niedziela, 17 maja 2015

przerwa na maj, odc.1 - o czym szepczą chaty

Tata poczuł się lepiej. Zastąpił balkonik laską. A ja poczułam, że fizycznie zaczynam nie wyrabiać. Do lustra spoglądałam tylko wtedy, gdy musiałam się uczesać, czy nakremować... Długo biłam się z myślami. W końcu obmyśliłam chytry plan strategiczny.Pojadę na długi weekend do chaty. Siostra i tak w tym czasie nie pracuje, będzie miała pomoc syna, a ja czmychnę i nabiorę oddechu. A w tygodniu opiekunki zwiększą ilość godzin w towarzyszeniu tacie. Pomyślałam, pogadałam z całą grupą opiekuńczą ... I takim sposobem udało się wyrwać choć na moment. Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy dobrze robię. Wypisałam kartę urlopową, ale dałam dyspozycje, aby uwzględnić ją tylko wtedy, gdy w poniedziałek nie zjawię się w pracy. Wyjechaliśmy późno i późno byliśmy na miejscu, bo korki, omijanie ich bocznymi drogami, znowu korki, wypadek na A4, a my w takim miejscu, że nijak nie można zjechać i ominąć. W końcu wokół nas zrobiła się ciemna noc, gdy dotarliśmy na miejsce. Chata przywitała nas ciepło; 13 stopni w środku, to miła temperatura. Bywało, że termometr wskazywał okolicę zera, ale wtedy za oknem były spore minusy. Jak zwykle zaczęliśmy zagnieżdżanie się od spuszczenia wody, bo zastała się i pachniała swoim zastoinowym smrodkiem. Później nastąpiło uruchomienie kominka, pławienie się w zapachach i szeptach starych oraz nowych belek, desek... Uwielbiam te pierwsze chacie opowieści. Zazwyczaj najwyraźniej słyszę je pierwszego dnia, wieczora, nocy. Później wyciszają się, toną w regularnym cykaniu zegara, wyśpiewywanych kwadransach, godzinach. Gdy zbyt długo nie zwracam uwagi na odgłosy chaty, przypomina się w najmniej stosownej chwili. Kiedy udaję się do krainy Morfeusza krzyczy mi do ucha głośnym trzaskiem odkształcającego się drewna. Mimo tych małych złośliwości czuję jej dobrą energię, odpoczywam. Gdy rankiem wybiegłam na taras, zanurzyłam się w wilgotnym chłodzie poranka i przydymionej mgłą sałatowej zieleni. Gdy w końcu mgła opadła, wyłonił się zielony raj łąk, wzgórz, gór. Kocham ten okres, gdy Bieszczady są jednym wielkim bukietem. Berdo, które oglądam z okien swojej sypialni, też poprzetykane było kwitnącymi drzewami. Drzewa dopiero co okryła drobna mgiełka pękających paków i ledwie rozwiniętych listków, dzięki temu widać było wody zalewu. Do pełni szczęścia dołączył chór ptasich porannych pogawędek.
Obeszłam całą naszą "posiadłość ziemską".
Bardzo podoba mi się ta nazwa. Gdzieś, właśnie w Bieszczadach zobaczyłam ją napisaną nad wjazdem na czyjąś działkę, którą stanowiła niezbyt duża łąka... Tak więc obchodziłam, obchodziłam , aż obeszłam całą skarpę. Wiele nowości odkryłam; np. skorupkę ptasiego jaja w kolorze błękitu.
Przypuszczalnie jajo stało się posiłkiem dla jakiegoś drapieżnika.
Niedaleko od jaja ozdobna wiśnia pochylała swoje różowe kwiatostany nad kwitnącymi stokrotkami. Zakwitły też rajskie jabłonie.
Ich bordowe liście i amarantowe kwiaty pięknie odbijały się od zielonego tła , zroszonej poranną rosą trawy.
Tym razem łąka dała mi prezent. Odkryłam go wieczorem, nakładając krem na stopy. Pomiędzy palcami stóp zagnieździł się kleszcz! Ale miałam z nim roboty, zanim wykręciłam go z palca! Od tego czasu na łąkę wychodziłam w zakrytych butach, a nie klapkach.

1 komentarz: