poniedziałek, 5 czerwca 2017

Radość o poranku.



        --" Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić" -- cichutko podśpiewuję pod nosem, zerkając na stary zegar.  Jest 4. 48. Nie dowierzam. Sprawdzam na elektronicznym wyświetlaczu. Tak , jest 4.48.
Zerkam przez prawe ramię w kierunku drzwi sypialni i łóżka. Mój ślubny mężczyzna pochrapuje , aż miło. Uśmiecha się. Pewnie śnią mu się wielkie ryby, albo wycieczka rowerowa, a zresztą kto go tam wie...
         -- Chyba zwariowałam! -- besztam siebie gdzieś w zaspanym środku ciała. Może w głowie, bo śrubki jakoś bardzo wolno się kręcą, a myśli mają tempo ślimaka, który sobie pełza między okazałymi liśćmi babki lancetowatej.


Zaspane oczy mają lekko rozmazany obraz. A usta składają się do ziewania. I mało elegancko rozdziawiam buzię. Ziewam, sunąc w stronę tarasu.
        -- Przecież poszłam spać przed pierwszą, bo dopadła mnie ciekawa książka. --  myślę zdziwiona, ale zaraz staję w obronie swojego prawa do  wczesnego wstawania. -- A swoją drogą to książki mają ten dziwny zwyczaj, że dopadają mnie najczęściej około dwudziestej trzeciej. I przewlekam moment zanurkowania w ciepłym łóżeczku w nieskończoność, czyli do północy, do pierwszej,... wszystko zależy od tego, kiedy umowę wypowie mi zmęczona świadomość. Najczęściej zasypiam z nosem w książce. Czy dlatego nie mam oglądać świtu i tracić parę godzin poranka?
Wrzucam na grzbiet gruby sweter, na stopy wciągam skarpety i otwieram drzwi na taras. Jeszcze tylko jakieś klapki i jestem gotowa do przywitania się z poranną Wyluzowaną. Słoneczko już wstało i
serdecznie wita się z  krzakami dzikiego bzu, porastającymi brzeg naszej dróżki. Wydaje się, że krzewy uwięziły słońce w swoich ramionach. Ja widzę tylko mały złoty lampion otoczony zielenią.





         -- " Nim w górze tam skowronek zacznie tryl, jak dobrze wcześnie wstać dla tych chwil.
Gdy nie ma wad wspaniały, piękny świat. Jak dobrze wcześnie rano wstać . la la la..." --
nucę na cały głos, robiąc konkurencję ptaszkom. Tutaj mogę sobie pozwolić na poranne fałszowanie, bo oprócz przyrody nikt mnie nie słyszy. Jędrek pewnie w najlepsze przekręca się z boku na bok. A ja dalej wyśpiewuję.
         -- "Otrząsa się z rosy bez. Chcę w taki dzień znaleźć cię.Obiecał mi
Poranek szczęście dziś. I szczęście dziś musi przyjść. Nie zmąci mej radości żaden cień. Wschodzące słońce śmieje się. Co za dzień ."... -- ściszam głos, aby posłuchać kukania.
        -- Kukułeczko , o czym kukasz? Komu coś liczysz? A może zgadniesz ile mam lat? -- śmieję się, bo jakie znaczenie ma dzisiejszego poranka moja metryka?




        -- Jeden , dwa, trzy , cztery... oj nie doliczysz się.  -- nudzi mi się bezmyślne liczenie i znowu zaczynam śpiewać piosenkę, która mnie prześladuje od świtu.
          -- " Obiecuje nam ranek wszystko co chcemy mieć. Miłość ludziom , deszcze listkom, słowom sens. Budzimy się do życia naiwni tak, jak czasami porankiem bywa. Piękny świat... " - urywam bo muzyka zielonego świata , na którym stoi nasza chatka jest o niebo lepsza. Dziwię się, że jeszcze nie zostałam wygwizdana przez kosy. Ale one najczęściej gwiżdżą przed deszczem, a dzień zapowiada się słoneczny. Więc patrzę, jak słoneczne promienie głaszczą listki, kłosy trawy , kołyszące się na wietrze, jasne główki stokrotek, ...
           --..."  łaj di di di baj baj...Wstaje świt! Taki piękny to czas. Chce się żyć.I chce się wstać. Bo chce się żyć... łaj di di di baj baj.Szkoda dnia. "-- znowu nucę wbrew swojej woli piosenkę, ale pasuje ona dzisiaj jak ulał do mojego cudownego nastroju, słonecznej pogody, bezchmurnego nieba i tego raju na ziemi. Raju w naszej wyluzowanej. Za moment przywitam się , jak słoneczko z roślinkami,



 ptaszkami, jaszczurkami...


I na koniec jeszcze zaśpiewam.
         -- "Nie zmąci mej radości żaden cień, wschodzące słońce śmieje się. Co za dzień!"
A później zrobię sobie ogromny kubek kawy i wypiję go bez pośpiechu na tarasie.  A później wolniutko i z uśmiechem wejdę w dzień.

piątek, 2 czerwca 2017

Prywatny kawałek raju




         -- Wiesz, uciekło nam dwa miesiące wiosny i bieszczadzkich bukietów. -- powiedziałam z żalem do Jędrka, wyjeżdżając z Leska w stronę Bieszczadów i naszych chat. Właśnie mijaliśmy magiczną bramę Bieszczadów.  Zamyśliłam się. Jakoś posmutniałam, pomimo zbliżania się do Wyluzowanej. Jędrek popatrzył na mnie i pokiwał głową, ale musiał skupić się na prowadzeniu samochodu. Padał deszcz, wiało. Właśnie mijała wiosenna burza, a my  mijaliśmy kamień leski w Glinnym.
        -- Szkoda wiosny, ale może w przyszłym roku będzie lepiej! Czasem już tak się układa. Za to nadgoniliśmy pracę w naszym miejskim mieszkaniu i ogródku.
Jeszcze w sobotę w pocie czoła i palącym słońcu malowaliśmy płot wokół miejskiego ogródka, a dzień później, w poniedziałek poprawialiśmy niedoróbki. Na naszej osiedlowej uliczce staliśmy się malutką sensacją, która wniosła trochę rozrywki w senne życie mieszkańców, z których większość wiodła  wolne i trochę nudne życie emeryta. Do prac remontowych zabraliśmy się we trójkę; ja, Jędrek i Lucyna. Jędrek samozwańczo obwołał się kierownikiem ekipy malarskiej i kontrolerem jakości. Zresztą nie protestowałyśmy, bo tylko on miał w tym temacie jakieś pojęcie. Krytykował, pokazywał , poprawiał.
Zaopatrzona w słomkowy kapelusz, płócienne spodnie, parę rękawiczek, pędzel i puszkę szarej farby machałam pędzlem, jakbym musiała tym zarabiać na chleb. I ciągle słyszałam cierpkie.
        -- Nie głaszcz ramy tym pędzlem! To nie obraz. Więcej nabieraj farby, bo nie pokrywa starej farby!
W pocie i znoju machałyśmy i machałyśmy.  Robota posuwała się, ale  Lucyna też na mnie furczała.
        -- Nie tak dużo farby, bo zacieki  robisz. Wychodzą brzydkie frędzle!
        -- Jędrek dużo, czy mało? -- pytałam skołowacona i malowałam po swojemu, bo wiedziałąm, że i tak nikomu nie dogodzę.
Cały czas sąsiedzi śledzili tempo naszych prac i oglądali nas jak jakieś dziwo. Śmiejąc się  komentowali.
       -- No, teraz to płot będzie jak ta lala. -- To mówił stary sąsiad , który trzykrotnie przyjeżdżał z końca uliczki, aby nas pooglądać.
        -- Właśnie wczoraj skończyłam swój płot! Masakra. -- powiedziała ze współczuciem sąsiadka idąca na ostatnie sobotnie zakupy.
        -- Ale masz synek ekipa ! Wiela płacisz za szychta! -- Znajomy kierowca ciężarówki zatrzymał samochód i przystanął obok nas., zagadując Jędrka.
       -- A co, moja ekipa ci się nie podoba? -- roześmiał się mój mąż. -- Robotne dziołchy.
       -- Jak robotne, to i szwarne. Podobają się. A daj im przynajmniej na lody, bo war taki, że jajca na słońcu ugotować  można.
Przypominałam sobie te dogaduszki , a samochód był coraz bliżej Bóbrki,  Wyluzowanej i chat. Gdy burza się skończyła,  dojechaliśmy. Przywitała nas ściana zieleni. Przyroda szalała.

           Na moment wyszło słońce. Chyliło się już ku zachodowi, rozświetlając     

                                                                kwitnące kosaćce.



     

 Na łące trawa była po pas. Zieloną płaszczyznę rozświetlały białe główki margaretek. 


                                    Trawnik pomiędzy chatami aż prosił się o skoszenie. 



  Stok powyżej linii chat zamienił się w pochyły perski dywan.Witaliśmy rozśpiewaną wieczornymi trelami ptaków naszą rajską Wyluzowaną. 

 Wyluzowana witała nas. Drzewa machały do nas brzozowymi gałęziami poruszanymi wiatrem.


I tylko ślimak nic sobie nie robił z tego wieczornego zamieszania. Podążał dalej w kierunku swoich ślimaczych spraw.

Na tarasie zastaliśmy pieczęć po zwierzęcej inspekcji . Nie wiem ile czasu trwała ta inspekcja.

Nasza inspekcja trwała około godzinki. Musieliśmy na szybko  posprawdzać stan Wyluzowanej.  Żadnych strat. Uf! Więc słońce zdecydowało się schować za Berdem. Czas wejść do chaty.


piątek, 26 maja 2017

Z perspektywy dnia wzruszeń



        -- Dzyń, dzyń! --- aż  podskoczyłam, bo dzwonek,  który rozdarł ciszę poranka, był energiczny i intensywny.
        --  Pali się? -- pomyślałam nerwowo, idąc w stronę drzwi. Za moment stałam oko w oko z niesamowicie przystojnym młodym mężczyzną, uśmiechającym do mnie. Uśmiech był zaraźliwy. Za moment i moje kąciki ust podniosły się. W ręku mężczyzny widniał bukiet różowych kwiatów.
        -- Poczta kwiatowa. -- powiedział, widząc na mojej twarzy zaskoczenie i niedowierzanie.
        -- No tak, przecież dziś " Dzień matki"!-- przypomniałam sobie i  mój uśmiech poszerzył się, gdy podpisywałam dowód doręczenia kwiatowej przesyłki.
        -- Miłego dnia! -- usłyszałam jeszcze i po chwili przystojny doręczyciel zniknął z mojego życia.
        -- Szkoda, że piękno tak szybko przemija. -- pomyślałam z żalem. I nie chodziło mi o zatrzymanie na dłużej momentu  cudzego uśmiechu, który był szczery, a nie sztucznie przyklejony do twarzy. Bardziej o przedłużenie tej chwilki, gdy czułam się zaskoczona, rozbawiona, radosna, ważna.  Przypomniałam sobie siebie sprzed wielu lat, kiedy dużo częściej zdarzały mi się bukiety kwiatów, z którymi stawał w drzwiach mój mąż... Teraz , gdy jestem dojrzałą kobietą o kwiatach pamięta rzadziej. I zatęskniła za tymi momentami jakaś cząstka mnie,  kobiety.  Ukryta w środku lekko przeterminowanego ciała młoda dusza zatęskniła za tymi chwilami...
Zamknęłam drzwi i mimo, iż wiedziałam od kogo są kwiaty, przeczytałam bilecik. "  Kocham Cię Mamuś . Wszystkiego najlepszego".
Moje oczy zaszkliły się. Serce przyspieszyło. To z radości, bo kocham kwiaty i córeczka wie o tym.
        -- Dzisiaj będzie piękny dzień! -- zanuciłam pod nosem.       
Wróciłam do kuchni i wzięłam do ręki kubeczek z kawą. Otwarłam drzwi na taras, usiadłam do laptopa. Zanim weszłam  w internet, coś zaszurało i w drzwiach tarasu stanął uśmiechnięty przystojny mężczyzna. Mój syn! W ręce trzymał bukiet kwiatów.
      -- Wszystkiego najlepszego! -- pochylił się nade mną i cmoknął mnie w policzek. I znowu oczy znalazły się w mokrym miejscu. Uściskałam serdecznie mojego przystojnego syna.
       --  Widzę, że moje dzieci pamiętają o matce! -- powiedziałam z uśmiechem, próbując radością przebić się przez wzruszenie.
       -- A dlaczego miałyby nie pamiętać! -- odpowiedział mi z zarzutem w głosie.
-- Wyskoczyłem na moment z pracy, aby ci złożyć życzenia. Teraz muszę już lecieć. -- dodał.
I  za chwilę pozostała po nim w powietrzu  jedynie mała nutka zapachu wody toaletowej.
        -- No właśnie. Dlaczego miałyby nie pamiętać? -- pomyślałam ze wzruszeniem , zabierając się za bankowe przelewy.
         -- Dzyń, dzyń ! -- ponownie w ciszę wdarł się obcy dźwięk. Popatrzyłam na wyświetlacz telefonu. Córka!
          -- Wszystkiego najlepszego kochana! -- usłyszałam. Roześmiałam się.
         --- Ale masz wyczucie czasu! Właśnie niedawno dostałam kwiaty. Piękne. Wzruszyłam się. A bonus , to był przystojny doręczyciel. -- powiedziałam i usłyszałam szczęśliwy śmiech córki. Chwila miłej rozmowy i znowu zostałam ze swoimi myślami. No cóż, jak ten czas leci! Moja córka jest mamą i doskonale wie ile szczęścia daje pamięć dzieci. Zamyśliłam się. Pomyślałam o  mamie, babci, która dla mnie była jak mama... Znowu łezka w oku się zakręciła...
        -- Co ja robię się taka miękka? -- zganiłam się. --  Parę myśli, parę wspomnień i zachowuję się, jak fontanna.
        -- Kap, kap, płyną łzy...-- zaśpiewałam fałszywie i zajęłam dalszymi przelewami.
        -- Dzyń, dzyń! -- dzwonek u drzwi oderwał mnie od komputera. W drzwiach stał mój prywatny przystojny mężczyzna obładowany siatkami.
        -- I na dziś to wszystko!. Muszę zabrać się za swoją pracę. Zrobiłem zakupy, byłem u mamy na cmentarzu....-- wniósł do kuchni zakupy.
A ja pobiegłam do siostry i umówiłam się na późne popołudnie. Właśnie sprzątała taras. Tata siedział pod parasolem w swoim starym fotelu i odpoczywał.
        -- Czy możemy około osiemnastej pojechać na cmentarz do mamy? -- zapytałam.
Przecież w Dniu Matki zawsze popołudniu przychodziłyśmy do Mamy. Przynosiłyśmy  kwiaty, jakieś dobre słodycze oraz serdeczne życzenia. Dlaczego miałybyśmy o tym nie pamiętać, pomimo iż zmieniła miejsce zamieszkania?...


