Z pewnością tytuł posta jest trochę mylący, bo nie chodzi w nim o mój nowy wiosenny nabytek odzieżowy, a raczej o to, co widzę za oknem. Jednak nic tak nie nastraja człowieka poetycznie, jak pory roku i przyroda. A w naszym miejskim ogródku pierwszą chustę rozłożyła wiosna. Zrobiła to bardzo nieśmiało i jest jeszcze mało kolorowa, a jednak wprawia w dobry nastrój. Tak więc u nas w ogródku miejscami jest już zielono. Wprawdzie jeszcze nie na grządkach kwiatowych, bo dopiero powychodziły i pędzą ku słońcu pierwsze wiosenne kwiaty, ale na trawniczkach. Tu trawka zieleniutka i kwitną stokrotki. Od wschodniej strony ogrodu jeszcze królują kwiaty zimowe, które nie zakończyły swojego kwitnienia. Wychodząc z domu , pod schodami widzę białe kielichy rannika. Jednak tutaj jest zdecydowanie mniej słońca i bardziej szaro.To zima pochowała się w zakamarkach gruntu.
Po przyjeździe do Koźla miałam zamiar odwlec pierwszą wizytę moich wnuczek, z uwagi na czekające mnie pierwsze covidowe szczepienie. Pomyślałam, że dobrze byłoby z nikim nie zetknąć się przed sobotą, bo diabeł nie śpi i mogę coś załapać. Jednak moje plany wzięły w łeb, bo jeszcze w samochodzie odebrałam telefon od Julii.
-- Babciu, o której będziecie?-- zapytała .
-- Wiesz Juleńko, że już za chwilę będziemy w domu, bo jesteśmy na Piastowskiej. Jednak myślę, że zobaczymy się dopiero za parę dni. Chcę się spokojnie zaszczepić. -- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-- No dobrze. -- odpowiedziała zrezygnowana i odłożyła słuchawkę. W jej smutnym tonie i głosie usłyszałam tyle żalu, że łzy stanęły mi w oczach i poczułam się najgorszą babcią świata.
-- Niech to szlag! -- Zaklęłam pod nosem i pomyślałam, że to jest jakieś szaleństwo. Cóż to za świat, kiedy nie można nawet spotkać się z kochanymi osobami.
-- Nie, ja się na takie życie nie zgadzam! -- pomyślałam i wykręciłam numer Juleczki.
-- Już jesteśmy na podwórku. Przyjdź, jeśli masz ochotę. Bardzo za Wami tęsknię, więc zobaczymy się dzisiaj. Tylko nie będziemy się tym razem obściskiwać. Wybaczysz mi to? -- zapytałam i pomyślałam, że będzie co ma być. Życie bez najbliższych dla mnie nie jest za wiele warte.
Przyszli cała rodzinką. Syn, Synowa, Juleczka i Majeczka. Tym razem na powitanie stuknęliśmy się łokciami. Trudno, musiało wystarczyć. Innym razem będą uściski i buziaki. Dzieciaki przyniosły nam podarunek. Dostaliśmy na spóźnione święto Babci i Dziadka pięknie oprawione rodzinne zdjęcie ze wspólnego świątecznego spotkania i foto album ze wspólnymi zdjęciami rodzinnymi syna. Prócz tego Majeczka na naszą cześć upiekła muffinki brownie i dostaliśmy je pięknie opakowane w torebeczki ozdobione rysunkami Majki. Jak miło! Oczywiście Jędrek swoją od razu skonsumował. Moja wytrzymała dużo dłużej. Była przepyszna. Teraz pozostało po niej wspomnienie.
W sobotę pojechałam się zaszczepić. Do Opola mieliśmy kawałek drogi. Wyjechaliśmy godzinę przed czasem, a na miejsce dotarliśmy na styk. Odszukałam szpital, odszukałam miejsce szczepień i wskoczyłam w tryb maszyny szpitalnej. U drzwi wejściowych zamaskowana stała pani z termometrem. Odhaczyła mnie na liście, pomachała przy szyi termometrem. Stwierdziła, że mnie zakwalifikowała , mogę wejść i mam iść po strzałkach, a wtedy dojdę do pani żołnierz. Rzeczywiście na posadzce widniały wielkie niebieskie strzałki z napisem " do punktu szczepień covid". Zastosowałam się do polecenia i klucząc pomiędzy pomieszczeniami doszłam do salki, gdzie wokół ścian poustawiane były krzesła i stoliki. Przeważnie parami siedzieli na nich ludzie z mojej grupy wiekowej i dużo starsi. W ich rękach dostrzegłam jakieś kwestionariusze. Młodziutka pani Żołnierka dostrzegła mnie i podeszła z kwestionariuszami. Poprosiła abym wypełniła. Dopytałam ją o badanie lekarskie przed szczepieniem. Wskazała dwa gabinety lekarskie i zapytała, czy pierwsze szczepienie, czy drugie. Po uzyskaniu informacji wskazała gabinet, do którego powinnam podejść i osobę, za którą wchodzę. Okazało się, że przede mną jeszcze parę osób czeka na wizytę u lekarza. Osoba, za którą powinnam wchodzić była wyjątkowo zdenerwowana. Głośno podzieliła się ze mną swoimi obawami.
--Pani wie, ja od rana już tak bardzo się denerwuję, że chyba ciśnienie skoczyło mi na 180. Najbardziej boję się tej grubej igły, co mi ją mają wkłuć. Podobno stosują tu końskie igły, bo ta szczepionka to jakaś taka gęsta. Tak się strasznie boję. -- zwierzyła się.
