czwartek, 11 maja 2017

sentmentalny okruszek życia



         Poprzednie dwa tygodnie spędziłam w mieszkaniu Taty.  I nasz ogród widziałam z perspektywy pierwszego piętra. Czasem jednak warto zobaczyć pewne miejsca, pewne sprawy z innego miejsca. Pomaga to docenić te fajne rzeczy, które posiadamy. Choćby nasz ogród. Widziany z góry jest kolorowy, fantazyjny...Jest taki piękny wiosną, że tęsknota za wiosną Bieszczadu już tak bardzo nie doskwiera. Moja siostra mogła wyjechać na długi urlop i odsapnąć od codzienności. Wróciła opalona, zadowolona, pełna wrażeń i wygrzana na słoneczku, bo tam gdzie była, grzało do 30 stopni.
Siostra wróciła do swojego mieszkania, które dzieli z tatą i do swojego życia. A ja mogłam wrócić do swojego mieszkania i stęsknionego męża.





Myślę, że te dwa tygodnie pozwoliły mi na zrewidowanie spojrzenia na codzienność. Poza tym znowu mogłam odświeżyć bliskość z Tatką, która w natłoku codziennych spraw, innych zajęć, czasu poświęcanego wnukom, czy Bieszczadom trochę się zakurzyła. Wspólne mieszkanie  pozwoliło mi na odświeżenie naszych więzi. Nie, nie pogorszył się jego stan zdrowia. A wręcz przeciwnie. Tata znowu funkcjonuje fantastycznie. Przez dwa tygodnie rozchodził się , usprawnił. Teraz wiem, iż doskonale sobie radzi, mimo skończonych 87 lat. I gorąco namawiam go, aby nie gnił przed telewizorem, nie tracił czasu na wgapianie się w szklany ekran, ale wychodził na spacery, spotykał się ze znajomymi, miał kontakt ze światem zewnętrznym.

Jestem zdania, że warto włożyć trochę wysiłku w życie. Szkoda marnowania czasu na wegetację. Od niego zależy, czy czas, który będzie mu dany zmarnuje, czy wykorzysta i będzie z zadowolony z życia.
Początki uaktywniania Taty były trudne, a przekonanie go do wyjścia z domu żmudne. Jednak pomogło słoneczko i udało mi się zaciekawić go wiosną widzianą z bliska, a nie z balkonu.
Pierwszy spacerek, pod rękę był krótki, ale Tata uwierzył w swoje siły.
Kolejny był już z laseczką. I tak zwiększaliśmy dystans, aż w poprzednią niedzielę udało mi się wyciągnąć Go do starego parku . Pojechaliśmy do Sławięcic.







Około godziny spacerowaliśmy po starym parku. Jako nastolatka spędziłam w nim wiele godzin. Po parkowych ścieżkach chodziłyśmy z koleżankami, szepcząc sobie do ucha sekrety. Tu umawiałam się na pierwsze nastoletnie randki. Sławięcicki park zawsze mnie urzekał. Wiele lat temu był piękny. Siadałam na ławeczce i rozmyślałam o właścicielach tych posiadłości, których wojna i zły czas wygnały z tego skrawka ziemi. Podziwiałam różnorodny , rzadko spotykany drzewostan. W środku parku stał  pałac, który już za moich nastoletnich  czasów był ruiną. Teraz już go nie ma. Pozostały jedynie resztki kolumn, które jakiś architekt przestrzeni wpasował w przestrzeń parku . Wiele starodrzewia zniknęło. Pozostały nieliczne okazy, które równie często są połamane, zaniedbane. Przestrzeń wokół szkoły średniej, do której kiedyś  chodziłam, jest bardziej zaniedbana, niż dalsza część parku. Szkoda, bo ukrytych zostało tu wiele pięknych wspomnień ludzi, którzy tu się edukowali.
Spacerując powoli, rozmawialiśmy o minionym czasie. Tata się ożywił i nie zauważył , że spacerował całą godzinę. W nagrodę zaprosiłam go do cukierni na wspaniałe tiramisu i pyszną herbatkę. Musiał jakoś uzupełnić stracone kalorie. I było to smaczne uzupełnienie energii.



Za tydzień, może dwa wracam do swojej chatki. Może jeszcze załapię się na bieszczadzką wiosnę.
Znowu zamienię się w wiejską kobietę , która usiądzie na tarasie i będzie patrzyła na zmieniające się kolory Berda, podglądała ptasie życie i pisała .

Jeszcze tylko muszę się podzielić swoją radością ; dzienne światło ujrzało moje nowe dziecię;

wydane przez wydawnictwo; www.mybook.com  , również w formie e-booka.
Bardzo się z tego cieszę, bo mogę nadal pisać kolejne książki.


piątek, 21 kwietnia 2017

Wiosenno- zimowe paczworki czasu



         -- Popatrz co jest napisane na pogodynce! Gwałtowne załamanie pogody ! --  Usłyszałam głos Jędrka, który kończył przedwyjazdową kawę i równocześnie czytał co dzieje się w kraju i w świecie. Był to codzienny śniadaniowy rytuał. Oczywiście wiadomości odczytywał na ekranie telefonu.  To była jego  tzw. prasówka. Ja zdecydowanie wolałam omijać te informacje. Po co mi wiedza o kolejnej próbie  bomby w Korei, nowych ofiarach agresywnej polityki mocarstw , o zbrodniach, nieszczęściach dotykających dzieci, niewinnych ludzi o całym brudzie tego świata ?...
        Z chwilą, gdy wjeżdżamy do naszej wyluzowanej posiadłości, świat zewnętrzny prawie przestaje dla mnie istnieć. Jedynie jestem powiązana niewidzialnym sznurkiem z moimi dziećmi, ojcem, siostrą , no i najbliższymi przyjaciółmi. Reszta odpływa na inną galaktykę.
Nasza Wyluzowana, czyli skrawek bieszczadzkiej zieleni z dwoma chatami przycupniętymi na półce, na stoku Kozińca jest odmiennym światem, gdzie czas chodzi piechotą i odmierzany jest krokami drozdów, spacerujących po stoku, zachodami i wschodami słońca. Gdy odjeżdżamy chowa się  w starych skrzynkach zegarów i czeka na nas przyjazd. Początkowo od niechcenia bawi się wskazówkami starego zegara, leniwie przesuwając je po białej tarczy. Gdy mu się znudzi, zapada w mocny sen i po powrocie zastajemy nieruchome wskazówki, które budzimy do życia  obrotem żelaznego kluczyka. Czas w Wyluzowanej jest staromodny. Daje znać o sobie głosem kukułki, wyskakującej , jak Filip z konopi z małego okienka pod rzeźbionym daszkiem i melodyjką pozytywki, do której tańczy mały murzynek...
 W Wyluzowanej prowadzimy życie proste, leniwe, zgodne z rytmem pory roku i otaczającej nas przyrody. Tydzień przed Wielkanocą było słonecznie, miło i tarasowo. Kawa na drewnianym tarasie miała smak wiosny i  aromat wiosennych pierwiosnków, którymi w Bieszczadach obrośnięte są  całe stoki. W dolinach , obok strumyków królują z kolei kaczeńce. Nasz stok pokrywa dywan z zawilców.
Przed wyjazdem brzozy pokryły się delikatnym zielonym woalem , a po pierwszym ciepłym wiosennym deszczu i inne drzewa zarzuciły na siebie muślinowe zielonkawe chusty pierwszych listków. Do kwitnienia szykowały się dzikie czereśnie. Kopuły gór zamieniały się w bukiety. A my musieliśmy wracać! Tak jak zawsze pobyt tutaj w pewnym momencie urywa się i wracamy do miasta. I do wszystkiego co życie w nim oznacza.
        Tym razem również powrót nasz do miasta zaczął się od załamania pogody. Początek nie był najgorszy , choć wyjeżdżaliśmy w deszczu.
-- Dotknij mojego rękawa. Zobacz jaki jestem mokry. Ale rozpadało się! Szczęście, że większość bagaży  już włożyłem do samochodu! -- powiedział Jędrek, wyciągając z opakowania papierową chusteczkę, którą wytarł mokre czoło. -- Gotowa? - dodał.
-- Już dopakowuję nabiał , biorę koszyk i możemy jechać. -- odpowiedziałam i przeszłam się po parterze chatki, sprawdzając, czy wszystko zapakowaliśmy.
Za moment przekręciłam klucz w drzwiach wejściowych i wsiadłam do samochodu.Deszcz rozpadał się na dobre. Jadąc wolniutko gminną drogą wspięliśmy się samochodem do głównej drogi, która wije się powyżej Wyluzowanej , a później zjechaliśmy do wioski, aby dalej jechać w kierunku Rzeszowa, Krakowa, Katowic, Opola....
-- Zapowiadali deszcz i jest deszcz. Ale leje! -- powiedział Jędrek  -- Ale w samochodzie deszcz nam niestraszny i wracać mniej żal.
-- Masz rację. Mniej. -- odpowiedziałam, ale jakoś nie było mi weselej.
Droga była, o dziwo, niezła. Deszcz nas pożegnał na granicy Podkarpacia. Przyjechaliśmy do miasta późnym popołudniem. W ogrodzie przywitała nas paleta wiosennych barw. Magnolia przekwitała.
Przedświąteczne przygotowania zajęły nasz czas i myśli. Gdy stroiłam dom do Wielkanocy, z ogrodu przyniosłam całe naręcze kolorowych tulipanów, chociaż zawsze żal mi ścinać kwiaty zdobiące nasz ogródek. Poczułam się jak złodziej okradający wiosnę.
Patrząc  parę dni później na ogródek, pomyślałam sobie, że jednak mogłam pościnać ich więcej, bo w poniedziałek przyszła zima z obfitymi opadami śniegu i złośliwie zakryła kolory.


  

    Od świąt nasz świat jest  miejski, brzydszy i dużo chłodniejszy. Czas przyspieszył. Pewnie tu w mieście mamy inny czas; nowocześniejszy, elektroniczny. Czas  obecnego świata. Osaczyły mnie expresowe wiadomości z mediów; kłótnie , wojny podjazdowe i  te wojny w których giną ludzie... Czuję się zahibernowana chłodnym wiatrem, miejskim zanieczyszczonym  powietrzem... I czekam na słońce, kolory, oraz spotkanie z chatą i Wyluzowaną. Czekam na spotkanie z naszym światem, który jest prosty, kolorowy i rozćwierkany radością życia.

Ps. Moja książka " Ogród motyli" jest już na witrynie internetowej wydawnictwa "My book"-http://www.mybook.pl/

wtorek, 11 kwietnia 2017

wiosenny spacer

widok na Bieszczady z szybowiska



„Wiosenny spacer”

stawiam kroki ku wiośnie
bo słońce
bo początek zieleni
bo moda na  fitness…
ale też
by odgonić siebie inną
być może już za dekadę
dwie
nie śmiem myśleć
o trzech
ale dziś to nieważne
bo chodzi za mną
mój anioł stróż
i śpiewa wiatrem patrząc na
przydrożne kaczeńce
stuka w korę jak dzięcioł
czerwone portki
i gwiżdże z podziwu
jak kowalik
co wyrzucił z budki sikorkę
a uwił gniazdo dla innej
czy to coś nowego
mówi pogardliwie anioł
przeglądając się w tafli
obłoków płynących wolno 
po zalewie wśród zielonych
listków
bo razi je wiosenne słońce

Bóbrka 10.04.2017r.



         Miałam małą przerwę techniczną w pisaniu i wykorzystała to wiosna. Podkradła się na naszą wyluzowaną posiadłość i zarzuciła zielone woale na drzewa i krzewy. Jeszcze przez gałęzie widać drugi brzeg zalewu, a przez pnie prześwituje tafla perlącej się w słońcu wody, ale patrząc na tempo rozwijających się listków, za parę dni i to zniknie. Brakuje mi jeszcze burzy kolorów, więc posadziliśmy bratki, aby mieć choć namiastkę.



Ja, niestety, zostałam unieruchomiona nie tylko jeśli chodzi o pisanie, ale i o wszelką działalność. Jędrek wszelkie czynności ogródkowe i około domowe musi wykonywać całkiem sam. Nie powiem, abym mu dotychczas bardzo pomagała, bo jeśli chodzi o ogródek, to on jest samograjem i nie lubi wchodzenia na jego teren. Ale pojemniczki z kwiatkami, trawniczki i inny drobiazg to było miejsce, którego nie mogłam popsuć i do którego zostałam zostałam dopuszczona. Tym razem siła wyższa. I to odpadło. Siedziałam więc sobie w chatce, bądź na tarasiku i smętnie przez ciemne okulary patrzyłam w dal. Aby mi osłodzić chwile uwięzienia mój mąż przynosił mi i pokazywał , a to wyjątkowo wielkie pędraki, a to jakieś dziwne grzyby...



I spędzał całe dnie na stoku. Gdy miał dość, to wsiadał na rower i mknął w nieznane. Nie ukrywam, że trochę było mi tęskno za spacerami, nie mówiąc nawet o jeździe na rowerze. Postanowiłam, że następnym razem przywiozę ze sobą swój rower i trochę pojeżdżę sobie po okolicy. Nie mam takiej kondycji, jak Jędrek, który wjechał rowerem nawet na Koziniec, ale myślę, że jak mi będzie za stromo, to rower poprowadzę. Wracając do mojego oglądania świata z tarasu, to i taka sytuacja ma swoje dobre strony. Mam czas na obserwacje przyrody. To niezły spektakl na żywo.




Parę dni temu minął mój areszt domowy. Aby to uczcić w niedzielę pojechaliśmy na małą wycieczkę. Najpierw była Góra Sobień z ruinami zamku Kmitów, a później wąziutką wstążką asfaltu wspięliśmy się na szybowisko w Bezmiechowej. Widoki stamtąd powalają na kolana, albo jak kto woli zapierają dech w piersi. Pięknie widać całe Bieszczady.


ścieżka na górę Sobień




Szybowisko w Bezmiechowej Górnej mieści się na stoku Kamionki ( 631 m n.p.m.)
Od powrotu z szybowiska weszłam w nową erę pobytu w chacie. W poniedziałek poszłam na długi trzygodzinny spacer z kijkami do Myczkowiec. Było pusto i cicho. Po drodze w obydwie strony minęło mnie może trzy samochody. Uwielbiam ten czas, gdy bieszczadzka przyroda już tętni życiem, a ludzie nie rozjeżdżają i nie rozdeptują ścieżek leśnych.




sobota, 25 marca 2017

Czas rozjazdów

      

