czwartek, 12 stycznia 2017

Zimowe pejzaże


        Teraz jestem w mieście. Z tęsknotą oglądam zdjęcia sprzed czterech lat. Wtedy też w Bóbrce była prawdziwa zima. I wszystko zasypało na biało. Na razie pozostało mi tęsknie spoglądać na zdjęcia i czekać na możliwość wyjazdu. Ale może już niedługo?... Tata czuje się coraz bardziej sprawny. Lekarz rodzinny kibicuje mu i twierdzi, że dawno nie spotkał się z takim organizmem , jak mojego taty. Młodsze się poddają, a On walczy. Walczy ze starością, ze swoimi ograniczeniami i straszną chorobą. Czasami ma momenty, gdy twierdzi, że ma już wszystkiego dość i chciałby już przestać się męczyć, ale wtedy mówię mu, że to co jest teraz, to pestka. To co było w październiku, listopadzie i z początkiem grudnia, to było coś bardzo trudnego. Pokonał to, więc czemu stęka teraz ? Wystarczy przeżyć dwa miesiące i przyjdzie wiosna.  Wtedy będzie więcej słoneczka, cieplej, a i życie będzie bardziej radosne. Mam nadzieję, że dotrwa i załapie się na kolejny rok.  Z radością patrzę, jak balkonik stoi sobie w kącie, a tata pomyka po mieszkaniu z laseczką. Zaczął też interesować się otaczającym go światem. To świadczy, że jeszcze ma  czas na spacer w błękicie. A ja nadal mogę być dzieckiem.



Tak sobie też myślę, że wiele dobrego robi pozytywne nastawienie do życia. Jak myśli się pozytywnie i wierzy w to, że wyjdzie się z dołka, to jakoś człowiek  z niego  wygrzebuje się. I wszystko w tym pomaga.
 Zmagania taty z chorobą są dla mnie dobrą szkołą życia. Jak dopada mnie z jakiegoś powodu mały psychiczny dołek, szybko się besztam. Szkoda czasu na wpadanie w czarną dziurę. Nie z takimi rzeczami można dać sobie radę, jak się bardzo chce.
Hołduję zasadzie, że w życiu wszystko jest po coś. Dla mnie od samego początku choroba taty była kuksańcem w bok. Szczególnie w ubiegłym roku. Gdy pożegnałam się ze swoją ukochana pracą, myślałam, że trudno mi będzie się przyzwyczaić do nowego życia. Jedynie pobyt w naszej chacie osładzał mi "gorycz wolności ".  Zanim  zdążyłam się nad sobą zbytnio roztkliwić, do pionu ustawiła mnie nowa sytuacja. Znowu musiałam porzucić chatę i wrócić do miasta.


A już robiłam sobie jakieś plany na dalsze życie. Opatrzność zaśmiała się grubym głosem i pokazała, co w życiu jest naprawdę ważne...Nauczyłam się też,  że nie wszystko zależy ode mnie. Muszę dostosowywać się do aktualnej sytuacji życiowej. I nie jest tragedią przejście na inny etap życia.


Przez ostatni kwartał nauczyłam się jak ważny w życiu jest uśmiech, nawet jeśli nie mam na niego ochoty. Moje nastawienie do życia wzmacniało, albo osłabiało tatę. Mój uśmiech i optymizm pomagał jemu walczyć ze słabością.
 

Teraz cierpliwie czekam na możliwość wyjazdu do chaty. Mam nadzieję, że w drugiej połowie lutego uda się znowu przywitać chatkę.
Oczywiście w głębi ducha robię sobie jakieś plany, ale głośno o nich nie mówię.  I cieszę się, że znowu spokojnie mogę cieszyć się każdym dniem z tatą.
Moja siostra od stycznia przestała pracować. Teraz ona może opiekować się tatą. Mogę więc spokojnie pomyśleć o wyjeździe. Poczekam tylko, aż wszystko wróci do stanu sprzed października. A teraz  pooglądam zimowe  zdjęcia  sprzed lat. Na osłodę tęsknoty.









2 komentarze:

  1. Już od dawna wiem, że nie wszystko zależy ode mnie, powiedziałabym, że niewiele ale człowiek ciągle, mimo to, próbuje kontrolować i zarządzać swoim życiem.
    Czytam teraz Twój blog Bożenko, z podwójną uwagą i przyjemnością, bo łączy nas nie tylko miłość do chaty w oddali ale też stosunek dziecka do chorego rodzica. Wprawdzie to Ty jesteś dzieckiem w takiej sytuacji a ja rodzicem w takiej alternatywnej rzeczywistości ale może mi to wiele pomóc w moich obawach by nie być dla dziecka obciążeniem. Bo może to nie obciążenie ale szansa. Piąkne te Twoje widzenia chaty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie obawiaj się. Jeśli pomiędzy Tobą a dziećmi jest prawdziwa więź, nie odczują opieki nad Tobą jako obciążenia. Od samego początku choroby Taty nie czułam ciężaru tej opieki. Po prostu razem weszliśmy w trudny okres. Wspierałam Tatę, bo On dla mnie zrobiłby to samo, gdyby był młodszy, a ja w potrzebie. Ludzie, którzy się kochają, towarzyszą sobie w każdym okresie; łatwym i trudnym.To jest tak naturalne, jak oddychanie. Jedyną sprawą, która była dla mnie ciężarem, to bezsilność, gdy nie byłam w stanie ulżyć jego cierpieniu. Jednak myślę, że ulgą dla Taty była sama moja obecność. Widzę do tej pory, że to daje mu poczucie bezpieczeństwa i siłę do walki o siebie. Okres ten nauczył również mnie bardzo wiele. Tata pokazał mi, że nie ma sytuacji beznadziejnych i trzeba walczyć o siebie, nawet wtedy, gdy lekarze rozkładają ręce. Dwukrotnie ze stanu beznadziejnego, gdy nie kontaktował, nie chodził, był na pampersach i karmiliśmy go jak dziecko, stanął na własnych nogach. Dzisiaj mogłam pojechać z nim do dentysty. Jest już w stanie zejść po schodach z pierwszego piętra i wejść na nie. I to jest dla mnie bezcennym doświadczeniem i wielką nagrodą.

    OdpowiedzUsuń