--A skąd to pani wie? -- zainteresowała się staruszka siedząca nieopodal obok drobnego mężczyzny ubranego w wesoły kapelusik, basebolówkę i wąskie jeansy. Mężczyzna zainteresował się rozmową.
-- A gdzieś to w sklepie słyszałam. Podobno mają w niej być jakieś ukryte czipy. Chcą wszystkich zaczipować. Igła musi być gruba, aby zmieścił się ten czip. -- odpowiedziała Zestresowana.
-- Pani, co pani gada za głupoty! To psom wszczepiają czipy, a nie ludziom. -- oburzył się ten w kapelusiku.
-- Ja to się boję tych chorób poszczepiennych. A najbardziej bólu głowy. Normalnie i bez szczepionki mam ataki migrenowe. Trwają po parę dni, a jak po szczepieniu mają być jeszcze gorsze, to nie wiem , jak to przeżyję. -- wtrąciła się staruszka.
-- To weźmie sobie pani ze sześć ibuprofenów i da radę. -- pocieszył ten w kapelusiku.
-- Ale , jak oni chcą teraz mieć i ludzi zaczipowanych , tak jak psy, to mówię pani , że igły będą końskie. -- zastanawiała się Zestresowana.
Przysłuchiwałam się tym rozmowom, obserwowałam ludzi oczekujących na szczepienie i zastanawiałam, czy ja się denerwuję. Nie powiem, abym się bała, ale lekka obawa przed nowym doświadczeniem przy wejściu i mi towarzyszyła. Jednak tak rozbawiły mnie te obrazki rodzajowe, że zapomniałam o stresie. Trzymałam się swojej kolejki i tej mocno Zestresowanej. Po niej weszłam do lekarza. Bardzo młody człowiek stał przy oknie, gdy weszłam odwrócił się i podszedł do biurka, na którym stał komputer. Odebrał ode mnie kwestionariusz, sprawdził, zadał parę pytań i powiedział, że zakwalifikował mnie do szczepienia. Oddał kwestionariusz i nakazał dojść po strzałkach do pokoju szczepień. Poszłam. Doszłam do jakiegoś pokoju przejściowego, w którym przy biurku siedziała miła pielęgniarka. Przy biurku stał Ten w kapelusiku, a Zestresowana grzecznie czekała w kolejce za nim.Pielęgniarka odhaczyła Kapelusik na kolejnej liście, później Zestresowaną i zapytała, czy ja też do pierwszego szczepienia.
-- To ja jeszcze wpiszę panią i już idziemy pod dwójkę. -- powiedziała z uśmiechem.
Po strzałkach poszłyśmy pod dwójkę. Najpierw wszedł Kapelusik. Po chwili wyszedł na ugiętych nogach, bez kapelusika, pod którym skrzętnie ukrywał łysinę. Był blady jak ściana. Ciężko usiadł na krześle. Zestresowana spojrzała na niego i pobladła.
-- Teraz moja kolej! Pewnie igła była bardzo gruba. -- szepnęła na odchodnym.
-- Pani się tak nie denerwuje, bo ciśnienie wzrośnie, zasłabnie pani i lekarza trzeba będzie wzywać! -- zza uchylonych drzwi doszedł głos miłej pielęgniarki.
-- I co, żyje pani ? -- zaśmiała się po chwili. Drzwi się szerzej otwarły i w drzwiach stanęła Zestresowana. Była lekko blada, ale twardo stała na nogach. Weszłam. Szczepienie , jak szczepienie, niczym nie odbiegało od normalnego na grypę. Nie bolało, nie piekło. Igiełka była cieniutka. Miła pielęgniarka podała mi karteczkę z kolejnym terminem. Jeszcze chwilkę pogadałyśmy o ilości osób, które dziennie szczepi, o zmęczeniu i wyszłam na korytarz. Odczekałam pod gabinetem zalecany kwadrans. Poobserwowałam ludzi po raz drugi szczepionych. Była to grupa 80+ i starsi nauczyciele. Część starszych osób, które samotnie przyszły po raz pierwszy do szczepienia długo krążyła po niebieskich strzałkach, całkowicie zdezorientowana. Gdy po raz trzeci zobaczyła staruszkę ze wzrokiem pełnym dezorientacji, nie wytrzymałam i ją zagadnęłam. Przyznała, że chodzi i chodzi i nie wie, gdzie te strzałki się kończą. Nie skojarzyła stłoczonych ludzi z miejscem, w którym powinna się zatrzymać. Podprowadziłam ją do pani Żołnierki i poprosiłam, by przypilnowała, aby staruszka trafiła na szczepienie.
Wracałam do domu bocznymi drogami Opolszczyzny. Piękne, czyste , schludne wioseczki, o tej porze dnia wyludnione. Chodniki przed domami świeżo zamiecione, bo to sobotni zwyczaj w każdej śląskiej wiosce. W ogródkach już widać było pierwsze wiosenne kwiatki. Na polach zieleniała się ozimina. Słońce zachodziło. Nad horyzontem wisiał wielki czerwony krążek. Termin drugiego szczepienia mam na trzeciego kwietnia. Chyba poczekam tutaj, w naszym miejskim domu na kolejne szczepienie. Muszę trochę nasycić się moim kochanym Śląskiem, rodzinką i przyjaciółmi aby mi starczyło na kolejne miesiące w chacie.Czuję się rozdarta. Kocham obydwa regiony. Jeden za cudną przyrodę, a drugi za cudnych ludzi.






























