poniedziałek, 15 stycznia 2018

Dwoistość natury ludzkiej

     Wczoraj w nocy temperatura na dworze spadła do 10 stopni poniżej zera.  Najmilej mi przy kominku z kubkiem kawy w ręce. Wprawdzie przez okno zagląda słoneczko i świat zdaje się weselszy, ale gdy tylko uchylam drzwi, do wnętrza wdziera się  przenikliwy ziąb. Nasza Kizia -Mizia,  kocica po przejściach przechodzi rekonwalescencję i wyleguje się na dywaniku w łazience.  Fascynuje ją umywalka, wanna , a najbardziej kabina prysznicowa.




 Czekamy, aż rana całkowicie się  zagoi, a wygolona na brzuchu  sierść odrośnie. Jak twierdzi przemiła pani weterynarz, brzuszek kotki niedługo pokryje się sierścią i będzie mogła wrócić do swojego domku na tarasie. Teraz tęsknym okiem patrzy na świat przez szybę w  drzwiach tarasowych.  Obserwuje ptaki wiszące na płatach słoninki, czy wydziobujące ziarenka z karmika, który Jędrek powiesił na młodej lipce. Czasem przystaję obok kotki i wspólnie obserwujemy ptaki. Rozśmiesza mnie kowalik, który przylatuje na słoninkę. Czepia się pazurkami gładkiej powierzchni tłuszczu i po paru dziobnięciach zastyga w bezruchu, pilnując słoniny.      
           -- Popatrz -- mówię do Jędrka  --  jaki skąpiec. Sam nie zje, ale drugiemu nie da. Czasami tak bywa z ludźmi. Wolą wyrzucić, niż podzielić się z innymi. Fajne są uruchomione w okresie około świątecznym specjalne numery  telefonów. Mając nadmiar jedzenia można zadzwonić i przyjeżdżają wolontariusze, którzy zabierają takie produkty. Później rozdają żywność pomiędzy tymi, którym jej brakuje. Szkoda, że przez cały rok nie ma takich akcji. -- westchnęłam.
         -- A wiesz, że ostatnio czytałem o akcji, która rozpoczęła się na zachodzie Europy,chyba we Włoszech,  ale i do nas trafiła. Może obejmie nasz kraj. Jest to tak zwana " zawieszona kawa". Zaraz ci wyjaśnię o co chodzi. Przyjeżdżamy na kawę do jakiejś kawiarni, która dołączyła do tej akcji i zamawiamy kawę. Płacimy za nią, ale dodatkowo płacimy za jedną, dwie, trzy " zawieszone kawy". Z takiej kawy później  mogą bezpłatnie skorzystać ci, których nie stać na filiżankę kawy. W internecie piszą, że rozszerza się to na inne posiłki. Ponoć już sieć  Mc Donalda do tego dołączyła, tylko nie pamiętam, czy już na terenie Polski.

        Zamyśliłam się nad tą różnorodnością natury ludzkiej. Tyle się słyszy o cudownych akcjach i zbiórkach pieniędzy na ratowanie ludzkiego życia. Ale też przeraża  bezmyślne ludzkie  okrucieństwo, skakanie sobie do gardła, aby zagarnąć jak najwięcej po zmarłych . Aby sobie wydrzeć każdą jedną złotówkę. Dlaczego przez pieniądze rozpadają się rodziny, ludzie zabijają?... 



 To trudny temat. Nie jestem w stanie zrozumieć  takich ludzi. Jakimi pokrętnymi drogami muszą chodzić ich myśli. ale też jacy muszą być  nieszczęśliwi, trwoniąc życie na  pogoń za kasą. Tak jak przestępcy nie mają na twarzy wypisanego hasła " jestem oszustem, złodziejem, pedofilem, ...." tak i  człowiek pazerny nie ma tego wypisanego na czole. Czasem nawet poznając takiego typu ludzi, wydaje nam się, że są to ludzie głębocy, wrażliwi, troskliwi, mili. Nawet zaprzyjaźniamy się i nagle po paru latach znajomości okazuje się, że potrafią oszukać, wykorzystać materialnie, okłamać. Z czasem tacy ludzie przestają się kontrolować i zdejmują maskę dobrotliwego, przyjaznego. Wtedy dostrzegamy jak bardzo krzywdzą innych. Często są to ich najbliżsi, mniej chytrzy, bardziej opiekuńczy. Wykorzystują ich dobroć. Jak trudno nadal takim ludziom ufać, szanować ich. Ale teraz o czymś przyjemniejszym.


