poniedziałek, 30 września 2019

Szelest zamykanych drzwi...

    
        Wrzesień zapukał do drzwi naszej chaty. Wraz z nim zniknęło słońce, zaczął padać ulewny deszcz. W ten sposób zaczął się kolejny etap mojego życia.
          Byliśmy w chacie od 8 sierpnia z przerwą na dwa pogrzeby. Tak, zmarł mój tata , a dwa dni wcześniej odeszła Małgosia. Ostatni okres życia Taty był trudny, smutny i bardzo obciążający. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Zaczynaliśmy nie dawać sobie rady z dźwiganiem, pielęgnacją.... Jednak do końca tata był zadbany, bez odleżyn, czy odparzeń. Trudno było patrzeć na Jego wegetację. Fizycznie odchodził powoli ale Jego umysł dawno wyłączył się.  Nastąpiła rozbieżność pomiędzy ciałem, a wnętrzem. Jakby mentalnie poszedł dalej, poza swoje cielesne powłoki. Jakby dokonał wewnętrznego falstartu. Jego myśli pomknęły gdzieś hen, hen daleko.
I gdy już przerażeni zastanawialiśmy się, jak sobie dalej poradzimy, okazało się, że znalazło się miejsce w szpitalu. Tam lekarze i pielęgniarki oraz opiekunki przejęły opiekę. Był fachowy sprzęt do podnoszenia, doświadczenie w pielęgnacji, kontrola lekarska. Przez tydzień dojeżdżałyśmy do Taty i sprawdzałyśmy, jak wygląda leczenie, opieka, zainteresowanie Jego stanem. A Tata trwał w takim samym stanie, jak wcześniej w domu. Zawieszony pomiędzy życiem, a niebytem. Lekarze twierdzili, że nie wiedzą jak to długo potrwa. Jego stan zawieszenia może potrwać i pół roku. Zapisano go na grudzień do endokrynologa... Naszych wizyt w szpitalu Tata nawet nie zauważał. Nie reagował na głos, dotyk. Było to bardzo trudne.W końcu zdecydowaliśmy, że na parę dni wyjedziemy z siostrą do chaty, aby zmienić klimat, nabrać nowej energii. I zaledwie wyjechałyśmy, najpierw pojawił się telefon z Warszawy informujący, że Małgosi już nie ma na tym świecie, a dwa dni później informacja dotycząca śmierci Taty. Jakby czekał, aż się od Niego oddalimy. Podobno odszedł niezauważenie. Po prosu nie obudził się ze snu...


