.
Niedawno na tarasie jeszcze kwitły kwiaty. Teraz ogród jest szary i smutny.




To najsmutniejszy okres. I tak będzie do świąt; szybko zapadający zmrok, późny poranek i wszechogarniająca świat szarość. A ja brodzę w tej szarości od wczesnego poranka, który jeszcze nie tak dawno był dla mnie środkiem nocy i czekam na światło dnia. Wtedy jest weselej i łatwiej.


piątek, 18 listopada 2016

spod puchowej pierzynki


Ten post będzie o puchowej pierzynie i tęsknocie . Zaczęłam od zdjęcia archiwalnego, bo jak napisała mi koleżanka, w Bóbrce zima na całego. Zasypało chaty. Otuliło je puchowa pierzynką. Śpią, śniąc swoje chacie sny o ogniu na kominku, śmiechu dzieci, zapachach wymykających się spod pokrywek, ustawionych na kuchennej płycie. Czyli o życiu.
Siedzę w mieście i nie wiem kiedy zawitam do naszych chat. Parę dni temu Jędrek był w chacie. Przygotował ją do mrozu. Mnie pozostała tęsknota i parę zdjęć, które mi przywiózł na otarcie łez. Cóż, takie jest życie. Moje wymarzone wiejskie życie musi poczekać. Musi pozostać w chacich snach, bo znowu jestem z miasta....

Co u mnie? Konfrontuję się z prawdziwym życiem. Noce, pomimo , że listopadowe, szare, zimne i ponure, dla mnie są krótkie. Radykalnie zmieniłam godziny snu. Na nogach jestem 4.30. Czasem dużo wcześniej.


Takie wschody słońca oglądam, gdy już jestem parę godzin na nogach. Najczęściej ich nie zauważam. Trudno patrzeć w okno, gdy jestem potrzebna Tacie.
Patrzę z bólem, jak coraz mniej chce od życia. Już dawno przestał go obchodzić telewizor, czy radio.
Jego świat skurczył się do powierzchni pokoju. Przeważnie drzemie. Gdy pytam o sen, twierdzi, że nic mu się nie śni. Może nie pamięta, a może broni granic swojego nowego świata, z którym od paru tygodni oswaja się.
Stworzyliśmy nowe codzienne rytuały, aby przynajmniej trochę uporządkować ten galimatias, który poczyniła choroba. Poranek zaczyna się od paru łyków herbatki owocowej, a później próbujemy spacerku do toalety. Trudno z powierzchni łóżka, jak z wysokiego dalekomorskiego statku, dostać się do szalupy chodzika. Przestrzeń do toalety wydaje się nieskończoną dalą, choć to zaledwie 6 metrów. I mięśnie nie chcą słuchać. Chwytam więc obie nogi Taty pod kolanem i przenoszę w stronę krawędzi łóżka. Podnoszę tułów. Gdy osiąga pozycję krzesełkową, oddycham z ulgą. Przesuwam sztywne stopy po podłodze w kierunku kapci.  Mam wrażenie, jakbym próbowała nadziewać kapcie na drewniane prawidła, a nie żywe ciało. A teraz najważniejsze; próba spionizowania. Drobne patyczki, które kiedyś były umięśnionymi łydkami, koślawo stoją na podłodze.Są niepewne, drżące. Mięśnie brzucha gdzieś zanikły. Ręce nie pamiętają, jak ująć uchwyty chodzika... Co tam ręce, nic nie pamięta. Ani głowa, ani oczy...  Pomagam, ujmując drobne ciało pod pachę. Czuję, jaki jest chudziutki, jak nastolatek,  a nie mężczyzna. Zmalał, zgarbił się , jakby dla niego przyciąganie ziemskie miało inne wartości i reguły. Ale udaje się. Osiągamy sukces. Stoi. Możemy wypływać na bezmiar oceanu. ... Czasem zawracamy, gdy morze zbytnio kołysze i rzuca chodzikiem we wszystkie strony, albo  szalupa utyka na jakieś progowej rafie. Czasami szalupa zbyt kołysze i wodowanie jest bardzo niebezpieczne. Łóżko jest zawsze bezpiecznym portem. Lekko kołysze, szumi , bo włączony jest materac antyodleżynowy. Wokoło latają sny, które próbuje upolować ból. Odganiany tramalem nie odlatuje daleko. Przyczaja się w cieniu szafki i czeka... Najbardziej zuchwały jest nocą. Brzask go onieśmiela.
Widzę te dwa światy na przeciwległych biegunach życia.


