I. Bułka – konfiturowe szaleństwo,
czyli smaki mojego dzieciństwa.
Jak zwykle chcieliśmy złapać
jak najwięcej czasu w naszej Bułce, więc spakowałam się dzień
wcześniej. W piątek zaraz po dyżurze pognałam do domu. Jędruś
już przygotował samochód i ruszyliśmy. Tym razem po drodze
mieliśmy tylko parę korków i to głównie na bramkach płatniczych.
Również niewielu wariatów postanowiło wyjechać na autostradę, a
więc droga była znośna i dotarliśmy na miejsce dosyć wcześnie,
ale już po zmroku. Oboje stwierdziliśmy, że niestety chyba nigdy
nie uda nam się przyjechać, gdy jest jasno. Taka karma!
Lubię ten moment, gdy mijam tablicę z
napisem Bóbrka i zza drzew wyłaniają się szpiczaste czapeczki
dachówek na naszych chatach. Widać ciemne okna, za którymi kryją
się przyszłe wrażenia, dnie, które dadzą odpoczynek,
radość...Tak , chaty marzą o nich w najlepsze, bo co osamotnione
mogą robić w taki chłodny wieczór?
Za każdym razem cieszę się jak małe
dziecko i pozdrawiam głośno nasze chatynki. – Witajcie chatki!
Witajcie malutkie! Jesteśmy! -
Jeszcze nigdy nie słyszałam
odpowiedzi, ale chyba dobrze, bo w innym wypadku powinnam martwić
się o swoje zdrowie psychiczne. Jędrek już nawet nie specjalnie
dziwi się tym moim przemowom, bo przez lata zdążył przyzwyczaić
się do takiej żony...
Po ciemku znosiliśmy bagaże. Było
wilgotno, ślisko. Latarka oświetlała miejsca, gdzie stawialiśmy
stopy i udało mi się nie zjechać ślizgiem pod chatę. Jeszcze
tylko znalazłam odpowiednie klucze, otwarłam drzwi i załączyłam
główny przełącznik prądu. Popłynęła energia i zapłonęły
światła. Chata ożyła. Gdy zapłonął ogień w kominku, byliśmy
u siebie, jakbyśmy nigdy stąd nie wyjeżdżali.

Następnego dnia zbudziło nas słońce.
Wyszłam na taras i na wycieraczce dostrzegłam wydziobane przez
ptaki płaty pianki, która jest spoiwem pomiędzy belkami. Nie
doszliśmy do plecionego sznura, ani gliny ... Pianka miała być
tymczasowa i tak ją potraktowały chyba sikorki, a może i dzięcioł,
bo gdy wróciłam do chaty, za chwilę usłyszałam stukanie w
ścianę . Jakby ktoś przybijał do niej gwoździe. Z sypialni
dochodziło pochrapywanie mojego męża, więc to nie jego
działalność. Zarzuciłam na siebie chustę, na nogi ubrałam
skarpety, bo ranek był chłodny i poszłam na obchód naszej Bułki.
Stary dąb niestety zmartwił mnie poskręcanymi, chorymi liśćmi.
Ale reszta w pełnym słońcu przedstawiała się nieźle.
Góra kamieni nie zniknęła i nadal
czekała na rozrzucenie. Kwiaty kwitły zawzięcie. Powiedziałabym,
że nawet rozszalały się. Berdo było szmaragdowe! Drzewa w
ogrodzie mieniły się rożnymi odcieniami zieleni. Pomyślałam
sobie, że w Bułce nie ma jeszcze jesieni. Cofnęłam się w czasie!
- Jak jestem wiejska kobietą, to
zaczynam od przetworów. - powiedziałam do siebie i zabrałam się
za konfiturę z zielonych pomidorów. Pamiętam ją z mojego
dzieciństwa. Mama robiła mnóstwo przetworów, a ta konfitura
świetnie pasowała do drożdżowego ciasta. Robi się ją
sukcesywnie przez 4 do 5 dni. Pomidory muszą być biało-zielone,
pokrojone w ósemki ( bez gniazd nasiennych)
Na kilogram pomidorów 2 sparzone i
wyszorowane szczoteczką cytryny, pokrojone w grubsze plastry ( bez
pestek) , dwa litry wody i 600 g cukru. Ja wzięłam trzcinowy.
