W jednym z artykułów prognozujących sezon zimowy 2020/2021 przeczytałam, że w tym roku już złotej polskiej jesieni nie będzie i szybko przyjdzie zimowa aura. Szkoda, bo bardzo lubię pozłacaną Wyluzowaną, zasnutą babim latem. Bardzo lubię też kolorowe Bieszczady. Teraz, gdy prawie cały czas mieszkamy w chacie, łapię każdy słoneczny dzień. Nie jestem zdana na przypadek, że przyjeżdżając na krótko, trafię na fatalną pogodę.

W czwartek , gdy wracaliśmy z cotygodniowych zakupów, mieliśmy po drodze słoneczko, które wydobywało barwy z bieszczadzkich stoków. Przejeżdżaliśmy drogą wzdłuż zalewu. Kolorowe drzewa otaczające zbiornik przeglądały się w pomarszczonej srebrnej w tafli. I było jak na kolorowej ilustracji bajeczki dla dzieci, aż chciałoby się powiedzieć" za górami, za lasami , za siedmioma jeziorami była złota kraina wielkiej szczęśliwości. Żyli w niej zwyczajni ludzie, którzy nie pragnęli niczego więcej, jak możliwości spokojnego życia pośród przyrody..." I na tym muszę zakończyć, bo dalsza część już nie jest tak pogodna i nie nadaje się dla dzieci. Tak właśnie sobie myślałam, gdy wracaliśmy z Sanoka. W wiadomościach radiowych podawali właśnie, że padł kolejny rekord zakażeń. Liczby, które od dłuższego czasu szybowały w górę, zaczęły mnie przerażać. A później , już w chacie z wiadomości telewizyjnych dowiedzieliśmy się, że powiat leski znalazł się w czerwonej strefie, a i powiat kędzierzyńsko-kozielski również jest w czerwonej strefie. Jedenaście dużych miast się w niej znalazło. Czerwona stała się połowa Polski, jak dolna połowa flagi. Prezenter wymieniał nazwy miast i wtedy dowiedziałam się, że Wrocław jako nieliczny pozostał jeszcze w strefie żółtej, w której znalazła się druga połowa kraju. Wiosną, gdy pozamykani w domach psychicznie próbowaliśmy się oswoić z nową dla nas sytuacją, generującą strach i niepewność , wszyscy mieliśmy nadzieję, że już w jesieni będzie po strachu. Odbędą się poprzekładane na jesień wesela, komunie, spotkania, zjazdy...Ludzie padną sobie w ramiona i nadrobią miesiące samotności. A ja nadrobią przerwę w życiorysie. Czas gdy życie na świecie na moment zastygło w bezruchu. Bo wtedy wydawało się, że cały świat wstrzymał oddech. Ale jak długo można powstrzymywać się od oddychania? Strachy z czasem stają się mniej straszne, adrenalina opada, emocje powszednieją. Ofiary już nie tak bardzo przerażają. Każdy myśli, że wszystko co najgorsze jemu się nie przytrafi, bo przecież to inni giną w wypadkach, zapadają na śmiertelne choroby, więc dlaczego i tak nie będzie tym razem? Szkoda życia na ostrożność.I zaczęło się szarżowanie, które jak na równi pochyłej sturlało nas do parteru. W tym momencie zaczęła się ta część bajki, która przeraża. Gdy byłam mała, mama do poduszki czytała mi i młodszej siostrze bardzo różne bajki. Pamiętam taką bajkę o żelaznych bucikach, a w niej moment, gdy dziewczynka musi przeprawić się łódką przez czerwone jezioro. W łódce grasuje przewoźnik-zbrodniarz, ścinający pasażerom głowy. A dziewczynka nie ma innego wyjścia. Musi wsiąść do łódki. Ubiera na szyję żelazną obręcz i chowa ją pod chustką. Ma szansę. Jednak słuchałam tej bajki do momentu wejścia dziewczynki do łódki, a później wsadzałam sobie palce do uszu, mimo iż wiedziałam, że historyjka ma dobre zakończenie. Obecnie czuję się dokładnie tak samo, jak w chwili wysłuchiwania bajki. Obserwuję rzeczywistość, a gdy docierają do mnie informacje ze świata, z Polski o kolejnych zachorowaniach, które przekraczają już dziennie dziesięć tysięcy, mogę tylko wsadzić palce do uszu. Wiem, że globalnie dla Polski i świata w końcu wszystko musi się skończyć dobrze. Ale droga do tego długa i poziom stresu z każdym dniem mimowolnie wzrasta. Jak sobie z tym poradzić? Przecież wszyscy wiemy, że stres osłabia odporność, a wtedy wszelkie choroby się nas czepiają i nawarstwiają się. Muszę się przyznać, że jestem wrażliwcem. Wiedza ta zmusza mnie do poszukiwań sposobów radzenia sobie ze stresem, rozładowywania negatywnych emocji. Najłatwiej byłoby odciąć się od wszelkich fatalistycznych informacji. Czy mogę to zrobić? Chyba nie, skoro mam rodzinkę, którą kocham i na której mi zależy. Boję się o nich, tęsknię za nimi wszystkimi. Większość z nich jest czynna społecznie i nie żyje w próżni. Mogę jedynie z nimi mieć kontakt dzięki łączom telefonicznym, też internetowo. Korzystam z tego, kiedy tylko mogę. Staram się utrzymywać stały kontakt z najbliższymi, czyli rodzinką i przyjaciółmi oraz bliższymi znajomymi. Czytanie informacji dotyczących sytuacji epidemiologicznej i informacji politycznych zredukowałam do jednego razu dziennie. Niektóre znam tylko z nagłówków, bo staram się nie zagłębiać w te najgorsze. Czyli robię tak, jak sprawdziło mi się w dzieciństwie. Wsadzam palce do uszu. Przecież sama nie mam wpływu na to co się wokół mnie dzieje. Szkoda energii na coś, na co nie mam wpływu. A co mogę zrobić? Zadbać o siebie i swoje najbliższe otoczenie, czyli męża.