        Ostatni tydzień mogłabym nazwać " rozjazdowym". I nie ma to nic wspólnego z rozkładem jazdy autobusów lub pociągów. Rozkłady jazdy mają charakter  porządkujący. Nasze rozjazdy zabałaganiły czas, zmuszając nas do  spędzenia wielu godzin w niewygodnej pozycji na zatłoczonych polskich autostradach i dziurawych drogach lokalnych. I tylko nasza sympatia do podróżowania osłodziła trochę ten okres.
Niestety, osiem dni temu  musieliśmy opuścić chatę i pojechać do naszej miejskiej części życia. Wiosna nie chciała poczekać, aż znudzi nam się wiejskie życie. Miejski ogródek  płakał rzewnymi łzami  i tęsknił za osobą, która zechciałaby wygrabić, przekopać, zasiać , przyciąć. Pąki bzu przybrały i zameldowały, że już są gotowe do pęknięcia. Las tulipanowych liści nacierał na kiełki narcyzów i przypominał gęstą , ryżową szczotkę... Po prostu w ogrodzie panował ogromny rozgardiasz. Ptaki już od pierwszego poranka pod oknami sypialni urządziły sobie karczemną awanturę. Panowało prawdziwe bezkrólewie.  Ale zgodnie z przysłowiem, że " pańskie oko konia tuczy", postanowiliśmy utuczyć dom i okolicę. Podzieliliśmy czas pomiędzy prace ogródkowe - porządkowe i ogrodnicze oraz domowe - porządkowe. Dzielnie realizowaliśmy zamierzenia, aż tu okazało się, że do tego musimy dołożyć jeszcze kolejne przemieszczanie się. Realny świat nie pozostawił nam wyboru. Najpierw pojechaliśmy do Bytomia, a  stamtąd do Częstochowy.  Sprawy skomplikowały się. Musieliśmy dołożyć dodatkowe trzy dni pobytu w mieście. Odgruzowałam dom. Można w nim mieszkać bez obawy wciągnięcia przez pająki pod obrazy. Szyby okienne nabrały przejrzystości i przepuszczają promienie słoneczka. Dobrze, bo można podziwiać ogrom pracy włożonej w ogród przez Jędrka. Jutro przyjdą dziewczynki i pewnie połowa moich porządków przestanie mieć znaczenie. Ale za to ile będzie radości, gdy jeden pokój zamieni się w sklep obuwniczy, a drugi  w bar szybkiej obsługi z wypiekiem domowego ciasta. .. W poniedziałek wracamy do chaty, załatwiając po drodze pozostałe pilne sprawy. A tam czeka na nas chata i lekko stęsknione wiejskie życie.






wtorek, 14 marca 2017

śnieżyce - marcówki


        Na dworze znowu spadła temperatura. Tym razem o kolejne dziesięć stopni, czyli razem  już dwadzieścia. Z ciepłej wiosny zrobiło się zimne przedwiośnie. W sypialni mam wygwizdów. Lubię zimne sypialnie, ale tym razem to lekka przesada. Wieczorkiem po kąpieli kłusem przebiegam od drzwi do łóżka i wskakuję pod kołdrę. Na kołdrę kładę mięciutki i cieplutki kocyk. Po minucie robi mi się ciepło. Na kołdrę wystawiam tylko dłoń, która trzyma książkę, bo nie potrafię usypiać bez poczytania przynajmniej kilku stron. Zimne zrobiło się to przedwiośnie. Oj, zimne!
Obserwuję rosnące pod kuchennym oknem krzaki bzu. Roślinom nie jest zimno. W szaleńczym tempie na gałązkach pęcznieją pąki. Wygląda na to, że mimo chłodu wiosna gdzieś tam na horyzoncie. Tylko słoneczko schowało się i  wędruje sobie za grubą warstwą szarych chmur. Ma w nosie zbliżającą się wiosnę i moją "ciepłolubność".
         Sobotnim rankiem weszłam do kuchni pełna optymizmu, bo szarość chmur w nocy lekko przetarła się i zza przecierek zajaśniało cytrynową żółcią. Promyczki były wyblakłe, delikatne, ale nie ma co narzekać. W końcu na bezrybiu i rak rybą, więc niech będzie, że świeci.