Zagotowałam wodę z cukrem i do tego dałam pomidory i cytrynę.
Powoli z dnia na dzień redukowałam płyn, aż zgęstniała i
uzyskała kolor konfitury ze śliwek węgierek. Sukcesywnie
odławiałam skórki z pomidorów. W końcu zrobiła się gęsta,
pachnąca. Gorącą włożyłam do równie gorących słoiczków,
zakręciłam i odwróciłam dnem do góry. Gdy wystygła, zassała
wieczko. Mam nadzieję, że wytrzyma do czasu, gdy będę miała na
nią ochotę. Ma bardzo oryginalny smak. Smak mojego dzieciństwa.
II. Sypnęło grzybami i biedronkami
W niedzielę odwiedziliśmy Solinę
oraz Polańczyk. Ochłodziło się i dął zimny wiatr. Plaża ziała
pustką. Woda miała ciemną , zimną barwę. Po plaży przechadzała
się... jesień. Pojedynczy spacerowicze szybko przemykali uliczkami
Polańczyka, po których hulał wiatr. Zakapturzeni, opatuleni
ciepłymi kurtkami właściciele łodzi pakowali swój wodny sprzęt
i wywozili go leśnymi ścieżkami, a później jezdnią. No cóż,
koniec sezonu!
Powrócą jak ptaki , wiosną. Teraz w Bieszczadach
jest cicho, spokojnie. Jedynie w czasie weekendów pojawiają się
nieliczni turyści, amatorzy ostatnich wędrówek, grzybów.
Jednak i nam w poniedziałek zaświeciło
słoneczko. Pocieplało, zajaśniało! Lato? Jesień? Co kto chce.
Aby nie było za pięknie, przyleciały chmary i chmury biedronek.
Chińskich, bo wielokropkowych. Oblepiły taras, okna. Wciskały się
do wnętrza. Chowały w szpary. Łaziły po zasłonkach, firankach,
belkach, meblach.
Wlatywały we włosy... Koszmar czarny w czerwone
kropki i żółty w czarne kropki . Czarny w żółte i czerwony w
czarne. Jedna wielka kropka, oraz mnóstwo drobnych.
Do koloru, do
wyboru. Jednakowo koszmarne, bo gryzące i jadowite. Moja koleżanka
musi łykać jakieś świństwo, bo pogryzły ją i ma wielkie
czerwone, swędzące plamy. Już drugi tydzień walczę z nimi i
tępię. Nie do wiary, jakie skrytki odkrywam!
I przyszły deszcze. Za deszczami
bajkowe pejzaże kolorowych gór zasnutych szalami mgieł i grzyby...
W naszym ogrodzie pod sosenkami
zażółciło się od maślaków, pod brzózkami znaleźliśmy
kozaczki, a na stoku i pod chatami całe pole opieniek.
Jakby mało było tego co w obejściu,
Jędruś zapragnął prawdziwego grzybobrania i pognał na Jawor.
Przyniósł mnóstwo rydzów, zajączki, maślaki i podgrzybki.
Dwukrotnie jeździliśmy do Leska po
słoiki na grzybki, ocet i przyprawy. Przez trzy dni gotowałam,
wekowałam.
Przepis na rydze w occie;
Zalewa; 1 szklanka octu , dwie
szklanki wody, dwie łyżki cukru, ziele angielskie ( 10 sztutk),
liście laurowe ( 5 liści), cebula w plastrach ( jak malutka to
trzy, jak duża, to jedna), łyżeczka soli, gorczyca (pół
łyżeczki) i pieprz ziarnisty ( 6 ziaren) .
Wcześniej blanszujemy rydze w osolonej
wodzie. Odrzucamy nóżki, a kapelusze kroimy.
Zblanszowane krótko gotujemy z zalewą
i ładujemy w gorące słoiki. Zakręcamy, odwracamy i stygną. Jak
są zimne, to już zassane.
Inne grzyby robię podobnie, tylko
mniej daję cukru. Nie wiem jak innym, ale ja lubię takie grzybki.
Próbowałam maślaka z octu. Tylko zrobił chlup i już go nie było!
Mniam !
Szkoda, że mam szlaban na grzyby z
powodu podwyższonego poziomu kwasu szczawiowego...
Prawdziwki posuszyłam. Mam już ich
trochę. Na święta będą jak znalazł.