wtorek, 21 listopada 2017

Lukrowana Wyluzowana


          Gdy w niedzielę rano wstałam zaspana i spojrzałam przez okno, coś mi nie pasowało w krajobrazie zaokiennym. W tamtej chwili niespecjalnie się tym nad tym zastanowiłam. W zasadzie powinnam napisać, że tylko zarejestrowałam ten szczegół, ale nie przejęłam się. W ramach wyjaśnienia;  moje szare komórki  rankiem bardzo wolno startują i dopiero w okolicach godziny dziesiątej są na pełnym rozruchu. Wcześniej działają na ćwierć gwizdka. 
Ale wracając do właściwego tematu, zarejestrowałam, że nasza Wyluzowana zmieniła koloryt. I tyle. Gdy już lepiej kumałam, zrozumiałam, że wszystko pokryła cieniutka warstwa białego śnieżnego lukru. Przez siwą warstwę chmur z trudem przezierało się poranne słońce.
          -- Ale to nie powód, aby opuścić niedzielną wycieczkę. -- pomyślałam.
Na tarasie Kizia-Mizia właśnie przyniosła swoje  świeżo upolowane śniadanko i zachęcała dzieciaki do konsumpcji. Jednak Masza i Misza wylegiwały się w swojej dziecięcej kociej sypialni i " zapakowane śniadanie" wyraźnie ich nie obchodziło.
 Kocica sama też nie brała się do konsumpcji , a mysie zwłoki  stanowiły bardziej wątpliwy element dekoracyjny, niż apetyczne śniadanko.
        -- Moja droga, to ja ci tu zaserwuję śniadanie konkurencyjne! -- powiedziałam uchylając drzwi, aby sięgnąć po miski. Mysie zwłoki nie są dla mnie niczym nowym, bo codziennie je widuję. Kocica jest dobrym i honorowym myśliwym. Stara się dokładać do utrzymania. Jednak w drodze po miski muszę uważać, aby w nie nie wdepnąć. I za żadne skarby świata nie dotknęłabym tej mysiej ofiary. Jednak doceniam starania Kizi-Mizi. Pamiętam, jak to było przed jej pojawieniem się w naszej posiadłości. Jędrek tonami kupował różowe kulki, które myszy gromadziły w różnych, sobie tylko wiadomych miejscach, a  populacja ich i tak nie ubywała.  Jednego roku nawet zamyszyła się nam chata. Pozbyć się dzikich lokatorów nie było łatwo. Połowę produktów żywnościowych musieliśmy powyrzucać.  A w tym roku, pomimo wieści, że to rok płodny w myszy widujemy jedynie mysie truchła, równo poukładane na tarasie. Stanowią eksponaty pokazowe  i treningowe dla kociej dzieciarni. Tym razem podane przeze mnie śniadanko zdecydowanie bardziej skusiło kociaki. Wsadziły łebki do miski z rozwodnionym ciepłą wodą mleczkiem, a później zajadały się mokrą , posiekaną , krwawą wątróbką. Masza brała ją na pazurki, podrzucała do góry, łapała w powietrzu i tak w kółko, dopóki się nie znudziła. W końcowym efekcie i tak kawałek kończył w jej brzuszku. Matka z synkiem nie tracili czasu na zabawę, tylko pałaszowali, aż im się uszka trzęsły i to dosłownie. Pogardzony mysi eksponat poleżał trochę, później został przez Jędrka usunięty z tarasu.
W okolicach południa zdecydowaliśmy się na wycieczkę. Mieliśmy pójść na Żuków. Pojechaliśmy przez Łobozew w stronę Ustrzyków Dolnych. Skręciliśmy w stronę góry. Śnieg początkowo prószył delikatnie. Płatki były drobniutkie , ale im bliżej było szlabanu, gdzie mieliśmy zostawić samochód, tym bardziej prószenie zamieniało się w śnieżycę, a płatki stawały się coraz większe.  
      
