W tym pośpiesznym poście nie będę pisała o całym pobycie, bo wiele wydarzyło się. Tym razem chciałabym powspominać jedynie o czasie wieczornym, gdy chaty zapadały w wieczorny sen.
Tym razem z uwagi na towarzyszącego nam ojca, mój własny czas w chacie dzieliłam na poranne obserwacje drozdów i ich walki terytorialne, kiedy to z kawą w ręce zasiadałam rankiem na tarasie, a wieczorne spacery, na których napawałam się niesamowitym spektaklem przyrody przygotowującej się do snu. Moje spacerki owocowały w barwne zdjęcia, nawet jeśli słońce już układało się do snu.
Wyobraźnia podsuwała mi kolorowe piernaty aniołów, zalegające ogromne sypialnie nieboskłonu. Czyż te chmury nie wyglądają, jak poduchy wykończone złotą koronkową falbanką?
Urok chowającego się za górkę słońca jest niesamowity. Przyciąga wzrok, jak ogień trzaskający na kominku. Tworzy magiczny nastrój. Brzozy wydają się być oblepione zielonymi aniołami, które kołyszą się na gałęziach. Nie ma wiatru, a gałęzie kołyszą się, szeleszczą... Taka kołysanka aniołów.
![]() |
Tata starał się chodzić rankiem, zaraz po śniadaniu. Miał wtedy najwięcej energii i siły.
Lubię obserwować chatkę z daleka, jak wyziera zza kępy drzew. Nawet z drogi widzę, jak tam dobrze, zacisznie i cicho. Czekam na moment, gdy światło dnia zaniknie. W mroku widać jej oczy błyszczące toczącym się wewnątrz życiem. Około północy zasypia.
Na koniec mała refleksja. Nic dziwnego, że odwiedzają nas zwierzęta; sarny, mnóstwo ptaków i mniej sympatyczne miedziany padalec, a nawet żmije. Boję się żmij, szerszeni, ale muszę uczyć się żyć obok nich. To w końcu my tutaj jesteśmy intruzami.