poniedziałek, 9 października 2023

Baranów Sandomierski i Zalipie -wieś malowana

 Tej wiosny oraz na początku lata wznowiliśmy swoje niedzielne wypady. Na pierwszy ogień poszedł  zamek w Baranowie Sandomierskim, urokliwym miasteczku położonym w województwie podkarpackim.Miasto uzyskało prawa miejskie na prawie niemieckim od Kazimierza Wielkiego w 1354 roku. Zamek był kiedyś siedzibą  wielu znanych polskich rodów, a w czasie II wojny światowej siedzibą Wermahtu, a później służył jako magazyny GSu. Odrestaurowano go w latach 1959 -1968. Został on wybudowany w późnorenesansowym stylu i z uwagi na podobieństwo, zwano go Małym Wawelem.Miasto położone jest  w Kotlinie Sandomierskiej nad Wisłą i jej prawobrzeżnym dopływem Babulówką. Moim zdaniem jest ślicznym , małym miasteczkiem, a zamek prawdziwą perełką. Pomimo, iż jechaliśmy do niego z Bóbrki dosyć długo, to wycieczka była wspaniała i ciekawa. Z uwagą zwiedzaliśmy zamek, jego sale oraz zamkowe muzeum. Pogoda była piękna. Było bardzo ciepło i zwiedzanie zamku oraz przyległego parku było czystą przyjemnością.Obiad zjedliśmy w zamkowej restauracji i pomimo, iż niektóre sale były pozajmowane przez uczestników I-wszo-komunijnych obiadów, a  był to akurat okres I-wszych Komunii świętych, to i dla nas w jednej z sal znalazło się miejsce.  Jedzenie było w stylu staropolskim i bardzo nam smakowało.Historia tego miasta oraz zamku jest  ciekawa i na jej temat można doczytać w wikipedii. Ja zrobiłam to późno, bo już po powrocie z wycieczki, a szkoda, bo inaczej wyglądałoby nasze zwiedzanie. Z pewnością byłoby bardziej świadome. Jednak pojechaliśmy na tzw. "spontanie" i nie było czasu na wcześniejsze przygotowanie się. 

 






















                                                               Baranów Sandomierski

































 Z kolei w Zalipiu byliśmy przejazdem w drodze z Koźla do Bóbrki. Już dużo wcześniej czytałam o tej wsi i bardzo chciałam na własne oczy zobaczyć wieś o ścianach ozdobionych ludowymi malowidłami. Odbiliśmy więc w bok od naszej typowej trasy i za pomocą nawigacji odnaleźliśmy małopolską malowaną wieś.I tym razem wycieczka była bardzo udana.Dalszą część drogi powrotnej do chaty odbyliśmy bocznymi drogami, a nie jak zwykle głównie autostradą. Tym razem obiad zjedliśmy bardzo późnym popołudniem już pod Krosnem w przydrożnej karczmie. I tym razem był smaczny, a nam powiększyła się lista restauracji, w których mogę zamawiać i spożywać obiad.

I ten oto sposób, w skrócie staram się uzupełnić lukę w moich zapiskach, aby nic ważnego mi nie umknęło.Prowadząc chronologicznie blog dużo łatwiej mi odszukać datę, gdy do czegoś wracam w rozmowie ze znajomymi. Postanowiłam, że do chwili wypełnienia przerwy  w zapiskach, będę każdy post dzielić na dwie części; pierwszą część historyczną , a drugą z aktualnościami.

Tak więc teraz nadeszła chwila na naszą teraźniejszość

Po krótkim, bo trzydniowym pobycie w Koźlu, gdzie załatwialiśmy bieżące sprawy, czyli  odświeżenia więzów rodzinnych, wysłuchanie opowieści o pierwszej miłości najstarszej wnuczki, wizytę o dermatologa, wizytę u fryzjera, w salonie kosmetycznym, spotkanie z jedną z przyjaciółek, bo druga na tydzień wyjechała aż do Piszu, odebranie z poczty listów poleconych, odkurzenie miejskiego mieszkania, aktualizacja, a raczej wymiana ciuchów na cieplejsze, roboty ogrodowe... A potem szybko wróciliśmy z powrotem do chaty, bo Jędrek miał pilne spotkanie. Nawet nie zdążyłam poczuć miejskiej atmosfery, tak krótko to trwało.Na domiar złego mój kochany samochodzik złapał porządną awarię. Otóż przerdzewiała chłodnica, o czy zakomunikował na błyskiem lampek kontrolnych i alarmem dźwiękowym na skrzyżowaniu, gdy stałam na świetle czerwonym w pierwszej pozycji. Nie miałam wyjścia i z duszą na ramieniu pojechałam około 3 kilometrów na parking galerii, gdzie w kawiarni miałam spotkać się z przyjaciółką. Jadąc zerkałam tylko, czy już się dymię, czy jeszcze nie. Z kawiarni zadzwoniłam po męża, a on odstawił autko do warsztatu. Ja zostałam na kawie i pogaduchach. Po przyjeździe spotkałam się z siostrą, która z nowym partnerem od końca września rezyduje w swojej chacie, byłam na pieszym, długim, samotnym spacerze wzdłuż Zalewu Myczkowskiego. Do chaty wróciłam po trzech godzinach. Poza tym staram się na bieżąco ogarniać gospodarską rzeczywistość chaty.