 Bardzo szybko krajobraz zmieniał barwę. Wyszłam z samochodu. Zawiewało. W ciągu paru minut moja jesienna kurtka zrobiła się mokra . Nos odmarzał. Musieliśmy zawrócić.
 Po dokładnym strzepaniu śniegu pojechaliśmy w stronę Teleśnicy. Szukając zjazdu nad zatokę znowu wspięliśmy się pod górę. Im wyżej, tym wiatr był większy, śnieg stawał się bardziej dokuczliwy i bardziej gęsty. Znowu musieliśmy zawrócić, bo skończyła się droga. Gdy zjechaliśmy nad zaporę na Solinie od strony Łobozewa, przestało padać. Wycieczka nasza skończyła się więc spacerem na koronie zapory, która teraz jest dalej w trakcie remontu.








        Mimo iż pogoda nie dopisała i nie zrealizowaliśmy planu wycieczki, mieliśmy trochę niedzielnego ruchu. A propos ruchu; odkąd przyjeżdżam do chaty na dłuższe okresy czasu, szukam różnych form aktywności dla osób w moim przedziale wiekowym. Będąc w październiku na basenie w Lesku, spotkałam tam grupę osób młodych na tzw. aqua aerobiku. Próbowałam z nimi ćwiczyć i stwierdziłam, że to fajne i jak przyjadę w listopadzie na ponad miesiąc, zapłacę za zajęcia i za każdym razem, gdy będę przyjeżdżać, będę opłacać zajęcia na kolejny okres. Po przyjeździe , gdy zapytałam  na basenie o zajęcia, otrzymałam odpowiedź, że mało było chętnych i " nie opłaca się". Próbowałam znajomych pytać o jakieś inne  zajęcia, np.  taneczne dla seniorów, ale ani w Lesku, ani w Ustrzykach niczego takiego nie znalazłam. W okolicznych wsiach w ogóle niczego takiego nie ma i to zarówno dla młodych, jak i dla starszych. Ludzie po pięćdziesiątce siedzą w domu, albo w kościele. Sami się wykluczają.
Bardzo brakuje mi innych form aktywności. Pozostają spacery z kijkami, czy też basen . Nie mam aż tak dobrej kondycji, jak mój mąż, który bez względu na pogodę jeździ po górskich drogach rowerem.
Pod tym względem mieszkanie w mieście ma swoją lepszą stronę.
Pozostają mi ; samotne ruszanie się na basenie i niedzielne wycieczki.  

czwartek, 16 listopada 2017

Koci pejzaż




         Zaczęła się ta część jesieni, za którą nie przepadam. Zbliża się połówka listopada . Opadają ostatnie kolorowe liście. Barwy zaczynają oscylować w paletach ziemi ornej. Dzień kurczy się, jak moherowy sweterek, wyprany w zbyt wysokiej temperaturze. Po szesnastej zapada zmrok. Ohyda! Określenie, zapożyczone od  naszej Julci idealnie opisuje moje odczucia. A w zasadzie jeszcze tak myślałam jadąc do chaty. Listopad w mieście jest smutny, szary i nudny.
        Przyjechaliśmy około godziny dziewiętnastej. Przed chatą przywitała nas Kiziamizia. Wyglądała, jakby stała na posterunku od czasu naszego wyjazdu. Ostrymi miałknięciami wyraziła swoje niezadowolenie. Łaskawie pozwoliła się pogłaskać, ale później popatrzyła na nas z pogardą, zadarła ogon i poprowadziła nas do chaty. Maszerowała dumnie w ciemnościach, co rusz wypadając z kręgu światła rzucanego przez latarkę. Była obrażona. Miała w nosie nasze starania o zapewnienie jej opieki kocich nianiek. Po naszym wyjeździe zaraz  następnego dnia wyprowadziła się z dzieciakami z komfortowego ocieplanego kociego domku i wprowadziła do drewutni. Moja koleżanka, kocia fanka i przyszywana  niania mało zawału nie dostała , gdy nie znalazła kociej rodziny w domku na tarasie.  Wołała koty, wabiła smakowitym jedzonkiem, wszystko na nic. Dopiero, gdy załamana, już prawie na skraju histerii zadzwoniła do nas, odkryła miejsce pobytu kocich uciekinierów.  I tak przez cały czas naszej nieobecności koty mieszkały w drewutni, zaopatrzone w pudełko wyścielone jakimś starym podkoszulkiem i innymi szmatkami. Kocie apartamenty świeciły pustką. Kiziamizia, Misza i Masza zajadały się jedzonkiem przynoszonym przez kocią nianię, ale nie dawały przekonać do powrotu na taras.
Nic dziwnego, że kocica śmiertelnie się na nas obraziła, bo naraziliśmy ją i maluchy na duże niewygody. Gdy wyszłam na taras, aby napełnić miseczki ciepłym jedzeniem, popatrzyła z pogardą na moje ręce, stawiające miseczki, otarła się o moje spodnie i powoli rozpoczęła konsumpcję, jakby chciała powiedzieć, że obraza dotyczy mnie, a nie jedzenia. 
        -- Co ty taka Zosia samosia ? -- zapytałam pałaszującą kotkę. Na moment oderwała pyszczek od miski, aby głęboko spojrzeć mi w oczy swoim złotym spojrzeniem. Po sekundzie wróciła do jedzenia. Chyba w moim spojrzeniu odnalazła skruchę, bo za moment wydobyła z siebie krótkie pomruki. Za chwilę coś się poruszyło w stosie drewna poukładanego pod ścianami chaty.
 Z mroku wyłonił się jeden łaciaty łepek, a po minucie drugi. Niepewnie, ostrożnie obserwowały matkę. Uspokojone jej spokojem, weszły po schodkach i za moment trzy łepki pochyliły się nad miską. Najedzone, napojone, urządziły sobie wieczorny jogging wzdłuż tarasu, skorzystały z kuwety i za matką wgramoliły się do domku.