Ps. A za parę dni wyruszam do chaty. Na razie spacerujemy na miejscu. Opuszczamy miasto i wędrujemy.  Jest pięknie. Wiosennie, zielono i kolorowo, jak to wiosną.


       






czwartek, 11 maja 2017

sentmentalny okruszek życia



         Poprzednie dwa tygodnie spędziłam w mieszkaniu Taty.  I nasz ogród widziałam z perspektywy pierwszego piętra. Czasem jednak warto zobaczyć pewne miejsca, pewne sprawy z innego miejsca. Pomaga to docenić te fajne rzeczy, które posiadamy. Choćby nasz ogród. Widziany z góry jest kolorowy, fantazyjny...Jest taki piękny wiosną, że tęsknota za wiosną Bieszczadu już tak bardzo nie doskwiera. Moja siostra mogła wyjechać na długi urlop i odsapnąć od codzienności. Wróciła opalona, zadowolona, pełna wrażeń i wygrzana na słoneczku, bo tam gdzie była, grzało do 30 stopni.
Siostra wróciła do swojego mieszkania, które dzieli z tatą i do swojego życia. A ja mogłam wrócić do swojego mieszkania i stęsknionego męża.





Myślę, że te dwa tygodnie pozwoliły mi na zrewidowanie spojrzenia na codzienność. Poza tym znowu mogłam odświeżyć bliskość z Tatką, która w natłoku codziennych spraw, innych zajęć, czasu poświęcanego wnukom, czy Bieszczadom trochę się zakurzyła. Wspólne mieszkanie  pozwoliło mi na odświeżenie naszych więzi. Nie, nie pogorszył się jego stan zdrowia. A wręcz przeciwnie. Tata znowu funkcjonuje fantastycznie. Przez dwa tygodnie rozchodził się , usprawnił. Teraz wiem, iż doskonale sobie radzi, mimo skończonych 87 lat. I gorąco namawiam go, aby nie gnił przed telewizorem, nie tracił czasu na wgapianie się w szklany ekran, ale wychodził na spacery, spotykał się ze znajomymi, miał kontakt ze światem zewnętrznym.

Jestem zdania, że warto włożyć trochę wysiłku w życie. Szkoda marnowania czasu na wegetację. Od niego zależy, czy czas, który będzie mu dany zmarnuje, czy wykorzysta i będzie z zadowolony z życia.
Początki uaktywniania Taty były trudne, a przekonanie go do wyjścia z domu żmudne. Jednak pomogło słoneczko i udało mi się zaciekawić go wiosną widzianą z bliska, a nie z balkonu.
Pierwszy spacerek, pod rękę był krótki, ale Tata uwierzył w swoje siły.
Kolejny był już z laseczką. I tak zwiększaliśmy dystans, aż w poprzednią niedzielę udało mi się wyciągnąć Go do starego parku . Pojechaliśmy do Sławięcic.







Około godziny spacerowaliśmy po starym parku. Jako nastolatka spędziłam w nim wiele godzin. Po parkowych ścieżkach chodziłyśmy z koleżankami, szepcząc sobie do ucha sekrety. Tu umawiałam się na pierwsze nastoletnie randki. Sławięcicki park zawsze mnie urzekał. Wiele lat temu był piękny. Siadałam na ławeczce i rozmyślałam o właścicielach tych posiadłości, których wojna i zły czas wygnały z tego skrawka ziemi. Podziwiałam różnorodny , rzadko spotykany drzewostan. W środku parku stał  pałac, który już za moich nastoletnich  czasów był ruiną. Teraz już go nie ma. Pozostały jedynie resztki kolumn, które jakiś architekt przestrzeni wpasował w przestrzeń parku . Wiele starodrzewia zniknęło. Pozostały nieliczne okazy, które równie często są połamane, zaniedbane. Przestrzeń wokół szkoły średniej, do której kiedyś  chodziłam, jest bardziej zaniedbana, niż dalsza część parku. Szkoda, bo ukrytych zostało tu wiele pięknych wspomnień ludzi, którzy tu się edukowali.
Spacerując powoli, rozmawialiśmy o minionym czasie. Tata się ożywił i nie zauważył , że spacerował całą godzinę. W nagrodę zaprosiłam go do cukierni na wspaniałe tiramisu i pyszną herbatkę. Musiał jakoś uzupełnić stracone kalorie. I było to smaczne uzupełnienie energii.



Za tydzień, może dwa wracam do swojej chatki. Może jeszcze załapię się na bieszczadzką wiosnę.
Znowu zamienię się w wiejską kobietę , która usiądzie na tarasie i będzie patrzyła na zmieniające się kolory Berda, podglądała ptasie życie i pisała .

Jeszcze tylko muszę się podzielić swoją radością ; dzienne światło ujrzało moje nowe dziecię;

wydane przez wydawnictwo; www.mybook.com  , również w formie e-booka.
Bardzo się z tego cieszę, bo mogę nadal pisać kolejne książki.