        W sierpniu staliśmy nad miejscem, gdzie na wieki spoczęły  prochy naszego Taty. Przyjechali nasi krewni, przyszli znajomi Taty i nasi .Było sporo ludzi, choć to był środek sezonu urlopowego. Był lubiany, szanowany. Wszyscy chcieli go pożegnać. A my, Jego trzy córki chciałyśmy podziękować za życie, którym nas obdarzył. Za to , że wychowywałyśmy się w bardzo spokojnej,szczęśliwej i kochającej się rodzinie. Za poczucie bezpieczeństwa, miłość, naukę pierwszych kroków i objaśnianie świata oraz tolerancję. Wiem, że tych parę zdań nie wyrówna rachunku dobroci, którą dla nas miał, ani wyrozumiałości, z którą patrzył na nieporadne pierwsze kroki w życie oraz nasze błędy. Obecnie, gdy same jesteśmy bardzo dojrzałe, to wiemy, iż rodzicom można podziękować jedynie w jeden sposób. Kochając ich bezgranicznie, szanując i przejmując nad nimi opiekę, gdy sami już sobą nie są w stanie się opiekować. Tak bardzo chciałabym popatrzeć w Jego oczy i powiedzieć ;
Kochany Tato, dobrze pamiętamy ten dzień, gdy prawie pięć lat temu, zaraz po Nowym Roku przyszedłeś do nas i powiedziałeś, że zachorowałeś na raka. Myślałeś, że właśnie kończy się Twoje życie. Początkowo chciałeś poddać się chorobie. Przekonałyśmy Cię, że warto walczyć o każdy kolejny dzień, każdy tydzień, miesiąc, rok. Obiecałam, że będę Cię wspierać i towarzyszyć Ci w wizytach lekarskich, szpitalnych. I podniosłeś tę rękawicę rzuconą Ci pod nogi przez życie. A my zaczęłyśmy spłacać raty długu zaciągniętego z chwilą pojawienia się w Twojej rodzinie. Ugrałeś z losem parę lat. Jesteś najwaleczniejszym znanym mi człowiekiem. Zresztą zawsze nim byłeś. Twój niesamowity organizm mający zdolność regeneracji zadziwiał nas. Już jako dziecko wielokrotnie
wymykałeś się spod kosy śmierci. Nie udało się śmierci zabrać Cię w pewną śnieżną zimową noc, gdy zasypiałeś w wielkiej zaspie śnieżnej, ani wtedy, gdy w czasie obustronnego zapalenia płuc znachorka wsadziła Cię w gorący chlebowy piec, całkiem jak w historii opisywanej przez Prusa. Nie zdołała Cię zabrać gdy topiłeś się w studni, ani na stole operacyjnym, gdy miałeś zapaloną i rozlaną trzustkę. Nie pokonała Cię też po końskiej dawce czerwonej chemii, którą zaaplikowano Ci na początku walki z rakiem. Lekarze wtedy poddali się, ale Ty będąc na pograniczu życia, dzielnie walczyłeś. Ciało Twoje początkowo nie potrafiło sprostać tej walce, dezerterowało. Rozciągnięta skóra nie nadążała za zanikającą masą mięśniową, zwisała z kośćca, samotnie leżąc obok Ciebie, ale Twoja chęć życia zwyciężyła. I zwyciężała jeszcze wielokrotnie w czasie ostatnich paru lat. Za każdym razem podnosiłeś się i wolniutko robiłeś malutki krok w życie. Stawałeś na kolejnym starcie
do walki o siebie. Przeżyłeś swoje rodzeństwo, swoją ukochaną żonę. Jesteś dużo starszy niż byli Twoi rodzice, gdy nadszedł kres ich życia. W kwietniu skończyłeś 89 lat i zacząłeś kroczyć w stronę dziewięćdziesiątki. Wprawdzie były to malutkie, posuwiste kroczki podparte początkowo  laską, a później chodzikiem, ale mimo wszystko wolniutko parłeś do przodu. Jednak z każdym dniem gubiłeś nie tylko resztki pamięci, ale też po troszkę siebie. Od lutego bieżącego roku w ten sposób żegnałeś się z życiem i nami. Wycofywałeś się raczkiem, tracąc zainteresowanie najpierw światem, a później rodziną. Może tak było Ci łatwiej, aby odejście aż tak bardzo nie bolało nas i Ciebie. Bo przez ostatnie pół roku każdego dnia po małej okruszynce żegnałyśmy się z Tobą. Był to dla nas bardzo trudny okres. Bo trudno jest patrzeć w oczy, które przestają poznawać i prześlizgują się po kochanej osobie, jak po kredensie, ścianie… W ostatnim czasie, gdy już przestałeś chodzić, zamknąłeś się w śnie i hermetycznym kokonie swojego wnętrza. Nasze twarze i głosy stały się dla Ciebie już tak obojętne , jak twarze oraz głosy pielęgniarek, opiekunki. Choroba odziera człowieka z godności, więc może Twój szczelny kokon pozwolił zatrzymać godność głęboko we wnętrzu? Może tak było Ci łatwiej. W naszej pamięci i tak pozostaniesz najwaleczniejszym wojownikiem, choć w życiu codziennym byłeś wesołym, uprzejmym, delikatnym mężczyzną, dżentelmenem. Kochałeś taniec i na weselu wnuczki dotrzymałeś pola dużo młodszym tancerzom. Byłeś duszą towarzystwa, koleżeńskim i chętnym do pomocy innym. Byłeś też naszym szalonym Gaudim, czego świadectwo pozostało w murach budowanego przez Ciebie domu i w budowlach ogrodowych. W pamięci każdego z nas pozostawiłeś inny obraz. Jednak z całą pewnością nie byłeś tuzinkowym człowiekiem. Dorastając czułyśmy Twoją miłość, którą też po trochę spłacałyśmy wychowując z miłością i troską nasze dzieci. Pomagałeś nam w tym będąc dla nich cudownym dziadkiem. Twój dom, choć niedoskonały pozostanie dla naszych dzieci tym domem, z którym wiążą swoje najlepsze dziecięce wspomnienia. I taki pozostaniesz w naszej pamięci; dobry, spokojny ciepły człowiek, kochający i troskliwy.

    Od tygodnia jestem znowu w mieście. Siostra przebywa w Bóbrce. Poszłam na piętro podlać kwiaty. Weszłam do byłego pokoju Taty. Trochę się tu zmieniło. Zniknęła drewniana  serwantka, chodzik, laska, ubrania Taty. Przybyła stara singerówka i okrągły stoliczek. W kącie stoi zdjęcie Mamy....Zniknęły obrazki, które Tata upychał za ramy obrazów, wspólne małżeńskie zdjęcia Mamy i Taty.  Omiotłam spojrzeniem pokój i zamknęłam drzwi do byłego pokoju Taty . Zaszeleściło . Może to w mojej głowie, zatrzaśnięte wspomnienia, które domagały się uwagi. .. Usiadłam na fotelu, który przez pięć lat okupowałam, gdy pełniłam przy nim dyżur. Wspomnienia wróciły... 

niedziela, 30 czerwca 2019

Zapach, kolory i smaki niedzieli w chacie.

Na przekór nieszczęściom, które ciągle utwierdzają nas, że chodzą stadami, udało się przynajmniej na cztery dni przyjechać do chaty
i arniołów. Zastaliśmy raj na ziemi, jakby z kolei życie potwierdzało, że pomimo wszystko toczy się i ma różne kolory, nie tylko szare i czarne. Dlaczego piszę, że nieszczęścia chodzą stadami? Otóż jakby wszystkiego było mało, o czym pisałam w poprzednich postach, Tata osłabł i położyło go na fest. Nie podnosi się z łóżka.Nie ma siły, nie kontaktuje. Przebranie go jest mordęgą. Na domiar złego szwagierka pojechała do Bułgarii na wczasy, tam jej mąż złapał zapalenie płuc. Ledwie udało się go odtransportować do domu, a w zasadzie z lotniska prosto do szpitala, gdzie po trzech dniach na pulmonologii zmarł na  sepsę.  Szok! Od kwietnia był na emeryturze. Jeszcze nie pobrał świadczenia, bo perturbacje z ZUSem trwały...
Żyli razem 26 lat. Byli bardzo dobrym małżeństwem. Oboje z odzysku,po nieudanych związkach odnaleźli siebie w trudnych dla obu stron chwilach. Byli dla siebie wsparciem i wybawieniem. Ze szwagierką nie jesteśmy " z jednej bajki" ale długo z nią wczoraj rozmawiałam. Rozumię jej zagubienie, przerażenie, pustkę.Ciarki chodzą mi po skórze, gdy pomyślę, że każdy z nas może w każdej chwili stracić ukochaną osobę. Na co dzień o tym się nie myśli ale gdy znajomych, czy rodzinę dotyka  nieszczęście, konfrontujemy się z taką możliwością. I wtedy na myśl przychodzą mądre słowa, że trzeba się cieszyć każdą  chwilą, każdym wspólnym momentem, aby nie żałować, że straciliśmy okazję.
       










         Okazało się, że szpital chce potwierdzić, że lekarze wszystko zrobili jak trzeba i chcą przeprowadzić sekcję zwłok. Termin pogrzebu przesunięto więc na czwartek. Zdecydowaliśmy, że to okazja na moment odwiedzić chatę.

Po powrocie pogrzeb i parę dni przygotowań do wyjazdu do Belgii, a od poniedziałku wizyty lekarskie . W środę wyjazd. Mam nadzieję, że stan Taty tego nie uniemożliwi, ale biorę pod uwagę i taką ewentualność. Aby było jeszcze większe stadko kłopotów, dowiedziałam się, że kuzynka, z którą jesteśmy zżyci, źle przeszła radioterapię i po kwartale dobrego samopoczucia straciła władzę w nogach. Wylądowała na wózku inwalidzkim. Jest sparaliżowana od pasa w dół. Całe szczęście, że jej pasierb z żoną zaoferowali pomoc i opiekę.   Zabrali Gosię  do siebie do Gierałtu. Tam mają warunku mieszkaniowe przystosowane dla osoby niepełnosprawnej.
Od wczoraj staram się nie myśleć o tych wszystkich nieszczęściach. Ładuję baterie. Jednak czasem muszę zejść na ziemię, np gdy codziennie dowiaduję się, jak sobie siostra radzi, jaki jest stan Taty.
Tak więc odganiam złe myśli, jak natrętne gzy i delektuję życiem. Dziś ranek był kolorowy i bajkowy. Tonął w kwiatach, w odgłosach lasu, zapachu ziół i smaku kawy, która leniwie wypita na drewnianym tarasie, smakowała wyjątkowo.







 Gdy ćwiczyłam codzienny pillates, Jędrek postanowił przywitać się ze stokiem. Przyniósł świeże grzyby. Ach, jak smakowały do niedzielnego obiadu. Tutaj od wiosny jadamy tylko na tarasie.
Teraz na dworze upał. W chacie panuje przyjemny chłodek. Bajka! Śpiewają ptaki, a ja słucham i patrzę. Czasem wydaje mi się, że słyszę szelest piór arniołów, bo pewnie tańczą na czubkach drzew. I takie chwile to nagroda za wszystkie zmartwienia.  " Chwilo trwaj !".

czwartek, 27 czerwca 2019

Tak to czasem bywa!

    
Z chaty wróciliśmy do miasta  około 11 maja aby zająć się naszym tatą. Siostra wykupiła sobie wycieczkę na jedną z greckich wysp. Pojechała jak co roku ze swoją przyjaciółką Hanią. Moja siostra twierdzi, że zobaczyła Grecję i zakochała się w niej. I że z pewnością i ja się w niej zakocham, taka jest cudna. Rzeczywiście jest piękna, przynajmniej Kefalonia, gdzie byliśmy przed rokiem, ale moje serce oddałam już dawno temu Bretonii. Tak to już z tymi miłościami jest. Każdego urzeka co innego. A że z siostrą jesteśmy jak dzień i noc( nie tylko z wyglądu), to i inne mamy preferencje wypoczynkowe. Ona szuka luksusowych hoteli, a ja niekoniecznie....Ale wracając do tematu, wróciłam do miasta z myślą, że zaraz po powrocie siostry wrócę do chaty, okazało się, że niestety los miał dla nas inne plany. Ale o tym w swoim czasie.  A więc przeniosłam się do ojca, zostawiając męża w domu. Tata systematycznie podupada na zdrowiu. Coraz mniej go interesuje otoczenie. Nikogo nie poznaje. Nawet siostry,z którą jest najwięcej.
Do miasta wróciłam w maju, a więc miałam możliwość zobaczenia wyjątkowo długich w tym roku kiści wisterii. Rozkwitły róże i cały ogród przywitał nas kwietnym dywanem. Oglądałam go z pierwszego piętra mieszkania taty i siostry. Na 12 dni zajęłam miejsce siostry. Tata nie odczuł żadnej różnicy. Chyba nawet nie dostrzegł tego, kto się nim opiekuje.A dnie miał różne. Najczęściej trwał na kanapie w śnie tak głębokim, że obawiałam się, czy jeszcze oddycha i sprawdzałam co chwilę, czy podnosi się jego klatka piersiowa. Najgorsze , że nie zdając sobie sprawy z tego, co wokół się dzieje nie poznawał mieszkania i uparcie chciał, aby go zabrać do jego domu. Może w pamięci było wnętrze chałupy w podkrakowskiej wsi Gruszów, a może pierwsze mieszkanie, w którym zamieszkał po ślubie z naszą mamą?... Kto to wie? Przestał wyrażać swoje myśli. W zasadzie prawie nie mówi. Nie będę opisywała jak wyglądała opieka i stan taty, bo już wielokrotnie o tym pisałam. Wspomnę tylko, że coraz mniej rozumie z tego co wokół i jest całkowicie od nas zależny.Zachował ociupinkę niezależności w uporze. Najczęściej działa na swoją niekorzyść i niestety zagraża swojemu bezpieczeństwu. Więc po co komu taka niezależność? Gdy sadzałam go przy stole, nie wiedział po co. Gdybym go nie nakarmiła, pewnie nic nie wziął by do ust....Ale tyle o pierwszych  dwóch tygodniach pobytu w mieście. W dniu święta matki miałam cudną niespodziankę. Zjawił się doręczyciel kwiatów i dostałam od córci, która mieszka we Wrocławiu cudny bukiet z przemiłym i wzruszającym bilecikiem. Oczywiście syn też o matce pamiętał. Mieszka bliziutko i dotarł na czas z życzeniami. Pomyślałam sobie, że to wielkie szczęście mieć takie kochające dzieci.



Siostra przyjechała wypoczęta , opalona, gotowa stawić czoło problemom dnia codziennego.  A ja w ramach odstresowania trudnej sytuacji zabrałam się za kolejny obraz. Trudno było mi zebrać rozbiegane myśli, więc malowałam. Tu nie muszę się skupiać. Macham pędzlami i jakoś uspokajam się. Nabieram odpowiedniego dystansu do życia. Sprawia mi to przyjemność i pomaga. Kiedyś pomagało pisanie. Teraz pisanie wymaga skupienia i prędzej sięgam po pędzle. Skorzystaliśmy również z okazji, ze nie musimy siedzieć na miejscu i wyjechaliśmy na cudną wycieczkę rowerową.



Przejechaliśmy na rowerach 27 km. Jechaliśmy polnymi i leśnymi drogami aż do przeprawy promowej na Odrze w Zdzieszowicach. Wróciliśmy tą samą drogą zmachani, zziajani ale zadowoleni z życia. Jeszcze nie było na dworze tak gorąco, bo następnej niedzieli nie dalibyśmy rady. Poza tym rozkręciłam się w pillatesie, jodze i rozciąganiu. Nie, nie zapisałam się na żadne grupowe zajęcia. Poszukałam ćwiczeń w internecie. I przypomniałam sobie, jak cudowną rzeczą jest ruch. W zasadzie od ponad roku intensywnie ćwiczyłam na zajęciach grupowych, ale przy wyjeździe do chaty miałam długie przerwy i właśnie tam pomyślałam o indywidualnych ćwiczeniach. Teraz rozszerzyłam ich zakres, bo i sprawność zdecydowanie mi się poprawiła, a co za tym idzie przyjemność z ćwiczeń wzrosła. Staram się rozruszać swoje stawy, wzmocnić mięśnie. Już widzę efekty. I wszystko byłoby cudnie, gdyby nie kochane zdrowie. Tym razem nie moje, a Jędrusia. Wyszedł na chwilę do lekarza, a wylądował w klinice chorób serca. Okazało się, że 26 lipca musi poddać się zabiegowi wszczepienia rozrusznika serca. Półtora tygodnia nerwów, donoszenia żywności, bo szpitalne meni nie jest nawet zadowalające. Teraz wiadomo na czym stoimy. Moglibyśmy wyjechać do chaty już parę dni temu, niestety czekamy na samochód stojący w warsztacie. Gdy zostanie naprawiony, spakujemy manatki i w drogę. Zostanie nam do dyspozycji kilka dni. Później musimy wrócić, bo kolejne wizyty u lekarzy, a później wyjeżdżamy na dziesięć dni do Brygitte . Po powrocie Jędrka czeka zabieg...












 Ostatniej niedzieli pojechaliśmy na wycieczkę na Górę Świętej Anny. Tym razem samochodem. Wędrowaliśmy zacienionymi ścieżkami bukowego, starego lasu aż pod amfiteatr i pod pomnik czynu powstańczego dłuta Ksawerego Dunikowskiego. Żar lał się z nieba, więc tylko spacer w parku lub  lesie był możliwy. Wracając , po drodze wstąpiliśmy do parku, pod  moją starą szkołę średnią. I wyjazd okazał się podróżą sentymentalną, którą uczciliśmy wielką porcją sorbetu.



Dziś czwartek, urodziny córci. A my nadal czekamy na auto. Jest gorąco i od wielu dni w mieszkaniu i ogrodzie czujemy się jak w rozgrzanym piekarniku. Z niepokojem patrzę na Jędrusia. Nie zawsze dobrze znosi upały. Mimo obaw mam też swoje malutkie zachcianki. Chętnie podjechałabym do Wrocławia z wielkim bukietem kwiatów. Niestety nie jest to realne, bo jesteśmy uziemieni. Skończyło się na rozmowie telefonicznej, życzeniach  i serduszkach wysłanych poprzez smsa. Pocieszam się tym, że mam przynajmniej taką możliwość.
Ostatni okres pokazał mi, że wiele planów muszę skorygować. Nie wszystko w obecnej sytuacji jest realne. Chciałam z Jędrkiem w 45 rocznicę naszego ślubu pojechać do Nepalu. Nie jestem pewna, czy to będzie możliwe. Nie wiem, czy to jest rozsądne...A wrzesień już niebawem.
Dziś przypomniałam sobie, jak to 44 lata temu czekaliśmy na urodzenie się córci. Ile dała nam radości ale jak bardzo zmieniła nasze życie. Niestety życie nie stoi w miejscu. Gna do przodu. Zmienia się, czy tego chcemy, czy nie. Koryguje nasze plany. Jak to w życiu często zdarza się.

sobota, 11 maja 2019

Niech się mury pną do góry!

 Jutro wyjeżdżamy do miasta. Szkoda, że to już, ale tak trzeba. Jeszcze dziś czeka nas trochę pracy. Jędrek przygotowuje się do ścięcia paru gałęzi z dębu. Wiszą one nad Lucyny chatą, niszczą dach. Żołędzie, liście i małe gałązki zatykają rynny.
Po południu ma przyjść jakiś fachowiec do tych spraw. Trochę obawiam się, czy we dwójkę dadzą radę i nikt na tym nie ucierpi, prócz dębu. Jednak trudno, gałęzie muszą być usunięte! Po co rozrastał się w stronę chaty, a nie ogrodu?
Niniejszym informuję, że w  ubiegłym tygodniu przyleciała sobie wena i kopnęła mnie w zadek. Skutkiem tego kopa powstało dwa obrazy. Jeden to "wiosna w Bóbrce", a drugi " wiosenna ławeczka". Bardzo dawno nie malowałam akrylem. Jakoś nie nachodziło mnie, miałam też małe zastoje w pisaniu. A tu nagle majowy pobyt w chacie otworzył przymkniętą furtkę do twórczości. Mam potrzebę uzewnętrzniania wszystkiego, co gromadziło się w moim wnętrzu przez dłuższy okres czasu. Piszę i maluję jak szalona. Poza tym robię to co zawsze, czyli pomagam w nasadzaniach, gotuję, piorę sprzątam, porządkuję, jeżdżę na zakupy, ćwiczę... Czyżby odstawienie mięsa zaowocowało mnóstwem dobrej energii?


 Może to piękno bieszczadzkiej przyrody przywołało wenę? A może jedno i drugie?
Liczne opady deszczu wykluczają ścinanie trawy, bo trawnik jest grząski i wilgotny jak dobrze nasączona gąbka. Nic to!
Udało się nam załatwić osobę, która to zrobi po naszym wyjeździe.
Być może deszcze ustaną i obeschnie na tyle, że możliwe będzie obciążanie trawników wagą sprzętu i dorosłego człowieka. Teraz każdy krok powoduje pozostawienie w gruncie głębokich zagłębień.
A trawka sobie rośnie i trawnik między chatami robi się coraz bardziej szmaragdowy. Za to na stokach szaleństwo mniszka i  to w różnych fazach kwitnienia. Bardzo malowniczo wyglądają delikatne bańki dmuchawców wyglądające znad bujnej trawy. Nasz ogród stał się bajkowy, szczególnie w promieniach wstającego i zachodzącego słońca, które prześwietla zieleń. Dziś w świetle słoneczka widać było roje małych dmuchawcowych śmigiełek, serfujących nad łąką.
Wyglądały jak ogromny desant spadochroniarzy.

Wczoraj była u nas koleżanka i trochę wzięło nas na wspominki. W zasadzie dzięki niej zakochaliśmy się w Bieszczadach. Gdy pierwszy raz tu przyjechaliśmy, zaczarowała nas swoim kolorowym rajem LeGrażu. Wracaliśmy i wracaliśmy aby nasycić się pięknem , atmosferą, przyrodą... i jakoś tak się stało, że nadal wracamy ale już do siebie.
Koleżanka wspominała, jak to wiele lat temu promowała swoją miejscowość. Wyszukiwała ludzi, którzy kultywowali stare rzemiosło; bibułkarstwo, pieczenie chleba, garncarstwo itd. Później pokazywali swoje wyroby na ludowych kiermaszach. Bardzo ciekawa była opowieść o kobiecie, nazwijmy ją Malwiną. Była matką wielodzietnej rodziny. Wraz z mężem z dziada pradziada parali się rolnictwem. Gospodarstwo ich było tradycyjne; koń, krowa, kury, gęsi, kaczki... Pani Malwina piekła chleb, robiła masło, sery.  Gotowała tradycyjne wschodnie potrawy.
Gdy moja koleżanka dowiedziała się o niej, pojechała aby zakupić parę bochenków chleba na kiermasz, który urządzała  w lokalnej szkole. Brakowało tam właśnie jedynie domowego chleba.
Jakie było zdziwienie koleżanki, gdy na prośbę o sprzedaż chleba pani Malwina wybuchnęła histerycznym płaczem i zaczęła ją prosić, aby nie mówiła nikomu, że ona piecze chleb. Podobno jej dzieci były w szkole z tego powodu wyśmiewane. Koledzy mówili im, że są biedakami, bo nie stać ich na kupno w sklepie chleba, masła , czy sera. Pani Malwina bardzo się z tego powodu wstydziła i chciała zaoszczędzić swoim dzieciom stresu. Oczywiście po wielu tłumaczeniach , po licznych  podejściach i próbach przekonania jej, udało się. Ale nie o tym chciałam napisać. Bardziej o tym, że na przestrzeni lat bardzo zmienił się sposób myślenia ludzi. Zaczęto doceniać rękodzieło, domowe wyroby, ekologiczne, smaczne i dużo zdrowsze niż te, które możemy dostać w sklepach.

I nie jest to powód do wyśmiewania, a wręcz odwrotnie, do dumy. Jednak szkoda, że umiejętności te zanikają. Wymagają wiele zachodu, czasu, a świat teraz żyje w pośpiechu. Ludzie posiłkują się tzw. gotowcami, bo wygodniej, szybciej i nie trzeba sobie niczym głowy zaprzątać.
Cieszę się, że nauczyłam się delektować życiem. Smakować każdą chwilę, szczególnie tu, w chacie.
Po południu zrobiło się ciepło. Słoneczko zaczęło grzać intensywniej. Posadziliśmy barwinek pod brzózką- Królową śniegu.
Na górze pod drewutnią wsadziliśmy sadzonki nasturcji. Ustawiliśmy donice z kwiatami i ziołami. Usiedliśmy do popołudniowej kawy.
Żal, że już musimy opuścić nasz raj.