Tej nocy parokrotnie wychodziłam na taras, aby donieść drewno do kominka. Gdy wypadło mi z rąk polano, z otworu wyjrzał biało-czarny pyszczek, mrużąc zaspane oczy.
        -- No co? Co tak na mnie patrzysz, przecież nie zrobiłam tego specjalnie! Przepraszam całe kocie towarzystwo! -- powiedziałam do znikającej w otworze białej plamki.
       -- Chyba na starość zgłupiałam! -- zaśmiałam się do swoich myśli, bo ucieszył mnie ten obrót sytuacji. I z tym uśmiechem na ustach usnęłam.
        Poranek wstał mroźny, ale słoneczny. Na Berdzie iskrzył się szron, który nie zniknął do końca dnia.
W ogrodzie trawa nabrała barwy turkusu. Smugi porannego słońca  malowały ją w błyszczące grube  pasy. Nad czubkiem Berda właśnie rodził się biały obłoczek, który wolniutko unosił się w stronę błękitu.
        -- Ale pięknie w ten listopadowy dzień. Jakie cudne listopadowe  Bieszczady ! -- powiedziałam do kotów, które leniwie, przeciągając się i wyginając grzbiety wyłaniały się z wnętrza swojego luksusowego apartamentowca. Po porcji głaskania Kiziamizia podeszła do miski i rozpoczęła śniadanie. Po paru kęsach zrobiła miejsce swoim dzieciom.



         Obeszłam naszą Wyluzowaną . Gdy wróciłam na taras, koty właśnie przeprowadzały poranną gimnastykę. Szaleństwa trwały około godziny. Później, wygodnie  ułożone na wycieraczce ogrzewały mordki w promieniach słońca.


 I było tak , jakby czas stanął w miejscu, jakbyśmy nigdzie nie wyjeżdżali. I odszczekałam swoją krytykę listopada.  ( Chyba powinnam ją odmiałczeć ! ;) )

poniedziałek, 6 listopada 2017

Chwilka z jesienną dziewczyną


 
Dzień urodzin

jesienny ranek
otwieram szeroko okno
zaspane oczy
stawiam stopy w nowy dzień
który pod łóżkiem jak chodnik
cały w złocie i czerwieni
dopala się środek jesieni
szybko
iskierka po iskierce jak życie
sekunda po sekundzie
słońce, chmury, deszcz
z lustra czasu
wyziera twarz zamglona
resztki snu
wspomnienie o sobie innej
takiej samej marzeniami
tańczącymi z babim latem
które niepostrzeżenie przysiadło
na skroniach
pochylonych w porannym
zachwycie

Bóbrka 17.10.2017r.

         Po tym nietypowym wstępie i tęsknym spojrzeniu przez okno melduję, że odcięłam kolejny rok z  paska mojego życia.  A w zasadzie stało się to już trzy tygodnie temu. Niby nic, a jednak !...  Naszło mnie ! Zresztą nie pierwszy raz, ale  tym razem było troszkę inaczej. Wcześniej nie specjalnie zastanawiałam się nad tym, że to już kolejny rok, że zostawiam za sobą tyle wspomnień, tyle różnych zdarzeń. Chyba nie miałam na to specjalnie czasu, aby rozgrzebywać to, co minęło. W tym roku jednak, pewnie dzięki temu, że stanowczo zwolniłam, napadła na mnie i to z samego rana  chwilka nostalgii.  A w zasadzie tak poczułam się, będąc jeszcze w chacie. Dzień był piękny, słoneczny i złoty. A ja tkwiłam w poranku i zachwycie nad urodą świata. I czułam się nie tylko jesienną dziewczyną, zarówno z urodzenia, jak i wieku , ale zdecydowanie bardziej dziewczyną, niż kobietą niosącą na grzebiecie kolejny krzyżyk, a uzbierała się już ich cała masa. I pomyślałam sobie, że cóż z tego, że czas płynie jak rzeka, skoro nie wymywa ze mnie tego dziecięcego zachwytu nad życiem. I może dzięki słońcu, które wydobywało z bieszczadzkiego krajobrazu przepiękne barwy, a świat wokół był wesoły, powiedziałam do siebie," wiek to tylko liczba". Cóż, że mija kolejny rok, przecież nie czuję się starzej jak dzień temu, czy też miesiąc temu... Ja to Ja , może ubrana w starą sukienkę, ale  to moja ulubiona  sukienka, więc dlatego jest taka znoszona. Gdybym ubrała inną, nie wiem, czy byłaby taka wygodna, czy czułabym się w niej tak dobrze. I uśmiechnęłam się do swojego odbicia, a dobry humor nie opuszczał mnie do końca dnia. 
Teraz przez moment rezyduję w mieście.  Zaraz po przyjeździe napadły na nas małe czarowniczki, powinny się chyba nazywać "urodniczki", bo chociaż bardzo starały się, aby udawać przerażające upiory, to uśmiechy i buzie miały urocze. Nie należę do grona tych, co uważają, że to obcy zwyczaj i kala nasze rodzime. Myślę, że ma wiele wspólnego z naszymi zwyczajami, no, może w innym czasie. Ale czyż chodzenie z turoniem, diabłem i aniołem nie jest podobne? Chodzi o dobrą wspólną zabawę,  trochę słodyczy, na które dzieciaki są zawsze łase. Poza tym wygania dzieciaki sprzed tv, czy komputerów. Nawiązują się nowe pozytywne relacje, wzmacniają więzi społeczne... 

Ważne, jak do tego podchodzimy. Jeśli traktujemy to jako zabawę , jest ok. Przeraża mnie wyzywanie dzieciaków z balkonu swojego domu, bo uczy się ich nietolerancji, chamstwa, arogancji. Święto zmarłych jest wystarczająco trudnym świętem nawet dla dorosłych, którzy mają już różne doświadczenia i sposoby radzenia sobie ze stratami. Dzieci nie mają takich doświadczeń , a wydaje mi się, że gdy w wigilię tego smutnego święta  przebiorą się za takie maszkary, dodadzą sobie otuchy i łatwiej będzie im zrozumieć, że śmierć jest częścią życia. To co obśmiane, nie jest już tak przerażające.


A teraz z innej beczki. Moje kociaki zostawione pod dobrą opieką kocich nianiek rosną  i na razie mają się dobrze. Niedługo obejrzę je w oryginale.







Póki co, cieszę się swoim miejskim domem. Odgruzowujemy mieszkanie i ogród, aby spokojnie znowu zawitać na jakiś czas do chaty.



I jak co roku w słoneczne niedzielne, jesienne  południe odwiedziliśmy Sanktuarium Św. Anny na Górze Anny. Wichry szalejące na górą dawno pozrywały wszystkie złote liście. Ale i tak to miejsce jest dla nas magiczne.

 


A niedługo wrócę do chaty i moich ukochanych Bieszczadów.

środa, 18 października 2017

Refleksje kocią łapą malowane

        -- Oj, jak ten czas leci! -- czasami mówiłam tak do  mamy, bądź babci. Ot tak sobie, aby zagaić rozmowę. Rzucałam słowa na wiatr, nie zagłębiając się zbytnio w sens tego sloganu.
        --  Jak będziesz na emeryturze, to dopiero przekonasz się, jak on gna! -- Zazwyczaj słyszałam w odpowiedzi i nie wierzyłam, myśląc, że na emeryturze czas pewnie ciągnie się, jak flaki z olejem.
        -- Nie wierzysz? Spójrz na mnie. Tyle planowałam, tak się przygotowywałam i co? Nici z moich planów. Nawet jednej setnej nie zrealizowałam. -- Mówiła mama i uśmiechała się smutno. Pewnie tęskniła za podróżami, o których marzyła, albo o malowaniu drewnianych łyżek, bo taka była wtedy moda na  wiszące w kuchni malowane na ludowo sztućce.
Przytakiwałam jej z grzeczności, ale w duchu komentowałam to jako lenistwo, nieudolność, słomiany zapał, który zazwyczaj rodzice mi zarzucali.
Z biegiem lat wyrosłam z tego szybkiego, pochopnego oceniania postępowania innych, bez zbytniego wgłębiania się w powody.Nauczyłam się, że  jak to mówią, "aby móc ocenić postępowanie innego człowieka musisz najpierw pochodzić w jego butach". Ja mam swoje buty. Lubię je. Już trochę drogi  w nich przeszłam. Doszłam do momentu realizacji planów. I nie wyrabiam się. Nie wiem w jaki sposób potrafiłam w przeszłości pracować zawodowo, ogarniać dom i rodzinę , a jeszcze pisać, malować, podróżować...
Teraz często wspominam opowieść znajomej, której stara matka miała zwyczaj mówić, że jej życie to tylko ścielenie łózek. Rano zaściela, parę razy pokręci się po domu i zaraz jest wieczór, więc musi rozścielać je na nowo.
Ten przydługi wstęp jest moim usprawiedliwieniem braku aktywności na blogerze.  Jakoś czas pożarł mi część pracowitych wakacji i jesieni. Ocknęłam się wczoraj i złapałam się za głowę.
        -- Ale mam tyły! -- stwierdziłam i postanowiłam coś z tym zrobić.
Jestem w Wyluzowanej ponownie  już od połowy września. W tym roku jesień jest tutaj wyjątkowo barwna i bogata. Czaruje złotem, rubinami, szmaragdami itp. Jeszcze nigdy nie widziałam na naszej łące tylu rydzów,  pod brzózkami tylu kozaków, na stoku podgrzybków i opieniek.

 Prawie codziennie zajmujemy się grzybami, które znosi Jędrek, jakby mu się wysypywały z rogu obfitości. W chacie unosi się grzybowy aromat. Dwa ogromne słoje z suszonymi grzybami stoją na kuchennym oknie. Parę mniejszych już rozdałam, a następne czekają w kolejce . Półlitrowe słoiki z marynowanymi rydzami, podrzybkami, maślakami i opieńkami dumnie stoją na półce naszej spiżarni i z kiszonymi ogórkami oczekują na kiszenie kapusty...


A ja od paru tygodni obserwuję proces wychowawczy parki łobuziaków; Miszy i Maszy, które rozrabiają na drewnianym tarasie. Kizia Mizia zawierzyła nam i najpierw sprowadziła maluchy pod drugi taras, w gniazdo wymoszczone dębowymi liśćmi i styropianem. Dała mi czas na przygotowanie domku dla jej dzieci. Uszyłam go własnoręcznie, tnąc stary  kożuch i obszywając nim kartonowe pudło.Pewnego wieczora po prostu wyprowadziła swoje dzieci do misek z jedzeniem, a później na taras do nowego "żłobka", który zaakceptowała. Stoi on przed oszklonymi drzwiami i możemy obserwować zachowanie kociej rodzinki.  To lepsze, niż niejeden program tv.




Niesamowite, jaką dobrą mamą jest nasza przybłęda. Zmężniała, rozrosła się i już niczym nie przypomina tego wystraszonego podlotka, który miał zapadnięte boki, matową sierść.Teraz wygląda, jak lśniąca  czarna pantera. Ma złote oczy i przenikliwe spojrzenie. Nadal jest bardzo niezależna i wolna. Zawzięcie poluje na myszy.  Mimo, iż jest dzika, nauczyła swoje dzieci korzystania z kuwety, z której teraz również sama korzysta. Przypuszczam, że kiedyś musiała wychowywać się w jakimś domu, a później wyrzucono kłopotliwego wychowanka. Może znudziła się?
Sama wybrała naszą Wyluzowaną i jest na prawach jej mieszkańca. Przed każdym posiłkiem domaga się pieszczot. Jako mama jest cierpliwa i dostojna. Pokazała dzieciom, że można mieć do nas zaufanie. Uczy je polować. Oswaja z widokiem martwej myszy. Pokazuje , jak walczyć i polować.
Nie traci cierpliwości. Niesforne dzieciaki nie raz dawkują jej porcję niepokoju, ale nie wyprowadza jej to z równowagi. Dyscyplinuje dzieci krótkim miauknięciem. Nie ględzi, nie lamentuje ale jest bardzo konsekwentna. Obserwując Kizię-Mizię, myślę sobie, że niejedna ludzka matka mogłaby się od niej wiele nauczyć.
        Znalazłam dla Miszy i Maszy nowy dom. Czekam, aż dorosną do tego, aby bez uszczerbku na ich zdrowiu fizycznym i psychicznym mogły być odseparowane od matki. A Kizia-Mizia zostanie w Wyluzowanej.
I w taki sposób czas przecieka mi przez palce. Tracę go na zachwyt jesienią i obserwację przyrody. Resztę zostawiam na słotne i chłodne dnie. Teraz szkoda mi tego ulotnego piękna.


piątek, 28 lipca 2017

śladem sporu o mur graniczny

 Od pierwszej dekady lipca jesteśmy z powrotem w chacie. Pędzimy życie typowych wieśniaków. To w tygodniu. Natomiast w niedzielę staramy się poznawać tereny Podkarpacia. Poprzedniej soboty w Bóbrce odbył się piknik strażaka, na który zeszliśmy z naszej Wyluzowanej mieszczącej się na stoku góry, zwabieni produktami koła gospodyń wiejskich, koncertem jednego z bardów bieszczadzkich, pokazami strażaków.







Spędziliśmy sympatyczne dwie godzinki słuchając muzyki, zajadając się kiełbasą z rożna i wojskową grochówką. Poczuliśmy nastrój wiejskiego pikniku. Wróciliśmy do domu w dobrym nastroju z pierogami na poniedziałek. Jędrek zaraz pobiegł na ryby, a ja nakarmiłam Kizięmizię i zabrałam za czytanie książki.Wieczorkiem pooglądaliśmy zachód słońca, posłuchaliśmy świerszczy...
A w niedzielę pojechaliśmy zwiedzać zamek w Odrzykoniu -Korczynie. Mieliśmy w planach jeszcze zobaczyć  rezerwat przyrody Prządki, ale postanowiliśmy zostawić to na sierpień, kiedy to odwiedzą nas chłopcy; Kacper, Kajetan i Kornel. Z dwoma starszymi zamierzamy udać się na wycieczkę do rezerwatu skalnego. Dwulatek jest za mały na takie eskapady.
Wycieczka była ciekawa. Wieczorkiem pomyszkowałam w internecie i dowiedziałam się, że w
g Wikopedii; 
 Zamek kamieniecki – obecnie ruiny gotyckiej XIV-wiecznej, rozbudowanej w stylu renesansowym w XVI wieku budowli na pograniczu Korczyny i Odrzykonia, w powiecie krośnieńskim, w województwie podkarpackim, w Polsce.
8 lipca 1828, Aleksander Fredro wziął ślub z Zofią z Jabłonowskich Skarbową w Korczynie, w kościele pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła. Małżonka wniosła mu w posagu, klucz korczyński, z połową starego zamku w Odrzykoniu i A. Fredro stał się spadkobiercą zamczyska, będącego już wówczas w ruinie. Studiując dokumenty związane z historią otrzymanego majątku, Fredro natrafił na akta procesowe właścicieli zamku odrzykońskiego z pierwszej połowy XVII wieku: Piotra Firleja i Jana Skotnickiego. Na podstawie tego 30-letniego sporu napisał komedię Zemstę.


"Gotycka budowla została wzniesiona na skale, na wysokości 452 m n.p.m. Jej nieregularna forma była wynikiem ukształtowania terenu, na którym została zbudowana. Za czasów Kazimierza Wielkiego był to typowy graniczny zamek obronny. Obecnie ta część, z której pozostał ostrołukowy portal i wschodnia ściana z wnęką, nosi nazwę "wysoki" ("wyższy") lub "odrzykoński". Jego zadaniem była obrona traktu handlowego z Polski na Węgry przez Przełęcz Dukielską. Zamek niższy ("korczyński") to efekt rozbudowy w kierunku wschodnim z 1448. W tym samym czasie kończono budowę prostokątnej baszty i fosy okalającej całe zamczysko. Pomieszczenia w wieży przeznaczono na zbrojownię i więzienie. Powstały dziedziniec nazywany przedzamczem korczyńskim oddzielony był od zamku wysokiego murem granicznym (w związku z podziałem majątku). Wspólną dla obu części była kaplica i studnia. Rozbudowa zamku wzbogaciła go o zabudowania w stylu renesansowym.
Obecnie lepiej zachowana jest część wschodnia i tam znajduje się wejście na teren dawnego zamczyska. Widoczne są pozostałości budynków mieszkalnych i kaplicy. W tej części zabytku mieści się małe muzeum urządzone przez pasjonata zamku i kolekcjonera Andrzeja Kołdera. Wśród eksponatów są militaria z dawnego arsenału zamkowego i pamiątki po kolejnych właścicielach, a także XIV-wieczny herb z drzwi zamkowych."







 Ciekawa jest legenda dot. ducha przechadząjacego się nocą po ruinach zamku.
"Legenda o karlicy Kasi. Pochodząca ze stanu szlacheckiego karlica Kasia była dwórką wojewodziny Barbary Kamienieckiej, która często gościła na dworze królowej Bony. Kasia spodobała się władczyni i po pewnym czasie zamieszkała na Wawelu, gdyż Bona – wzorem innych władców europejskich – chciała mieć w swoim orszaku grupę karłów. Po kilku latach Kasia poślubiła karła Kornelka. Później para ta została podarowana cesarzowi Karolowi V, lubiącemu otaczać się miniaturowymi dworzanami. Tak więc Kasia zamieszkała wraz z Kornelkiem w Hiszpanii, w monarszej rezydencji w Granadzie. Tęskniła jednak za Odrzykoniem i kazała przyrzec mężowi, że po śmierci złoży jej ciało w rodzinnych stronach. Wkrótce też, dręczona nostalgią, zmarła. W tym właśnie czasie dawna jej pani Barbara Kamieniecka przebywała w odrzykońskim zamku, nic nie wiedząc o śmierci ulubienicy. W pewnym momencie, wieczorem, zobaczyła Kasię siedzącą na swoim dawnym miejscu przed kominkiem w zamkowej komnacie. Gdy wielce zdziwiona podeszła kilka kroków w jej stronę, zjawa nagle zniknęła. Od tamtej pory często ponoć widywano o zachodzie słońca ducha karlicy na murach i dziedzińcu zamku. Zjawa była odziana w długą zieloną suknię renesansowego kroju. Czasem słyszano również jej wesoły śmiech."






Niestety nie wszystko jest romantyczną bajką. Śladu drugiej Wojny Światowej widoczne są na tablicy umieszczonej na skałach....

Wracając na skraju zapory zobaczyliśmy rodzinkę bocianów. Pewnie wyszły na niedzielną kolację.