czwartek, 8 grudnia 2016

moje, nie moje życie



Na stres najlepszy jest spacer


Odłożyłam słuchawkę telefonu i łzy zakręciły mi się  w oczach. Usiadłam w fotelu.
– Nie pójdę do siebie, aby odsapnąć. – pomyślałam.
Wiadomość, którą przekazała opiekunka informowała mnie, że kolejne dziesięć godzin będę na dyżurze z chorym tatą. Pani Ula zachorowała. Nie wiadomo, co z tego wyniknie? Może tak już zostanie do końca grudnia, a może przynajmniej na parę godzin dziennie odzyskam pozorną wolność . Jutro, może pojutrze. Dowiem się  wieczorem, po jej wizycie u lekarza.
–– Dobrze, że nie umówiłam się  z fryzjerką. Musiałabym odmówić wizytę.  Tak będzie prościej!  ––
Starałem się  znaleźć dobrą stronę tej sytuacji, choć w lustrze na swojej głowie widziałam
„ zapuszczoną” fryzurę, która wołała o nożyczki i trochę farby.
–– Wczoraj myślałam, że jest trudno. A mimo wszystko było dużo łatwiej . Życie jednak potrafi zaskoczyć ! – zaśmiałam się ironicznie, przypominając sobie wczorajszą chandrę.
Mogłam sobie na to pozwolić, bo akurat Tata spał na kanapie przed telewizorem. Nastawił głos na ful. Przymknięte drzwi lekko tłumiły dudnienie plastykowej skrzynki,  ale i tak czułam , że za chwilę ogłuchnę.
Kocham ojca i od dwóch lat intensywnie walczę z toczącym go rakiem. Jeszcze na początku października myślałam, że wygraliśmy.  A później był szpital i regres. Przez półtora miesiąca mobilizowałam ojca do samodzielnego przemieszczania się. I niby w żółwim tempie udawało się, ale… diabeł tkwi w szczegółach.  Im lepiej chodził, tym był szczuplejszy. Więc to chyba pozorne zwycięstwo.
Moja codzienność jest monotonna. Wstaję o czwartej trzydzieści i staram się zacząć dzień. Później przemykam do mieszkania siostry, która idzie do pracy. Tata drzemie, bądź nie śpi. Wszystko zależy od tego, jaką miał noc. Później następują zwykłe, rutynowe czynności; pomiar cukru we krwi, sprawdzenie ciśnienia , karmienie owsianką, pielucho-majtki,  które ojciec ciągle zdejmuje, transport do toalety...
Wspomagam się kawą, lekturą.   Jakoś daję radę. Ale też mam swoje załamki.   Mam dnie, kiedy widzę beznadziejność takiego życia.  I tylko opiekunka , która zmienia mnie o dziesiątej pozwala oderwać się  od przygnębiających myśli i żyć równolegle. Do godziny osiemnastej. Jeśli to co robię ostatnio, mogę nazwać równoległym życiem.
_ Widzisz kretynko, trzeba było cieszyć się,  że masz dla siebie przynajmniej parę godzin w ciągu dnia, bo według przysłowia może być gorzej. – zakpiłam, przymykając piekące powieki, pod którymi gromadziły się łzy.  Starałam się nie myśleć o tym, że jeszcze tylko siedemnaście dni do świąt,  a ja nie wiem nawet, co powinnam kupić.  Niby co roku na święta przygotowuję  to samo, ale w tym roku mimo wszystko jest inaczej.
–  Powinnam zrobić listę zakupów . – pomyślałam. Dudnienie telewizora zagłuszało moje myśli.
– Powinnam poszukać pszenicy na kutię i to przynajmniej dwóch paczek. Rodzynki, figi, daktyle, orzechy, miód. .. – robiłam w myślach listę. 
– Miód mam. Orzechów muszę dokupić jeszcze trochę. No i całą resztę.  Orzechów mielonych też trochę. To na babeczki orzechowe. Powidła mam swoje. Babeczek zrobię  pięćdziesiąt, bo trochę wezmę do córki.  Chłopcy tak je lubią.  Kutii też wezmę.  I chyba zrobię makowiec.
Dzwonek telefonu wybił mnie z planowania.
– Czemu jeszcze nie jesteś w naszym mieszkaniu? – usłyszałam zaniepokojony głos męża.
–  I do wieczora nie będę . Dziś dyżuruję do dziewiętnastej. Opiekunka rozłożyła się.  Mam nadzieję, że wizyta u lekarza jej pomoże. Proszę przynieś trochę naszej  zupy gulaszowej. Zrobię tacie obiad. Przynajmniej jedno danie będę miała z głowy. –
–  Mhm. – usłyszałam mruknięcie.
Za pół rodziny zjawił się z małym garnkiem.
– Idę do Lidla . – powiedział – Ile mam kupić kaczych udek? A jak już ich nie będzie,  to co kupić?  Może kaczkę?  Oczywiście myślę o świętach.
– Kaczka to za mało,  ale weź.  Może gdzieś jeszcze będą udka, to dokupimy. Trzeba by zrobić rodzinny świąteczny obiad na pierwszy dzień świat. Przyjdzie Laki z dziewczynami.
– A co na drugi? –
– Przecież jedziemy do Wrocławia, więc tam zjemy obiad razem z chłopakami. Zawieziemy im coś na deser. Wiem, że nasza dziewczynka też sporo piecze, ale co babcine, to babcine.
– Popatrz jak to się zmieniło . Kiedyś kupowało się jedzenie tonami. Później dojadało na siłę.  W dzienniku telewizyjnym podawali ile osób zaniemogło z obżarstwa. A niby w sklepach niczego nie było. A jakoś i my więcej jedliśmy. Teraz to raczej tego plasterek, tamtego pół,  jakieś ciasteczko . I to nie tłuste. 
 Chyba jest zdrowiej. Moja babcia zawsze mówiła,  że na starość jedzenie powinno być jak lekarstwo. Trzeba uważać co się w siebie wrzuca. I ile.
– A co z tradycją.? Cały rok czekamy na potrawy wigilijne. Już ślinka mi leci na samą myśl o  smażonym karpiu, kapuście z grzybami, barszczyku z uszkami i kutii.
– Myślę, że wszystko można jeść w ilościach minimalnych. Nawet kaczkę z jabłkami na świąteczny obiad. Byle nie potraktować tego hurtowo.
– Ale do kaczusi zrobisz kluski śląskie ?
– Obowiązkowo! I sałatkę z modrej kapusty.
– To spróbuję zacząć przedświąteczne polowanie. A Ty sobie dalej dyżuruj przy tatusiu.
– Tylko nie poluj zbyt intensywnie. Przerażają mnie wózki wypakowane po brzegi
śmieciowym towarem .Jakby od paru dekad nic się w sklepach  nie zmieniło.
Ostatnie zdanie mówiłam już do pleców mojego męża.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam wyłączyć telewizor. Ojciec nadal spał. Uśmiechnęłam się  na widok jego drobnego, skulonego ciała.
_ Mimo wszystko jeszcze jestem dzieckiem. I oby jak najdłużej ._ pomyślałam z czułością, choć
miałam w perspektywie wiele godzin swojego, nieswojego życia.



Parę strzępów normalności ; udało mi się na Andrzejki zrobić takie eklerki. Były rozpływające się w ustach, mimo dziwacznej formy zewnętrznej. 

czwartek, 1 grudnia 2016

Świat przez firankę




Dziś jest czwartek, pierwszego grudnia 2016 roku. Niedługo święta.  Od paru lat spędzaliśmy je w chacie, gdzie wyjątkowy nastrój, przestrzeń, piękne widoki. W tym roku będę w mieście.
Czy mi żal? Chyba troszkę, bo wolałabym, aby było jak w ubiegłym roku. Wtedy Tata czuł się dobrze. Miał w chorobie remisję. Było wesoło, rodzinnie i wyjątkowo świątecznie, jak tylko w chacie być może. Teraz jest inaczej. Nie ma szans na wyjazd, ale może będzie szansa na spędzenie świąt z ojcem.
Moja walka z chorobą Taty daje rezultaty. Masaże mięśni nóg, motywowanie do podnoszenia się z łóżka, do zdobywania kolejnych centymetrów trasy od pokoju do toalety za pomocą chodzika, ćwiczenia, konsultacje lekarskie, zmiana leków....oraz  dbanie i chuchanie na tatę, aby wyciągnąć go za uszy z łóżka. Już daje radę przejść 3 metry. Ma silniejsze mięśnie, walczy o samodzielność. Walczy o siebie i to daje nadzieję. Tylko martwi mnie ciągły spadek wagi. Od września stracił około 8 kg. Jest drobniutki i chudziutki. Jest pochylony, jak stare drzewo, które przez lata przygniatał do murawy wiatr, deszcz, śnieg. Jego przygniotła choroba. Oto mój kochany, kościany dziadek. Zmienił się, wsłuchany w siebie, swoje bóle, swoje dolegliwości. Świat widzi jedynie przez firankę. Niespecjalnie go interesuje.  Teraz liczy się jego organizm i pogoda, która ma ogromny wpływ na jego funkcjonowanie. Wspólnie po raz drugi uczymy się choroby. Przełamujemy kolejne bariery, walczymy. Nie wiem ile zdołamy wywalczyć. Myślę, że każdy dzień przeżyty w jakiej takiej świadomości jest zdobytym przyczółkiem życia. Każdy kolejny krok, kolejna czynność. Powtarzane rankiem; walcz o siebie i staraj  się po prostu żyć, pomaga w podnoszeniu się z łóżka. Już nie przesypia całej doby. Nie wegetuje, wrośnięty  w łóżko. Odrywa się przynajmniej na kilkanaście minut od jego płaszczyzny parę razy w ciągu doby.W ciemnym tunelu błysnęła iskierka. Czy zgaśnie, czy się rozżarzy ? Nikt tego nie wie.



Na oknie zakwitł zygokaktus. Oglądam go codziennie, tak jak i wschody słońca, odbijające się w oknach sąsiednich domów.To chwila dla mnie, kiedy Tata jeszcze dosypia po porannej owsiance i porcji leków. Wczoraj mnie rozśmieszył, gdy karmiłam go zupką mleczną. Oparty o poduszki, z zamkniętymi oczami i ręczniczkiem pod brodą rytmicznie otwierał usta i połykał gęstą zupkę. Przypomniałam sobie piosenkę Chyły " cysorz to ma klawe życie, no i pożywienie klawe" i podśpiewywałam pod nosem cały ranek. Pomyślałam sobie , że i w trudnych sytuacjach fajnie, gdy znajdujemy śmieszne momenty, bo tak jest dużo łatwiej.
Niedawno na tarasie jeszcze kwitły kwiaty. Teraz ogród jest szary i smutny.




To najsmutniejszy okres. I tak będzie do świąt; szybko zapadający zmrok, późny poranek i wszechogarniająca świat szarość. A ja brodzę w tej szarości od wczesnego poranka, który jeszcze nie tak dawno był dla mnie środkiem nocy i czekam na światło dnia. Wtedy jest weselej i łatwiej.


piątek, 18 listopada 2016

spod puchowej pierzynki


Ten post będzie o puchowej pierzynie i tęsknocie . Zaczęłam od zdjęcia archiwalnego, bo jak napisała mi koleżanka, w Bóbrce zima na całego. Zasypało chaty. Otuliło je puchowa pierzynką. Śpią, śniąc swoje chacie sny o ogniu na kominku, śmiechu dzieci, zapachach wymykających się spod pokrywek, ustawionych na kuchennej płycie. Czyli o życiu.
Siedzę w mieście i nie wiem kiedy zawitam do naszych chat. Parę dni temu Jędrek był w chacie. Przygotował ją do mrozu. Mnie pozostała tęsknota i parę zdjęć, które mi przywiózł na otarcie łez. Cóż, takie jest życie. Moje wymarzone wiejskie życie musi poczekać. Musi pozostać w chacich snach, bo znowu jestem z miasta....

Co u mnie? Konfrontuję się z prawdziwym życiem. Noce, pomimo , że listopadowe, szare, zimne i ponure, dla mnie są krótkie. Radykalnie zmieniłam godziny snu. Na nogach jestem 4.30. Czasem dużo wcześniej.


Takie wschody słońca oglądam, gdy już jestem parę godzin na nogach. Najczęściej ich nie zauważam. Trudno patrzeć w okno, gdy jestem potrzebna Tacie.
Patrzę z bólem, jak coraz mniej chce od życia. Już dawno przestał go obchodzić telewizor, czy radio.
Jego świat skurczył się do powierzchni pokoju. Przeważnie drzemie. Gdy pytam o sen, twierdzi, że nic mu się nie śni. Może nie pamięta, a może broni granic swojego nowego świata, z którym od paru tygodni oswaja się.
Stworzyliśmy nowe codzienne rytuały, aby przynajmniej trochę uporządkować ten galimatias, który poczyniła choroba. Poranek zaczyna się od paru łyków herbatki owocowej, a później próbujemy spacerku do toalety. Trudno z powierzchni łóżka, jak z wysokiego dalekomorskiego statku, dostać się do szalupy chodzika. Przestrzeń do toalety wydaje się nieskończoną dalą, choć to zaledwie 6 metrów. I mięśnie nie chcą słuchać. Chwytam więc obie nogi Taty pod kolanem i przenoszę w stronę krawędzi łóżka. Podnoszę tułów. Gdy osiąga pozycję krzesełkową, oddycham z ulgą. Przesuwam sztywne stopy po podłodze w kierunku kapci.  Mam wrażenie, jakbym próbowała nadziewać kapcie na drewniane prawidła, a nie żywe ciało. A teraz najważniejsze; próba spionizowania. Drobne patyczki, które kiedyś były umięśnionymi łydkami, koślawo stoją na podłodze.Są niepewne, drżące. Mięśnie brzucha gdzieś zanikły. Ręce nie pamiętają, jak ująć uchwyty chodzika... Co tam ręce, nic nie pamięta. Ani głowa, ani oczy...  Pomagam, ujmując drobne ciało pod pachę. Czuję, jaki jest chudziutki, jak nastolatek,  a nie mężczyzna. Zmalał, zgarbił się , jakby dla niego przyciąganie ziemskie miało inne wartości i reguły. Ale udaje się. Osiągamy sukces. Stoi. Możemy wypływać na bezmiar oceanu. ... Czasem zawracamy, gdy morze zbytnio kołysze i rzuca chodzikiem we wszystkie strony, albo  szalupa utyka na jakieś progowej rafie. Czasami szalupa zbyt kołysze i wodowanie jest bardzo niebezpieczne. Łóżko jest zawsze bezpiecznym portem. Lekko kołysze, szumi , bo włączony jest materac antyodleżynowy. Wokoło latają sny, które próbuje upolować ból. Odganiany tramalem nie odlatuje daleko. Przyczaja się w cieniu szafki i czeka... Najbardziej zuchwały jest nocą. Brzask go onieśmiela.
Widzę te dwa światy na przeciwległych biegunach życia.


 Dwa światy z krainy snów. Patrzę w okno i tęsknię. Brakuje mi chat, ale jeszcze bardziej Taty, z którym mogłam pogadać, pośmiać się i opowiedzieć, co u kogo słychać. ..


wtorek, 8 listopada 2016

A czas ucieka

Bezsilność
jak bezpański kot
wsunęła się w mój świat
pręży w górę grzbiet
szuka moich dłoni
czarna
mokra sierść
słona morzem łez
z meduzą na dnie
patrzy
wzrokiem Anubisa

Trudny mamy czas. Już podobne dnie przeżywałam dwa lata temu. Wtedy stał się cud. Tata wygrał bitwę. Teraz kolejna. Nogi coraz słabsze, myśli uciekają, gubią się słowa... Jeszcze noga za nogą do toalety. Czasem starcza sił, aby w obie strony. Oparty na chodziku pokonuje dwa metry, trzy. Potem
umęczony, jakby wspiął się na ogromną górę zasypia i budzi go tylko ból, aż ból...
A świat przestał interesować. Rozpływa  się w coraz dłuższych  snach.
                                                                     * * *
Nasza chata stoi samotna. Czeka na zimę. Wyjechaliśmy w połowie października. Kiedy wrócimy, nie wiem. W tym roku byliśmy w niej bardzo długo. Tata czuł się bardzo dobrze. Dwukrotnie braliśmy go ze sobą.  Łykałam  chciwie pobyt w chacie i nie mogłam się nią nacieszyć. Czułam, że muszę na zapas... Teraz mam do niej całe 400 km, a w zasadzie wydaje mi się, jakby była na końcu świata.  I nawet mi nie żal, że muszę tutaj, tak daleko od miejsca, które kocham. Gdyby tylko wszystko było dobrze, gdyby znowu zwyciężył swoją słabość.
Jest bezsilność i... mimo wszystko  nadzieja. Poprzestawialiśmy priorytety.

Mało mam czasu na pichcenie. Jednak na szybko zrobiłam jarską paprykę nadziewaną wiejską kaszą, pieczarkami i zieloną pietruszką . Zapiekłam ją  w piekarniku. Była przepyszna.

faszerowane papryki po upieczeniu.

Przepis na 5 mniejszych papryk;

składniki;

2 woreczki kaszy wiejskiej,
300 - 500g pieczarek
cebula mała,
pęczek pietruszki,
majeranek,
pieprz, sól, oliwa i łyżeczka masła.
 5 mniejszych papryk.

Wydrążyć papryki, wyrzucić gniazda nasienne, pozostawić kapturki z ogonkami.  Papryki gotować około 15-20 min. Powinny być lekko twarde. Ja daję do parowara. Wyjąć, ochłodzić.  Na gorącą patelnię  wlać 2 łyżki oliwy, wrzucić na nią małą , pokrojoną w kostkę cebulę i pokrojone drobno pieczarki. Dusić. Pod koniec dodać łyżeczkę masła, sól i pieprz. Równolegle w osobnym garnku zgotować dwa woreczki kaszy wiejskiej na osolonej wodzie.  Kaszę, pieczarki z cebulką wymieszać, doprawić maggi, pieprzem do smaku. Dodać pęczek drobno pokrojonej pietruszki i łyżkę majeranku.  Farsz nakładać do do pełna do każdej papryki. Przykryć kapturkiem z ogonkiem. Nasmarować olejem głęboką blaszkę i ułożyć na niej papryki. Piec w temp. ok. 220 stopni przez około 20-30 min.
Można podawać z ketchupem. Smacznego.

niedziela, 6 listopada 2016

post sentymentalny

Te nocujące cukrówki znalezliśmy 1-go listopada pod cmentarnym murem. Nie wiem dlaczego wybrały  stojak na rowery, a nie jakiś konar drzewa? Zdjęcie ciemne, bo fleszem nie chciałam ich wystraszyć.

Dziś 6 listopada.  Wstałam o 4.56, mimo iż nie tak dawno jeszcze sypiałam do 8.00. Skończyło się, przynajmniej na jakiś czas. Zmiana życiowych planów. Przyszła jesień , szarugi, zimno i skończył się czas beztroskiego pomieszkiwania w chacie. Wróciła choroba taty i jego starość dała o sobie znać.
Znowu z lękiem nasłuchuję w nocy stukotu laski o parkiet.  Ale nie o tym dziś chciałam. Post będzie krótki,bo to dla mnie ważny dzień. Czwarta rocznica śmierci mojej mamy.


 Na cmentarzu opadają  liście. Kończy się okres wegetacji roślin. Życie mamy było jedną chwilką.


Mała Hala z mamą.
                           Beztroskie dzieciństwo trwało siedem lat. Później przyszła wojna....


Skończyła osiemnaście lat i wyszła za mąż.





Zanim zdążyła odsapnąć po wychowaniu dzieci, przyszła starość, a później śmierć, która ją zaskoczyła i zaskoczyła nas, którzy za nią tęsknią... Na śmierć rodziców nie można się przygotować.
I to nie ma znaczenia ile się ma lat.

niedziela, 30 października 2016

smaki zaklęte w jesieni


-- Kupiłem szatkowaną kapustę. Czas na kiszenie. -- krzyczał Jędrek od drzwi.
-- Ale zapachy, a ja jestem głodny, bo od śniadania nic w ustach nie miałem.
-- No to do łazienki na mycie rączek i za chwilę będzie obiad. -- odpowiedziałam, odcedzając ziemniaki. Za chwilę mój ślubny wszedł do kuchni, węsząc, jak tropiący czworonóg.
-- Czy ja czuję w powietrzu zapach grzybków? -- zapytał, podnosząc pokrywkę rondla.
-- Ręce precz od garów ! -- roześmiałam się i zdzieliłam go ścierką.
-- Szoruj do pokoju. Możesz wziąć sztućce. Talerze już położyłam. -- pogoniłam go z kuchni.
-- No to szykuj się na wyżerkę ! -- powiedziałam stawiając na stole parującą michę grzybów.
-- Dużo ! -- stwierdził Jędrek z zadowoleniem i zabrał się za konsumpcję. -- Ale coś zostało do octu? -- zapytał z niepokojem.
-- Oczywiście. Zaraz zrobię zalewę. -- powiedziałam uspokajająco, zabierając się za jedzenie. Grzyby były jak zwykle wyborne. Ostatnie grzyby w tym sezonie, bo synoptycy zapowiadali nadejście przymrozków.
Gdy grzybki były w słoikach, a my najedzeni, nabraliśmy ochoty na kiszenie kapusty. W ruch ruszył robot kuchenny, a przede wszystkim tarka, która starła mnóstwo marchewki. Po paru godzinach w rogu kuchni stała plastykowa micha, a w niej kamienny gar z kapustą. Bezpiecznie, aby kapuściany sok nie wylewał się na kuchenną podłogę. Po paru dniach kapustę przełożyliśmy do słoików. Jeszcze nie zakończył się proces kiszenia, więc słoiki ustawiliśmy na zlewozmywaku. Niech sobie spokojnie dochodzi...
Kiszenie odbyło się szybko i " bez kurzu". To było ulubione powiedzenie mojej mamy, która w ten sposób określała sprawny, nieskomplikowaną czasowo i produkcyjnie pracę.

        Mama! Przypomniałam sobie dzieciństwo. Moi rodzice kisili mnóstwo kapusty. Jesienią, pod okno naszego domu podjeżdżał wóz zaprzężony w konia. Woźnica dzwonił ręcznym dzwonkiem i krzyczał;
-- Kapusta! Świeża kapusta, do kiszenia i do gotowania! Kapusta na sprzedaż!
 Na wozie leżała  sterta biało-zielonych okrągłych główek. Z domów wychodzili sąsiedzi. Podchodzili do wozu, oglądali, pytali o cenę. Za nimi przybiegały dzieci, ciekawe, co się dzieje. Moi rodzice wychodzili przed furtkę . Rozmawiali o cenie, targowali się. W końcu dobijano targu. Woźnica zestawiał z wozu wielką przemysłową wagę z platformą, na której układał worki z główkami kapusty. Mama płaciła, a tatko znosił worki do piwnicy. Tam, w pralni  ustawiał na betonowej  podłodze zakupiony towar. Później szedł do sąsiadów, aby pożyczyć drewnianą szatkownicę.  Cała rodzina schodziła do piwnicy. Babcia gotowała wodę. Wlewała wrzątek do wielkiej drewnianej beczki.  Beczka była wyszorowana i gotowa do przyjęcia góry naszatkowanych główek. Tata kręcił korbą, mama kroiła główki na mniejsze części, wrzucała poszatkowane  liście do balii, gdzie mieszaliśmy kapustę z marchwią, dodawaliśmy przyprawy i sól. Później trafiało wszystko do beczki. Tata wielkim, drewnianym ubijakiem rozprawiał się z niesforną kapustą, aby zmieściło się jej jak najwięcej. Na koniec wszystko przyciskano drewnianym deklem , na którym umieszczano ogromny kamień. Czasem mama kisiła też całe główki kapusty, albo jabłka, które wkładała w kapuścianą masę. Do tej pory pamiętam niesamowity smak ukiszonych jabłek. Niepowtarzalny, jak moje dzieciństwo. W naszym  ogrodzie rosła złota reneta, która miała wyjątkowo aromatyczne i smaczne złoto-czerwone jabłka. Uwielbiałam wieczorem kłaść się na tapczanie i zajadać nimi, namiętnie zaczytując się książkami. Czasem uzupełniałam dietę białymi kaczanami kapusty i świeżo wyłuskanymi orzechami z naszej leszczyny.
Och, tyle wspomnień i to z tak  błahego powodu, jak kiszenie kapusty. Robię się sentymentalna. Ale chyba dla każdego dzieciństwo ma swoją niepowtarzalną magię. Czar świata, który odpłynął w przeszłość.
Wracając do teraźniejszości, muszę przyznać, że dzisiejsza, niedzielna wycieczka była wspaniała. Pojechaliśmy do Czarnocina, który nazywany jest Szwajcarią Śląską. Wiało lodowatym chłodem, więc  nie poszliśmy do rezerwatu Boże Oko. Zostawiliśmy to na okres wiosenny.
Za to wracając przejechaliśmy przez Górę Świętej Anny. I nacieszyliśmy oczy takimi widokami.
Dziś słoneczko szybko zaczęło zachodzić.  W nocy cofnięto czas.
 -- Czy czas można cofnąć ? -- zapytałam Jędrka. -- To nie ma sensu. Przecież nic nie wraca!
-- O czym mówisz? -- zapytał , ale wyraźnie skupiony był na prowadzeniu samochodu.
-- O tym, że w nocy cofnięto czas. Nie zawracaj sobie głowy. Tak sobie  tylko pomyślałam o dzieciństwie.
 -- Miły dzień! --  pomyślałam,  gdy wróciliśmy do domu -- Miły, choć przed wycieczką odwiedziłam cmentarz i groby bliskich.
 -- Sentymentalny, złoty dzień.  Fajna wycieczka ! -- uśmiechnęłam się do męża.

niedziela, 23 października 2016

Zdrowe, kolorowe i mniej zdrowe, mało kolorowe


Dziś poważniejszy temat. Rehabilituję się , a że mam refleksyjny dzień, to stawiam sobie różne pytania. To po porannym  programie TV. Jakiś trener pokazywał maszynę, która za pomocą prądu elektrycznego, a w zasadzie zmuszaniu mięśni do dodatkowej pracy, powoduje wysiłek organizmu prawie dwunastokrotnie większy. W okresie 20 minutowej gimnastyki organizm spala tyle energii jak w czasie 4 godzinnych ćwiczeń. Pokazano kobietę, moim zdaniem bardzo zgrabną, ale dopatrzono się u niej nadwagi. Dziewczyna była młoda, piękna, wysoka, sympatyczna. Ja w życiu nie dopatrzyłabym się u niej niczego negatywnego. No, ale ja może jestem ździebko stetryczała, inaczej patrząca na życie, a przede wszystkim strasznie nieidealna i to pod każdym względem. Ale to tylko taka poboczna dygresja, więc wracam do tematu. Dziewczynę ubrano w specjalny strój, podłączony do prądu i ćwiczyła 20 minut. Gdy następnego dnia padło pytania, jak się czuje, odpowiedziała, że wszystko ją boli. Podsumowanie redakcyjne było takie, że jeśli  ta pani będzie tak dalej ćwiczyła, jadła zdrowo i mało energetycznie, osiągnie upragnioną wagę. Czego jej życzę z całego serca.Uważam, że każdy człowiek powinien chcieć dla siebie jak najlepiej, ale nie zawsze wychodzi... Np. Ja, obecnie lekko nadgryziona zębem czasu, przez wiele lat żyjąca w nieświadomości istnienia różnych teorii dot. zdrowia i zdrowych diet. Przez wiele lat stosująca różności, które pomogłyby mi zdobyć wymarzoną sylwetkę i wymarzony "tonaż". I co ?  Zero , a ściślej  mierny efekt. Geny. Jedynie udowodniłam sobie, że z moją silną wolą to duża przesada i że do końca życia nie zamierzam zrezygnować z tej części życia, która daje również wiele przyjemności, czyli z  jedzenia. Bo u minie wszystko działało , jeśli prawie nic nie jadłam. Dorobiłam się w ten sposób jedynie dny moczanowej.  Od paru lat zmieniłam sposób patrzenia na siebie. Musiałam siebie polubić taką, jaką byłam. Okrągłą. Również zadbałam o w miarę zdrową żywność. Czytam etykiety na wszystkim , co kupuję. Mamy ogródek, w którym używamy tylko naturalnego nawozu. I co z tego, jeśli miejsce, gdzie spędziliśmy większość życia, znajduje się w tzw. lokalnym "trójkącie bermudzkim" .Zanieczyszczenie powietrza benzenem przekracza wszelkie dopuszczalne normy i to o kilkaset procent. Tęskniąc za czystą przyrodą, spędzamy większość roku w chacie w Bieszczadach, ale tutaj nie mamy ogródka, bo chata zbudowana jest na skale. Posadziliśmy kwiaty, drzewa, ale coś słabo rosną, bo wokół wysoka leśna ściana wytrawnych traperów, jak buki, brzozy wiązy, graby itd. Biedne drzewa owocowe, nie mają tzw. przebicia. Sarny też dają im popalić. W ogrodzie w Bóbrce wytrzymują tylko najodporniejsze rośliny. Poza tym wiecznie krążymy w te i we wte 400 km w jedną stronę.
Jarzyny kupujemy w lokalnych sklepach, na targu, z samochodów przyjeżdżających z okolic np. Biłgoraja...Chcę wierzyć, że jem zdrowe produkty, ale nie mam żadnej gwarancji, że są ekologiczne. Wiem jednak, że woda  jest ze studni głębinowej, że powietrze jest w miarę czyste, bo wokół żadnych zakładów  wypuszczających w powietrze różnego rodzaju trucizny..I tyle na temat zdrowych produktów, wody, powietrza.
  Przyjaciółka mojej siostry opowiadała nam, że w okresie opieki nad starym ojcem, który był człowiekiem niesamowicie delikatnym, gdy  pytała go o to, czy potrawa jest dobra, słyszała najczęściej odpowiedź bardzo wymijającą.
-- Wiesz kochanie, to  z pewnością jest bardzo zdrowe.-- Mówił staruszek i bez szemrania zjadał bez apetytu zdrowe jedzenie. Gdy nie widziała smażył sobie jajeczniczkę na wędzonej słonince. Zmarł jako człowiek dziewięćdziesięcioletni. Do końca był pogodny i przyjaźnie nastawiony do życia.
Być może dlatego zdrowe jedzenia kojarzy mi się z  niezbyt smacznymi potrawami. Niedawno jadłam obrzydliwe chrupki z alg. Moja siostra się nimi zachwycała. Prawie nie miały kalorii i chyba prawie niczego. Dla mnie były obrzydliwe, jakbym jadła zielony karton.
Za to kocham owoce. Kolorowe jabłka, soczyste gruszki,winogrona,... Mamy tego w naszym miejskim ogrodzie całe mnóstwo. Są smaczne i piękne. Tylko ile w nich nieproszonych gości? Czy część tablicy Mendelejewa, może nawet cała? Zbierając owoce zachwycam się ich kolorami, ale z tyłu głowy tkwi to pytanie.
Jednak wczoraj wieczorem się im nie oparłam i zjadłam dwa wielkie, kolorowe jabłka z naszej jabłonki. Za to na obiad wtryniliśmy wspólnie całe opakowanie muli , do tego po dwie garście frytek z piekarnika i obowiązkowo łyżka majonezu. Cóż, wiem że mule mają dużo cholesterolu,o majonezie nie wspomnę, ale takim potrawom nie potrafię się oprzeć . Zycie jest krótkie, więc czemu samemu sobie je obrzydzać? Aby zneutralizować tłuszcz, wypiliśmy po lampce białego wina. Pychota.
Dla tych, co od czasu do czasu grzeszą , jedząc smaczne owoce morza przepis na mule a'la marinera.

Składniki ; - paczka muli,
                  - 1 seler naciowy,
                   -1/2 butelki wina białego wytrawnego,
                    -1 duża cebula .

Sposób wykonania; Czyścimy pod bieżącą wodą mule . Najlepiej nożykiem zeskrobujemy piasek i tzw. pąkle. Wyrzucamy muszle uszkodzone. W garnku podsmażamy na oliwie cebulę pokrojoną w kostkę, do tego dodajemy pokrojony seler naciowy. Zalewamy 1/2 butelki wina, dusimy. Później wlewamy 1/2 l. wody lub bulionu. Wrzucamy mule i gotujemy, często mieszając do 10- 15 minut. Muszle powinny się pootwierać. Wybieramy łyżką cedzakową na talerze. Jemy środek tylko otwartych muszli. Zamknięte wyrzucamy.  Jemy z frytkami. Można maczać w majonezie. Popijamy białym winem. Nieobowiązkowe!

piątek, 21 października 2016

Oczami dziecka - "Dlaczego jesienny winobluszcz stracił swą urodę w ciągu tygodnia ?"


   -- Babciu, dlaczego już nie ma lata? -- zapytała Julia, wbiegając do pokoju. Ton głosu wskazywał na ogromną pretensję do całego świata.
   --  Tylko nie mów mi o porach roku, bo ja chodzę do szkoły i wiem, że są cztery pory roku , a po lecie przychodzi jesień. I takie inne tra, la ,la... Nie o to mi chodzi. -- podkreśliła.
 Znad okularów popatrzyłam uważnie  na wnuczkę. Odłożyłam książkę  i powiedziałam.
-- No to musisz mi wyjaśnić, o co ci chodzi, bo nie rozumię pytania. Czy chodzi Tobie o to, że na dworze zrobiło się chłodno i musisz chodzić do szkoły? Czy też o to, że na ścieżkach leżą liście, a drzewa są coraz bardziej łyse?
-- Właśnie chodzi mi o ogród. Czy ty ostatnio patrzyłaś jak jest na ogrodzie? Mówię Ci, OHYDA ! --  Julia użyła swojego ulubionego słowa i położyła obie dłonie na biodrach.
 -- A co ohydnego widzisz w ogrodzie? -- z uwagą patrzyłam we  wzburzone oczy Julci.
-- No jak to co? Wszystko! Jest ohydna mokra trawa, nie można rozłożyć koca. Poza tym jak można patrzeć na takie ohydne, zwiędnięte kwiaty. Po prostu całe są suche i brązowe. Tu sterczą jakieś patyki, tam leżą mokre liście, kolory gdzieś uciekły. Nie ma gdzie grać w paletki. Dobrze, że została huśtawka, bo z nudów można paść.

-- Ale jakoś nie padłaś. -- stwierdziłam -- Widzę, że nawet całkiem  dobrze się czujesz.
-- Nie bardzo, bo mi się w domu nudzi. Ale czy możesz mi wyjaśnić, co stało się z pięknym bluszczem, który jeszcze wczoraj gęstym dywanem przykrywał mur? Dzisiaj widziałam na trawniku pełno liści, a bluszcz jest łysy i coraz brzydszy. Ja się pytam, co stało się z latem? Czy ktoś może mi powiedzieć?
-- Jak bardzo tego chcesz, to opowiem ci pewną historyjkę, która wyjaśni dlaczego bluszcz stracił swoją urodę. Tylko musisz mi obiecać, że w sobotę, jeśli tylko nie będzie deszczu, pomożesz mi i dziadziowi w porządkowaniu ogrodu. Umowa stoi?
Julia zaczęła skakać na lewej nodze.  Musiała gdzieś wyskakać swoje zniecierpliwienie, a na dworze zaczął właśnie padać deszcz. Gdy zmęczyła się, podbiegła do mnie i przytuliła się.
-- Umowa stoi. Opowiedz mi o tym bluszczu, a ja pomogę na ogródku. Będę pomagała dziadziusiowi w noszeniu kosza z zielskiem.
-- Czy mogłabyś mi zrobić kisiel z jabłuszkami ? Tak, aby mi było lepiej słuchać o bluszczu. Proszę!
-- Jak tak pięknie potrafisz używać słów kluczy, to oczywiście zaraz będzie kisiel.  -- zapewniłam .
 Za dziesięć minut Julia usadowiła się na sofie. Oparła na poduszkach. Na stole parował pachnący kisiel ze startym jabłkiem.

-- To słuchaj! Dawno temu, kiedy nasza Matka Ziemia była jeszcze bardzo młoda i piękna, kiedy rosły na niej bujne rośliny, powstały cztery królestwa. Stało się to z powodu zamiłowania Ziemi do spokoju. Ziemia miała czwórkę dzieci. W tym dwie córki i dwóch synów. Podzieliła więc swoje wielkie terytorium pomiędzy dzieci, aby między nimi nie było sporów o sposób rządzenia. W jednym królestwie rządziła królowa Wiosna, w drugim król Lato, w trzecim królował brat Lata , Jesień, a w czwartym siostra Zima. Każde z dzieci Ziemi miało inny charakter i inne zamiłowania. I tak Wiosna była radosna, lubiła śpiewać, tańczyć, biegać. Jednak była trochę nieuważna i roztrzepana. Czasem złościła się i płakała, a czasem robiła różne psikusy. Mogłabym powiedzieć, że usposobienie miała bardzo podobne do twojego moja wnuczko. --  puściłam do Julii perskie oczko.
-- Ale słuchaj dalej! Lato był również wesołym władcą, ale bardziej rozważnym, powolniejszym, jakby trochę ospałym. Nie sprawiał nikomu żadnego kłopotu. Lubił obdarowywać innych różnymi prezentami. Zawsze można było na niego liczyć i był wspaniałym przyjacielem.Zachowywał się dostojnie i spokojnie. Natomiast Jesień , który był bardzo podobny do Lata, charakter miał trudniejszy. Był bardziej energiczny, mniej zrównoważony. Często złościł się, krzyczał, ale równie często uśmiechał i zapewniał, że wszystkich kocha. Chętnie obdarowywał bliskich i obcych różnymi prezentami. Często tyle prezentów rozdawał, że nie zostawiał dla siebie niczego i rodzeństwo twierdziło, że swój majątek potrafi ogołocić do zera. Był doskonałym kompanem. Ludzie o takich mówią, że jest " i do tańca i do różańca". Jednak, jak wpadał w złość, to potrafił nieźle narozrabiać i wtedy stawał się podobny do siostry Zimy, która była surową władczynią. Zawsze oschła, rzadko się uśmiechała. Dbała, aby w jej państwie było bardzo czysto i wszyscy przestrzegali zasad. Biada tym , którzy  zaniedbywali swoje obowiązki. Zostawali surowo ukarani, a Zima miotała się po swoim państwie i szalała ze złości. A wtedy nawet dzieci w szkołach śpiewały " uchu, ha, uchu, ha nasza Zima zła. " Ale miałam opowiedzieć o winobluszczu. W więc w państwie Jesieni żył sobie dostojny Bluszcz. Był piękny, trójklapowy, kolorowy. Wszystkie drzewa i inne bluszcze zazdrościły mu barwy, jaką otrzymał w prezencie od Jesieni. A on rozrastał się z dumy , wspinał coraz wyżej po szczeblach drabiny, wchodził na pochyłe drzewa , a  nawet na kamienne mury. Patrzył na wszystkich z góry. Był pewien, że Jesień go wyróżnia i w końcu nada mu order szczególnie zasłużonego dla państwa Jesieni. Naśmiewał się z innych, a to że mało kolorowi, niepozorni, mali itd. Według Bluszcza nikt nie był jemu równy i nawet przestał liczyć się z wysokimi kilkuset letnimi sosnami, twierdząc, że ubogie, bo cały czas noszą ciemnozielone igły. Z potężnych dębów drwił, że zwaliste, niezdarne, mają małe żołędzie i tracą liście. Każdemu przypiął jakąś łątkę, aż pewnego razu mieszkańcy państwa Jesieni , poskarżyli się władcy. Król wpadł w straszną złość, bo trafiło to na jego bardzo zły dzień.  Bolały go stawy i głowa. Usłyszał też, że zbliża się do jego terytorium siostra Zima, za którą nie przepadał, bo czasem bez pytania wchodziła i niszczyła mu różne piękne roślinki.
Jesień nie lubił pychy i czczych przechwałek, więc postanowił upiec sobie dwie pieczenie na jednym ogniu. Rankiem posłał na granicę swojego państwa posłańca z zaproszeniem dla Zimy. Przyjął siostrę w swoim zamku godnie i w prezencie podarował jej najbardziej kolorową roślinę ze swojego ogrodu. Wieczorem Zima wyjeżdżała. Dotknęła swoimi lodowymi dłońmi bluszcz. Zachwycona pięknym czerwonym dywanem, pogładziła kolorowe listki i zabrała ze sobą. Następnego dnia rankiem Jesień zobaczył pod oknami zamku rozsypane na trawniku czerwone listki, a ściana kamiennego muru pokryta była siatką gołych łodyg winobluszczu. Tylko gdzieniegdzie pozostały samotne czerwone  listki. To Zima nocą oddała swój prezent, który utracił swoją urodę.
-- Teraz już wiem dlaczego winobluszcz traci urodę. Piękna bajka. Dziękuję Ci babciu. Gdy popatrzę na nasz winobluszcz, to przypomni się ta historia. Teraz biegnę do domu. Jutro o dwunastej jestem u was i pomagam. -- zakręciła się i wypadła z domu.
-- Szalik ! --  nie zdążyłam dogonić niesfornej wnuczki.



Ten post powinien być na blogu" baju, baj, " ale jakimś cudem napisałam go na " ChatoMani".
  -- Niech zostanie -- pomyślałam -- przecież wymyślanie bajek dla wnuczki to również moje życie.

sobota, 15 października 2016

pani Zajączek





         Odkąd przyjeżdżamy do naszej chaty, przed Leskiem  mijamy niepełnosprawną kobietę w średnim wieku. Nie ma znaczenia pora roku, aura. Zazwyczaj chodzi brzegiem szosy, bo na tym odcinku, zresztą jak na większości wiejskich dróg w tym rejonie brak chodnika. Moja córka nazwała ją Pani Zajączek. Dlaczego ? Jej twarz rzeczywiście przypomina to miłe, ładne zwierzątko. 
Od wielu lat tak charakteryzowałyśmy i rozróżniałyśmy nieznajomych. Rysy charakterystyczne różnych  ludzi kojarzyły nam się z cechami właściwymi dla danego gatunku zwierzaków. Zresztą siebie też w ten sposób klasyfikowałyśmy. Ja mam słoniowe, odkręcane ręce i nogi. To mój genetyczny spadek po mieczu. Ale też są w rodzinie kurze powieki górne i dolne , a więc np." ciocia kwoka"  , ktoś ma owieczkowe włosy, czyli "pan baranek ", lub szybki jest jak " struś pędziwiatr"... itd. Tak pani z szosy została Panią Zajączek. Widzieliśmy ją o różnych porach dnia, gdy jechaliśmy do miasta po zakupy, ale najczęściej przed południem i w porze popołudniowej. Lekko kołysząc się z boku na bok, przemierzała przestrzeń około 500 m w jedną i drugą stronę. W wyjątkowe upały czasem siedziała na ławce przed domem. Jednak zazwyczaj chodziła.  Przyzwyczailiśmy się do tego widoku i gdy jej brakowało, czuliśmy się nieswojo. Szybko omiataliśmy wzrokiem najbliższe otoczenie jej domu i ...ulga. Jest. Właśnie  wyłaniała się zza chałupy. Parę lat temu wczesną wiosną , gdy przyjechaliśmy sprawdzić, co w chacie, Pani Zajączek zniknęła. Przez cały nasz pobyt ani razu nie pojawiła się na szosie.  Nawet pomyśleliśmy, że może wyjechała, wyprowadziła się. Jakoś żal nam się zrobiło. Brakowało nam kobiety, która z takim uporem i zacięciem walczy ze swoją niepełnosprawnością. W lecie, gdy przyjechaliśmy na wypoczynek, pierwszą osobą, którą dostrzegliśmy, dojeżdżając  do naszej miejscowości, była ta kobieta, ale jakże odmieniona. Schudła prawie o połowę. Była blada, skurczona. Pozostał tylko charakterystyczny kaczkowaty chód i uroda zabiedzonego zajączka. 
Ale zrobiło się nam  miło, że znowu  wędruje brzegiem szosy. Niestety ile mam dla niej podziwu, tyle też  wyrzutów sumienia, gdy ociągam się z wychodzeniem na kijki. W lecie jeszcze więcej wędruję, ale gdy robi się zimno i za oknem  plucha, to motywacja mi spada. Wolę grzać się przed kominkiem i odganiać obraz Pani Zajączek , która nie zważa na pluchę.  
Jednak w ostatnią niedzielę znowu wyszliśmy z chaty, aby pochodzić i od razu pełny sukces; przeszliśmy około 9 km . Poszliśmy piechotą z Myczkowców do Zwierzynia, aż do Cudownego Źródełka. Samochód zostawiliśmy przed mostkiem w Myczkowcach. Przeszliśmy nowy most.

Powietrze było rześkie. Słońce od czasu do czasu zaglądało zza chmur zdziwione, że znowu nas widzi, bo przecież przed tygodniem też wędrowaliśmy.
 W Zwierzyniu na ulicy było pusto. Ludzie już dawno wrócili z kościoła. Mój mąż wyciął z wierzby witkę w kształcie litery y i próbował swoich sił w szukaniu cieków wodnych. Miałam okazję przekonać się, że to rzeczywiście działa. W jednym miejscu witka  samoczynnie podnosiła się do góry/ w innym wykręcała w dół. Magia!

Na poboczu góry pasły się kozy. Obserwowały nas, z dużą rezerwą. Nie często pewnie widują dwójkę dziwaków latających z wierzbową witką po całej po jezdni.
Wiał lekki wietrzyk i pod drzewami ścieliły się złote liście. Pachniało dymem z palonego w piecach drewna i szeleszczącymi pod nogami liśćmi.
Szliśmy w średnim tempie. Gdzieś tam daleko pod drzewem sójka zakopywała żołędzie. To na zimę.

 Gdy przechodziliśmy przez most w Zwierzyniu, nad naszymi głowami przeleciała czapla. Poleciała nad zakola Sanu, pewnie aby  nałowić sobie rybek na obiad. To w końcu była południowa pora.
       A my szliśmy i szliśmy, oglądając zmienione jesienną szatą góry, zarośla, dolinę Sanu.

                                             Było cicho i spokojnie. Tylko my i przyroda.

Po drodze znaleźliśmy miejsce z mnóstwem tarniny. Gdy przyjdą przymrozki narwiemy trochę owoców na nalewkę. Objedliśmy się słodko -cierpkimi  kulkami, które przypomniały nam dzieciństwo .
Wracaliśmy zadowoleni, choć lekko zmęczeni. Miałam cierpkie wnętrze ust, a w głowie obraz chodzącej poboczem Pani Zajączek i zero wyrzutów sumienia.
         --Jaka miła niedziela.  -- pomyślałam przed zaśnięciem. I przyszła refleksja, że często my w miarę sprawni lekceważymy sobie wewnętrzne zasoby,  jakie posiadamy. Uważamy je za coś naturalnego i nie wykorzystujemy, puki czas. Może pełnosprawność nie jest nam dana na zawsze. Nie jest pewnikiem, więc powinniśmy ją wykorzystać na maksa.