        Wczoraj byłam na cudnym koncercie w Cisnej. Zaprosiła nas współorganizatorka tego międzynarodowego festiwalu kolęd i pastorałek. W  małym kościółku w Cisnej po raz siódmy pojawiły się amatorskie zespoły ludowe, chóry. Przyjechali z Ukrainy, Słowacji, Polski, by zaśpiewać swoje kolędy, pastorałki. Koncert był niesamowity, ale wszystkich zaszokowała mała siedmioletnia dziewczynka Weronika, która przyjechała z Białej Cerkwi położonej w obwodzie kijowskim.  Dziewczynka rozpoczęła  koncert swojego zespołu. Stanęła przed ludźmi i acapella zaśpiewała pieśń o Ukrainie. Wszyscy oniemieli! Niesamowitym darem obdarzyła ją natura. Wnętrze kościoła napełniło się głosem, który brzmiał jak dzwon. Był tak mocny, że wydawało się, iż wyparł całe powietrze, a za moment powypadają szybki w kościelnych oknach.... Ciarki chodziły po plecach, a do oczu cisnęły się łzy!
Festiwal po raz pierwszy zaistniał siedem lat temu z inicjatywy poprzedniego proboszcza, który podobno był uzdolniony muzycznie. Po jego odejściu zwykła mieszkanka  Cisnej, a może i  niezwykła, bo chętna i bezinteresowna pani  Halinka, przejęła organizację festiwalu. Następny proboszcz nie był zainteresowany jego organizacją.

 Pani Halinka skrzyknęła parę innych osób, poszukała sponsorów i zaprosiła amatorskie zespoły, a te bezpłatnie dały cudowny koncert. Dzieci z Białej Cerkwi jechały do Cisnej 900 km. Ile pracy trzeba włożyć w organizację takiego festiwalu, ile poświęcić czasu wiedzą tylko ci, którym zdarzyła się organizacja jakiegoś wydarzenia. Mnie zachwyca taka bezinteresowność, energia, chęć upiększenia życia sobie i innym, bo nie samym chlebem człowiek żyje.




Każdy, kto raz był w Cisnej orientuje się, że to niewielka miejscowość. W niewielkich miejscowościach przeważnie niewiele się dzieje, ale nie powiedziałabym tego o Cisnej i wielu innych miejscowościach w Bieszczadach.  Zachwycona jestem tym, jak wiele wzruszeń można tu doświadczyć i nie tylko sprzyja ku temu cudna przyroda. (Często w niższych partiach panuje jesień i jesienna aura, a wystarczy podjechać wyżej i zaskakuje nas zima. )



 Jadąc na festiwal obserwowaliśmy cuda natury w świetle  zachodzącego słońca, które barwiło górskie szczyty na różne odcienie różu, rudości i bordowej czerwieni.   Jednocześnie złoty reflektor muskał nurt strumyków, grzebień szarych buków, porastających szczyty po przeciwnej stronie gór. Wydawało się, że cudniej być nie może, a jednak było. I nigdy bym takich wzruszeń nie doświadczyła, gdyby nie inicjatywa mieszkanki Cisnej. Bo ludzie potrafią być wspaniali, dobrzy i mają wielkie serca. I jak tu nie kochać ludzi? Jak nie kochać Bieszczadów?

środa, 10 stycznia 2018

Zmienność życia

                                                       Budzi się dzień nad Soliną.

         Niedawno w jakimś artykule dotyczącym badań fizyków, zajmujących się zjawiskiem  czasu przeczytałam, że czas przeszły, czy przyszły nie istnieje. Wszystko, co się dzieje, dzieje się na jednej płaszczyźnie tu i teraz.  Trudno mi to ogarnąć. Szczególnie, gdy spoglądam w lustro. Odbija się w nim twarz całkiem inna, niż parę lat wcześniej. Czasem zastanawiam się, czy to możliwe, abym to była ja?  Przecież czuję siebie inaczej, młodziej , piękniej... Nie dziwię się ludziom chorym na Alzheimera, którzy patrząc w lustro, widzą w nim kogoś obcego, bo w pamięci mają zupełnie inną podobiznę. Na przykład babcia mojej serdecznej koleżanki ze szkoły podstawowej, będąc w zaawansowanym stadium tej choroby, twierdziła, że ta stara kobieta, która podgląda ją w łazience, to jakaś wścibska sąsiadka. I za nic nie chciała wchodzić do tego pomieszczenia, w którym przy wejściu było zawieszone lustro.