 Dwa światy z krainy snów. Patrzę w okno i tęsknię. Brakuje mi chat, ale jeszcze bardziej Taty, z którym mogłam pogadać, pośmiać się i opowiedzieć, co u kogo słychać. ..


wtorek, 8 listopada 2016

A czas ucieka

Bezsilność
jak bezpański kot
wsunęła się w mój świat
pręży w górę grzbiet
szuka moich dłoni
czarna
mokra sierść
słona morzem łez
z meduzą na dnie
patrzy
wzrokiem Anubisa

Trudny mamy czas. Już podobne dnie przeżywałam dwa lata temu. Wtedy stał się cud. Tata wygrał bitwę. Teraz kolejna. Nogi coraz słabsze, myśli uciekają, gubią się słowa... Jeszcze noga za nogą do toalety. Czasem starcza sił, aby w obie strony. Oparty na chodziku pokonuje dwa metry, trzy. Potem
umęczony, jakby wspiął się na ogromną górę zasypia i budzi go tylko ból, aż ból...
A świat przestał interesować. Rozpływa  się w coraz dłuższych  snach.
                                                                     * * *
Nasza chata stoi samotna. Czeka na zimę. Wyjechaliśmy w połowie października. Kiedy wrócimy, nie wiem. W tym roku byliśmy w niej bardzo długo. Tata czuł się bardzo dobrze. Dwukrotnie braliśmy go ze sobą.  Łykałam  chciwie pobyt w chacie i nie mogłam się nią nacieszyć. Czułam, że muszę na zapas... Teraz mam do niej całe 400 km, a w zasadzie wydaje mi się, jakby była na końcu świata.  I nawet mi nie żal, że muszę tutaj, tak daleko od miejsca, które kocham. Gdyby tylko wszystko było dobrze, gdyby znowu zwyciężył swoją słabość.
Jest bezsilność i... mimo wszystko  nadzieja. Poprzestawialiśmy priorytety.

Mało mam czasu na pichcenie. Jednak na szybko zrobiłam jarską paprykę nadziewaną wiejską kaszą, pieczarkami i zieloną pietruszką . Zapiekłam ją  w piekarniku. Była przepyszna.

faszerowane papryki po upieczeniu.

Przepis na 5 mniejszych papryk;

składniki;

2 woreczki kaszy wiejskiej,
300 - 500g pieczarek
cebula mała,
pęczek pietruszki,
majeranek,
pieprz, sól, oliwa i łyżeczka masła.
 5 mniejszych papryk.

Wydrążyć papryki, wyrzucić gniazda nasienne, pozostawić kapturki z ogonkami.  Papryki gotować około 15-20 min. Powinny być lekko twarde. Ja daję do parowara. Wyjąć, ochłodzić.  Na gorącą patelnię  wlać 2 łyżki oliwy, wrzucić na nią małą , pokrojoną w kostkę cebulę i pokrojone drobno pieczarki. Dusić. Pod koniec dodać łyżeczkę masła, sól i pieprz. Równolegle w osobnym garnku zgotować dwa woreczki kaszy wiejskiej na osolonej wodzie.  Kaszę, pieczarki z cebulką wymieszać, doprawić maggi, pieprzem do smaku. Dodać pęczek drobno pokrojonej pietruszki i łyżkę majeranku.  Farsz nakładać do do pełna do każdej papryki. Przykryć kapturkiem z ogonkiem. Nasmarować olejem głęboką blaszkę i ułożyć na niej papryki. Piec w temp. ok. 220 stopni przez około 20-30 min.
Można podawać z ketchupem. Smacznego.

niedziela, 6 listopada 2016

post sentymentalny

Te nocujące cukrówki znalezliśmy 1-go listopada pod cmentarnym murem. Nie wiem dlaczego wybrały  stojak na rowery, a nie jakiś konar drzewa? Zdjęcie ciemne, bo fleszem nie chciałam ich wystraszyć.

Dziś 6 listopada.  Wstałam o 4.56, mimo iż nie tak dawno jeszcze sypiałam do 8.00. Skończyło się, przynajmniej na jakiś czas. Zmiana życiowych planów. Przyszła jesień , szarugi, zimno i skończył się czas beztroskiego pomieszkiwania w chacie. Wróciła choroba taty i jego starość dała o sobie znać.
Znowu z lękiem nasłuchuję w nocy stukotu laski o parkiet.  Ale nie o tym dziś chciałam. Post będzie krótki,bo to dla mnie ważny dzień. Czwarta rocznica śmierci mojej mamy.


 Na cmentarzu opadają  liście. Kończy się okres wegetacji roślin. Życie mamy było jedną chwilką.


Mała Hala z mamą.
                           Beztroskie dzieciństwo trwało siedem lat. Później przyszła wojna....


Skończyła osiemnaście lat i wyszła za mąż.





Zanim zdążyła odsapnąć po wychowaniu dzieci, przyszła starość, a później śmierć, która ją zaskoczyła i zaskoczyła nas, którzy za nią tęsknią... Na śmierć rodziców nie można się przygotować.
I to nie ma znaczenia ile się ma lat.