4 komentarze:

  1. Mam też wielkie zaległości blogowe i takie same myślenie, że jednak trzeba te zaległości likwidować, bo blog jest także rejestracją zdarzeń w moim życiu, dla mnie ważną, bo mi porządkuje wspomnienia i ułatwia późniejszą gmatwaninę pamięciową.
    BARANÓW Sandomierski zapisałam sobie w moim zeszyciku, może kiedyś będzie mi po drodze, bardzo ciekawy i co cieszy, zadbany.
    Zalipie znam dosyć dobrze i uwielbiam tę wioskę, fajnie, że tam dotarliście.... Jędrek schudł? tak mi sie wydało patrząc na zdjęcie.
    zbliża się listopad, może odwiedzę Koźle i Większyce ...ściskam Was serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyli nie tylko mnie dopadł brak czasu. I chyba dla każdej z nas inne sprawy były ważniejsze. Ja rzeczywiście ChatoManię prowadzę głównie dla siebie, ale bardzo cieszę się z każdych odwiedzin. Chętnie rozmawiam z każdym gościem, który wykazuje zainteresowanie tym, co się u nas dzieje. Idea prowadzenia bloga urodziła się, gdy kupiliśmy kawałek nieużytku na stoku Kozińca i próbowaliśmy stworzyć coś z niczego, bo urzekł mnie region. Miał to być zapis naszych zmagań i pamiętnik tworzenia chaty. Zresztą początkowo były to jedynie zdjęcia, a tekst rodził się w trakcie stawiania pierwszych kroków na Koniadowie, gdy uzmysłowiłam sobie, że czas szybko mija, a pamięć ludzka jest ulotna. Miał to być zapis naszych starań, ogromnego wysiłku i wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy zmaterializuje się nasze marzenie. Jak widać , gdy czegoś bardzo się chce, to i przeszkody można pokonać. Od wielu już lat chata jest naszym drugim domem, a obecnie spędzamy w niej dużo więcej czasu, nić w miejskim domu. Serce mam rozdarte pomiędzy dwa regiony, choć w głębi duszy czuję się stuprocentową koźlanką. Od jakiegoś czasu blog zmienił się, bo chata stoi. Teraz stał się on pamiętnikiem , w którym opisuję co ciekawsze wydarzenia z naszego życia. A te niekoniecznie mają związek z chatą na stoku Kozińca. Jestem niespokojną duszą i ciągle jestem głodna świata oraz ludzi. Mają troszkę lat na liczniku nie na wszystko starcza mi czasu, bo jak w przysłowiu " chciałaby dusza do raju, ale grzechy nie dają", więc wybieram co w danym momencie dla mnie ważniejsze, a dokumentację odkładam na później. I jest jak jest !
    Świetnie, że sentyment gna Ciebie w nasze strony i chcesz odwiedzić Koźle, Większyce oraz okolice. Może wybierzesz czas, że akurat będziemy w tym czasie w Koźlu. Pozdrawiam Ciebie serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Baranów Sandomierski znam dobrze i to od lat ..... dziesięciu, bo urodziłam się i wychowałam w pobliskim Mielcu. A teraz wróciłam do rodzinnego Domu więc będę tam częstym gościem. A Zalipie też w planie ale wiosną. Fajnie Bożenko, że podjęłaś postanowienie i będziesz tu częściej bywać. Pamięć bywa coraz bardziej ulotna więc taki blog to wspaniała przypominajka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację, jednak tyle innych spraw, że prowadzenie bloga średnio mi wychodzi. Jednak staram się. Pogoda coraz bardziej jesienna, to może nadrobię zaległości. Pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń