i arniołów. Zastaliśmy raj na ziemi, jakby z kolei życie potwierdzało, że pomimo wszystko toczy się i ma różne kolory, nie tylko szare i czarne. Dlaczego piszę, że nieszczęścia chodzą stadami? Otóż jakby wszystkiego było mało, o czym pisałam w poprzednich postach, Tata osłabł i położyło go na fest. Nie podnosi się z łóżka.Nie ma siły, nie kontaktuje. Przebranie go jest mordęgą. Na domiar złego szwagierka pojechała do Bułgarii na wczasy, tam jej mąż złapał zapalenie płuc. Ledwie udało się go odtransportować do domu, a w zasadzie z lotniska prosto do szpitala, gdzie po trzech dniach na pulmonologii zmarł na sepsę. Szok! Od kwietnia był na emeryturze. Jeszcze nie pobrał świadczenia, bo perturbacje z ZUSem trwały...
Żyli razem 26 lat. Byli bardzo dobrym małżeństwem. Oboje z odzysku,po nieudanych związkach odnaleźli siebie w trudnych dla obu stron chwilach. Byli dla siebie wsparciem i wybawieniem. Ze szwagierką nie jesteśmy " z jednej bajki" ale długo z nią wczoraj rozmawiałam. Rozumię jej zagubienie, przerażenie, pustkę.Ciarki chodzą mi po skórze, gdy pomyślę, że każdy z nas może w każdej chwili stracić ukochaną osobę. Na co dzień o tym się nie myśli ale gdy znajomych, czy rodzinę dotyka nieszczęście, konfrontujemy się z taką możliwością. I wtedy na myśl przychodzą mądre słowa, że trzeba się cieszyć każdą chwilą, każdym wspólnym momentem, aby nie żałować, że straciliśmy okazję.
Okazało się, że szpital chce potwierdzić, że lekarze wszystko zrobili jak trzeba i chcą przeprowadzić sekcję zwłok. Termin pogrzebu przesunięto więc na czwartek. Zdecydowaliśmy, że to okazja na moment odwiedzić chatę.
Po powrocie pogrzeb i parę dni przygotowań do wyjazdu do Belgii, a od poniedziałku wizyty lekarskie . W środę wyjazd. Mam nadzieję, że stan Taty tego nie uniemożliwi, ale biorę pod uwagę i taką ewentualność. Aby było jeszcze większe stadko kłopotów, dowiedziałam się, że kuzynka, z którą jesteśmy zżyci, źle przeszła radioterapię i po kwartale dobrego samopoczucia straciła władzę w nogach. Wylądowała na wózku inwalidzkim. Jest sparaliżowana od pasa w dół. Całe szczęście, że jej pasierb z żoną zaoferowali pomoc i opiekę. Zabrali Gosię do siebie do Gierałtu. Tam mają warunku mieszkaniowe przystosowane dla osoby niepełnosprawnej.
Od wczoraj staram się nie myśleć o tych wszystkich nieszczęściach. Ładuję baterie. Jednak czasem muszę zejść na ziemię, np gdy codziennie dowiaduję się, jak sobie siostra radzi, jaki jest stan Taty.
Tak więc odganiam złe myśli, jak natrętne gzy i delektuję życiem. Dziś ranek był kolorowy i bajkowy. Tonął w kwiatach, w odgłosach lasu, zapachu ziół i smaku kawy, która leniwie wypita na drewnianym tarasie, smakowała wyjątkowo.
Gdy ćwiczyłam codzienny pillates, Jędrek postanowił przywitać się ze stokiem. Przyniósł świeże grzyby. Ach, jak smakowały do niedzielnego obiadu. Tutaj od wiosny jadamy tylko na tarasie.
Teraz na dworze upał. W chacie panuje przyjemny chłodek. Bajka! Śpiewają ptaki, a ja słucham i patrzę. Czasem wydaje mi się, że słyszę szelest piór arniołów, bo pewnie tańczą na czubkach drzew. I takie chwile to nagroda za wszystkie zmartwienia. " Chwilo trwaj !".
























