Z kolei w tym czasie ubóstwiała swojego wcześniej nienawidzonego zięcia, mówiąc, że to jest fajny chłop od piwa. Zięć ten od czasu do czasu przynosił jej w tajemnicy przed innymi członkami rodziny  ten "rarytas".  Po kryjomu pili wspólnie po szklaneczce piwka w pokoju babci, która od czasu, gdy zachorowała, stała się frywolna i psotna, jak nastolatka.  Znałam ją z wcześniejszego okresu, w którym była wiecznie  klepiącą pacierze staruszką, zasadniczo podchodzącą do życia. Do przesady  lubiła ład i porządek. Miała mnóstwo zasad, które ją wręcz ubezwłasnowolniały.  Była nudna i uciążliwa dla otoczenia, które rozliczała z odstępstw od " normalności". Moja koleżanka cierpiała bardzo, bo babcia prawie ją wydziedziczała za zbyt krótkie spódniczki, puder na twarzy, czy malowane brwi. Złapały ze sobą wspólny język dopiero, gdy tamta zapomniała, że jest staruszką o żelaznych zasadach życiowych. Niestety trwało to zbyt krótko.  Staruszka zaczęła zagrażać innym członkom rodziny, np. paląc na dywanie ognisko, bo wydawało jej się, że jest harcerką i musiała zostać umieszczona w domu opieki. Tam zmarła.
Idąc śladem rozważań fizyków, mogłabym powiedzieć, że czas teraźniejszy babci koleżanki to bardzo złożona osobowość; dojrzała, a za razem infantylna.  A  babcia ta przez całe życie nosiła maski, które pomagały jej dobrze funkcjonować w społeczeństwie, a w środku cały czas była taka, jaką okazała się, gdy zapomniała o fakcie posiadania masek.  
Dlaczego te rozważania?  Może dlatego, że prześladuje mnie ostatnio temat starzenia się, utraty pamięci przez starszych ludzi, a nawet śmierci? Sama starzeję się, co naocznie stwierdziłam , gdy zoperowałam w obu oczach soczewki. Nowe protezy  ujawniły gorzką prawdę, a może bardziej nagą prawdę, że ta podstarzała paniusia w lustrze to ja i to moja twarz, moje zmarszczki... Kolejna moja koleżanka, również ostatnio doświadczyła podobnego stanu zaskoczenia, gdy okulista wreszcie dobrał jej odpowiednie soczewki kontaktowe. Po wizycie u okulisty, robiąc wieczorny demakijaż pomyślała, że ma w łazience złe oświetlenie. Rano przekonała się, że niestety to nie jest zła lampka, a rzeczywistość.  I na pytanie " czy to ja? " musiała w słoneczny poranek powiedzieć" niestety, to w całej okazałości ja". Co zatem z tym czasem, który nie jest ani przeszły, ani przyszły, bo wszystko toczy się tu i teraz? Kto lub co zatem robi nam psikusy zabierając młode odbicie? Parafrazując zdanie żony Krzysztofa Ibisza, pani Nowak Ibisz " ja tego nie kupuję." 


                                                         Droga stokiem Kozińca.

 Parę dni temu dowiedziałam się, że zmarła moja daleka krewna. Poznałam ją wiele lat temu, gdy byłam nastolatką. Bardzo lubiłam  ciocię Alę, mimo iż rzadko miałam możliwość spędzania z nią  czasu. Parę lat temu wyjechała z Warszawy z  opiekującą się nią  rodziną gdzieś w okolice Nidzicy. Była ciepłą, urokliwą kobietą, która uwielbiała dobre jedzenie i długie wieczorne rozmowy. Mówiła " proszę ja ciebie" i kochała życie. W zasadzie oprócz endoprotez obu kolan miała końskie zdrowie i doskonały apetyt. W tym  roku obchodziłaby 92 lata.
Gdy o jej śmierci zawiadomiła mnie kuzynka mojej mamy, powiedziłam do niej.
-- Cóż kończy się pewna epoka.  Takich ludzi, jak ciocia Ala już nie ma.
 Ciocia Ala była prawdziwą damą nawet wtedy, gdy wiele lat temu połamała ogrodowy, solidny fotel, w którym uwięzła. Fotel przywiózł mój mąż z Belgii na długo przed wprowadzeniem ich na rynek polski. I nie było to zwykłe, plastykowe krzesło z nogami, które pod wpływem temperatury zachowują się  jak plastelina i  wyginają na wszystkie strony. Fotel był gruby, błyszczący i rozkładany. Prawdziwy mercedes w grupie foteli ogrodowych. Biedna ciocia zakleszczyła się się w plastykowych szczątkach i wydostała z nich dopiero  za pomocą mojego taty i męża, wystraszonych zaistniałą katastrofą.  Po spionizowaniu ciocia poprawiła swoją letnią sukienkę, sprawdziła stan całej garderoby i dumnie ogarnęła wzrokiem cały taras, na którym miało miejsce zdarzenie, po czym powiedziała do mojej mamy.
         -- Wiesz Halu, współczesne przedmioty wydają się być robione z kartonu. Nie są  dla nas, prawdziwych kobiet.                                             


Już wtedy pomyślałam sobie, że ma niesamowitą klasę. Ja wówczas w tej sytuacji umarłabym ze wstydu. Pomyślałabym sobie, że jestem za gruba, niezdarna, pechowa... itp. Wracałabym w myślach do zdarzenia i katowała się wspominkami, odtwarzając każą sekundę wypadku. Umiejętność podchodzenia z humorem do potknięć była mi wówczas obca. Aby umieć być ponad to, czy posiadać umiejętność podchodzenia do siebie z humorem  musiałam nauczyć się. Robiłam to wiele , wiele lat.

                                                         Zalew Myczkowski.

Myślę, że dziś jestem zupełnie inną kobietą, niż w tamtym czasie. Ceną stabilności wewnętrznej były właśnie przeżyte lata, które jak paciorki  liczydła przesuwam wstecz, odmierzając kolejne dekady. W końcu tak nauczyłam się liczenia. Jestem dzieckiem z tamtych lat.
Nie wiem, czy dziś , w dobie kalkulatorów umieszczonych w telefonach komórkowych, które ma większość dzieci, obraz liczydła jest przekonujący, więc może powinnam upływający czas porównać do rzeki. W końcu ciągle gdzieś czytam " rzeka życia"... Rodząc się wsiadłam do łódki i popłynęłam, Tak więc płynę i płynę, a co parę metrów mijam inny kawałek brzegu. Wszystko się zmienia i ja na tej łódce również zmieniam się. Nawet zmieniają mi się preferencje wakacyjne. Jeszcze rok temu uważałam, że świata powinnam się " nachapać ". Lista moich planów wakacyjnych była długa i pod hasłem " koniecznie muszę zobaczyć " widniało mnóstwo pozycji. Gdy na początku stycznia pomyślałam o tegorocznych wakacjach i zastanowiłam się, gdzie ewentualnie chciałabym wyjechać, co zobaczyć, okazało się, że nie jestem pewna, czy aby na pewno chcę tego , co jeszcze przed rokiem. I nie chodzi o to, czy mi się chce, czy nie, bo zdecydowanie chce mi się poznawać świat, ale inaczej i nie za wszelką cenę. Polubiłam miejsce, gdzie spędzam teraz większość czasu, czyli Bieszczady. Staram się je odkrywać po kawałeczku i od podszewki. I tak chcę też zwiedzać świat. 



                                                     Wnętrze cerkiewki w Łopieńce.




 Zmieniłam się. Zmieniłam, bo odmienił mnie upływający czas. Teraz przezywam teraźniejszość i płynę ku przyszłości, ale moją bazą jest przeszłość.

wtorek, 2 stycznia 2018

Skok w Nowy Rok




          Dziś 2 stycznia 2018 roku. I znowu mogłabym westchnąć" jak ten czas leci", ale zbyt często używam tego zwrotu , usprawiedliwiając brak wpisów. Tym razem nie zrobię tego i przyznaję się, że grudzień spędziłam mało internetowo. Nie pisałam, za to mnóstwo czytałam i jak większość Polaków, brnęłam przez powierzchnie sklepowe, przygotowując się do świąt. Bardzo nie lubię tego przepychania się pomiędzy wózkami i tłumem kupujących, a przynajmniej zakupy prezentowe robię internetowo. Potem przez  cały ten okres, aż do świąt krążę pomiędzy Bóbrką, a Leskiem, gdzie znajduje się paczkomat.
        Święta spędziliśmy w chacie. Córka z zięciem i ich trójką synów przyjechali na święta dopiero 23 grudnia. Przywieźli piernik, a w zasadzie przepyszną krajankę piernikową, makowiec i lukrowane pierniczki. W Wigilię razem lepiłyśmy uszka, do których był  czysty barszczyk na zakwasie, oczywiście grzybowy.  Robię go tylko raz w roku. Uwielbiam ten magiczny nastrój przedświąteczny; zapach gotujących się suszonych grzybów i pieczonej w piekarniku drożdżowej chałki ( dzieło mojej córki), którą jemy do wigilijnych potraw zamiast pieczywa . Po otwartej kuchni i dziennym pokoju kręcą się chłopcy, na płycie kuchennej gotuje się  kompot z suszu, pyrka kapusta z grzybami, a Jędrek przygotowuje ryby. Pojedyncze łuski pakuję w małe kawałeczki kolorowych serwetek. Każdy otrzymuje taki maciupeńki pakiecik do portfela. Niby nie jestem zabobonna, ale cały rok noszę w portfelu taką łuskę, aby pieniądze mnie nie opuszczały.
W Wigilijny dzień każdy gra swoją rolę, a więc ja z córką lepimy, gotujemy i pieczemy, a Andrzej smaży ryby, ścina i wraz z chłopcami ubiera choinkę. Zięć opiekuje się najmłodszym naszym cherubinkiem, podtrzymuje ogień na kominku i jest naszym pomocnikiem.


Parę dni wcześniej przygotowaliśmy domowe wędliny, a więc szynki ( gotowaną i wędzoną), polędwicę wędzoną i wędzone kiełbasy. Wprawdzie kiełbasy nie były całkiem naszym wyrobem, bo zakupiliśmy surowe, ale cała reszta to nasze rękodzieło. Nawet pasztet robiłam w tym roku sama. Po raz pierwszy mieliśmy swoje domowe wyroby. Ależ byliśmy z nich dumni! Andrzej parę dni wcześniej zbudował mini wędzarnię, a wcześniej macerował mięso w specjalnej solankowej zalewie.
Wszystko się udało. A szynki oraz polędwica były bardzo kruche i dobre. Jeszcze przygotowałam tradycyjną kutię, bez której dla mnie nie ma świąt. Jemy ją mocno schłodzoną. Zrobiliśmy też parę miseczek ryby w galarecie. Do naszych tradycyjnych potraw należą jeszcze uszka oraz pierogi z kapustą i grzybami. Ryby robimy w galarecie, smażone i z piekarnika. Jemy pstrągi, karpie i jakąś jeszcze inną rybkę. Czasem szczupaka, a tym razem dorsza, za którym przepada nasz średni wnuk. Kolejne dwa dni świąt ; 25 i 26 grudnia są już co roku do siebie podobne. Jest świąteczne śniadanie z wędlinami, pasztetem, buraczkami z chrzanem, sałatkami i różnymi ciastami; makowcem, piernikiem, sernikiem, ciasteczkami i małymi babeczkami z kremem orzechowym. Na obiad jemy kurczaka z farszem z grzybami, a drugiego dnia robię rolady wołowe lub kaczkę z jabłkami oraz kluski śląskie. Tak jak i u większości w Wigilię Bożego Narodzenia dzieci nie mogą się doczekać końca kolacji, a później zabierają spod choinki prezenty i roznoszą wszystkim obecnym. Mogą to robić dopiero po zakończonej kolacji. W moim rodzinnym domu w czasie kolacji nie można było odchodzić od  wigilijnego stołu, bo ponoć to  źle wróżyło na przyszłość.  Ja zmieniłam ten zwyczaj, bo był bardzo niewygodny i stresujący. Jednak nadal kultywuję inne zwyczaje; np. pusty talerz dla niespodziewanego gościa, czy sianko pod biały obrus. To na szczęście i pomyślność.
Nasze dzieciaki dostały prezenty. Niecierpliwie rozrywały kolorowe opakowania, aby dostać się do wnętrza pakunków. Ile było radości, ile uśmiechu!  Poszły spać późnym wieczorem. Było serdecznie, miło i wesoło, a przy łamaniu się opłatkiem, uściskach, życzeniach i łzy w oku się kręciły.
 Było tylko jedno zastrzeżenie; - gdzie ten śnieg, który przywitał moje dzieci 23 grudnia.Po przyjeździe od samochodu do chaty brnęły w głębokim białym puchu. Obładowani bagażami schodzili w dół po śliskim stoku. W nocy przyszło ocieplenie, spadł ciepły deszcz. Śnieg spłynął. Jeszcze po śniadaniu dzieciom udało się ulepić parę kulek z mokrego śniegu, ale strugi deszczu wygoniły bractwo do domu. 
 Śniegowe łachy utrzymały się jedynie na północno- wschodnich stokach Berda, po drugiej stronie zalewu.








 Cudne zaśnieżone obrazki pozostały jedynie na zdjęciach. Święta minęły szybko. Pozostały spacery w wiosennej scenerii, a Jędrek zrobił sobie długą rowerową wycieczkę.
 Sylwestra spędziliśmy z koleżanką , która nas odwiedziła.

 Było wesoło, chociaż Stella , Kamil i chłopcy wrócili już do Wrocławia, a syn z córkami nie dojechał.  Nowy Rok zaczęliśmy bardzo spokojnie.

Na razie jesteśmy w Bóbrce. Jak długo? A kto to wie? Teraz w chacie mamy kota, o którego ktoś musi dbać, gdy wyjeżdżamy. To jest duży kłopot, bo nie możemy z nim jeździć. Koty tego nie lubią. Za każdym razem musimy kogoś prosić o opiekę nad kotem. To obciążające dla kocich nianiek.
 I tak wygląda teraz nasze życie; trochę w Kędzierzynie, trochę w Bóbrce. Ja tam wolę wieś i góry.
Tylko brakuje mi naszych znajomych i rodzinki. Mój tata jest coraz starszy i coraz bardziej niedołężny. Opiekuje się nim moja siostra. Ja zostaję z tatą  wtedy, gdy siostra wyjeżdża. 



Jak wspomniałam, dziś jest 2 stycznia 2018 roku. Moja serdeczna koleżanka napisała mi , że czas rozbierać choinkę. Minęły święta i Sylwestrowe szaleństwa. Czas na podsumowanie roku, postanowienia noworoczne, życzenia...
 Podsumowując miniony rok, uważam, że był pomyślny i przyniósł wiele dobrego. Odkurzyłam stare szkolne znajomości, zacieśniłam więzi z dalszą rodzinką, wydałam książkę, piszę dwie kolejne. .. Patrząc w lustro widzę, że przez ten miniony rok przybyło mi zmarszczek, ale też przybyło mi pogody ducha i dystansu do problemów, tolerancji wobec wad bliskich. Jestem bardziej wyrozumiała, ale też mniej odporna na głupotę, pazerność, złośliwość i nieżyczliwość. Czego życzyłabym sobie w  Nowym Roku ? Życzę sobie na pierwszym miejscu zdrowia, bo bez niego ani rusz. Chcę też mieć ciągle nowe marzenia i za nimi podążać, aby je realizować. Chcę podróżować, bo ciekawa jestem świata. Chcę bliskiego kontaktu z przyjaciółmi i rodzinką. Chcę poznawać ciekawych ludzi. Życzę sobie wielu pięknych dni  i niech życie przyniesie jak najwięcej dobrych chwil oraz  wiele szczęścia , abym mogła cieszyć  się każdym momentem życia, przyjaciółmi i rodziną.
A jakie mam postanowienia? Chcę być bardziej uważna na innych ludzi. Muszę też wrócić do malowania. Postanowiłam pracować nad samodyscypliną i jak najczęściej pisać.


Wszystkim, którzy odwiedzają mojego bloga życzę pomyślnego, zdrowego roku 2018 i wiele radości życia.

środa, 29 listopada 2017

bieszczadki pop-art



         Nasz czas w listopadowej Wyluzowanej jest  biało czarny, jak staromodna fotografia. W domu mam całe pudełko takich fotek, bo kiedyś tylko takie dokumentowały nasze życie. Niektóre tylko miały odcień sepii, to te jeszcze starsze. Ale całe moje dzieciństwo zamknięte jest w takim właśnie, biało- czarnym obrazie. A że było ono wesołe i beztroskie, to nigdy odcienie czerni i bieli nie kojarzyły mi się z czymś złym, smutnym, czy strasznym. Teraz czas listopadowej mozaiki też nie widzę jako smutny, nudny, czy dołujący.  Po prostu biały puch zasypał nam kolory, jakby bieszczadzkim aniołom  w szale przedmikołajowych porządków rozerwała się wielka poducha z pierzem. I mam za drzwiami chaty wielki obraz w stylu czarno-białego pop-artu. Jako dzieciak , a w zasadzie już podrostek miałam taką pop-artowską szałową sukienkę, której zazdrościły mi koleżanki.
Ale to był już świat " w całkiem innym stylu", jak śpiewała  Urszula Sipińska, bożyszcze wielu ówczesnych nastolatków. Chyba zdecydowanie starzeję się, skoro wracam do tak wczesnych  wspomnień. Zresztą powiedziała mi to dziś moja ździebko młodsza koleżanka, pytając co słychać. Gdy jej powiedziałam o szaleństwach moich kociaków, skomentowała.
-- Wiesz, ty już chyba rzeczywiście jesteś stara, bo już jak moja teściowa mówisz. Ona to tylko w kółko gada o swoim kocie.  Twierdzi, że kota trzeba brać na kolana, aby rozgrzał stawy kolanowe, że kot to najmilsze stworzenie.itp. bzdety.
-- Moja kochana-- przerwałam jej, choć wiem, że to nieelegancko -- z moich kociaków nie radziłabym korzystać , jak z elektrycznej poduszki. Bardziej przypominają podsufitowy wentylator.  Ale, że jestem już nie najmłodsza, to sama doskonale wiem.Przypominają mi o tym właśnie stawy kolanowe.  Ciebie, jak pamiętam też łupią kolana.
Wracając do aury. Tu jest w kratkę. Raz słońce złoci resztki jesieni, koty wylegują się na ciepłym tarasie, a raz jest jak na załączonej fotce.

 Tak jest w Wyluzowanej, a w mieście? Właśnie wczoraj rozmawiałam z siostrą, która powiedziała mi, że nie może doczekać się śniegu, bo miasto stało się brzydkie, brudne i przygnębiające.

 Ma rację, bo w tym okresie najbardziej widać śmieci, błoto. Dnie są krótkie i szare. A jeszcze tak daleko s do wiosny.
Ja zaczęłam myśleć o Mikołaju i prezentach pod choinkę. Staram się robić zakupy starannie, z namysłem. Nie lubię przypadkowych prezentów. Nie robię prezentowych odwalanek.
Lubię, gdy obdarowani cieszą się. konsultuję więc prezenty z członkami rodziny i siedzę w sklepach internetowych. Później jeżdżę do skrytek inPostu i odbieram, składam, pakuję...
Mimo mieszkania w chacie, jakoś sobie z tym radzę.  Gdy mnie znuży pisanie, czytanie, zakupy chodzę na spacery, 
 Zaglądam w różne miejsca niekoniecznie widoczne w czasie, gdy świat zalewa powódź zieleni. I cieszę się, że mogę tu choćby przez chwilę mieszkać.
        -- Co ty widzisz w tej chacie? Nie tęsknisz za miastem? -- pytają koleżanki. W głosie ich słyszę naganę. Za miastem, czyli za prawdziwym życiem emeryta. Zajmowaniem się na okrągło wnukami,
życiem cudzymi kłopotami, rozwiązywaniem cudzych problemów. Bo przecież życie dzieci nie jest moim życiem. Ja im tylko mogę kibicować. Dawać wędkę, bo nie jestem zwolennikiem dawania gotowej ryby i to już przyrządzonej. Znajomi inaczej widzą swoje życie w przyszłości na emeryturze. Chcą czuć się niezbędni, móc decydować za swoje dzieci, bo oni najlepiej wiedzą. Najlepiej też potrafią wychowywać... A ja?  Czy powinnam się czuć winną, że chcę żyć inaczej? Że w środku nie czuję się stara. Mam swoje plany, marzenia. Czy emerytura musi zawsze oznaczać margines życia?
Wiem, że wszystko ma jakiś kres. I dla mnie kiedyś skończy się  podróż do chaty. Są przecież choroby, niesprawność...samotność. Jednak nie chcę o tym myśleć, tak jak o tym nie myślą ludzie młodzi.

Miło mi, że dawni współpracownicy o mnie pamiętają, zapraszają na wspólne małe obchody świąt, okrągłych rocznic.  Jednak wiem też, że już jestem tylko gościem, mimo iż chciałabym czuć się jak koleżanka. Ale czy rzeczywiście?  Przecież zamknęłam drzwi. Żyję innym życiem. Życiem , które świadomie wybrałam, mimo niewiedzy ile lat tak będę mogła jeździć 400 km w jedną stronę.




wtorek, 21 listopada 2017

Lukrowana Wyluzowana


          Gdy w niedzielę rano wstałam zaspana i spojrzałam przez okno, coś mi nie pasowało w krajobrazie zaokiennym. W tamtej chwili niespecjalnie się tym nad tym zastanowiłam. W zasadzie powinnam napisać, że tylko zarejestrowałam ten szczegół, ale nie przejęłam się. W ramach wyjaśnienia;  moje szare komórki  rankiem bardzo wolno startują i dopiero w okolicach godziny dziesiątej są na pełnym rozruchu. Wcześniej działają na ćwierć gwizdka. 
Ale wracając do właściwego tematu, zarejestrowałam, że nasza Wyluzowana zmieniła koloryt. I tyle. Gdy już lepiej kumałam, zrozumiałam, że wszystko pokryła cieniutka warstwa białego śnieżnego lukru. Przez siwą warstwę chmur z trudem przezierało się poranne słońce.
          -- Ale to nie powód, aby opuścić niedzielną wycieczkę. -- pomyślałam.
Na tarasie Kizia-Mizia właśnie przyniosła swoje  świeżo upolowane śniadanko i zachęcała dzieciaki do konsumpcji. Jednak Masza i Misza wylegiwały się w swojej dziecięcej kociej sypialni i " zapakowane śniadanie" wyraźnie ich nie obchodziło.
 Kocica sama też nie brała się do konsumpcji , a mysie zwłoki  stanowiły bardziej wątpliwy element dekoracyjny, niż apetyczne śniadanko.
        -- Moja droga, to ja ci tu zaserwuję śniadanie konkurencyjne! -- powiedziałam uchylając drzwi, aby sięgnąć po miski. Mysie zwłoki nie są dla mnie niczym nowym, bo codziennie je widuję. Kocica jest dobrym i honorowym myśliwym. Stara się dokładać do utrzymania. Jednak w drodze po miski muszę uważać, aby w nie nie wdepnąć. I za żadne skarby świata nie dotknęłabym tej mysiej ofiary. Jednak doceniam starania Kizi-Mizi. Pamiętam, jak to było przed jej pojawieniem się w naszej posiadłości. Jędrek tonami kupował różowe kulki, które myszy gromadziły w różnych, sobie tylko wiadomych miejscach, a  populacja ich i tak nie ubywała.  Jednego roku nawet zamyszyła się nam chata. Pozbyć się dzikich lokatorów nie było łatwo. Połowę produktów żywnościowych musieliśmy powyrzucać.  A w tym roku, pomimo wieści, że to rok płodny w myszy widujemy jedynie mysie truchła, równo poukładane na tarasie. Stanowią eksponaty pokazowe  i treningowe dla kociej dzieciarni. Tym razem podane przeze mnie śniadanko zdecydowanie bardziej skusiło kociaki. Wsadziły łebki do miski z rozwodnionym ciepłą wodą mleczkiem, a później zajadały się mokrą , posiekaną , krwawą wątróbką. Masza brała ją na pazurki, podrzucała do góry, łapała w powietrzu i tak w kółko, dopóki się nie znudziła. W końcowym efekcie i tak kawałek kończył w jej brzuszku. Matka z synkiem nie tracili czasu na zabawę, tylko pałaszowali, aż im się uszka trzęsły i to dosłownie. Pogardzony mysi eksponat poleżał trochę, później został przez Jędrka usunięty z tarasu.
W okolicach południa zdecydowaliśmy się na wycieczkę. Mieliśmy pójść na Żuków. Pojechaliśmy przez Łobozew w stronę Ustrzyków Dolnych. Skręciliśmy w stronę góry. Śnieg początkowo prószył delikatnie. Płatki były drobniutkie , ale im bliżej było szlabanu, gdzie mieliśmy zostawić samochód, tym bardziej prószenie zamieniało się w śnieżycę, a płatki stawały się coraz większe.  
      
 Bardzo szybko krajobraz zmieniał barwę. Wyszłam z samochodu. Zawiewało. W ciągu paru minut moja jesienna kurtka zrobiła się mokra . Nos odmarzał. Musieliśmy zawrócić.
 Po dokładnym strzepaniu śniegu pojechaliśmy w stronę Teleśnicy. Szukając zjazdu nad zatokę znowu wspięliśmy się pod górę. Im wyżej, tym wiatr był większy, śnieg stawał się bardziej dokuczliwy i bardziej gęsty. Znowu musieliśmy zawrócić, bo skończyła się droga. Gdy zjechaliśmy nad zaporę na Solinie od strony Łobozewa, przestało padać. Wycieczka nasza skończyła się więc spacerem na koronie zapory, która teraz jest dalej w trakcie remontu.








        Mimo iż pogoda nie dopisała i nie zrealizowaliśmy planu wycieczki, mieliśmy trochę niedzielnego ruchu. A propos ruchu; odkąd przyjeżdżam do chaty na dłuższe okresy czasu, szukam różnych form aktywności dla osób w moim przedziale wiekowym. Będąc w październiku na basenie w Lesku, spotkałam tam grupę osób młodych na tzw. aqua aerobiku. Próbowałam z nimi ćwiczyć i stwierdziłam, że to fajne i jak przyjadę w listopadzie na ponad miesiąc, zapłacę za zajęcia i za każdym razem, gdy będę przyjeżdżać, będę opłacać zajęcia na kolejny okres. Po przyjeździe , gdy zapytałam  na basenie o zajęcia, otrzymałam odpowiedź, że mało było chętnych i " nie opłaca się". Próbowałam znajomych pytać o jakieś inne  zajęcia, np.  taneczne dla seniorów, ale ani w Lesku, ani w Ustrzykach niczego takiego nie znalazłam. W okolicznych wsiach w ogóle niczego takiego nie ma i to zarówno dla młodych, jak i dla starszych. Ludzie po pięćdziesiątce siedzą w domu, albo w kościele. Sami się wykluczają.
Bardzo brakuje mi innych form aktywności. Pozostają spacery z kijkami, czy też basen . Nie mam aż tak dobrej kondycji, jak mój mąż, który bez względu na pogodę jeździ po górskich drogach rowerem.
Pod tym względem mieszkanie w mieście ma swoją lepszą stronę.
Pozostają mi ; samotne ruszanie się na basenie i niedzielne wycieczki.