piątek, 21 kwietnia 2017

Wiosenno- zimowe paczworki czasu



         -- Popatrz co jest napisane na pogodynce! Gwałtowne załamanie pogody ! --  Usłyszałam głos Jędrka, który kończył przedwyjazdową kawę i równocześnie czytał co dzieje się w kraju i w świecie. Był to codzienny śniadaniowy rytuał. Oczywiście wiadomości odczytywał na ekranie telefonu.  To była jego  tzw. prasówka. Ja zdecydowanie wolałam omijać te informacje. Po co mi wiedza o kolejnej próbie  bomby w Korei, nowych ofiarach agresywnej polityki mocarstw , o zbrodniach, nieszczęściach dotykających dzieci, niewinnych ludzi o całym brudzie tego świata ?...
        Z chwilą, gdy wjeżdżamy do naszej wyluzowanej posiadłości, świat zewnętrzny prawie przestaje dla mnie istnieć. Jedynie jestem powiązana niewidzialnym sznurkiem z moimi dziećmi, ojcem, siostrą , no i najbliższymi przyjaciółmi. Reszta odpływa na inną galaktykę.
Nasza Wyluzowana, czyli skrawek bieszczadzkiej zieleni z dwoma chatami przycupniętymi na półce, na stoku Kozińca jest odmiennym światem, gdzie czas chodzi piechotą i odmierzany jest krokami drozdów, spacerujących po stoku, zachodami i wschodami słońca. Gdy odjeżdżamy chowa się  w starych skrzynkach zegarów i czeka na nas przyjazd. Początkowo od niechcenia bawi się wskazówkami starego zegara, leniwie przesuwając je po białej tarczy. Gdy mu się znudzi, zapada w mocny sen i po powrocie zastajemy nieruchome wskazówki, które budzimy do życia  obrotem żelaznego kluczyka. Czas w Wyluzowanej jest staromodny. Daje znać o sobie głosem kukułki, wyskakującej , jak Filip z konopi z małego okienka pod rzeźbionym daszkiem i melodyjką pozytywki, do której tańczy mały murzynek...
 W Wyluzowanej prowadzimy życie proste, leniwe, zgodne z rytmem pory roku i otaczającej nas przyrody. Tydzień przed Wielkanocą było słonecznie, miło i tarasowo. Kawa na drewnianym tarasie miała smak wiosny i  aromat wiosennych pierwiosnków, którymi w Bieszczadach obrośnięte są  całe stoki. W dolinach , obok strumyków królują z kolei kaczeńce. Nasz stok pokrywa dywan z zawilców.
Przed wyjazdem brzozy pokryły się delikatnym zielonym woalem , a po pierwszym ciepłym wiosennym deszczu i inne drzewa zarzuciły na siebie muślinowe zielonkawe chusty pierwszych listków. Do kwitnienia szykowały się dzikie czereśnie. Kopuły gór zamieniały się w bukiety. A my musieliśmy wracać! Tak jak zawsze pobyt tutaj w pewnym momencie urywa się i wracamy do miasta. I do wszystkiego co życie w nim oznacza.
        Tym razem również powrót nasz do miasta zaczął się od załamania pogody. Początek nie był najgorszy , choć wyjeżdżaliśmy w deszczu.
-- Dotknij mojego rękawa. Zobacz jaki jestem mokry. Ale rozpadało się! Szczęście, że większość bagaży  już włożyłem do samochodu! -- powiedział Jędrek, wyciągając z opakowania papierową chusteczkę, którą wytarł mokre czoło. -- Gotowa? - dodał.
-- Już dopakowuję nabiał , biorę koszyk i możemy jechać. -- odpowiedziałam i przeszłam się po parterze chatki, sprawdzając, czy wszystko zapakowaliśmy.
Za moment przekręciłam klucz w drzwiach wejściowych i wsiadłam do samochodu.Deszcz rozpadał się na dobre. Jadąc wolniutko gminną drogą wspięliśmy się samochodem do głównej drogi, która wije się powyżej Wyluzowanej , a później zjechaliśmy do wioski, aby dalej jechać w kierunku Rzeszowa, Krakowa, Katowic, Opola....
-- Zapowiadali deszcz i jest deszcz. Ale leje! -- powiedział Jędrek  -- Ale w samochodzie deszcz nam niestraszny i wracać mniej żal.
-- Masz rację. Mniej. -- odpowiedziałam, ale jakoś nie było mi weselej.
Droga była, o dziwo, niezła. Deszcz nas pożegnał na granicy Podkarpacia. Przyjechaliśmy do miasta późnym popołudniem. W ogrodzie przywitała nas paleta wiosennych barw. Magnolia przekwitała.
Przedświąteczne przygotowania zajęły nasz czas i myśli. Gdy stroiłam dom do Wielkanocy, z ogrodu przyniosłam całe naręcze kolorowych tulipanów, chociaż zawsze żal mi ścinać kwiaty zdobiące nasz ogródek. Poczułam się jak złodziej okradający wiosnę.
Patrząc  parę dni później na ogródek, pomyślałam sobie, że jednak mogłam pościnać ich więcej, bo w poniedziałek przyszła zima z obfitymi opadami śniegu i złośliwie zakryła kolory.


  

    Od świąt nasz świat jest  miejski, brzydszy i dużo chłodniejszy. Czas przyspieszył. Pewnie tu w mieście mamy inny czas; nowocześniejszy, elektroniczny. Czas  obecnego świata. Osaczyły mnie expresowe wiadomości z mediów; kłótnie , wojny podjazdowe i  te wojny w których giną ludzie... Czuję się zahibernowana chłodnym wiatrem, miejskim zanieczyszczonym  powietrzem... I czekam na słońce, kolory, oraz spotkanie z chatą i Wyluzowaną. Czekam na spotkanie z naszym światem, który jest prosty, kolorowy i rozćwierkany radością życia.

Ps. Moja książka " Ogród motyli" jest już na witrynie internetowej wydawnictwa "My book"-http://www.mybook.pl/

wtorek, 11 kwietnia 2017

wiosenny spacer

widok na Bieszczady z szybowiska



„Wiosenny spacer”

stawiam kroki ku wiośnie
bo słońce
bo początek zieleni
bo moda na  fitness…
ale też
by odgonić siebie inną
być może już za dekadę
dwie
nie śmiem myśleć
o trzech
ale dziś to nieważne
bo chodzi za mną
mój anioł stróż
i śpiewa wiatrem patrząc na
przydrożne kaczeńce
stuka w korę jak dzięcioł
czerwone portki
i gwiżdże z podziwu
jak kowalik
co wyrzucił z budki sikorkę
a uwił gniazdo dla innej
czy to coś nowego
mówi pogardliwie anioł
przeglądając się w tafli
obłoków płynących wolno 
po zalewie wśród zielonych
listków
bo razi je wiosenne słońce

Bóbrka 10.04.2017r.



         Miałam małą przerwę techniczną w pisaniu i wykorzystała to wiosna. Podkradła się na naszą wyluzowaną posiadłość i zarzuciła zielone woale na drzewa i krzewy. Jeszcze przez gałęzie widać drugi brzeg zalewu, a przez pnie prześwituje tafla perlącej się w słońcu wody, ale patrząc na tempo rozwijających się listków, za parę dni i to zniknie. Brakuje mi jeszcze burzy kolorów, więc posadziliśmy bratki, aby mieć choć namiastkę.



Ja, niestety, zostałam unieruchomiona nie tylko jeśli chodzi o pisanie, ale i o wszelką działalność. Jędrek wszelkie czynności ogródkowe i około domowe musi wykonywać całkiem sam. Nie powiem, abym mu dotychczas bardzo pomagała, bo jeśli chodzi o ogródek, to on jest samograjem i nie lubi wchodzenia na jego teren. Ale pojemniczki z kwiatkami, trawniczki i inny drobiazg to było miejsce, którego nie mogłam popsuć i do którego zostałam zostałam dopuszczona. Tym razem siła wyższa. I to odpadło. Siedziałam więc sobie w chatce, bądź na tarasiku i smętnie przez ciemne okulary patrzyłam w dal. Aby mi osłodzić chwile uwięzienia mój mąż przynosił mi i pokazywał , a to wyjątkowo wielkie pędraki, a to jakieś dziwne grzyby...



I spędzał całe dnie na stoku. Gdy miał dość, to wsiadał na rower i mknął w nieznane. Nie ukrywam, że trochę było mi tęskno za spacerami, nie mówiąc nawet o jeździe na rowerze. Postanowiłam, że następnym razem przywiozę ze sobą swój rower i trochę pojeżdżę sobie po okolicy. Nie mam takiej kondycji, jak Jędrek, który wjechał rowerem nawet na Koziniec, ale myślę, że jak mi będzie za stromo, to rower poprowadzę. Wracając do mojego oglądania świata z tarasu, to i taka sytuacja ma swoje dobre strony. Mam czas na obserwacje przyrody. To niezły spektakl na żywo.




Parę dni temu minął mój areszt domowy. Aby to uczcić w niedzielę pojechaliśmy na małą wycieczkę. Najpierw była Góra Sobień z ruinami zamku Kmitów, a później wąziutką wstążką asfaltu wspięliśmy się na szybowisko w Bezmiechowej. Widoki stamtąd powalają na kolana, albo jak kto woli zapierają dech w piersi. Pięknie widać całe Bieszczady.


ścieżka na górę Sobień




Szybowisko w Bezmiechowej Górnej mieści się na stoku Kamionki ( 631 m n.p.m.)
Od powrotu z szybowiska weszłam w nową erę pobytu w chacie. W poniedziałek poszłam na długi trzygodzinny spacer z kijkami do Myczkowiec. Było pusto i cicho. Po drodze w obydwie strony minęło mnie może trzy samochody. Uwielbiam ten czas, gdy bieszczadzka przyroda już tętni życiem, a ludzie nie rozjeżdżają i nie rozdeptują ścieżek leśnych.