        -- Popatrz! -- usłyszałam głos Jędrka też bardziej rześki, niż co ranka -- ten kowalik znalazł sobie żonę i wygonił z budki lęgowej sikorkę. Teraz nosi do domku jakieś trawki, poszerza wejście. Rzadzi się.
        -- A co z biedną sikorką, która tu chciała zamieszkać?  -- zapytałam, pełna współczucia dla tego małego ptaszka. -- To świństwo tak eksmitować bez wyroku sądowego. Kompletnie bezprawie!
Co możemy zrobić, aby jej pomóc?
        -- Ale masz pomysły! -- roześmiał się mój mąż  -- Może kowalik ma tytuł prawny do zasiedlenia naszej budki, a ona nie, więc niech się osiedli w drugiej budce. A jak się jej nie podoba/, to ma w okolicy różne inne miejsca. Niech nie wybrzydza! Kto silniejszy, ten jest na prawie. Tak to moja droga w przyrodzie funkcjonuje.
        -- No trudno! Nie będę biła się z kowalikiem o jakiś kawałek starej budki dla sikorki. A jak chce tę pierwszą, to niech sama  o nią walczy. Dziś niezła pogoda, to może pojedziemy i poszukamy rezerwatu śnieżyc w Dwerniczku?
Na poszukiwanie tych pięknych kwiatków wyruszyliśmy w okolicy południa. Słoneczko cały czas zastanawiało się, czy powinno świecić, czy zakryć się grubą warstwą chmur, a ja zastanawiałam się, czy ubrać kożuch, czy wystarczy kurtka. W końcu ubrałam sweter i kurtkę.





Do bastionu widowiskowego słoneczko towarzyszyło naszemu samochodowi, jednak im bliżej było Lutowisk, tym więcej było na niebie szarości, a mniej żółci. Zerwał się lodowaty wiatr. Na poboczach pojawiły się wielkie łachy śnieżne. Podjechaliśmy do punktu obserwacyjnego . Wyszłam z samochodu i momentalnie wiatr przewiał moją kurtkę i sweter. Zaczął buszować po moich plecach.
Widoczność gór była słaba. W oddali wprawdzie widać było ośnieżone szczyty w wyższej partii gór, jednak niższe partie tonęły w chmurach. Teleskop umieszczony przez gminę był zepsuty i nasze dwa złote zaginęły w jego czeluściach bezpowrotnie. Pojechaliśmy dalej w kierunku Dwerniczka i Zatwarnicy.

        -- I jak ty sobie myślisz; podjedziesz do wioski i będziesz biegała po wszystkich łąkach szukając kwiatów ? -- Ton Jędrka świadczył, że nie specjalnie wierzy w moje zdrowe zmysły.
        -- Jak trzeba będzie to będę biegała! -- odgryzłam się ze śmiechem. Wyobraziłam sobie, że przy podmuchach lodowatego wiatru biegam po pagórkach, łąkach polach i szukam, szukam, aż zamieniam się w sopel lodu. A kwiatów nie ma.
Jednak, o dziwo. obok szosy, na ogromnej łące nie tylko były kwiaty, ale i tabliczka, że to rezerwat przyrody śnieżyc ( marcówek).





Wiatr się trochę uspokoił i pooglądaliśmy łąkę, pobocze drogi. Podziwialiśmy przepiękne kobierce przetykane śnieżycami, które dobitnie świadczyły, że w Bieszczady za moment zawita wiosna.
 Szkoda nam było od razu wracać do chaty, pomimo iż niebo całkiem zszarzało. Postanowiliśmy pojechać dalej i trafiliśmy do Chmiela.  A później dalej wzdłuż koryta Sanu, w rejony z gorszymi nawierzchniami dróg, bardziej bezludne i dzikie, ale piękne . Wróciliśmy do chaty zadowoleni z postanowieniem powrotu , gdy nastanie prawdziwa wiosna.
















        Z końcem tygodnia na moment wracam do miasta. Czeka tam nasz miejski ogród, tata, rodzina, dziewczynki. Pozałatwiamy sprawy , poprzytulamy, wycałujemy, pogadamy z przyjaciółmi i znowu powrócę na jakiś czas do chaty. Trzeba mieć swoje miejsce, które odstresowuje, gdzie najlepiej się marzy i snuje plany na przyszłość. I gdzie czekają na nas nasze anioły, a czas chodzi piechotą.