Przeczytałam taką świetną sentencję, z którą zgadzam się w zupełności."Jest jedno lekarstwo na wielkie kłopoty, małe radości". Staram się sprawiać sobie i mężowi właśnie takie małe radości. Wczoraj miałam urodziny. Od rana było deszczowo, ponuro. Gdy otworzyłam oczy, zastanawiałam się, jak ten dzień uczcić. Rodzinka daleko, przyjaciele również, część z nich lekko przeziębiona. I pomyślałam ze smutkiem , że tym razem nie spotkamy się przy biesiadnym stole. Nie będziemy świętowali. A później zadzwonił telefon, a gdy odebrałam, usłyszałam " sto lat, sto lat, niech żyje , żyje nam..." To śpiewał mój najmłodszy wnuczek. Powtórzył to dziesięć razy. A później posypały się życzenia od całej wrocławskiej rodzinki, długie rozmowy z córką, wnukami. I pomyślałam, że nie odpuszczę świętowania, bo możemy świętować w Wyluzowanej we dwoje. I w ten sposób świętowaliśmy cały dzień. Począwszy od uroczystego śniadania, przez uroczysty "australijski" obiad , po uroczystą kolację. Do kawy upiekłam ciasto maślankowe z owocami i kruszonką, a później żytni , piękny chleb z ziarnami , oczywiście na zakwasie. I było bardzo uroczyście i wesoło. Było kameralnie ale za to mogliśmy długo świętować, od rana do późnego wieczora. Przez cały dzień otrzymywałam życzenia urodzinowe, dzwonili przyjaciele i czułam z nimi bliskość, mimo dzielącej nas odległości. Wielokrotnie słyszałam w słuchawce wyśpiewywane " sto lat " , bo mam wielu znajomych z dobrym słuchem i głosem. Końcowe " sto lat" odśpiewała rodzinka naszego syna. To wyjątkowo wdzięczny chór, bo Karola oraz dziewczynki mają ładne i dźwięczne głosy. Syn tylko włączał się swoim niskim " bum, bum"! Wzruszyli mnie wszyscy, bez wyjątku. Czułam, że ktoś o mnie ciepło myśli i nasza sympatia jest wzajemna. I to jest bardzo ważne, by czuć więź z innymi, wiedzieć, że się jest dla kogoś osobą ważną. Nie ma znaczenia odległość, gdy zainteresowanie i sympatia, a czasem i głębsze uczucie np. przyjaźni jest wzajemne. Warto ludziom okazywać to, że się o nich myśli, o nich martwi, starać się ich w każdej chwili wspierać. Gdy jesteśmy blisko, możemy być przy nich, gdy proszą o to, pomagać. Gdy z musu jesteśmy daleko, możemy utrzymywać kontakt i dawać znak, że pamiętamy. Rzeczywistość wokół nas się zmienia. Musimy zmieniać swoje życie. Ludziom bardzo młodym przychodzi to dużo łatwiej, niż osobom starszym ale chyba dzisiaj nie ma wyjścia. Trzeba być bardzo elastycznym. Ja staram się okiełznać stres, który wynika z lęku. Podobno strach nazwany już tak nie straszy. Więc czego się boję? Boję się choroby, bo jest nieznana, a zatacza coraz bliższe kręgi. Znam grypę z autopsji, a covid jest do niej podobny, tylko bardziej nieprzewidywalny. Nie raz , nie dwa miałam też infekcję wirusową, która ścinała mnie z nóg. Coraz częściej też słyszę, że ktoś znajomy na nią zapada. Boję o bliskich ale i o siebie. Co mogę zrobić z tym strachem? Staram się nie histeryzować, bo nic to nie daje. Racjonalne postępowanie jest dużo skuteczniejsze. Robię więc tyle, ile mogę. Zmieniam swoje życie na bardziej kameralne, staram się maksymalnie wykorzystywać to, czym obecnie dysponuję. Ograniczyłam zakupy do cotygodniowych. Korzystam z maseczki i płynu dezynfekcyjnego, często myję ręce i staram się w miejscach publicznych utrzymać odstęp. Traktuję to jak dziewczynka z bajki żelazną obręcz ochraniającą szyję. I robię sobie małe przyjemności aby żyć, a nie wegetować. Właśnie dziś zamierzam podeptać na mały spacerek w odludne miejsce. Jest mała przerwa w opadach. Trzeba wykorzystać. A jak będzie padać, to poczytam lub coś namaluję. Zawsze można coś znaleźć aby sprawić sobie troszkę radości.
